Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Strażnik rozproszonego skarbca 

 

W historii polskiej kultury XX wieku są postacie, które działają jak cichy fundament pod wielkimi gmachami pamięci narodowej. Nie przemawiają z trybun, nie szukają politycznej sławy, nie budują własnych pomników. Ich nazwiska bywają znane jedynie muzealnikom, archiwistom, historykom sztuki i tym, którzy wiedzą, jak dramatyczne były powojenne losy polskiego dziedzictwa. Do takich ludzi należał bez wątpienia Julian Godlewski – człowiek, który przez dziesięciolecia ratował polskie dziedzictwo rozproszone po świecie, wykupywał je z antykwariatów i prywatnych kolekcji, a następnie oddawał Polsce. Nie kolekcjoner dla własnej próżności, lecz strażnik pamięci narodowej.

Urodzony we Lwowie w 1903 roku wyrastał w środowisku, gdzie kultura, prawo i służba publiczna były naturalnym obowiązkiem inteligencji. Jego ojciec był prezesem Izby Adwokackiej we Lwowie, a dziadek, Julian Zachariewicz, należał do najwybitniejszych architektów epoki, rektorem Politechniki Lwowskiej i twórcą wielu budowli, które do dziś określają pejzaż dawnego miasta. Godlewski od początku wyrastał więc w przekonaniu, że polskość nie jest abstrakcją, lecz konkretnym obowiązkiem wobec kultury, państwa i historii.
Już jako siedemnastoletni chłopak zgłosił się ochotniczo do wojska podczas wojny polsko-bolszewickiej. Wstąpił do 8. Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego, a więc formacji symbolicznej dla tradycji II Rzeczypospolitej. Ten młodzieńczy gest był czymś więcej niż romantycznym uniesieniem. W całym późniejszym życiu Godlewskiego powracał bowiem ten sam rys charakteru: poczucie, że Polska wymaga konkretnego działania, a nie jedynie deklaracji.
Po ukończeniu prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza rozpoczął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Wojna ponownie rzuciła go jednak do walki. Służył w 1 Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka, jednej z najbardziej legendarnych polskich formacji na Zachodzie. W bitwie pod Falaise został ciężko ranny. Dla wielu ludzi wojna byłaby wystarczającym doświadczeniem, by zamknąć się we własnym życiu. Dla niego była początkiem jeszcze większej misji.

Po wojnie pozostał na emigracji. Najpierw Stany Zjednoczone, później Argentyna, wreszcie Europa Zachodnia i Szwajcaria. Mieszkał przez lata w Lugano, w hotelu „Splendide Royal”, człowiek zamożny, wpływowy, związany z koncernem Thyssena. Mógł prowadzić życie spokojnego milionera, odciętego od problemów kraju pozostającego za żelazną kurtyną. Tymczasem właśnie wtedy rozpoczęła się jego największa działalność.

Godlewski doskonale rozumiał, że po II wojnie światowej Polska została nie tylko zniszczona fizycznie, ale również ograbiona duchowo. Spłonęły biblioteki, rozkradziono kolekcje arystokratyczne, zaginęły obrazy, militaria, arrasy, rękopisy. Wiele polskich dzieł sztuki znalazło się na zachodnich aukcjach, w prywatnych kolekcjach, w antykwariatach Londynu, Paryża czy Zurychu. I właśnie wtedy Julian Godlewski zaczął działać jak prywatne ministerstwo odzyskiwania pamięci narodowej.

Nie kupował sztuki dla prestiżu. Kupował ją po to, by wróciła do Polski albo służyła polskiej kulturze na emigracji. To zasadnicza różnica. W praktyce oznaczało to ogromne wydatki finansowe, prowadzone często dyskretnie, bez rozgłosu i bez oczekiwania wdzięczności. W czasach, gdy państwo komunistyczne nie było w stanie odzyskiwać wielu obiektów, on robił to prywatnie.

Najbardziej spektakularnym przykładem pozostaje jego działalność wobec Muzeum Polskiego w Rapperswilu. Ta placówka była czymś więcej niż muzeum. Była symbolicznym depozytem polskiej pamięci narodowej na emigracji. Godlewski stał się jej najważniejszym dobroczyńcą i właściwie współtwórcą jej nowoczesnej potęgi. Przekazał około 100 tysięcy franków szwajcarskich na podstawy materialne funkcjonowania muzeum – gigantyczną sumę jak na owe czasy – a ponadto finansował jego działalność przez całe lata. Współtworzył Fundację „Libertas”, która miała zapewnić placówce stabilność finansową.

Jednak prawdziwe znaczenie miały nie tyle pieniądze, ile dzieła sztuki. To dzięki niemu do Rapperswilu trafiły obrazy takich mistrzów jak Józef Brandt, Józef Chełmoński, Jacek Malczewski, Leon Wyczółkowski, Piotr Michałowski czy Alfred Wierusz-Kowalski. Nie były to przypadkowe zakupy. Godlewski budował kolekcję strategicznie, świadomie tworząc reprezentację polskiej sztuki narodowej poza granicami kraju. W praktyce stworzył rdzeń zbiorów muzeum.

Warto zrozumieć skalę tego wysiłku. Dziesiątki, a prawdopodobnie setki dzieł sztuki były przez niego wyszukiwane na rynku europejskim, kupowane za prywatne pieniądze, konserwowane, przewożone i przekazywane instytucjom. To była działalność niemal państwowa, prowadzona przez jednego człowieka.

Szczególne miejsce w jego działalności zajmował Wawel. Powojenny Wawel wymagał odbudowy nie tylko murów, ale także dawnej świetności zbiorów. Godlewski stał się jednym z najważniejszych prywatnych mecenasów zamku w całym XX wieku. Kupował na Zachodzie dzieła związane z historią Rzeczypospolitej i przekazywał je wawelskiej kolekcji. Wśród nich znalazły się portrety polskich monarchów, zabytki złotnictwa, tkaniny, dzieła rzemiosła artystycznego i militaria.

Jednym z najważniejszych darów był słynny arras z herbami Dymitra Chaleckiego. Ten wyjątkowy zabytek wcześniej należał do Edwarda Raczyńskiego, po wojnie znalazł się w Londynie, a w 1962 roku został wykupiony przez Godlewskiego. Nie zatrzymał go jednak dla siebie. Przekazał go na Wawel. Gest ten miał wymiar niemal symboliczny: oto polski emigrant odzyskuje fragment dawnej Rzeczypospolitej i przywraca go narodowej wspólnocie.
Podobne znaczenie miał kielich Kazimierza Wielkiego z 1351 roku, również podarowany Wawelowi. Były to obiekty bezcenne, nie tylko materialnie, ale historycznie. W czasach, gdy wiele państw Europy Zachodniej budowało własne kolekcje narodowe poprzez wykupywanie zabytków z całego świata, Godlewski działał odwrotnie – odzyskiwał dla Polski to, co z niej wypłynęło.

Nie ograniczał się jednak do jednej instytucji. Wspierał również Zamek Królewski w Warszawie, uczestnicząc pośrednio w odbudowie jego kolekcji po wojennym zniszczeniu. Przekazywał Muzeum Narodowemu obrazy i obiekty artystyczne, wspomagał kolekcje militarne, wykupywał polską broń historyczną i pamiątki wojskowe.

Był przy tym człowiekiem niezwykle dyskretnym. Współczesny świat przyzwyczaił się do filantropii ostentacyjnej, medialnej, budowanej wokół nazwisk sponsorów. Godlewski działał odwrotnie. Nie potrzebował kampanii reklamowych ani konferencji prasowych. W wielu muzealnych katalogach pojawia się jedynie lakoniczny dopisek: „dar Juliana Godlewskiego”. Za tym krótkim zdaniem kryją się jednak lata poszukiwań, negocjacji i wydawania ogromnych pieniędzy.

Równie imponująca była jego działalność społeczna. Przez wiele lat wspierał Zakład dla Niewidomych w Laskach, finansował Centrum Zdrowia Dziecka, pomagał seminariom duchownym, fundował stypendia. Niektóre z tych działań pozostają niemal nieudokumentowane, bo sam nie zabiegał o ich nagłaśnianie.

Szczególnym rozdziałem była pomoc dla polskiej emigracji intelektualnej. Fundując Nagrodę im. Anny Godlewskiej – nazwaną na cześć matki – stworzył jedno z najważniejszych wyróżnień dla polskiej kultury emigracyjnej. Laureatami zostawali ludzie tej miary co Józef Mackiewicz, Jerzy Giedroyć, Józef Czapski, Marian Hemar czy Mieczysław Grydzewski. Było to nie tylko wsparcie finansowe, ale także akt symboliczny: potwierdzenie, że polska kultura istnieje ponad granicami i ponad systemami politycznymi.

Warto przypomnieć także jego rolę w sukcesach polskiego himalaizmu. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wspierał finansowo wyprawy wysokogórskie, w tym ekspedycje himalajskie i zimowe wejście na Mount Everest kierowane przez Andrzej Zawada. To niezwykle charakterystyczne: Godlewski rozumiał kulturę szeroko. Nie jako zbiór muzealnych eksponatów, ale jako energię narodu – obejmującą sztukę, naukę, sport, edukację i pamięć historyczną.

Jednym z najbardziej wzruszających świadectw jego działalności są wspomnienia beneficjentów stypendiów. Dzięki jego pomocy wielu młodych Polaków mogło studiować za granicą, rozwijać kariery naukowe i artystyczne. Nie inwestował więc wyłącznie w przedmioty. Inwestował w ludzi.

W istocie Julian Godlewski należał do wymierającego dziś typu polskiego inteligenta-patrioty, który uważał majątek za narzędzie służby publicznej. Nie był politykiem, a jednak zrobił dla polskiej kultury więcej niż niejeden minister. Nie był dyrektorem muzeum, a jednak odbudowywał kolekcje narodowe. Nie był profesorem historii sztuki, a jednak ratował dziedzictwo artystyczne całych epok.

Dzisiaj, gdy mówi się o odbudowie pamięci narodowej, o ochronie dziedzictwa i mecenacie kultury, nazwisko Juliana Godlewskiego powinno pojawiać się znacznie częściej. Bo jego działalność pokazuje, że kultura nie utrzymuje się sama. Potrzebuje ludzi gotowych poświęcić czas, pieniądze i energię dla czegoś większego od siebie.

Był człowiekiem, który zrozumiał dramat rozproszonego polskiego skarbca po II wojnie światowej. I próbował ten skarbiec mozolnie scalać. Obraz po obrazie. Arras po arrasie. Kielich po kielichu. Stypendium po stypendium.

To właśnie dlatego jego biografia jest czymś więcej niż historią bogatego filantropa. To opowieść o człowieku, który całe życie prowadził prywatną akcję odzyskiwania polskiej pamięci.

Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Między ciszą herbaty a rytmem współczesności

Piotrków Trybunalski zachwycił festiwalem sztuki japońskiej 

 

Piotrków Trybunalski na kilka majowych dni stał się miejscem niezwykłym. Miastem, w którym codzienność ustąpiła miejsca subtelności gestu, skupieniu nad detalem, kontemplacji piękna i fascynującej podróży przez kulturę Kraju Kwitnącej Wiśni. Festiwal Sztuki Japońskiej nie był jedynie serią wydarzeń artystycznych. Był spotkaniem ludzi zafascynowanych Japonią, dialogiem kultur, ale przede wszystkim wielkim świętem wrażliwości, które połączyło sztukę, filozofię, podróż i ludzką pasję.

 

Od pierwszych chwil czuło się, że nie jest to przedsięwzięcie stworzone „urzędowo” ani chłodno wyreżyserowane. Festiwal miał duszę. A duszą tego wydarzenia był bez wątpienia Witold Stawski – pomysłodawca, dyrektor i spiritus movens całego przedsięwzięcia. Człowiek, który od lat udowadnia, że kultura może być przestrzenią autentycznego spotkania, otwartości i inspiracji. Jego fascynacja Japonią nie zatrzymała się na poziomie turystycznej ciekawostki. Stała się impulsem do stworzenia wydarzenia niezwykle ambitnego, a jednocześnie przystępnego, pełnego emocji i prawdziwej pasji poznawania świata.

Witold Stawski potrafił zgromadzić wokół siebie ludzi wyjątkowych – artystów, wykładowców, kolekcjonerów, podróżników i animatorów kultury. Dzięki temu Festiwal Sztuki Japońskiej w Piotrkowie Trybunalskim nie przypominał akademickiego seminarium, lecz żywą opowieść o Japonii widzianej oczami ludzi zakochanych w jej tradycji, sztuce i duchowości. Właśnie ta różnorodność okazała się największym atutem wydarzenia. Już pierwsze prelekcje w Liceum Sztuk Plastycznych VillaArte pokazały, że organizatorzy postawili na jakość i autentyczność. Spotkanie poświęcone elementom japońskiej kultury młodzieżowej prowadzone przez Witolda Stawskiego przyciągnęło uwagę młodych odbiorców, którzy mogli zobaczyć Japonię nie tylko jako kraj dawnych ceremonii i samurajów, ale także jako przestrzeń niezwykle nowoczesnej i dynamicznej kultury współczesnej. Z kolei Marta Bilecka wprowadziła uczestników w świat sztuki japońskiej na przestrzeni dziejów, pokazując niezwykłą ciągłość estetyki, harmonii i szacunku wobec natury.

Ogromnym zainteresowaniem cieszyły się warsztaty artystyczne. Możliwość własnoręcznego poznania symboliki darumy, tajemnicy lalek kokeshi czy technik związanych z japońskim rzemiosłem sprawiała, że uczestnicy nie byli jedynie widzami, lecz stawali się częścią opowieści. W tych działaniach było coś więcej niż edukacja – była próba zrozumienia filozofii ukrytej w prostocie przedmiotów i gestów.

Szczególne wrażenie zrobiła uroczysta inauguracja w Mediatece 800-lecia. Wystawy przygotowane przez zaproszonych artystów i kolekcjonerów stworzyły niezwykłą przestrzeń pełną skupienia i zachwytu. Drzeworyty Tomasza Kawełczyka zachwycały precyzją oraz niezwykłym połączeniem tradycji z autorską interpretacją formy. Kolekcja lalek kokeshi Jerzego Arsoby miała w sobie coś intymnego i wzruszającego – była opowieścią o podróżach, cierpliwości i fascynacji kulturą Japonii. Fotografie Aleksandry Fidziańskiej ukazywały Japonię nie jako egzotyczną pocztówkę, ale jako miejsce emocji, światła i codziennych chwil. Zwoje kakemono prezentowane przez Dariusza Szpakowskiego budziły podziw swoją symboliką i duchowym wymiarem.

Jednym z najmocniejszych punktów festiwalu była prelekcja Witolda Stawskiego „W poszukiwaniu kokeshi”. Nie była to zwykła opowieść podróżnicza. Było w niej doświadczenie człowieka, który naprawdę zanurzył się w kulturze Japonii i potrafił przekazać słuchaczom własne emocje, zachwyt i refleksję. Publiczność słuchała z ogromnym skupieniem, bo opowieść Stawskiego miała w sobie autentyczność, której nie da się wyreżyserować. Widać było wyraźnie, że festiwal wyrósł z osobistego doświadczenia i potrzeby dzielenia się pięknem. Ważnym elementem wydarzenia były również projekcje filmowe Radosława Tyszkiewicza, prezesa Fundacji Polska-Japonia. Dokumenty poświęcone Polakom żyjącym w Japonii pokazywały niezwykłe relacje między naszymi narodami i przypominały, że kultura jest najtrwalszym mostem między ludźmi.

Kolejne dni festiwalu przynosiły następne odkrycia. Ceremonia herbaty prowadzona przez Urszulę Mach-Bryson była czymś więcej niż pokazem tradycji. Stała się lekcją uważności i skupienia, próbą zatrzymania świata choćby na chwilę. Spotkania z Wacławem Nowackim, Jerzym Arsobą czy Izumi Yoshidą otwierały przed uczestnikami kolejne przestrzenie japońskiej estetyki – od poezji haiku i haiga, przez filozofię obrazu, aż po współczesny film animowany.

Ogromną wartością festiwalu było to, że nie ograniczał się on wyłącznie do biernego oglądania. Warsztaty ceramiki raku, sztuki furoshiki czy techniki suminagashi pozwalały uczestnikom dosłownie dotknąć kultury Japonii. W tych działaniach nie chodziło wyłącznie o efekt artystyczny, ale o doświadczenie procesu, cierpliwości i harmonii.

Festiwal Sztuki Japońskiej w Piotrkowie Trybunalskim udowodnił, że nawet dalekie kultury mogą stać się bliskie, jeśli opowiada się o nich z pasją, szacunkiem i autentycznością. Było to wydarzenie piękne, mądre i potrzebne – szczególnie dziś, w świecie pełnym pośpiechu i powierzchowności. Japonia pokazana w Piotrkowie nie była egzotycznym spektaklem. Była opowieścią o człowieku, o ciszy, skupieniu, sztuce codzienności i potrzebie odnajdywania harmonii. I właśnie dlatego tak ważna pozostaje rola Witolda Stawskiego. Bez jego energii, doświadczenia, wrażliwości i odwagi ten festiwal nigdy by nie powstał. To on połączył ludzi, idee i instytucje. To on potrafił przekuć osobistą fascynację w wydarzenie o ogromnym znaczeniu kulturalnym dla miasta i regionu. Festiwal Sztuki Japońskiej stał się czymś więcej niż jednorazową imprezą – stał się dowodem, że prawdziwa kultura rodzi się z pasji jednego człowieka, który potrafi zaprosić innych do wspólnej podróży.

Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Maj, który nigdy się nie skończył

 

12 maja jest jedną z tych dat, które w polskiej historii brzmią jak ostrzeżenie. I nie chodzi wyłącznie o symboliczny zbieg rocznic: śmierć Józefa Piłsudskiego w 1935 roku oraz rozpoczęcie przewrotu majowego dziewięć lat wcześniej. Chodzi o coś znacznie głębszego. O pęknięcie, które wtedy nie tylko przecięło II Rzeczpospolitą, ale do dziś biegnie przez polską wyobraźnię polityczną niczym niewidzialna granica. Oczywiście, jednym felietonem trudno opisać wszystkie historyczne, społeczne i psychologiczne konsekwencje tamtych wydarzeń. Felieton nie jest przecież rozprawą naukową. Ale czasami właśnie felieton ma obowiązek nazwać atmosferę czasu, zanim zrobią to podręczniki.

Bo przewrót majowy nie był wyłącznie konfliktem o władzę. To był spór o samą definicję państwa. Piłsudski, człowiek ogromnego formatu historycznego, bohater walki o niepodległość, człowiek-symbol dla milionów Polaków, uwierzył jednocześnie, że demokracja nie nadąża za jego wizją Polski. Uznał, że parlamentaryzm jest słaby, skorumpowany, rozgadany i niezdolny do budowania silnego państwa. I właśnie tu zaczyna się dramat historii, który wraca do nas także dzisiaj. Bo niemal każdy polityczny zamach na reguły zaczyna się od bardzo podobnego zdania: „to wszystko dla dobra państwa”.

Tak rodzi się pokusa sanacji. Najpierw pojawia się zmęczenie chaosem. Potem pogarda wobec procedur. Następnie przekonanie, że prawo przeszkadza „naprawdę działać”. Wreszcie pojawia się człowiek albo środowisko polityczne, które mówi: „my zrobimy porządek”. Tłum zazwyczaj bije brawo. Demokracja bowiem rzadko wygląda efektownie. Demokracja jest nudna, powolna, pełna sporów, kompromisów i irytujących ograniczeń. Nie daje poczucia wielkiej historycznej przygody. Silna władza przeciwnie — zawsze oferuje emocję, tempo, poczucie siły i prostotę przekazu. Dlatego tak łatwo społeczeństwa zakochują się w politycznych zbawcach.

A jednak historia niemal zawsze wystawia za to rachunek.

Po drugiej stronie tamtego maja stał Wincenty Witos. Dzisiaj dla wielu zaskakująco mniej obecny w społecznej pamięci niż Piłsudski, choć być może właśnie jego postawa okazuje się bardziej nowoczesna politycznie. Witos nie miał legendy legionowej, wojskowego mitu ani romantycznej aury wodza. Miał coś mniej widowiskowego, ale być może znacznie ważniejszego: przywiązanie do reguł państwa. Rozumiał, że demokracja nie istnieje po to, by spełniać marzenia politycznych gigantów, lecz po to, by chronić obywateli przed nadmiarem cudzej ambicji. Wiedział, że jeśli raz uzna się, iż można ominąć procedury „dla wyższego dobra”, to wcześniej czy później każdy będzie próbował definiować owo „wyższe dobro” według własnego interesu.

I może właśnie dlatego współczesna Polska tak bardzo przypomina atmosferę tamtych dni. Oczywiście nie ma wojska na ulicach Warszawy. Nie słychać strzałów na mostach. Nie widać otwartego zamachu stanu. Ale najgroźniejsze przewroty zaczynają się znacznie wcześniej — w języku, emocjach i sposobie myślenia obywateli. Zaczynają się wtedy, gdy polityka przestaje być sporem, a staje się wojną moralną, gdy przeciwnik nie jest już człowiekiem o innych poglądach, ale „zagrożeniem dla Polski”. Kiedy każda strona ogłasza siebie ostatnim bastionem demokracji, jednocześnie coraz chętniej podważając demokratyczne zasady, kiedy akurat przeszkadzają w osiągnięciu celu.

To jest właśnie najbardziej niepokojące dziedzictwo maja 1926 roku — przekonanie, że można zawiesić reguły, jeśli uważa się siebie za moralnie lepszego od przeciwnika. A przecież niemal każda autorytarna pokusa w historii rodziła się nie z deklarowanej nienawiści do państwa, lecz z przekonania, że państwo trzeba „uratować”. Historia uczy jednak brutalnie, że politycy, którzy zaczynają od ratowania demokracji przed samą sobą, bardzo często kończą na ograniczaniu wolności.

Polska od lat żyje w stanie politycznej gorączki. Jedni widzą dyktaturę tam, gdzie inni widzą reformę. Drudzy widzą zdradę tam, gdzie pierwsi widzą normalny demokratyczny spór. Emocjonalna temperatura debaty publicznej jest tak wysoka, że coraz mniej miejsca pozostaje dla zwykłej państwowej rozwagi. Wszystko staje się ostateczne. Każde wybory są „najważniejsze w historii”. Każdy przeciwnik jest „śmiertelnym zagrożeniem”. Każda polityczna porażka urasta do rangi narodowej katastrofy. W takim klimacie bardzo łatwo tęsknić za własnym Piłsudskim. Znacznie trudniej szukać własnego Witosa.

Bo Witos nie dawał emocjonalnego spektaklu. Nie obiecywał politycznego cudu. Nie budował kultu własnej osoby. Reprezentował coś, co współczesna polityka uważa za niemodne: cierpliwość państwa. A przecież państwa rozpadają się nie tylko od biedy czy wojen. Rozpadają się także od nadmiaru politycznej egzaltacji, od przekonania, że jedna strona ma monopol na patriotyzm, moralność i prawdę.

Przewrót majowy pozostaje więc do dziś wydarzeniem niezwykle niewygodnym. Bo nie daje prostych odpowiedzi. Piłsudski nie był przecież zwykłym ambitnym politykiem. Był człowiekiem, któremu Polska zawdzięczała odzyskanie niepodległości. I właśnie dlatego historia staje się tak dramatyczna — ponieważ nawet wielki autorytet może uznać, że stoi ponad mechanizmami demokracji. To być może jedna z najważniejszych lekcji tamtego maja. Także dlatego, że demokrację najłatwiej osłabić nie przy pomocy jawnych wrogów państwa, ale przy pomocy ludzi szczerze przekonanych, iż działają dla jego dobra.

Współczesny świat pełen jest podobnych napięć. W wielu krajach rośnie zmęczenie demokracją liberalną, kompromisem, pluralizmem i instytucjami ograniczającymi władzę. Coraz częściej słychać westchnienia za „silnym przywódcą”, który „wreszcie zrobi porządek”. Problem polega na tym, że porządek bardzo często okazuje się jedynie inną nazwą politycznej dominacji. A państwo, które oddaje zbyt wiele jednej stronie, wcześniej czy później zaczyna tracić zdolność do pokojowego współistnienia obywateli o różnych poglądach.

Dlatego maj 1926 roku nie jest martwą lekcją historii. On trwa. W języku polityki, w emocjach społecznych, w pogardzie wobec przeciwników czy wreszcie w przekonaniu, że „naszym wolno więcej”, bo „tamci są gorsi”. Trwa wszędzie tam, gdzie zwycięstwo polityczne staje się ważniejsze od wspólnoty państwa.

Demokracja nigdy nie umiera nagle. Najpierw umiera szacunek dla reguł. Potem umiera zdolność rozmowy. Następnie znika przekonanie, że przeciwnik także ma prawo istnieć w przestrzeni publicznej. A kiedy społeczeństwo uzna, że procedury są zbędnym balastem, wtedy zawsze pojawia się ktoś, kto chętnie zaoferuje prostszy model świata. Za cenę wolności.

I być może właśnie dlatego 12 maja powinien być w Polsce dniem szczególnej refleksji, a nie wyłącznie historycznej rekonstrukcji sporów sprzed wieku. Bo pytanie postawione wtedy pozostaje aktualne również dziś: czy państwo prawa ma obowiązywać zawsze, nawet wtedy, gdy przeszkadza naszym politycznym marzeniom? Od odpowiedzi na to pytanie zależy znacznie więcej, niż chcieliby przyznać zarówno wyznawcy silnej ręki, jak i ci, którzy naiwnie wierzą, że demokracja obroni się sama.

Andrzej Dębkowski

Fot. Andrzej Walter

 

 

Plakat