Nowości książkowe

 

 

Plakat

 

Plakat

Nowa książka Małgorzaty Kulisiewicz

 

„Kinoptycznie. Poezja filmowa”

 

Książka „Kinoptycznie” to tom z poezją filmową. „Kino jest poezją, poezja życia bywa jak kino”, jak pisze autorka Małgorzata Kulisiewicz. Do tej pory były wydane w Polsce tylko dwie antologie  z motywami filmowymi. Nie było jeszcze poety, który by temu tematowi poświęcił całą swoją książkę. Rzeczywistość odbita w krzywych, rozbitych lub zwykłych zwierciadłach tej poezji pokazana jest poprzez drobiazgi, szczegóły z dużą dozą ironii, ale też z zachwytem, lękiem lub poprzez  literacką medytację. Jest to portret mozaikowy, wielkomiejski, krakowski, nowohucki, nadbałtycki i europejski. Ukazana jest schyłkowość, koniec pewnego świata, turystyczne migawki ze współczesnej Europy. Podmiot to zwykły everyman, a także   znawca lub wielbiciel kina lub też w niektórych wierszach turysta chwytający chwilę i  świat, zanim przeminie. Rzeczywistość ukazana jest poprzez wątki związane z kinem, a nawiązania do filmów osadzone są w naszej współczesnej rzeczywistości. Poezja Małgorzaty Kulisiewicz odnosi się do motywów  związanych z Cinéma-vérité, buntownikami filmowymi,  Agentem Jamesem Bondem, Marleną Dietrich, Ordonką, Ritą Hayworth, „Deszczową piosenką” i wieloma innymi słynnymi postaciami, filmami lub zjawiskami filmowymi. Autorka jako filmoznawczyni ma szerokie spektrum wiedzy kinowej, która ją inspiruje. Jednocześnie filtruje to przez wrażliwość współczesnego polskiego everymana, który wokół siebie wiele dostrzega i widzi, i próbuje zrozumieć naszą rzeczywistość. Tęskni również za czymś większym, za metafizyką i transcendencją, czymś co ratuje od szarości, a może  i grozy życia, za Bogiem panteistycznym, Bogiem w człowieku i blisko człowieka. Nawet tło morskie występujące w wielu wierszach i morze przedstawione są transcendentnie. Ważną rolę gra też w tej poezji natura, podkreślona jest ważność natury dla człowieka oraz jej przypuszczalny koniec, wyniszczenie. Zresztą wątków apokaliptycznych jest tutaj więcej, gdy trafiają do tego tomu również wiersze antywojenne,

Małgorzata Kulisiewicz w pięciu swoich poprzednich książkach nawiązuje do toposów kultury śródziemnomorskiej, do motywów polskiej i światowej literatury, do malarstwa, muzyki, teatru. Poezja filmowa jest tego naturalną konsekwencją. Kino jest tu głównym medium, miłością, inspiracją i tłem dla najnowszego tomu poetki.

 

MAŁGORZATA KULISIEWICZ – absolwentka filmoznawstwa i polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorka esejów i recenzji filmowych i literackich, publikacji historycznych, realizatorka reportaży telewizyjnych w TVP Kraków. Publikowała m.in. w miesięczniku „wSieci Historii”, Tygodniku Katolickim „Niedziela”, „wSieci Kultura”, w „Film and TV Kamera”,  na portalu film.org.pl i w portalu jungowskim „Unus Mundus”. Autorka książek poetyckich: „Inni Bogowie”, „Kot Wittgensteina i inne wiersze”, „Ciasteczka z ironią”, „Sprzedawcy jaśminu”, „Kinoptycznie” oraz zbioru opowiadań „dalEKOwzroczność”.

Jej opowiadania i wiersze były publikowane w „Lirydramie”, „Wyspie”, „Dzienniku Polskim”, „Nowych Myślach”, „BregArcie”, „Babińcu Literackim”, „Lamelli”, „Szufladzie.net”, „Poezji Dzisiaj”, „Metaforze Współczesności”, „Akancie”, „Hybrydzie”, „Literacie”, „Wytrychu”, „Post Scriptum”, „Helikopterze OPT”, na portalu „Pisarze.pl”, w „Gazecie Kulturalnej”,  „Bezkresie”, w „Stronie Czynnej”, w „Magazynie Horyzont”,   „Whisper of Sofly – Yearly Anthology of Poetry (Vol 2)”, „Contemporary Writers of Poland. On Life’s Path”, na portalu „Spillwords.com”oraz w licznych antologiach i almanachach. Kilkukrotnie zauważona i wyróżniona w konkursach literackich i filmowych. Mieszka w Krakowie.

 

 

Plakat

 

Plakat

Juliusz Wątroba

 

„Literaci”

 

Te trzy historyjki łączy wspólny mianownik (a nawet licznik!). Nie wiem, od której zacząć, bo wszystkie równoprawne i równie tragikomiczne. Więc tak na chybił trafił – choćby kulą w płot.

Pan Zenek ma 60 lat. Inteligentny, błyskotliwy, wszędzie go pełno. Robi szum koło siebie i lubi być w centrum uwagi, a w swoim środowisku, w niewielkiej mieścinie, jest wszystkim znanym „działaczem kulturalnym”, jak się w czasach słusznie minionych mówiło o szalonych ludziach pełnych pasji. Przebojowym, w miarę bezczelnym, z tupetem, załatwiającym gdzie się tylko da i co się da – od dyrektora po burmistrza, od wsparcia duchowego po żywą gotówkę. Taki, co to jak wyrzucą go drzwiami, to wchodzi oknem. Organizuje wystawy malarstwa, zajęcia dla dzieci, a ostatnio nawet konkurs poezji! No właśnie, nie powiedziałem najważniejszego: pan Zenek od sześciu lat pisze wiersze! Zdobył nawet kilka wyróżnień w konkursach, co jest powodem dumy, z którą zresztą obnosi się jak paw ze swoją lirą albo indor z czerwonymi koralami. Jego megalomania rozwija się jak rozmaryn w rzewnej piosneczce sprzed lat. I byłoby wszystko w porządku, gdyby nasz poeta nie zapragnął nagle zostać... prozaikiem. Napisał stustronicowy tekst prozą, wydał ładnie, z kolorowymi fotkami i na kredowym papierze w prywatnym mini wydawniczonku, i – na moje nieszczęście – uszczęśliwił mnie przesyłką poleconą, zawierającą pachnącą nowością książkę z kategorycznym żądaniem, bym napisał mu szczerze, co sądzę o jego dziele, najlepiej żeby była to pozytywna recenzja.

Gdy zacząłem czytać owe „dzieło”, resztki włosów stanęły mi dęba, a szczęka, ręce i inne członki opadły, bo rzeczywiście najprawdziwiej zdębiałem! Takiego nagromadzenia błędów wszelakich jeszcze w życiu nie spotkałem! Nie spotkałem też nigdy takich „metafor” (żeby  dodatkowo podnieść literackość, Pan Zenek „dzieło” okraszał „prozą poetycką”!); wzbudzających to politowanie, to zażenowanie, to pusty śmiech wreszcie. Ze względu na chrześcijańskie miłosierdzie, nie będę cytował próbek tej radosnej, a żałosnej „twórczości”, choć diabeł mnie kusi, by i państwu sprawić wątpliwą „radość”. Już nawet myślałem, że coś jest ze mną nie w porządku, że to niemożliwe, więc poprosiłem córę (obciążoną genetycznie humanistkę po dwóch fakultetach), by rzuciła okiem na ową pisaną sercem prozę – jak podkreślił autor – i ołówkiem zaznaczyła błędy, jeśli takie zauważy. Po dwudziestu minutach moja pierworodna zwróciła książkę, mówiąc, że takich bzdur nie będzie czytać, a kilkanaście stron przez które przebrnęła zostało upstrzone dziesiątkami, czy setkami podkreśleń całego wachlarza błędów. Odetchnąłem z ulgą, bo świadczyło to o tym, że ze mną wszystko w porządku, i ze zgrozą równocześnie, że to jednak prawda!

Zgodnie z żądaniem autora, po głębokim namyśle, napisałem szczerze, że proza jest beznadziejna, z kardynalnymi błędami, których nie spotkałem nawet, oceniając prace dzieci z podstawówki oraz że nie wystarczy wrażliwość i wyobraźnia, by pisać. Potrzebna jest też choć elementarna wiedza o zasadach pisowni, bo proza to nie wierszyki, składające się z kilku słów, ale dziedzina, wymagająca znajomości warsztatu, czyli poprawnego posługiwania się polszczyzną! Dodałem też, że lepiej by było, gdyby tej książki nie pokazywał krytykom, bo jeśli któryś raczy ją przeczytać, może go skompromitować oraz ośmieszyć wydawcę, a tego przecież nikomu nie życzę! Odpisał, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał i koniecznie musimy się spotkać.

Spotkaliśmy się w pubie. Rozmowa zaczęła się kleić, gdy wypiliśmy po klika piw. Dopiero wtedy wyszło szydło z worka (proszę nie mieć złych skojarzeń z rzeczownikiem „Szydło”!). Zenek – przeszliśmy na „ty” – przyznał się, że przed 42 laty ukończył tylko... zasadniczą szkołę budowlaną oraz że pracuje nad swoim rozwojem. Powiedziałem szczerze, że czytelnika nie obchodzi, co skończył, a czego nie skończył, tylko to, co zaproponował i ogłosił drukiem! Zadałem mu też najprostsze pytanie:

Czemuś tego, na Boga, nie dał do korekty? Najzwyklejszej polonistce?

– Przecież dałem! – powiedział oburzony.

– Komu??? – byłem bezgranicznie zdumiony.

Mojej znajomej poetce. Z Warszawy! Córce wybitnych aktorów, która się we mnie podkochuje – odpowiedział dumnie i z godnością osobistą nieszczęsny domorosły „literat”, jakby miejsce zamieszkania „recenzentki”, pochodzenie społeczne, tudzież stany emocjonalno-otumaniające miały świadczyć o jej profesjonalizmie.

Na odchodne Zenek pochwalił się, że kończy drugą powieść – erotyczną!   O mało nie spadłem z krzesła. A że nie miało mi już co opaść (szczęka i członki!), ani stanąć dęba (resztki włosów), to tylko dusza załkała bezgłośnie i serce zatrzepotało ze zgrozy... Pożegnałem się spiesznie, zostawiając Zenka z kolejnym piwem i „snami o potędze” w błogim przeświadczeniu o niezwykłości własnego „talentu”.

 

Historyjka druga. Koło seniorów w wielkim mieście działało znakomicie: zajęcia, spotkania, kółka wszelakie (od tańca do różańca), wyjazdy na wycieczki... Jednak w pewnej chwili energiczna i operatywna pani prezes wymyśliła, że byłoby pięknie, gdyby ukazał się... tom poezji aktywnych, acz wcześniej urodzonych. Zwróciła się tedy na piśmie do szefa miejskiej kultury z kategorycznym żądaniem przyznania sporych pieniędzy na wydanie „znakomitej poezji”, jak zaznaczyła, dołączając do podania już przygotowaną książkę. Publikację z kolorowymi fotkami i obszernymi notkami, z których wynikało, że panie są bardzo aktywne: dziergają, haftują haftem krzyżykowym, malują, rzeźbią, tańczą, śpiewają, są aktorkami..., no i oczywiście piszą! Skąd o tym wiem? Poproszono mnie, żebym napisał recenzję wydawniczą. Napisałem. W skrócie: to beznadzieja i totalna grafomania. Zaapelowałem również gorąco, by pod żadnym pozorem tego nie drukować, bo ci, którzy podjęliby taką decyzję, mogliby zostać pociągnięci do odpowiedzialności karnej za wyrzucanie w błoto publicznych pieniędzy. Wśród bezmiaru koszmaru radosnego pismaczenia znalazły się jedne wiersze znakomite! Zasugerowałem więc, by wydać indywidualny tomik pani, która naprawdę na to zasługiwała.

Zapomniałem o tym nieistotnym zdarzeniu, gdy po jakimś czasie zostałem zaproszony na spotkanie autorskie w wielkim mieście, w renesansowym pałacu, gdzie przyglądali mi się nie tylko słuchacze, ale i panie z portretów. Po prezentacji stała się rzecz niespotykana – otoczyło mnie kilkadziesiąt wrogo i agresywnie nastawionych leciwych niewiast, a ich przywódczyni z gromami w oczach (i zapewne bronią białą schowaną w staniku) wykrzyczała tylko  jedno pytanie, wsparte dramatyczną choreografią: – Dlaczego???!!!

Okazało się, że kierownik wydziału powiedział natrętnej pani prezes, nachodzącej go i żądającej pieniędzy na „poezje”, że nic nie otrzyma, bo recenzja negatywna i koniec, kropka. Dla świętego spokoju albo i ze strachu, dał jej też do przeczytania moją opinię.

Byłam 40 lat polonistką i wiem jak się pisze! – wrzasnęła mi nad uchem jedna.

– A ja piszę lepiej niż Szymborska, bo ona pisała tylko 16 wierszy w ciągu roku, a ja tworzę nawet 20 w ciągu jednego dnia!...

Lawina złorzeczeń, pretensji i gróźb karalnych posypała się na moją siwą głowę z „siłą wodospadu”. Myślałem, że mnie te nawiedzone i rozwydrzone babsztyle zlinczują!  A choć w młodości trenowałem boks (w wadze papierowej niestety), nie miałbym najmniejszych szans. Człowieka jednak w ekstremalnych warunkach, zagrażających najdosłowniej życiu, stać na wiele. Doznałem olśnienia (może za sprawą samego Ducha Świętego?) i palnąłem płomienną gadkę, uzasadniającą druzgoczącą, krytyczną recenzję, dzięki której złość i nienawiść nieszczęsnych poetess stopniała  śniegiem  wrzuconym w ognisko. Rozszalałe lwice przemieniły się z wolna w potulne owieczki, wycofujące się chyłkiem z zamkowej komnaty.

Trzecia powiastka też wprost z życia wzięta. Jeśli bym nie znał tej wyjątkowej i wybitnej osobowości, a oceniał jedynie jej spóźniony debiut, powiedziałbym krótko i bez najmniejszych wątpliwości, iż to czystej wody, rasowa grafomania monstrualnego beztalencia! Tomik pięknie wydany, w twardej oprawie, a jego szatę graficzną stanowiły reprodukcje dzieł wybitnych malarzy. Autorem owego koszmaru była osoba znana: wybitny naukowiec politechniki,  zajmujący wysokie stanowiska, nagradzany i odznaczany (słusznie!) autorytet moralny środowiska. Na dodatek wzorowy mąż, ojciec oraz dziadek. Słowem, ideał i wzór cnót wszelakich. I oto ten niezwykły człowiek, duma miasta, który w życiu osiągnął prawie wszystko, postanowił, że musi się jeszcze dowartościować, zostając... poetą. Skoro na przykład taka Wisława dostała Nobla, to może on też?! A że był niezwykle ambitny, doszedł do wniosku, że profesor zwyczajny musi zostać nadzwyczajnym poetą!

Z wydaniem tomiku nie było najmniejszego problemu. Słowo wstępne napisał sam burmistrz miasta, a na ostatniej stronie kilkuzdaniowe zachwyty zamieściły miejscowe autorytety, choć jestem przekonany, że zdawali sobie sprawę z żałosnej zawartości książeczki. Jeśli nie, to tym gorzej i straszniej. I nikt nie miał odwagi krzyknąć (jak chłopczyk w baśni Andersena, że „król jest nagi!”), iż te rymowanki wybitnego naukowca to ramota, szmira, grafomania, i idiotyzmy totalne! Później odbyło się, w reprezentacyjnej sali ratusza, spotkanie, prezentujące wydany tomik oraz narodziny nowego „poety”. Zjawili się wszyscy liczący się w mieście: przedstawiciele władz, biznesu, nauki i kultury, a nawet kościoła – tym bardziej tym razem na miejscu, że były to wiersze religijne.  Pan profesor, drżącym ze wzruszenia głosem, czytał swoje wypociny, widzowie słuchali z przejęciem i w nabożnym skupieniu, które było co jakiś czas przerywane nastrojowymi dźwiękami zabytkowej harfy, obsługiwanej przez równie zabytkową, acz fałszującą niemiłosiernie harfistkę. Gdy autor skończył, zapanowała cisza jak makiem zasiał. Zaraz potem rozległy się burzliwe oklaski, przekształcające się w owację na stojąco. Wylało się też morze dziękczynnych mów, gratulacji, łanów kwiatów i niezliczonych cmokań zaczerwienionej podwyższonym ciśnieniem i emocjami buzi. Wzruszenie „poety” było szczere, spontaniczne i tak wielkie, że nie było go stać na więcej, niźli  znamienne słowa:

– Jestem taki szczęśliwy... Nie spodziewałem się... Ale nie zawiodę państwa i obiecuję, że jeszcze w tym roku ukażą się... kolejne dwa  tomiki!

Nie wiedziałam, co począć: czy zapaść się pod ziemię ze wstydu, czy pęknąć ze śmiechu. Wtedy stała się rzecz straszna: bohater wieczoru podszedł do mnie, i na oczach wniebowziętych wielbicieli  zapytał:

– A pan co sądzi o moich wierszach?!

Do dzisiaj mam kaca moralnego, bo stchórzyłem!! Stałem się cykorem i trzęsidupką!!! Wziąłem czynny udział w tym żałosnym spektaklu próżności i wydukałem tylko, że jestem przekonany, iż te wzruszające wiersze  pisał człowiek głębokiej wiary...  To prawda, natomiast po stokroć ważniejszą prawdę stanowił fakt, iż wierszydła były totalnie koszmarne! Niestety, zabrakło mi odwagi cywilnej, by to wprost i jednoznacznie powiedzieć. Gdy o tym myślę, jeszcze dziś czuję się fatalnie, z uzasadnionym poczuciem wielkiej winy...

Te trzy banalne historyjki – które można by mnożyć – obrazują, jak wielka jest chęć publikacji, pokazania się, zaistnienia, parcie na... druk!

 Rodzi się też głębsza refleksja: jak istotna jest świadomość własnych predyspozycji, ale też własnych ograniczeń, tak, by talenty pomnażać (jak zapisano w najmądrzejszej Księdze!), a niemożności przyjąć z pokorą i nie trwonić sił na daremno. Bo to tak, jakby słoń chciał zostać motylem. I choćby w to wierzył oraz ćwiczył całymi latami, wachlując uszami, to i tak nie pofrunie. A i motyl nie uniesie swoją lichą trąbką kłody drewna, choćby całe wieki trenował kulturystykę. Ważne to szczególnie  dzisiaj, gdy o publikacji decyduje najczęściej nie wartość proponowanych „dzieł”, a pieniądze, zaradność, siła przebicia, operatywność, autoreklama, „parcie na szkło” i „na papier’. Marnotrawstwo papieru jest obecnie chyba największe w całych dziejach ludzkości, ale papier wszystko wytrzyma, więc marnotrawstwo też!

Tutaj pojawia się dręczące pytanie: czy każdy może pisać i w dodatku jeszcze publikować??? Odpowiedź jest krótka: może! Ale czy mu wolno, czy powinien? Można, oczywiście, stwierdzić, że pisanie to niegroźne dziwactwo, bzik, pożyteczne zabijanie czasu w grupkach wzajemnej adoracji, towarzyskie spotkania, będące namiastką życia literackiego, chęć stadnych działań, nowe znajomości pokrewnych dusz (a czasem i ciał!), realizacja niespełnionych marzeń o młodości na emeryturze, zapełnianie samotności,  konik na biegunach wyobraźni... Niestety, dzisiaj jest to niebezpieczne, ponieważ istnieje niewiele ogólnopolskich pism, zajmujących się literaturą i obiektywną krytyką (zakładamy, że taka może być), a w powodzi miałkich wierszy oraz niezliczonej ilości antologii (nawet międzynarodowych na poziomie sołecko-gminnym!) toną, a nawet nie mogą wypłynąć, autentyczne talenty! 

Oczywiście, grafomańskie wiersze nie przetrwają, a beztalencia nie przejdą do historii, ale mogą czynić i czynią spustoszenie w głowach (nielicznych niestety) zdezorientowanych czytelników. Dodatkowo media społecznościowe pozwalają na wszystko, także na bezkarne lansowanie się rzeszom, tłumom, nieprzeliczonej ciżbie piszących wiersze, a spragnionych chwały i sławy. Najczęściej owi autorzy (głównie panie) proponują przelane na papier (czyt. ekran) porywy duszy, wzbogacone fotkami samych autorek albo reprodukcjami dzieł malarzy (tu wchodzą też panowie), które są po wielokroć ciekawsze niż główny „produkt”, a mają tylko uatrakcyjnić „poezję”, ukryć nieporadności, czy sprawić, że nędzna rymowanka zalśni w atrakcyjnym towarzystwie. Mówiąc obrazowo, to podróbka hipermarketów, w których najważniejsze jest... opakowanie!  Stąd liczne łańcuszki z wierszykami,  konkursiki z dyplomikami, nagrodziki przyznawane samym sobie, blogi, grupki, podgrupki, ćwierćgrupki oraz relacje z „wielkich”  imprez z udziałem... kilku przypadkowych widzów (jeszcze przed pandemią)...

Czemu o tym piszę? Bo jestem nie z tej epoki, a debiutowałem w czasach, gdy profesjonalne wydawnictwa (tylko takie wtedy istniały) drukowały dwa debiutanckie tomiki... rocznie! Czekało się na to około trzech lat! W prestiżowych, organizowanych wtedy konkursach (np. w Łódzkiej Wiośnie Poetów, czy w poznańskim Konkursie im. Klemensa Janickiego), brało udział około tysiąca autorów, więc zdobyte nagrody rzeczywiście coś znaczyły! Oczywiście, to również nie było normalne! Wszak już starogreccy Rzymianie słusznie zauważyli, że najważniejszy jest złoty środek. A my współcześnie tułamy się po szarych obrzeżach, oszukując siebie i naiwnych bliźnich, wmawiając światu, że jesteśmy wybitni! Chyba w stwarzaniu pozorów!  I pewnie do głowy by nie przyszło genialnemu  Mikołajowi Kopernikowi, że sformułowane przez niego prawo ekonomiczne sprzed ładnych kilkuset lat, zgodnie z którym „zły pieniądz wypiera lepszy”, znajdzie zastosowanie także w tak niewymiernej dziedzinie, jaką jest poezja, albo posłużmy się bezpieczniejszym stwierdzeniem, pisanie tekstów (by nie obrażać poezji!). Żyjemy jednak w świecie fałszu, zakłamań, braku autorytetów, bylejakości i brnięcia w chaos, więc i słowo pisane porywane jest nurtem smętno-mętnej rzeki bez brzegów. Tym większa winna być odpowiedzialność rozumnych istot za Słowo, Dobre Słowo. I smutno, choć perlisty śmiech się sypie groszkiem (rzucanym o ścianę) gdy strawestujemy słowa piosenki, zaśpiewanej wspaniale  przez Jerzego Stuhra: Pisać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej..., ja się wcale nie chwalę, ja po prostu niestety mam talent...

W prozaicznej rzeczywistości większość jednak, niestety, nie ma talentu, który dany jest przez nieobliczalną i nieprzekupną Naturę tylko nielicznym wybrańcom...

Juliusz Wątroba

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Magdalena Kapuścińska

 

Głodna wiedzy tropię mistrzów

 

Mogłabym napisać o Mikołaju Reju, ale nie chcę. Wielu z nas uważa, że był on ojcem polskiego języka. Ja tak nie uważam. Nawet mam mu wiele do zarzucenia. W moim mniemaniu pogubił się chłopina w języku polskim, zaplątał w nieporadność stylistyczną i nadmierną gadatliwość. Językowi Reja brak wytworności, dyscypliny i precyzji, ale chyba najbardziej subtelności. Śmiało mogę zarzucić mu brak gry słów i dowcipu sytuacyjnego. Aż chce mi się wykrzyczeć-Sacrebleee! Nie to, co mój mistrz nad mistrzami – hrabia Aleksander Fredro. Niekwestionowany geniusz w komediopisarstwie oraz w komponowaniu nieprzyzwoitych i niecenzuralnych erotyków. I wreszcie coś się dzieje w polskiej literaturze, jakby to powiedział Kaczyński: „gorszego sortu”. To najbardziej odpowiednie wcielenie staroszlacheckiej rubaszności. Swoją drogą „rubaszność” należy do kanonu moich najczęściej i najchętniej używanych słów. Jego język, w przeciwieństwie do języka Reja, jest giętki, ma jasne frazy, w których mieści proste, a jakże zabawne sformułowania. Mistrz Fredro, podobnie jak ja, nie posiadał formalnego wykształcenia. Zaistniał dzięki sile swojego talentu. No cóż, oboje mamy coś, czego nie mają inni – niezwykle przenikliwe spojrzenie na stosunki międzyludzkie. 

Albo, dla kolejnego spoliczkowania Reja, weźmy na przykład mistrza z Czarnolasu – Jana Kochanowskiego, który wyniósł wiersz z prostej rymowanki na wyżyny poezji. Moim zdaniem, to najwybitniejszy geniusz poezji nie tylko polskiej, ale i słowiańskiej w okresie baroku, z którym równać można jedynie samego Puszkina, Słowackiego czy Mickiewicza.

No właśnie – Mickiewicz. Historycy literatury krytycznie analizują do dziś jego największe dzieła, np. ulubionego przeze mnie „Pana Tadeusza”. Warsztatu wspomnianych przeze mnie mistrzów, dopatrują się w mojej poezji krytycy literatury. Tłumaczę się jak zwykle jednym zdaniem – kocham klasykę. Ta sama klasyka dziś pojmowana jest jako passe. Nie przejmuję się tym zbytnio. Z doświadczenia wiem, że czasami bycie anachronicznym wynosi naszą twórczość ponad tę zwykłą, szarą i przeciętną. Nie byłam, nie jestem i nie będę autorką komercyjną. Moje książki są owocem wyłącznie mojej pracy i garstki zaprzyjaźnionych ludzi, którzy pomagają mi w przeskoczeniu moich braków umiejętności w pewnym zakresie (nie da się umieć wszystkiego, choć dążę do tego, by być samowystarczalną). Zwyczajnie mam awersję do komercyjnego gówna! Ci sami ludzie, którzy krytykują mistrzów słowa, uważając się za gigantów poezji, zwyczajnie nie doceniają dorobku polskiej kultury, wynosząc swoją twórczość ponad wszystko. Ja tego nie znoszę. Wierzę w równość. Często bywam punktem zapalnym i prowokuję pojedynki literackie. Nie godzę się na niewolnictwo wydawnicze. Dlatego też lubię być sterem i okrętem swojej twórczości, o czym świadczy fakt, że swoje książki wydaję niemalże samodzielnie. Krytycy literaccy zapominają bowiem o fakcie, że recenzent to literaturoznawca (osoba oczytana), który analizuje utwory literackie, nie neguje i nie atakuje autora, tylko i wyłącznie dlatego, że posiada odmienny światopogląd lub nie trzyma mu palca w tyłku, używając nieograniczonej ilości wazeliny słownej, a nawet rzec można bełkotu adoracyjnego. Ja kocham Jezusa i tylko jego serce zamierzam adorować. Wszystkim samozwańczym mentorom, których śmiało publicznie nazywam hienami cmentarnymi, pokazuję środkowy palec. 

Bywam nieustępliwa w obronie swojego zdania oraz w obronie ludzi atakowanych przez wspomniane przeze mnie hieny, stąd wielu znajomych mówi o mnie wadera, wilcza suka, wilczyca w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie od dziś wiadomo bowiem, że wilczyca jest bardzo bogatym symbolicznie stworzeniem. Dla mnie jest symbolem odwagi, niezależności i wolności. Choć jest zwierzęciem stadnym, chadza swoimi ścieżkami, kierowana intuicją. Stara czeczeńska legenda mówi o wilczycy, broniącej swoich szczeniąt przed wichurą, którą zesłał Stworzyciel. Kiedy wszyscy zapomnieli o dobroci swojego Pana, stali się chytrzy i chciwi i każdy z nich chciał zostać władcą świata (i tu alegoria hien cmentarnych). Rozgniewany Bóg chciał zniszczyć wszystko, co stworzył na Ziemi. Rozgrzane do czerwoności słońce paliło wszystko, co znalazło się w jego zasięgu, pył dusił ludzi, a grzmoty i błyskawice oślepiały i ich ogłuszały. Ziemia w końcu zatrzęsła się i pękła, upadły szczyty gór. Wszyscy w panice zaczęli szukać schronienia i tylko jedna wilczyca, pełna ufności w swoją intuicję, zachowała spokój i osłoniła sobą wilczęta przed silnym podmuchem wiatru. Bóg zdziwiony odwagą zwierzęcia i faktem, iż za nic ma gniew boży, skierował na nią jeszcze mocniejszy podmuch. Choć wicher zdzierał z niej skórę, wilczyca nie poddawała się, lecz zmęczona opadła z sił. Z dumą czekała na śmierć. Jej postawa tak zaimponowała Bogu, że powstrzymał wszystkie niszczące żywioły, które wysłał na ziemię. Dzięki szlachetności wilczycy darował także życie ludziom. Wilczyca wkrótce wyzdrowiała i przemówiła:

 

Gdybym wiedziała, żem taka silna

trzymałabym ziemię pod łapą,

aby panował zawsze pokój.

 

A ludzie jak to ludzie, nie okazali wdzięczności. Wystraszeni jej siłą i odwagą, zabili ją. Od tamtych czasów ludzie tępią wilki, by nie wyszły na jaw ich grzechy. I tak po dziś dzień niszczy się pojedyncze, inteligentne jednostki… W dzisiejszym świecie Zło rozprzestrzenia się niczym zabójczy wirus, choćby za pomocą mediów. To one są nośnikiem zarazy. Prawdą jest, że w gazetach i sieci wirtualnej aż kipi od brzydkich, negatywnych nagłówków i newsów. Coraz rzadziej słyszymy o tym, że ktoś pomógł bezdomnemu, ktoś kogoś nakarmił, natomiast coraz częściej o tym, że ktoś kogoś zabił, okradł czy oszukał. Znikają uniwersalne wartości, a każdy przejaw dobroci ze strony człowieka jest z góry podejrzany, a nawet wyśmiewany i negowany. Protestuję.

Podobnie jak wilczyca próbuję przypomnieć ludziom na całym świecie, że jesteśmy wobec Boga równi i żaden człowiek nie ma prawa górować nad swoim bratem czy siostrą. Wielkimi, w oczach Pantokratora, czyni nas jedynie służba bliźniemu. Ten przecież jest dobrym i godnym królestwa, kto służy swojemu ludowi.

W moim życiu od jakichś trzydziestu lat grzmi jak jasna cholera, podobnie jak we wspomnianej przeze mnie legendzie. Niezlękniona, podążam swoimi ścieżkami, próbując chronić swoje szczenięta. Ci, którzy uważają się za większych ode mnie, próbują mnie gryźć po kostkach. Głodna wiedzy mknę przez grzęzawiska życia, połykając cukrową mgłę młodości, niosąc przesłanie wiecznej miłości. Ściga mnie ludzka chciwość i głupota. Nic to, idę dalej. Cóż mogę dodać? Piorun zawsze uderza w szczyty gór. Więc jeśli w Twoim życiu człowiecze panuje burza, to może oznaczać tylko jedno – należysz do ludzi wybitnych.

Magdalena Kapuścińska

Fot. https://www.facebook.com/kapuscinskaM/photos_by