Aktualności

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

  

 

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * 

 

Andrzej Walter

Na peryferiach życia obserwując sępy

 

Właśnie wróciłem z trzech jakże ważnych polskich festiwali literackich w naszym kraju. Były to: te dwa, onegdaj słynne, najstarsze imprezy: 48 Warszawska Jesień Poezji i 42. Międzynarodowy Listopad Poetycki w Poznaniu (choć hasło „w Poznaniu” potraktowałbym umownie) oraz ten trochę młodszy, lecz z ugruntowaną już marką jakości literackiej – szesnasty Międzynarodowy Festiwal Poezji w Polanicy Zdroju „Poeci bez granic” imienia Andrzeja Bartyńskiego organizowany od zarania przez Dolnośląski Oddział Związku Literatów Polskich.

Myśl generalna, po tych jakże energetycznych wojażach jest taka oto: jak to dobrze, że mogły się one jeszcze odbyć, a myśl druga, pochodna, ta już zdecydowanie mniej radosna, a zaczerpnę ją ze wstępu, który był łaskaw skreślić w kilku jakże ważnych słowach świetny poeta i jednocześnie Prezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich Marek Wawrzkiewicz brzmi następująco:

 

...wiele rzemiosł, podobnie jak wiele gatunków zwierząt i roślin, znamy już tylko z atlasów i wspomnień. Nieliczni mistrzowie swoich fachów wegetują gdzieś na przedmieściach swoich miast i miasteczek. Podobnie jest z poetami: egzystują na peryferiach społecznej świadomości.

 

Oto powracam więc z tych peryferii, powracam z krain dalekich, z przestrzeni dzikich, upadłych, zapomnianych, powracam z dalekiego kraju życia literackiego jeśli kogoś spoza tego środowiska w ogóle takie życie jeszcze dziś interesuje.

Było tu, w Polsce, bowiem kiedyś takie życie – życie literackie, które kształtowało choćby czytelnictwo, a szerzej kulturę narodową. Dziś to życie przeniosło się „do katakumb”, do nisz, do zamkniętych gett bez publiczności, słowem, na peryferie właśnie. Dziś życie to nie stymuluje niczego i niczego w tym świecie nie zmienia, być może oprócz nas samych – uczestników tych niejednokrotnie pięknych przedsięwzięć i z pewnością wartościowych w niesieniu kaganka kultury wyższej tu i ówdzie. Kaganek ten zdaje się być nikomu niepotrzebnym hałasem kilku dziwolągów nazywanych poetami, względnie i rzadziej, a szerzej literatami, których świadomość społeczna wyparła poza przestrzeń jakkolwiek użyteczną. No cóż. Taką mamy dziś kulturę kraju. Polega ona na spoglądaniu na świat przez magię ekranów oraz na plemiennej wojence post–poglądowej polegającą na bezmyślnym zwalczaniu przeciwnika dla sztuki samego zwalczania. Głębszą myśl natomiast wyparł rechot, kabaret, spa, welnnes oraz wszelkiej maści gabinety przywracające sprawność ciała w miejsce sprawności ducha. Ducha już dziś nie ma. Ziemia w zasadzie posprzedawana. Nie ma zatem i czego odnawiać, bo ani ziemi, ani ducha. A oblicze? Oblicze piękne, nasmarowane kremami przeciwzmarszczkowymi i dobrze się prezentujące w lustrze ... samotności.

Powracając do pojęcia życia literackiego w samej jego definicji, warto zauważyć, że bez niego żadna sztuka słowa nie mogłaby zaistnieć, żadna kultura wyższa, żadna Nagroda Nobla i żaden powód do dumy, że my Polacy mamy świetnych pisarzy, znakomitych poetów, którzy rozpoznają i leczą bolączki tego świata, krzepią upadłych na duchu i wyznaczają wzorce na przyszłość. Przyszłość przestała być tematem zgłębień, a duch jak już wspomniałem dawno był upadł. Co zatem pozostało?

Pozostało wielokrotnie obserwowalne w wielu przypadkach jednostek ludzkich przeświadczenie, że istnieje jednak ścisły związek owego życia literackiego z rozwojem, postępem i poziomem sztuki współczesnej. Słowem zwyczajnym rzecz ujmując – nadal mamy na tym padole kilku ludzi, którym zostało jeszcze wiele w głowie i doskonale rozumieją wagę i powagę sytuacji. Zadziwiającym jest natomiast fakt, że takich ludzi jest coraz mniej w tych ponoć wiodących ośrodkach wielkomiejskich, zdawałoby się siedlisku elit oraz inteligencji. Natomiast coraz więcej znajdujemy ich... na peryferiach właśnie. Oto tak się poczęło dziać, że jedne peryferie spotkały się z drugimi. Peryferie zdegradowanej kultury wielkomiejskiej w swojej fali zwrotnej pędzącej z peryferii lokalizacyjnej, z tak zwanej prowincji nagle lepiej wspierają i czują potrzebę takiego wsparcie, takich uroczystości, literackiego świętowania niż te zblazowane elity Warszawki czy Poznania.

To, co wydarzyło się w tym roku w Śremie, Wągrowcu, w Lesznie, czy choćby w Polanicy Zdroju przerasta wyobrażenie wszelkie, że tam może się coś takiego wydarzać. Poeci z całego świata oraz poeci Polscy – przyjmowani są godnie, z honorem, z zainteresowaniem, z należnym szacunkiem. Literaturę uznaje się, nie za piąte koło u wozu – jak w Warszawie czy Poznaniu (mam na myśli władze, elity oraz decydentów), ale uznaje się ją jako sztukę ważną, wielokrotnie najważniejszą, ku ocaleniu tkanki społecznej zakorzenionej w intelektualnej kulturze słowa. Książki, w tym poezja są czytane, szanowane, omawiane, ba, podziwiane. Siłą rzeczy i twórcy tych precjozów są traktowani adekwatnie do wyrażonego zafascynowania. Dlaczego owa fascynacja umknęła z tych ogromnych miast?

Dlaczego wśród krajowych elit zanikł jakiś instynkt samozachowawczy wyrażony w hierarchii potrzeb kulturalnych? To pytania trudne i złożone. Jedną jednak z brutalniejszych i trafniejszych odpowiedzi jest sformułowanie na granicy wulgarności i ordynarności. Bo nastała epoka kultury chama. Bo chamów wpuszczono na salony. Bo chamstwu nie stawia się dziś żadnej tamy, a niejednokrotnie chamstwo się dziś pochwala i popiera relatywizując je do: zaradności, przedsiębiorczości i umiejętności radzenia sobie w pracy i w życiu.

Chamstwu się dziś klaszcze, byle stało za tym odpowiednie lobby i byle portfele były wypchane, a zaplecze właściwe i zaopatrzone. Smutna to rzeczywistość, ale jakże bardzo realna. Możemy przyglądać się jej na co dzień wraz z fontannami hipokryzji oraz złotoustych odwracaczy kota ogonem. Niestety pożyteczni idioci wywodzą się czasem i ze środowisk literackich. Nie załapali się na rewolucję, nie załapali na dystrybucję, to została im już tylko prostytucja.

I nagle okazało się, że pomimo skromności środków wszystkie te Festiwale zakończyły się sukcesem. Warszawski dzięki ogromnemu wsparci Unii Polskich Pisarzy Lekarzy – tętnił życiem i dyskusją literacką, poznański dzięki ośrodkom lokalnym, które oczarowały gościnnością oraz świadomością wagi literatury i kultury z tym związanej, polanicki dzięki zaangażowaniu władz lokalnych. Trudno wymieniać tu wszystkich z imienia i nazwiska, ale znamy przecież tych ludzi, tych którzy przechodzą piekło upokorzeń i afrontów, aby doprowadzić do zaistnienia tych wydarzeń literackich. Kilka postaci jednak zasługuje na wielkie brawa, a są to: Marek Wawrzkiewicz, Danuta Bartosz, Zbigniew Gordziej, Jerzy Beniamin Zimny czy Kazimierz Burnat. Bez nich, bez ich determinacji, samozaparcia, uporu czy konsekwencji nie byłoby kontynuacji pięknych tradycji podtrzymywania... no właśnie, niczego innego jak życia literackiego w Polsce.

Jeśli ktoś nie widzi, nie chce widzieć, czy nie rozumie korelacji tego życia literackiego u podstaw, u źródeł niejako z późniejszym efektem tego życia literackiego w postaci choćby tej nieszczęsnej (szeroko już omówionej od wszelkich stron) nagrody Nobla czy też innych achów i ochów okołoliterckich, to powinien powrócić do zagłębienia się od podstaw całej teorii literatury, wchodząc w szczególności w teorie jej kreatywności, powstawania, tworzenia i w atmosferę będącą podłożem tej siły sprawczej, że ktoś zaczyna pisać i jako debiutant musi później (ale szybko) spotkać się z odbiorcą, aby usprawniać czy szlifować warsztat, aby zaowocowały te relacje artystyczne: twórca – czytelnik i przyniosły w przyszłości obfity plon w postaci coraz to lepszych kolejnych książek, w których następuje rozwój autora po otrzymanych bodźcach. Takie spotkanie jak spotkanie autorskie, spotkanie w szkole, w bibliotece, czy z innymi twórcami w ramach festiwali to bezcenne doświadczenie dla artysty. Decydenci, którzy z powodu braku wyasygnowanych środków, braku chęci wsparcia i braku świadomości potrzeby takiego wsparcia powinni w przysłowiowym piekle się smażyć jako ocena ich przydatności społecznej. Czegóż my tu jeszcze jednak chcemy skoro Pan Premier w najnowszym swoim exposé o kulturze nie powiedział ani jednego słowa. To straszne i porażające. Wnioski wyciągnijcie sobie sami.

Wracając do Festiwali. Zewsząd otrzymywałem sugestie, że trzeba o tym napisać, że należy wystawić jakieś piękne laurki tym ludziom, którzy są jednak inni, którzy wspierają kulturę, sztukę, a zwłaszcza nasze bezcenne życie literackie jako podłoże do wszelakiego wzrostu. Ludzi, którzy mają wizję, chęci oraz potrzebę kultury najwyższej. To w pewnym sensie prawda. Niespotykany wcześniej rozmach tym imprezom nadali Starosta Wągrowiecki Tomasz Kranc, Burmistrz Miasta Wągrowca Jarosław Berendt oraz Wójt Gminy Wągrowiec Przemysław Majchrzak. Inicjatorką poetyckiej uczty była Przewodnicząca Rady Powiatu Wągrowieckiego, poetka Małgorzata Osuch. Z kolei w Śremie ogromne brawa należą się Burmistrzowi Śremu Adamowi Lewandowskiemu, przy okazji świetnemu poecie. Niedawno pisałem o Adamie jako o twórcy w tym jego unikalnym połączniu poezji z gigantyczną pracą dla społeczności lokalnej. Ten człowiek orkiestra doprowadził poziom kultury w czterdziestotysięcznym mieście Śrem (40 kilometrów od Poznania) na wyżyny przekraczające poziomem aglomeracje Warszawy i Poznania. Mówimy o skali oferty wobec liczby mieszkańców. I o poziomie tej oferty. To co nam tam pokazano: hipernowoczesna galeria sztuki wraz z salą widowiskową w ramach Muzeum w Śremie, Ośrodek Kultury czy sama biblioteka – nie odbiegająca w swej nowoczesności od biblioteki paryskiej to rzecz na mapie Polski po prostu bez precedensu. Wniosek zatem może być tylko jeden. Za tym wszystkim, aby w kulturze działo się dobrze stoją po prostu ludzie – ludzie pełni pasji, wiary i potrzeby tej kultury. Ludzie, na przeciwko sępom, które kulturę chcą rozszarpać i nas przy okazji... Ludzie, którzy stoją na antypodach tego społecznego marazmu, który zagnieździł się w świadomości wielkomiejskich elit i włodarzy. Przykład Festiwalu Poznańskiego dobrze oddaje zasadniczą tezę tej naszej smutnej peryferyjności.

Poparcie dla tej tezy znajdziemy też w Polanicy Zdroju. Festiwal imieniem Andrzeja Bartyńskiego napotyka na swej drodze już 16 rok wciąż nowe przeszkody, a pomimo tego trwa nadal i ciągle promieniuje swą kulturotwórczą rolą nie tylko na województwo dolnośląskie, ale na całą Polskę. Spotkanie autorskie przygotowane w Liceum Kłodzkim im. Chrobrego może być wzorcem spotkań tego typu na cały kraj. Znajomość współczesnej literatury polskiej uczniów tej szkoły wręcz zadziwia, a ich pasja książek szokuje wręcz na tle dzisiejszych młodych ludzi. Za to odpowiedzialni są rzecz jasna nauczyciele. I tak koło się domyka – wszystko tworzą ludzie. Ludzie likwidują albo utrudniają życie literackie, ale i ludzie je wskrzeszają, kultywują i pielęgnują. Zasługa Kazimierza Burnata w tym zakresie nie jest już nikomu obca. W tym roku dzięki niemu mogliśmy się spotkać z poetami: Bangladeszu, Grecji, Serbii, Łotwy, Wietnamu i Ukrainy. Poeta z Bangladeszu mieszkający na stale w Nowym Yorku i jest ściśle związany z nowojorską literacką bohemą artystyczną. Utrzymuje stałe kontakty z wiodącymi poetami amerykańskimi. Hassanal Abdullah, gdyż o nim tu mowa, znakomicie wpisał się w tegoroczną Polanicę, a my – jak zwykle – poczuliśmy się ubogaceni w nowe doznanie. Kolejna dykcja, nowa przestrzeń poezji, nowy człowiek i świat, który staje się dzięki takim akcjom coraz mniejszy i coraz przystępniejszy. Pomimo negatywnych aspektów unifikacji i globalizacji mamy nadzieję i potwierdzenie faktu, że jako poeci tworzymy jedną i jednorodną prawie rodzinę ludzką, która zdolna jest jeszcze coś zmienić na tym świecie. Choćby i na jego peryferiach...

Kończąc tę może nazbyt długą relację i refleksję przytoczę wiersz Hassanala, który dosyć dobrze oddaje czym są dziś nasze peryferie i jak się w nich... rozpoznać:

 

Sępy mają się dobrze

 

Kiedy byłem mały, widziałem ich kilka.

Lubiły siadać wysoko, na grubych konarach drzew.

Zazwyczaj więc były niewidoczne.

A one pewnie myślały, że są lepsze od nas.

Dlatego rzadko widywałem ich wytworne skrzydła

i długie nagie szyje.

Jednak pewnego razu widziano je

po drugiej stronie drogi,

jak jadły mięso padłych krów.

 

Pobiegłem. Ujrzałem tylko stado wron, szakale i urocze wiejskie pieski

pożerające smacznie krowie wymiona.

„Sępy rzadko przebywają tam, gdzie są ludzie,

żyją w górach” – mówili starsi.

Ale niekiedy przylatywały w pobliże naszej wioski,

siadały na polu albo na wysokich palmach.

Jak to dzieciaki, patrzyliśmy na nie z oddali

z mieszaniną strachu i ciekawości.

 

A teraz – widzę mnóstwo sępów dookoła.

Wiodą cudowne życie, pożerają najlepsze kąski.

Widzę ich tysiące, miliony.

Zdrowi, barwni –

żółci, niebiescy, czarni i czerwoni –

czekają na okazję, by wyszarpnąć ostrymi dziobami

kawałek nas.

 

Dzisiaj sępy

są dookoła.

 

(wiersz przełożył Tomasz Marek Sobieraj)

 

Andrzej Walter

 

 

 

Literacki Nobel

 

Literacki Nobel – powód do dumy i uniesienia, czy wstydliwe kukułcze jajo pozwalające panoszyć się danemu twórcy i uznać za niemal boskiego, a publiczności dogmatycznie go podziwiać? To, jak się okazuje, całkiem aktualne dziś pytanie. Pytań o literackiego Nobla jest z pewnością o wiele więcej. Jedno powoli przestaje ulegać wątpliwości – literacki Nobel to nagroda polityczna, jako sygnał Akademii dla zaistnienia oczekiwanych społecznie zmian. Szkoda, że im kilka razy nie wyszło…

Na przykład w 1944 roku kiedy Holocaust sięgał zenitu, komitet przyznał nagrodę duńskiemu twórcy Johhannesowi Vilhelmowi Jensenowi – zadeklarowanemu zwolennikowi wyższości rasy nordyckiej nad innymi. Jego 14 letnia praca nad sześcioma tomami powieści „Długa podróż” prawi o triumfalnym pochodzie tej rasy przez dzieje. Trudno chyba o większą … niezręczność. Wiele to jednak mówi o samej nagrodzie. I powiedzmy otwarcie, tak było od samego początku. Żeromski był wtedy (w 1924) zbyt lewicowy. Tak, tak kochani, bo trzeba też uwzględnić, że z początku w Akademii zasiadali konserwatyści literaccy. Teraz mamy sytuację zgoła odwrotną.

Nagroda ta więcej chyba mówi o ideowych i politycznych przekonaniach jurorów niż o faktycznym poziomie literackim laureatów. (na szczęście skupiamy się na nagrodzie literackiej, ale warto wspomnieć, że jednym z głównych kandydatów do nagrody pokojowej na początku lat 30-tych ubiegłego wieku był nie kto inny jak Adolf Hitler, co chyba już dostatecznie by skompromitowało Szacowne Szwedzkie grono)… Wróćmy do Nobla literackiego. Nie otrzymali go: Henryk Ibsen, Joseph Conrad, Reiner Maria Rilke, James Joyce, Jorge Louis Borges, Graham Greene czy Zbigniew Herbert, a otrzymali na przykład: Rudolf Eucken, Paul van Heyse, Björnstjerne Björnson, Carl Spitteler czy Erik Karfeldt, nie wspominając o Elfriede Jelinek… Dziś jak wiemy zmieniły się pryncypia. Jak również wiemy jedynym celem nowych współczesnych marksistów jest powolny marsz przez instytucje. Jedną z nich jest zapewne komitet noblowski. Za cel wzięli sobie rozsadzenie odwiecznego porządku świata. Kim lepiej rozsadzać niż artystami i sztuką. Ową masowością informacji i kontekstów docierających do niemal wszystkich.

I taka to dziś nagroda. Cieszmy się z kolejnego „polskiego” Nobla literackiego. Czytajmy książki. Gratulujmy laureatce, ale wspomnijmy też i o tym co wcześniej tu napisałem, gdyż to są fakty, a z nimi chyba ciężko polemizować. Tu chyba wnioski nasuwają się same, choć przecież znamy i inny fakt, że słynny filozof Hegel swego czasu powiedział, że „Jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów”. Teoria nam się tu raczej z niczym nie zgadza, a już z pewnością ze zdrowym rozsądkiem. Ja mam w głowie kilku swoich „polskich noblistów” i cóż z tego, że nie otrzymawszy tej nagrody wciąż zasiedlają moją świadomość. Będę cieszył się nimi nadal i nadal szukał właśnie ich książek, czego i Wam szczerze życzę…

Andrzej Walter

  

 

 

Olga Tokarczuk i Peter Handke

laureatami Literackiej Nagrody Nobla

za 2018 i 2019 rok...

 

Plakat

 

  

 

PlakatSŁUCHANIE

SŁUCHAĆ UWAŻNIE

 

OD REDAKCJI

Tytuł niniejszego artykułu wstępnego należałoby w gruncie rzeczy zapisać w cudzysłowie – nie dlatego, żeby w ten sposób wyrazić dystans wobec tych słów, lecz dlatego, że można je potraktować jako cytat. Ich angielska wersja, „listening carefully”, rozpoczyna tytuł artykułu1 dotyczącego tematyki, która pozostaje poza obszarem zainteresowań – a w każdym razie zainteresowań zawodowych – autorów prac zamieszczanych w kwartalniku „Ethos”. Tekst ów przedstawia analizę specyficznych drgań harmonicznych wulkanu Lascar w Chile. Ta specjalistyczna praca z dziedziny wulkanologii „wyłoniła się” z Internetu przypadkiem, podczas poszukiwań informacji potrzebnych przy redagowaniu materiałów do obecnego tomu. Wyszukiwarka umieściła ją wśród pozycji z zakresu nauk humanistycznych i społecznych, dotyczących głównie różnych aspektów komunikacji między ludźmi. W tym kontekście uderzająca wydała się tematyka – a także zasadniczy sens – przedstawionych w artykule badań. Niezależnie od tego, co kierowało autorką, gdy nadawała tak „humanistyczny” tytuł swojej pracy, obraz nasłuchiwania pomruków wulkanu wydaje się wymownie przypominać o doniosłości słuchania – i to słuchania niezwykle uważnego. W tym wypadku słuchanie nie jest związane z porozumiewaniem się, lecz pełni funkcję jeszcze bardziej podstawową, chroni człowieka przed bezpośrednim zagrożeniem fizycznym. „Słuchanie” w tytule tego artykułu ma też sens do pewnego stopnia metaforyczny: częstotliwość drgań wulkanów po¬zostaje poza zasięgiem ludzkiego słuchu, żeby je „usłyszeć”, trzeba ów zmysł niejako wzmocnić za pomocą odpowiedniej aparatury, a ponadto nauczyć się analizować i interpretować jej wskazania. Słuchanie takie zakłada długotrwały i zorganizowany wysiłek. Można powiedzieć, że dzieje ludzkiej cywilizacji i kultury to w istocie historia wysiłku słuchania. (...)

P.M.

___________________

1 Zob. M. Hellweg, Listening Carefully: Unigue Observations of Harmonie Tremor at Lascar Volcano, Chile, „Annali di Geofisica” 42(1999) nr 3, s. 451-464.

 

 

  

Zmarł Jacek Kajtoch

13 stycznia 2019 roku zmarł Jacek Kajtoch – polski eseista i krytyk literacki, doktor nauk humanistycznych. Urodził się 7 lipca 1933 roku w Wadowicach.

Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1967 roku uzyskał stopień doktora za rozprawę pt. Studia nad poezją polską na Śląsku w XIX wieku (Norbert Bonczyk i Konstanty Damrot) obronioną na dzisiejszej Akademii Pedagogicznej w Krakowie. W latach 1955-1961 był pracownikiem naukowym na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 1955-1998 był sekretarzem redakcji miesięcznika „Ruch Literacki”. W latach 1961-1972 pracował naukowo w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk w Krakowie. Od 1972 roku ponownie powrócił na Uniwersytet Jagielloński. Debiutował w 1956 roku na łamach tygodnika „Życie Literackie” jako krytyk. Jest autorem bądź współautorem licznych antologii poetyckich i prozatorskich. Recenzował utwory literackie, zwłaszcza debiutantów oraz brał czynny udział w życiu literackim Krakowa (zorganizował m.in. „Krakowskie Dni Poezji” czy „Krakowską Noc Poetów”).

Od 1970 roku należał do Związku Literatów Polskich. Pełnił funkcję wiceprezesa Zarządu Głównego. W latach 1981-1988 był członkiem grupy literackiej Nadskawie, której był współzałożycielem.

Był mężem poetki Anny Kajtochowej.

 

PlakatAnna i Jacek Kajtochowie na Warszawskiej Jesieni Poezji (2008).

 

 

PlakatMIĘDZY SZKODĄ

A KRZYWDĄ

 

„Krzywda” to – wbrew pozorom – pojęcie wcale nie łatwe do zdefiniowania. Chociaż stan opisywany za pomocą tego słowa jawi się w ludzkim doświadczeniu jako rzeczywisty i niepodważalny, a wręcz namacalny, próba sformułowania jego opisu, ujęcia kategorialnego, które wykraczałoby poza przedstawienie indywidualnych przypadków krzywdy i operowałoby właściwymi filozofii pojęciami ogólnymi, okazuje się przedsięwzięciem intelektualnie karkołomnym. Trudno jest mówić o krzywdzie w metajęzyku, chociaż indywidualne przypadki krzywdy jesteśmy w stanie wskazać, nie żywiąc co do nich najmniejszej wątpliwości. Być może jednym ze źródeł tej swoistej nie¬mocy intelektualnej jest fakt, że pojęcie krzywdy sytuuje się na przecięciu różnych dyscyplin: psychologii, filozofii, etyki, antropologii (tak filozoficznej, jak i kulturowej), metafizyki, teologii, a nawet socjologii (wszak mówi się również o krzywdzie społecznej) – jego aspektowa analiza nieuchronnie skutkuje więc redukcjonizmem, radykalnym spłyceniem doświadczenia, które odczytujemy przecież jako jedno z najgłębszych, doświadczenia, które niekiedy decyduje o tym, jakie stanie się całe dalsze życie konkretnego człowieka1. Pojęciem, którego podzbiór stanowi „krzywda”, jest na pewno pojęcie zła2. Doświadczenie krzywdy zadaje jednak kłam popularnemu powiedzeniu, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Krzywda nie przynosi skutków pozytywnych – gdyby je przynosiła, nie można by jej nazwać krzywdą. Wydaje się, że mowa o pozytywnych skutkach zła dotyczy przede wszystkim stanu, który określamy za pomocą pojęcia szkody, służącego określeniu również pewnego typu zła – braku, który zaistniał (także w odniesieniu do osoby) w sposób obiektywny bądź subiektywny i którego dalsze konsekwencje mogą okazać się pozytywne lub co najmniej obojętne dla zainteresowanych. W czym zatem tkwi różnica między szkodą a krzywdą? W jakim momencie zło przestaje być szkodą, brakiem, który da się – być może jakąś nową jakością –uzupełnić, a staje się krzywdą? Innymi słowy, w jakim momencie zło wprowadza nieodwracalną zmianę w relacjach międzyludzkich czy też w relacji człowieka do świata – by od tej chwili nic nie było już takie, jak wcześniej? Co dzieje się „między szkodą a krzywdą”? Na pytania te, którym metodolog postawiłby zapewne zarzut nieprecyzyjności, w których bardzo możliwe, że dostrzegłby błędne koło albo domaganie się wyjaśnienia w rodzaju „ignotum per ignotum”, można jednak próbować odpowiedzieć. Być może w przypadku krzywdy znacznie ważniejsze niż ukucie słownej definicji pojęcia jest ukazanie pewnych cech istoty zjawiska, sformułowanie czegoś na kształt definicji dejktycznej, z pełną świadomością jednak, że będzie to jedynie definicja w zarysie, która przerodzi się co najwyżej w próbę redukcyjnego wyjaśnienia źródłowego fenomenu. (...)

D.Ch.

___________________

1 Próbę systematycznej analizy pojęcia krzywdy i łączącego się z nim pojęcia zadośćuczynienia podjął w polskiej literaturze filozoficznej Robert Piłat (zob. R. Piłat, Krzywda i zadośćuczynienie, Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, Warszawa 2003).

Interesujące wydaje się, że polski termin „krzywda” nie znajduje jednowyrazowego odpowiednika w języku angielskim, który stał się językiem źródłowym dla filozofii współczesnej. Żadne ze słów, za pomocą których oddaje się w nim zjawisko i doświadczenie krzywdy (na przykład „harm”, „wrong”, „injustice”, „injury”, „hurt”, „ill” czy „abuse” – by wymienić jedynie sformułowania najczęściej powracające w tym kontekście), nie zawiera w sobie intuicji zła – ani w sensie obiektywnym, ani subiektywnym – wywierającego nieprzemijający, niejako istotowy wpływ na podmiot, który tego zła doświadczył. W języku angielskim nie ma również słowa, które byłoby synonimem niemieckiego „Schadenfreude”, oznaczającego radość z doznanej przez kogoś krzywdy. Do tego z kolei faktu nawiązał Adam Potkay w swoim referacie „A Very Short History of Joy”, wygłoszonym podczas seminarium „Of Joy”, które Instytut Jana Pawła II KUL zorganizował 7 kwietnia 2011 roku. Potkay mówił wówczas: „Rodzimi użytkownicy języka angielskiego od czasu do czasu doznają swoistej ulgi wobec faktu, że nie mamy żadnego własnego zwrotu opisującego ów sentyment: Oxford English Dictionary odnotowuje wśród najwcześniejszych użyć tego terminu w języku angielskim taka oto filologiczną refleksję, która pojawiła się w gazecie «Spectator» w roku 1927: «Nie ma w języku angielskim słowa oznaczającego schadenfreude, ponieważ uczucie tego rodzaju tutaj nie występuje»„ (tłum. fragm. – D.Ch.). Czy można zatem analogicznie sądzić, że odczucie krzywdy w sensie, w jakim rozważamy je na gruncie języka polskiego, wśród rdzennych użytkowników języka angielskiego nie występuje?

2 Por. Piłat, dz. cyt., s. 29 n.

 

 

 

 Uczta motyla, czyli międzynarodowy festiwal poezji

XV Międzynarodowy Festiwal Poezji „Poeci bez granic” w Polanicy Zdroju uważam za otwarty – zakomunikował 15 listopada na scenie Teatru Zdrojowego im. M. Ćwiklińskiej burmistrz elekt  Mateusz Jellin w towarzystwie prezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich Kazimierza Burnata.

Od 14 do 18 listopada 2018 roku trwał Międzynarodowy Festiwal Poezji „Poeci bez granic” w Polanicy Zdroju. Festiwal odbywał się pod patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jubileuszowa XV edycja była wyjątkowa – odtąd festiwal nosi imię jego twórcy, który zmarł w tym roku, poety Andrzeja Bartyńskiego. Uroczyste nadanie festiwalowi imienia jego pomysłodawcy odbyło się podczas gali otwarcia w Teatrze Zdrojowym. Zaprezentowany został uczestnikom festiwalu i publiczności poruszający film wspomnieniowy o patronie zawierający zdjęcia autorstwa Andrzeja Waltera z Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich oraz Andrzeja Dębkowskiego z Warszawskiego Oddziału ZLP, zdjęcia z archiwum rodziny oraz nagrania występów wokalnych Andrzeja Bartyńskiego. W foyer Teatru Zdrojowego eksponowana była wystawa zdjęć Andrzeja Waltera i Andrzeja Dębkowskiego, których głównym bohaterem był Andrzej Bartyński. Zmarłego poetę reprezentowała żona, Krystyna Bartyńska, zawsze bardzo zaangażowana w działania festiwalowe.

Podczas tej uroczystości prezes Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich Kazimierz Burnat jako główny organizator tego święta poezji dziękował i wręczył statuetki za wsparcie i udział w organizacji miejscowym władzom. Statuetki ZLP otrzymali Zbigniew Puchniak, który z Andrzejem Bartyńskim współtworzył festiwal, Jerzy Terlecki – były burmistrz Polanicy Zdroju i Roman Szymański – były przewodniczący Rady Miejskiej, którzy wspierali jego realizację, prezes Towarzystwa Miłośników Polanicy Edward Wojciechowski i dyrektor Teatru Zdrojowego Justyna Kuban, dla których festiwal jest niewątpliwym elementem kultury polanickiej.

PlakatFot. Jadwiga Walter

 

Kazimierz Burnat został uhonorowany Polanickim Niedźwiedziem – nagrodą za działania na rzecz miasta. Za promocję miasta poza granicami kraju medalami wyróżniono poetów przybyłych z Czech i Ukrainy. Szczeciński Oddział ZLP przyznał Kazimierzowi Burnatowi medal Gloria Kultura, którą wręczył podczas uroczystości w Teatrze Zdrojowym prezes oddziału Leszek Dembek.

Prezes Zarządu Głównego ZLP Marek Wawrzkiewicz zaproponował władzom umieszczenie w rejonie teatru tablic upamiętniających pobyt w mieście wybitnych poetów. Propozycja spotkała się z aprobatą.

Podczas festiwalu twórcy odbyli lekcje poetyckie w przedszkolach i szkołach w Polanicy, Kłodzku i Nowej Rudzie. Podczas tych spotkań rodzą się pomysły, a dzieci i młodzież otwierają się na poezję i literaturę w ogóle, czego efektem są lokalne konkursy literackie i artystyczny udział uczniów w  festiwalowej gali. Dokonania uczniów i dorosłych uczestników II Konkursu Literackiego Szkół Ponadgimnazjalnych powiatu kłodzkiego oraz VII Konkursu Polanickich Poetów najpierw oceniane są przez profesjonalne jury, potem prezentowane uczestnikom festiwalu, towarzyszą temu wydawnictwa pokonkursowe.

Podczas imprezy członkowie Związku Literatów Polskich i goście przedstawiają kolegom referaty na interesujące tematy zapraszając ich do dyskusji. W czasie tej wymiany myśli konfrontują się różne punkty widzenia, różne doświadczenia twórcze, zawsze ideą nadrzędną pozostaje troska o stan obecny i przyszłość literatury i czytelnictwa w naszym kraju.

Podczas Nocy Poetów autorzy prezentują wiersze zawarte w towarzyszącej festiwalowi „Poeci bez granic” antologii, w tym roku wyszła pod tytułem „Piętnastopad”. Poetycki Hyde Park w kawiarni Bohema w pijalni wód mineralnych jest kolejną prezentacją twórczości. Ta i inne imprezy festiwalowe otwarta jest dla publiczności i daje możliwość zetknięcia się z żywą literaturą. Poeci przybyli z zagranicy mają swój wieczór. Wiersze czytane są w oryginale i w tłumaczeniu na język polski. Tym razem szerszej prezentacji poddana została książka ukraińskiej autorki Switłany Bresławskiej przełożonej na polski przez Kazimierza Burnata oraz ostatnia książka poetycka Andrzeja Bartyńskiego „Uczta motyla” przełożona na ukraiński przez Switłanę Bresławską.

Biesiada Artystyczna – ostatnia poetycka prezentacja ma charakter bardziej zabawowy, co odzwierciedla się w czytanych tekstach, nie brakuje żartów literackich i scenek rodzajowych.

– Festiwal „Poeci bez granic” jest ważną imprezą w skali kraju, również z powodu przychylności władz polanickich. W Warszawie nie doświadczamy tego. Doceniamy tę przychylność! I dziękujemy za zapewnienie, że festiwal będzie kontynuowany – mówił podczas podsumowania, dziękując Kazimierzowi Burnatowi za sprawną organizację i kontynuację dzieła Andrzeja Bartyńskiego, prezes ZG ZLP Marek Wawrzkiewicz.

Elżbieta Gargała

 

 

PlakatZMARŁ ANDRZEJ BARTYŃSKI...

 

Zmarł Andrzej Bartyński, polski poeta, członek Związku Literatów Polskich. Urodził się we Lwowie 25 maja 1934 roku. Przez ponad ćwierćwiecze pełnił funkcję prezesa Zarządu Dolnośląskiego Oddziału ZLP. Założyciel i prezes Klubu Inteligencji Niewidomej RP. W latach 1986-90 pełnił funkcję przewodniczącego Rady Kultury przy Zarządzie Głównym Polskiego Związku Niewidomych. Artysta estradowy, pieśniarz.

W czasie II wojny światowej był zaprzysiężonym, małoletnim żołnierzem Armii Krajowej (pseudonim Orlik), osadzonym w hitlerowskim więzieniu we Lwowie. W roku 1943 stracił całkowicie wzrok w czasie przesłuchania przez gestapo.

W 1946 roku wyjechał ze Lwowa do Wrocławia. Ukończył Wydział filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W 1956 roku był współzałożycielem Wrocławskiej Grupy Artystycznej „Dlaczego nie”, skupiającą młodych poetów, prozaików, aktorów i artystów plastyków, a w 1970 roku wraz z poetą i dramaturgiem Henrykiem Gałą założyli teatr słowa i pieśni „Poeci na estradzie”.

Był członkiem wielu stowarzyszeń i organizacji: Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków, Klubu Inteligencji Niewidomej RP, Polskiego Związku Niewidomych, Związku Inwalidów Wojennych (stopień oficerski i patent Weterana Walk o Niepodległość i Wolność Ojczyzny), Związku Ociemniałych Żołnierzy. Był działaczem kultury, społecznikiem, działaczem na rzecz równouprawnienia osób niepełnosprawnych.

Jako poeta debiutował w 1956 roku wierszem „Rapsod o Jesieninie”, opublikowanym we wrocławskim czasopiśmie „Życie Uniwersytetu”. Jego dorobek literacki obejmuje kilkadziesiąt książek.

Za swoją działalność odznaczony wieloma orderami i medalami: Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Partyzanckim, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Armii Krajowej, Złotym Medalem „Za Zasługi dla Obronności Kraju”, Srebrnym Medalem „Za Zasługi dla Obronności Kraju”, Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Medalem „Pro Memoria”, Srebrnym Medalem „Opiekun Miejsc Pamięci Narodowej”, Medalem Zwycięstwa i Wolność, Odznaką „Syn Pułku”. W 2010 roku otrzymał srebrny medal Zasłużony dla Kultury Gloria Artis, a w 2013 roku otrzymał medal Pro Patria i odznakę honorową złotą Zasłużony dla Województwa Dolnośląskiego.

Był wielokrotnym laureatem krajowych festiwali poetyckich, m.in. „Kłodzkiej Wiosny Poetyckiej”. W 1974 roku otrzymał stypendium rządu włoskiego, a w 1979 roku stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki na pobyt w ZSRR. W 1984 roku otrzymał nagrodę Miasta Wrocławia za osiągnięcia literackie. W roku 2001 – był nominowany do międzynarodowej nagrody literackiej Filantrop oraz otrzymał Nagrodę Październikową Wrocławia – Dla Najlepszych, nadaną przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury. W 2007 roku został laureatem Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. W roku 2009 otrzymał nagrodę literacką im. Ks. Jana Twardowskiego za najciekawszy tom poezji – Piętnaście dni w Dusznikach a nasz dom w Polanicy. Człowiek Roku 2009 Polskiego Związku Niewidomych.

Za szczególne osiągnięcia w dziedzinie kultury został w listopadzie 2009 roku uhonorowany Nagrodą Marszałka Województwa Dolnośląskiego. Honorowy obywatel miasta Polanica Zdrój. Od 2003 roku pomysłodawca, twórca i współorganizator corocznych międzynarodowych festiwali poezji odbywających się w Polanicy Zdroju „Poeci bez granic”. Po jego rezygnacji z funkcji Prezesa Zarządu członkowie Dolnośląskiego Oddziału ZLP przyznali mu tytuł Honorowego Prezesa DO ZLP.

Od kilku lat był stałym współpracownikiem „Gazety Kulturalnej”...

Zmarł 16 czerwca 2018 roku we Wrocławiu.

 

 

PlakatETHOS ŚWIATŁA...

POTRZEBA JASNOŚCI

Od Redakcji

„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość. Bóg, widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień pierwszy” (Rdz l ,1-5). Z biblijnego opisu możemy wywnioskować, że istnienie „światłości” było warunkiem dalszego stworzenia, że pozwoliło ono przezwyciężyć „bezład” i wprowadziło do świata podstawowe uporządkowanie. Światłość została stworzona jako przeciwieństwo i przeciwwaga poprzedzającej jaw sensie „chronologicznym” ciemności. Opis biblijny zdaje się wskazywać, że umożliwiająca widzenie „światłość” jest elementem, który przenikając rzeczywistość, zarazem warunkuje jej istnienie w sensie zarówno metafizycznym, jak i epistemicznym. Z jednej strony światłość ma moc konstytuowania rzeczy („oddzielania ich od ciemności”), z drugiej zaś umożliwia ich postrzeganie i rozpoznawanie („światłość jest dobra”). Owa konstytucja rzeczy dzięki światłu – a w istocie konstytucja życia – do dziś nieustannie dokonuje się w świecie fizycznym. W sensie teologicznym, który można też nazwać sensem symbolicznym, stanowi ona swoiste przedłużenie opisanego w Biblii aktu stworzenia. Od bytów, jakim filozofowie nie zwykli przypisywać sprawstwa, wymaga niekiedy aktywności, którą można by postrzegać w kategoriach intencji i dążenia. ,,[W lesie] toczy się walka o każdy promyk słońca, a każdy gatunek wyspecjalizował się w wykorzystywaniu pewnych szczególnych okoliczności, by przechwycić choć trochę energii. Na najwyższym piętrze [...] rozpierają się potężne buki, jodły lub świerki i pochłaniają dziewięćdziesiąt siedem procent słonecznych promieni. Brutalnie i bezwzględnie, ale czyż każdy gatunek nie zagarnia dla siebie wszystkiego, co tylko może zdobyć?”1

W tej walce o życiodajne światło człowiek wcale jednak nie pozostaje z boku – dla ludzi pierwotnych sposobem na przetrwanie okazywało się posiadanie ognia, który był dla nich nie tylko źródłem ciepła, ale również odstraszającej zwierzęta jasności. Już na bardzo wczesnym etapie rozwoju kultur i cywilizacji starano się tę szczególną rangę światła i ognia ująć w procesie ideacyjnym, tworząc w ten sposób symbolikę odnoszącą do rzeczywistości transcendentnej wobec świata ludzkiego. Interesujące jest to, że podejmowanie tego rodzaju prób miało (i ma) charakter uniwersalny – odnajdujemy je we wszystkich kulturach i cywilizacjach, chociażby w kulturze polskich Słowian. „W wierzeniach mieszkańców ziem polskich w okresie wczesnego średniowiecza znajduje swoje odbicie wedyjski trójpodział świętego ognia, występuje w nich bowiem ogień-piorun, ogień niebiański, czyli słońce, oraz ogień ziemski. Ogień niebiański traktowany był jako wyższa forma ognia, a z kolei ten, który objawiał się pod postacią pioruna, stanowił formę w jakimś sensie bliższą człowiekowi; nadawano mu też cechy boskie. Ogniowi-piorunowi przypisywano dwa czynniki sprawcze: sakralność i zmianę, co znajdowało odzwierciedlenie w porządku mitycznym. Nie mając bowiem kształtu, pozbawiał formy wszystko, czego dosięgną!”2

Światło – w swoich wielorakich postaciach – już od początku dziejów człowieka stanowiło zatem wyzwanie dla jego wyobraźni oraz inteligencji, zajmując szczególne miejsce w konstruowanym przezeń obrazie świata. O charakterze tego obrazu stanowiła również niemożność poznania światła inaczej niż poprzez ujęcie go jako przeciwieństwa ciemności, a tym samym niejako w splocie z możliwością, którą odczytywano jako zagrożenie. (...)

 

1 P. Wohlleben, Sekretne życie drzew, tłum. E. Kochanowska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2016, s. 167n.

2 J. Wawrzeniuk, Kilka refleksji na temat prób rekonstrukcji wierzeń mieszkańców ziem polskich we wczesnym średniowieczu, „Ethos” 29(2016) nr 3(115), s. 50.


 

  

PlakatWSTYD

 

Od Redakcji

(...) Podejmując rozważania nad tematem niniejszego tomu „Ethosu", warto zastanowić się, na ile wstyd przeżywany przez współczesnego człowieka zakorzeniony jest w owym podstawowym wstydzie. Warto zapytać, czy „rumieniec wstydu" pojawiający się na twarzach kobiet i mężczyzn wskazuje na jakiś ślad zniweczonej przez grzech niewinności. Być może zawarte w tym tomie artykuły, w których zaprezentowane zostały analizy zjawiska wstydu uwzględniające różne jego aspekty, staną się inspiracją również do tego rodzaju namysłu. Odniesienia do skutków obnażenia - w rozumieniu-Petersona - ułomności ludzkiej natury wolno dopatrywać się w samej istocie przeżycia wstydu. Człowiek wstydzi się bowiem odkrycia (przed sobą lub przed innymi) tego, kim jest, a raczej kim nie jest, chociaż - we własnym odczuciu - winien być lub chciałby być. Jeśli jednak rozpatruje się zjawisko wstydu jako swoistego dzwonka alarmowego sygnalizującego naruszenie istotnej dla człowieka wartości i wzywającego do jej poszanowania, to nie sposób nie zauważyć, że wraz z dokonującymi się przemianami kulturowymi zmieniaj ą się też sytuacje, w których dzwonek ów rozbrzmiewa. Na przykład w minionych wiekach wartością szczególnie chronioną przez wstyd był honor, dziś jego miejsce zdaje się zajmować wizerunek - obraz siebie kreowany na użytek innych. Jak wskazują autorzy niektórych prezentowanych tu tekstów, współczesny człowiek wstydzi się samego wstydu. Zapewne dzieje się tak nie tylko dlatego, że okazywanie go znacząco wizerunek ten osłabia. Może głębszej przyczyny obserwowanej obecnie tabuizacji wstydu należy upatrywać w tym, że prawda o człowieku leżąca u źródeł wstydu stanowi wyzwanie, któremu niełatwo jest sprostać. W języku polskim występuje wyrażenie „powinieneś się wstydzić". Trudno wiązać powinność ze wstydem w sposób bezpośredni, wszak pojawia się on spontanicznie. Doświadczenie wstydu pozostaje jednak w ścisłym związku z wrażliwością na wartości - także na wartość fundamentalną, jaką jest godność osobowa - a tę wrażliwość można i trzeba kształtować. (...)

M. Ch.

 

  

„Gazeta Kulturalna” po raz 250!

  Gazeta Kulturalna” ukazała się po raz 250. Każdy Jubileusz jest pretekstem do wygłaszania różnych mów czy laudacji. Szczególnie taki, kiedy jakieś pismo ukazuje się po raz dwieście pięćdziesiąty i funkcjonuje na rynku od blisko 22 lat. Nie będę jednak tego robił, bo przypuszczam, że nie spowoduje to zwiększenia nakładu pisma, np. do dziesięciu tysięcy egzemplarzy... Ze swej strony chciałbym z tej okazji podziękować wszystkim Czytelnikom „Gazety Kulturalnej” za ich wierność, że pomimo braku kolorowych wkładek z »wierszami« Pameli Anderson, w dalszym ciągu chcą nas czytać. Dyrekcji Domu Kultury za to, że daje na druk, wszystkim redaktorom, stałym współpracownikom i autorom publikującym swoje materiały dziękuję za to, że nigdy nie prosili o honoraria, których i tak by nie dostali, gdyż pismo od samego początku redagowane jest społecznie. Kochani, chciałbym Wam powiedzieć, że nie dostaniecie ich również przez kolejne dwieście pięćdziesiąt numerów, a to z tego powodu, aby pieniądze nie przesłoniły Wam czystości umysłu przy pisaniu Waszych wspaniałych, na wysokim poziomie tekstów. A czego życzę sobie?... Sobie, życzę zdrowia i spokoju... bo wszystko inne mam... Czego i Wam życzę – przynajmniej na następne 22 lata...

   I stało się! Wykrakałem! Od założenia pisma minęły prawie dwadzieścia dwa lata i oto ukazał się numer dwieście pięćdziesiąty. Przez ten czas nie nastąpiły większe zmiany w sposobie ukazywania się pisma. Trochę uległa zmianie szata graficzna. Pojawili się nowi stali felietoniści. Niestety, odeszło od nas wielu kolegów, którzy tak bardzo mocno związani byli z „Gazetą Kulturalną”: Jurek Tomaszkiewicz (2001), Tomek Agatowski (2004), Tadzio Chróścielewski (2005), Henio Cyganik (2005) Wilk Przeczek (2006), Czarek Leżeńki (2006), Tadzio Kwiatkowski-Cugow (2008), Nikos Chadzinikolau (2009), Wojtek Siemion (2010), Ania Kajtochowa (2011), Zbyszek Jerzyna (2010), Czarek Leżeński (2006), Jasiu Juszczyk (2011), Rysiu Rodzik (2012), Krzysiu Gąsiorowski (2012), Andrzej K. Waśkiewicz (2012), Rysiu, Danecki (2013), Tadzio Stirmer (2014), Julian Kawalec (2014), Jola Nowak-Węklarowa (2016)... Przecież to znane i uznane nazwiska polskiej literatury współczesnej.

   Założenia, jakie przyświecały mi od samego początku, są przez cały ten czas realizowane i nigdy nie było potrzeby „strofowania” kogokolwiek za zbyt dalekosiężne uwagi dotyczące linii programowej pisma, jego zawartości, poziomu czy w końcu wartości moralnych drukowanych materiałów. A były one zawsze proste: wysoki poziom twórczy i intelektualny, otwartość, swoboda wygłaszanych poglądów, ale bez obrażania czyichkolwiek uczuć, poglądów i zapatrywań. Jeśli komuś nie podoba się jakiś nurt społecznych, filozoficznych czy moralnych przekonań innych osób, nie ma obowiązku się z nimi zgadzać, może je skrytykować. Musi to jednak zrobić na odpowiednim poziomie. Tak było od samego początku, tak jest teraz i tak będzie dalej. To jedyna metoda odbudowywania w Polsce prawdziwie wolnej prasy...

   Niestety, w naszym, polskim rozwoju cywilizacyjnym zabrakło jakoś wsparcia ze strony państwa, które – pomimo upływu wielu lat ustrojowych przemian – nie prowadzi do dzisiaj żadnej polityki świadomego mecenatu, a tylko bezsensowną działalność „pomocy socjalnej” dla działalności kulturalnej. A dzieje się tak dlatego, że nie wykonuje ono bowiem swych obowiązków wobec kultury i jednocześnie nie czyni nic, by wesprzeć powstanie znaczącego mecenatu prywatnego, który mógłby w znacznym stopniu rozwiązać wiele bolących problemów, dotyczących rozwoju duchowego narodu.

   Żyjemy w czasie wielkiej, urzeczywistniającej się na naszych oczach nadziei, ale i żyjemy jeszcze w społeczeństwie ciężko poranionym przez już ponad pięćdziesięcioletnie wytrwałe i zwycięskie zmagania z totalitaryzmami w wydaniu zachodnim i wschodnim. Spustoszenia, jakie one poczyniły, są jeszcze żywe i bolesne – powolny rozpad gospodarki i degradacja moralna społeczeństwa. Przez długie lata będziemy dźwigali skutki tych totalitaryzmów.

   Dlatego obchodząc ten skromny Jubileusz, zdaję sobie jednocześnie sprawę z tego, że nie pora na święcenie triumfów, gdy wiele pism i wydawnictw jest zagrożonych w swoim istnieniu z punktu widzenia żelaznych praw ekonomii. Wystarczy także spojrzeć na bardzo długą listę tych pism kulturalnych, które w tym czasie powstały, a których od dawna już nie ma. Mam nadzieję, że i ten trudny czas wymagający wyrzeczeń i cierpliwości, a nade wszystko inicjatywy i zaangażowania, przetrwamy razem ze społeczeństwem. Bardziej niż kiedykolwiek liczymy na pomoc naszych Przyjaciół i Czytelników, ponieważ również bardziej niż kiedykolwiek w tej naszej gorączkowej gonitwie za współczesną Europą i światem potrzeba pogłębionej refleksji nad człowiekiem, nad wszelkimi wymiarami ludzkiego życia, nad problemami, które dziś są najważniejsze. Aby pismo mogło istnieć i tym wartościom służyć, potrzebujemy wsparcia duchowego, a na tym etapie szczególnie też – materialnego. Wiem, że przed ,,Gazetą Kulturalną” nie staje pokusa szukania łatwej popularności przez zajmowanie się wyłącznie tym, co znajduje się na powierzchni naszego życia społecznego, by – za cenę utraty własnej tożsamości – sprostać konkurencji. Nam nie jest to potrzebne. Mało tego, jestem przekonany, że tego uczynić nam nie wolno, ponieważ jesteśmy temu społeczeństwu potrzebni. Nie możemy zrezygnować z oglądania spraw człowieka przez pryzmat nadmiernej nowoczesności... Dlatego te dwieście pięćdziesiąt numerów pisma, grubo ponad sześć tysięcy stron poświęconych szeroko rozumianej kulturze, setki nazwisk, kilka tysięcy recenzji, esejów, omówień i utworów poetyckich i prozatorskich zaświadczają o słuszności wyboru takiej właśnie drogi...

   Dzisiaj „Gazeta Kulturalna” – choć w dalszym ciągu nie jest pismem atrakcyjnym edytorsko (oczywiście z powodów finansowych) – ma swoich stałych odbiorców, czekających z utęsknieniem na kolejne numery. Pełni więc ona swoją rolę, niezwykle pożytecznie. Z jej kolumn płynie nuta optymizmu pozwalająca zrozumieć uciekający czas, odnaleźć swoje miejsce we współczesnym świecie, lepiej poznawać przyszłość, nie zapominając o tym, co w sumie jest najważniejsze – pamięć o własnej przeszłości, o swoich korzeniach i tradycjach – o swoich ojcach i o swoich dziadach... Naród bez historii jest narodem martwym, kto o tym nie pamięta, nie będzie nigdy zapamiętany przez swoich następców...

Andrzej Dębkowski

 

Szukaj

Tłumacz

Statystyki

Odsłon artykułów:
1082658

Licznik odwiedzin

DziśDziś606
WczorajWczoraj1585
W tygodniuW tygodniu2191
W miesiącuW miesiącu18588