W śląskim Davos
Na początku czerwca 2026 roku przebywam z żoną na Dolnym Śląsku. Zachęceni przez AI postanowiliśmy odwiedzić Sokołowsko – „najdziwniejszą wieś w regionie". Wyruszamy z Zagnańska we wtorek 9 czerwca, zaraz po śniadaniu. Mamy przed sobą prawie sześć godzin jazdy i dystans blisko 500-kilometrowy. Wybieramy trasę przez Piotrków Trybunalski, obrzeża Łodzi, potem drogą ekspresową (S8) na Wrocław, stamtąd obwodnicą Wałbrzycha docieramy do Sokołowska (zwanego do roku 1945 Gobersdorffem). Jest godzina 15.00, kiedy parkujemy przed zabytkową starą pocztą przy ul. Głównej 26. Mamy tu zarezerwowany apartament. Kilkanaście minut temu otrzymaliśmy telefonicznie instrukcję jak się do niego dostać. Lokum mieści się na parterze tego blisko stuletniego budynku i sprawia sympatyczne wrażenie. Pomieszczenie niezbyt duże (ok. 20 m2), ale przytulne, oryginalnie podświetlone, funkcjonalnie zagospodarowane.
Dysponujemy nawet mini tarasem z bezpośrednim wyjściem zabezpieczonym moskitierą. gdzie stojący stolik z krzesłami zachęca do wypoczynku. Nie możemy z tego udogodnienia skorzystać ze względu na niesprzyjającą aurę.
Po rozpakowaniu i obiedzie przygotowanym z domowych zapasów, korzystając z chwilowej poprawy pogody, zaopatrzeni w parasole, udajemy się na spacer po dawnym uzdrowisku. Vis a vis starej poczty rozpościera się skwer dr. Alfreda Sokołowskiego. Na jednej z tablic tu umieszczonych znajdujemy jego życiorys (pozostałe zawierają informacje o innych ważnych dla Sokołowska osobach). Dr Sokołowski to postać niezwykle zasłużona dla tej miejscowości. Urodzony w roku 1849 we Włodawie ukończył studia lekarskie w Szkole Głównej w Warszawie w roku 1873. Rok później przybył do Göbersdorff w charakterze pacjenta. Po trwającej kilka miesięcy kuracji został asystentem dr. Hermanna Brehmera, który trafił w te strony za namową starszej siostry żony Amalii, Marianny von Colomb, zwolenniczki hydroterapii metodą Vinceza Priessnitza, i od roku 1855 prowadził tu pierwszy na świecie zakład sanatoryjny leczenia gruźlicy. Po śmierci dr. Brehmera w 1889 roku dr Sokołowski kontynuował i doskonalił brehmerowskie metody leczenia suchot płucnych (spacery, umiarkowane ćwiczenia na powietrzu i dietetyczne żywienie). W roku 1908 założył Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Po II wojnie światowej, dla uczczenia tego wybitnego lekarza, zmieniona nazwę miejscowości na Sokołowsko.
Idziemy ulicą Główną w prawo w stronę centralnego obiektu, wybudowanego przez dr. Brehmera budynku sanatorium. Po drodze mijamy pochodzące z końca wieku XIX domy o ciekawej architekturze i oryginalnym wyglądzie. Niestety, większość z nich wymaga pilnej renowacji. Niektóre sprawiają wręcz wrażenie opuszczonych. Na ulicach spotykamy niewiele osób, co czyni miejscowość jakby wymarłą. Mijamy skrzyżowanie z ulicą Parkową i zatrzymujemy się przed okazałą trójkondygnacyjną kamienicą, z zabudowanym poddaszem.
To dawny pensjonat Tannenberg, wybudowany około 1910 roku w stylu późnego historyzmu. Przez lata pełnił funkcję sanatorium dr. Weickersa. W latach 50. XX wieku, mieszkał w tym budynku wraz z rodziną (jako nastolatek) Krzysztof Kieślowski, przyszły słynny reżyser, filmowiec i scenarzysta. Na fasadzie budowli znajduje się odsłonięta w roku 2006 z okazji 10. rocznicy śmierci tego twórcy pamiątkowa tablica o tym informująca. Obecnie obiekt pełni funkcję mieszkalno-usługową.
Po drugiej stronie ulicy Głównej, naprzeciw pensjonatu, stoi dawny hotel Bergland. To obiekt historyczny, który powstał pod koniec XIX wieku. Przed II wojną światową był popularnym hotelem z dużą salą restauracyjną, w której seanse filmowe wyświetlała objazdowa kino-projektorka. W latach 20. XX wieku odbywały się w nim także nabożeństwa dla katolików. Po wojnie był siedzibą domu kultury i kina. Dziś budynek służy celom mieszkalnym, a wyremontowana sala kinowa funkcjonuje jako kino-teatr „Zdrowie”, organizujący wydarzenia kulturalne, seanse filmowe oraz lokalne spotkania artystyczne i wieczory autorskie. Nawiasem mówiąc, to właśnie seanse filmowe w tym budynku miały ukształtować fascynację X muzą kilkunastoletniego Kieślowskiego. W obiekcie znajduje się także klimatyczna kawiarnia „Zdrowie", która jest integralną częścią kinoteatru. Nie jest to typowa, komercyjna kawiarnia – miejsce łączy funkcję kawiarni, artystycznego centrum spotkań oraz księgarni. Można tu wypić wyśmienitą kawę, skosztować domowych ciast, a nawet spróbować regionalnych alkoholi, wszystko to w otoczeniu historycznych wnętrz. Całością zarządza, od roku 2007, Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ. Obiekt jest jednym z głównych punktów na mapie corocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Hommage a Kieślowski.
To wydarzenie odbywa się rokrocznie (od 2011 roku), pod koniec sierpnia.
Idąc dalej ulicą Główną mijamy budynek pod numerem 25. To także obiekt historyczny, wybudowany na początku XX wieku. Do II wojny światowej funkcjonował jako Doktorhaus. Mieści się w nim od kilkunastu lat popularna „Kawiarenka Smaków", gdzie jest serwowana legendarna beza. Lokal oferuje także znakomitą kuchnię włoską, szczególnie polecając truflową pizzę.
Spod „Kawiarenki Smaków" już niedaleko do legendarnego sanatorium dr. H. Brehmera, najważniejszej budowli Sokołowska. Utrwalam jego część frontalną. Jest teraz okazja, by przybliżyć wreszcie historię miejscowości.
Została założona w XIV wieku przez zakon benedyktynów z czeskiego Broumowa. Na początku wieku XVI razem z okolicznymi wsiami kupił ją hrabia von Hochberg posiadający rodową siedzibę w Książu. W połowie wieku XIX powstało tutaj pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla chorych na gruźlicę. Pomysłodawcą i realizatorem przedsięwzięcia był, o czym pisałem wcześniej, dr Brehmer, twórca innowacyjnej metody leczenia klimatyczno-dietetycznego gruźlicy. Jego podejście zrewolucjonizowało terapię tej groźnej choroby i spowodowało, że do tego zakątka Sudetów masowo zaczęli „pielgrzymować” chorzy z całej Europy. Dr Brehmer zajmował się nie tylko leczeniem. To on stworzył rozległy park z alejkami, altanami i ławeczkami, zakładając istotny wpływ kontaktu z naturą na zdrowie. Sanatorium szybko się rozrastało. Już w roku 1862 postawiono pierwsze budynki uzdrowiskowe oraz pensjonaty. Z biegiem lat obiekt powiększył się o kolejne skrzydła, bibliotekę, ogród zimowy, a nawet mieszkanie dyrektora. Całość w stylu neogotyckim, z akcentami orientalnymi, zaprojektował uznany architekt niemiecki żydowskiego pochodzenia Edwin Oppler. Powstał potężny budynek z cegły, z elewacją pokrytą cegłą klinkierową. Zdobią go liczne wieżyczki, balkony, wykusze, okna z łukami i portalami. Nawet dzisiaj, chociaż nie całkowicie odrestaurowany, zachwyca monumentalnym kształtem i bogactwem detali architektonicznych. W szczytowym momencie działalności sanatorium mogło się tu leczyć ponad 700 kuracjuszy. Do ich dyspozycji oddano aż 303 pokoje. Były one zlokalizowane w głównych budynkach i w należących do zakładu willach. Uzdrowisko pod koniec XIX wieku posiadało własną pocztę i połączenia telefoniczne. Jego sława była tak duża, że na wzór Sokołowska powstało parę lat później słynne szwajcarskie Davos. I mimo że, jest ono ośrodkiem sanatoryjnym młodszym, to cieszy się większą sławą, a Sokołowsko określa się nazwą „śląskie Davos", chociaż chronologia wskazuje inaczej. Warto nadmienić, iż sam Tytus Chałubiński zainspirował się Görbersdorffem, szukając polskiego miejsca na kurort leczący choroby płuc – tym miejscem stało się Zakopane.
Po II wojnie światowej Gőrbersdorff przemianowano na Sokołowsko, a sanatorium dr Brehmera na „Grunwald". Chociaż nadal funkcjonowało jako uzdrowisko, to straciło międzynarodowe znaczenie. Prawdziwy cios przyszedł w roku 2005. Obiekt został zniszczony przez dwa pożary. I kiedy wydawało się, że Sokołowsko już się nie podniesie z losowego upadku, wydarzyło się coś niezwykłego. Unikatowy, po trosze dekadencki, klimat miejsca zaczął przyciągać artystów, filmowców, pisarzy – twórców poszukujących inspiracji. Kluczową rolę odegrała tu Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ (łacińska nazwa oznacza „w miejscu”), która, po przejęciu ruin kompleksu w roku 2007 rozpoczęła żmudny proces rewitalizacji obiektów sanatoryjnych. Prace postępują powoli, gdyż wymagają ogromnych nakładów finansowych. Widać już pierwsze efekty odbudowy. Oglądamy spiczastą wieżę, która prezentuje się okazale. Fundację czeka jeszcze ogrom pracy. Ale już widoczne jest ożywienie aktywności kulturalnej Sokołowska, które stało się od pewnego czasu domem dla organizowanych corocznie festiwali filmowych, oraz miejscem spotkań artystów, wydarzeń kulturalnych i przestrzenią poświęconą pamięci Krzysztofa Kieślowskiego. W odnawianych powoli, ale systematycznie, ruinach sanatorium odbywają się koncerty i wystawy artystyczne.
Tuż za parkiem, w bezpośrednim sąsiedztwie budynku sanatorium, napotykamy niezwykle ciekawą budowlę. Pełniła ona dawniej rolę obserwatorium astronomicznego. Budynek powstał w 1876 roku w stylu neogotyckim. Pierwotnie dach był płaski, co widać na starych zdjęciach, i właśnie z tego tarasu można było obserwować niebo. Obecnie dach pokrywa oryginalny łupek. Niegdyś budynek stanowił integralną część sanatorium dr. Brehmera. Dziś jest własnością prywatną i pełni funkcję mieszkalną.
Naprzeciw głównego budynku sanatorium przy ulicy Słonecznej stoi inny historyczny obiekt.
Dawniej zwany Steinhaus, powstał około połowy wieku XIX. Jest pozostałością istniejącego w tym miejscu gospodarstwa. Został wybudowany w konstrukcji kamienno-ceglanej. Obecnie mieści się w nim prywatna galeria sztuki oraz biblioteka publiczna. Zwraca uwagę nową elewacją, a także oryginalnymi detalami architektonicznymi. Na ścianie zewnętrznej widoczna wmurowana tablica poświęcona Kieślowskiemu.
Pod płaskorzeźbą głowy artysty napis Krzysztof Kieślowski w Sokołowsku 1951-1960. Filmowiec trafił do Sokołowska wraz z siostrą i matką ze względu na chorobę płuc swojego ojca, który leczył się w tutejszym słynnym sanatorium dr. Brehmera. I co podkreślają wszyscy jego biografowie, uzdrowiskowy klimat miejscowości i specyficzna atmosfera tego miejsca, często nazywanego „Platońską jaskinią”, głęboko zapadły w pamięć przyszłego reżysera. W każdym razie jest faktem, iż to w Sokołowsku zrealizował w roku 1974 film Prześwietlenie, jedną ze swoich pierwszych produkcji dokumentalnych.
Idąc w górę ulicy Słonecznej, na zapleczu dawnego sanatorium „Grunwald”, spotykamy kolejny ciekawy budynek. To postawiony około 1878 roku pensjonat „Weisses Haus” (Biały Domek). Przez lata wchodził w skład zespołu sanatoryjnego dr. Brehmera. Obecnie jest domem wielorodzinnym. Obiekt w stylu szwajcarskim, konstrukcji murowano-drewnianej, został wybudowany na miejscu domu kuracyjnego hrabiny Marii von Colomb. Przypomnijmy, że ta „matka chrzestna” sanatorium sokołowskiego była siostrzenicą księcia Gebharda von Leberechta, pruskiego feldmarszałka, wojskowego pruskiego zasłużonego zwycięstwami nad Napoleonem w bitwach – pod Lipskiem (1813) i Waterloo (1815). To ona przybyła latem 1849 roku do Görbersdorff, wsi pruskiej zamieszkałej przez ok. 350 mieszkańców. To ona jako pierwsza odkryła lecznicze walory tej sudeckiej miejscowości. Była pod wrażeniem lekarza Wincentego Priessnitza, który założył uzdrowisko w Gräfenburgu (dzisiejsze czeskie Lazne Jesenik) i odnosił spektakularne sukcesy w wodolecznictwie. Wzorując się na tym lekarzu–samouku w 1850 roku założyła w Gőrbersdorffie zakład leczenia zimną wodą, wykupując od Hochbergów, ówczesnych właścicieli, młyny z okolicznym terenem. Uzdrowisko, niestety nie przyniosło planowanych zysków, a niespłacone długi w 1854 roku wpędziły hrabinę do więzienia. Na szczęście dla miejscowości zakład przejął od niej jej szwagier – dr Hermann Brehmer. Dalsze losy uzdrowiska opisałem wcześniej.
Wyruszamy w drogę powrotną. Do ulicy Głównej dochodzimy ulicą Słoneczną, mijając dwa okazałe współczesne budynki mieszczące biura sanatoryjne, potem idziemy ulicą Parkową mijając skwer imienia Krzysztofa Kieślowskiego. Wchodzimy na ulicę Szkolną, zatrzymując się przed budynkiem dawnej szkoły ewangelickiej. Pochodzi z 1880 roku. Po II wojnie światowej, od 1946 roku, mieściła się tu polska placówka edukacyjna. Obecnie dawne obiekty oświatowe zostały zaadaptowane na cele mieszkaniowe, a młodzież od początku XXI wieku uczy się w Zespole Szkolno-Przedszkolnym im. Janusza Korczaka przy ul. Unisławskiej. Idziemy dalej, mijając stojące naprzeciw dawnego budynku szkolnego zaniedbane domy o elewacji świadczącej, iż czasy świetności mają za sobą. Te domy domagają się remontu. Podobne wrażenie odnosiliśmy także obserwując podczas wcześniejszego spaceru inne budynki przy ulicy Głównej.
Dochodzimy do budynku o numerze 1, stojącego blisko połączenia ulicy Szkolnej z ulicą Główną. Prezentuje się korzystnie. Widać, że niedawno był odnowiony. Na ścianie zewnętrznej widoczne są kolorowe ornamentacje oraz cyfra 1847 oznaczająca rok jego powstania. To dawny obiekt uzdrowiskowy. Stanowi historyczną część kompleksu sanatoryjnego. Służył od połowy wieku XIX potrzebom kuracjuszy jako pensjonat oraz mieszkania dla obsługi tego dolnośląskiego kurortu. W latach 90. XX wieku budynek przeszedł w ręce prywatnych właścicieli. Obiekty mieszkaniowe przy ulicy Szkolnej powstawały na przełomie XIX i XX wieku, w okresie największego rozkwitu miejscowości. Ulicą Szkolną wychodzimy wprost na naszą starą pocztę. Całe szczęście, bo zrobiło się późno i zaczął padać deszcz. Po kolacji oglądam jeszcze wiadomości w telewizji i uzupełniam z Internetu wiedzę o historii Sokołowska. W zajmowanym przez nas klimatycznym apartamencie relaksujemy się po spacerze. Kolacja, rozgrzewająca herbata, plan jutrzejszego zwiedzania i zasłużony odpoczynek nocny.
Następnego dnia (środa 10 czerwca) po toalecie i smacznym, przyrządzonym we własnym zakresie śniadaniu udajemy się na kolejny spacer po uzdrowisku. Naszym celem jest poznanie interesujących i zabytkowych obiektów przy ulicy Parkowej. Udajemy się ulicą Główną w prawo, idąc około 100 m znaną nam trasą. Po dojściu do parku im. Krzysztofa Kieślowskiego skręcamy w lewo w prowadzącą lekko pod górę ulicę Parkową. Po prawej stronie ulicy mijamy jedno ze skrzydeł budynku związanego z osobą słynnego filmowca. Na ścianie przylegającej do kamienicy przybudówki znamienny napis o treści –Kiedyś byli świetni reżyserzy, których dziś już nie ma. Po pokonaniu 100-150 metrów dochodzimy do ścieżki prowadzącej na teren kościoła parafialnego pw. Matki Bożej Królowej Świata. Był pierwotnie protestancki, wybudowany ze składek kuracjuszy w latach 1883-84 na terenie ofiarowanym przez dr. Theodora Römplera, także zasłużonego dla uzdrowiska lekarza. Po II wojnie światowej kościół został przekazany katolikom. Jest to murowany obiekt jednonawowy nie posiadający zabytkowego charakteru. Na uwagę zasługuje jedynie neogotycki drewniany prospekt organowy z wieku XIX oraz witraż z prezbiterium z tego samego okresu. Wewnątrz kościoła pod tynkami znajdują się polichromie i prace z dziedziny metaloplastyki wybitnego artysty Johannesa M. Avenariusa, wykonane w połowie lat 30. XX wieku. Ten śląski malarz, grafik, ilustrator urodził się w 1887 roku w Gryfowie, a zmarł w 1954 roku w Berlinie.
Był prywatnie przyjacielem Gerharta Hauptmanna (o tym pisarzu będzie mowa w dalszej części reportażu), także związanego z Görbersdorffem.
Idąc w górę ulicą Parkową dochodzimy do kompleksu dawnego zespołu sanatoryjnego kierowanego w latach 1876-1908 przez powyżej wspomnianego dr. Theodora Rőmplera.
Najstarsza jego część, zwana historycznie „Turn Villa”, powstała w roku 1874 z inicjatywy pierwszego właściciela obiektu barona von Rossinga. Po wykupieniu w roku 1878 zakładu od barona, dr Römpler przystąpił do tworzenia 120-hektarowego parku uzdrowiskowego oraz wznoszenia kolejnych obiektów kompleksu, w tym głównego budynku sanatoryjnego oraz ogrodu zimowego, leżakowni, a także lodowni. Obiekt dr. Rőmplera funkcjonował nieprzerwanie do wybuchu II wojny światowej, a także podczas niej. Do sanatorium przybywali inwalidzi wojenni chorzy na gruźlicę. Po wojnie i włączeniu miejscowości do Polski klinika Rőmplera, ocalała przed zniszczeniem i grabieżą, szybko została ponownie uruchomiona jako sanatorium przeciwgruźlicze o nazwie „Biały Orzeł”. Obiekt ten do dzisiaj pełni funkcję leczniczą, obecnie jako Dolnośląski Ośrodek Opieki Pulmonologicznej. Naprzeciwko wejścia do Ośrodka podziwiamy zachowane w dobrym stanie rzeźby o tematyce antycznej.
Z lekarzy pracujących w latach powojennych w tym obiekcie należy wymienić dr. Stanisława Domina, który był w latach 1956-1994 dyrektorem ZOZ Chorób Płucnych w Sokołowsku. W tym czasie przeprowadził remont nie tylko obiektów „Białego Orła", ale także opisanego wcześniej „Grunwaldu". Dr Domin pracę zawodową w Sokołowsku zakończył w roku 2013. Lekarz ten odegrał ogromną rolę w powojennym rozwoju nie tylko obiektów sanatoryjnych, ale również całej miejscowości, w szczególności jako ośrodka sportów zimowych. Utworzył także przyzakładową pracownię metaloplastyki, w której wyrabiano do dzisiaj widoczne w Sokołowsku ozdobne elementy.
Idąc w górę ulicą Parkową mijamy (po prawej stronie) kolejny okazały budynek, znany jako „Villa Elsa”. Został wzniesiony w roku 1876 dla rodziny doktora Römplera, zaprojektowany w stylu „willi szwajcarskiej”.
W latach 1882-1945 był domem doktora i jego żony Elsy oraz miejscem spotkań całej rodziny. W czasie II wojny światowej stał się schronieniem dla kobiet i dzieci rodziny właścicieli. Po roku 1945 budynek zaadaptowano na przedszkole. W latach 90. XX wieku zrujnowany obiekt odkupiła prawosławna parafia pw. św. Archanioła Michała, która go wyremontowała i otworzyła w roku 2000 jako Dom św. Elżbiety. Parafia realizuje w nim projekt Ekumenicznego Ośrodka Spotkań Integracyjnych. W przeszłości w tym obiekcie serwowano lokalne specjały kuchni kresowej.
Naprzeciw niego natrafiamy na płaskorzeźbę Leśne Źródło. Monument zwany także „Waldquelle” (ta nazwa jest wyryta na górze obiektu) pochodzi z końca wieku XIX. Przed laty służył w parku jako ujęcie wody źródlanej. Jest jednym z niewielu pozostałych elementów małej architektury parkowej. Płaskorzeźba już mocno się zatarła. Obiekt ozdobiony jest historycznym cytatem z Goethego – Każdy powinien korzystać z życia według własnego upodobania. Samo źródełko, położone na uboczu wśród drzew, niegdyś było elementem kuracji pitnej dla gości uzdrowiska. Woda z niego obecnie już nie tryska, ale to świetne miejsce, pełne historii, zachęcające do chwili wytchnienia. Według legendy jest to miejsce założenia miejscowości.
Idąc dalej ulicą Parkową mijamy Aleję Lipową. Malownicza, pełna uroku ścieżka biegnie pośród starodrzewu, zapraszając na spacer wśród zieleni. Towarzyszy tu wędrującym śpiew ptaków, szum drzew i obecność wiewiórek. U jej początku tablica z napisem W 80. rocznicę pamiętnego mordu katyńskiego w roku 1940 na oficerach i policjantach Rzeczpospolitej Polskiej, upamiętniamy postać naczelnego Prawosławnego Kapelana Wojska Polskiego ks. protoprezbitera płk. Szymona Fedorońko, Kawalera Orderu Orła Białego. Jemu i innym pomordowanym przez NKWD Wieczne Odpoczywanie, a u potomnych cześć i chwała. Na górze tablicy widoczna jest podobizna tego kapelana.
Po chwili, idąc parę minut pod górę, dochodzimy do małej cerkiewki pw. św. Michała Archanioła. Skryta wśród zieleni w bliskim sąsiedztwie urokliwego stawu robi wrażenie. Prowadzi do niej drewniany mostek i kilka schodów. Jest świątynią parafialną należącą do diecezji wrocławsko-szczecińskiej Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Zbudowana w latach 1900-1901 staraniem Bractwa św. Włodzimierza, w stylu starojarosławskim, według projektu Karla Grossera, znanego architekta, twórcy m.in. hotelu Monopol we Wrocławiu. Konsekrowana 3 września 1901 roku przez ks. Protoprezbitera Aleksego von Malceva – kapelana rosyjskiej ambasady w Berlinie. Obiekt służył kuracjuszom wyznania prawosławnego do połowy lat 30. XX wieku. Po II wojnie światowej pozbawiony wyposażenia był wykorzystywany jako kostnica. Uległa ona całkowitej dewastacji. W latach 1980-1996 (16 sierpnia) stanowiła własność prywatną, służąc jako domek letniskowy. Staraniem proboszcza parafii prawosławnej św. Cyryla i św. Metodego we Wrocławiu, ks. mitrata Eugeniusza Cebulskiego i uzyskaniu subwencji z Fundacji „Renovabis” cerkiew została odkupiona i sukcesywnie przywracana do pierwotnego przeznaczenia. Pozyskano ikonostas, 5 kwietnia 1997 roku arcybiskup wrocławski i szczeciński Jeremiasz dokonał poświęcenia nowego krzyża wieńczącego cerkiew, a w dniu 10 listopada 2001 roku wtórnego jej poświęcenia. Jej wnętrze zdobią malowidła ścienne o tematyce sakralnej.
Spod cerkwi wracamy ulicą Parkową do ulicy Głównej i do naszego lokum. Po kawie i godzinnym wypoczynku wyruszamy na trzeci i ostatni spacer po Sokołowsku. Tym razem udajemy się ulicą Główną w kierunku zachodnim. Na szczęście pogoda się poprawia, na chwilę spoza chmur wychyla się słońce.
Mijamy skrzyżowanie ulicy Głównej z ulicą Unisławską, gdzie stoi budynek „Villa Laurentin, przed którym się zatrzymujemy. Ta zabytkowa drewniano-murowana willa pochodzi z końca XIX wieku. W czasach świetności uzdrowiska obiekt pełnił funkcję domu dla lekarzy żeńskiego oddziału sanatorium dr. Hermanna Weickera oraz miejsca kwaterunku gości pobliskiego sanatorium „Villa Buchberg". Willa została uwieczniona na historycznych fotografiach, które można odnaleźć m.in. w Wikipedii Commons oraz w dokumentacji PTTK dotyczącej lokalnych tras turystycznych. Dzisiaj willa stanowi ważny punkt podczas spacerów historycznych po miejscowości.
Naprzeciw „Villi Laurentin", po drugiej stronie ulicy Głównej, pod numerem 7 usytuowany jest inny zabytkowy obiekt.
Jak czytamy na tablicy umieszczonej na frontowej ścianie, ten dom szachulcowo-przysłupowy pochodzi z roku 1803. Pierwotnie było to zamożne gospodarstwo, którego zabudowania tworzyły czworobok. Potem pełnił funkcję leśniczówki. Na początku XX wieku (w roku 1927) przebywał w nim w gościnie u wuja Alfreda (leśniczego) Gerhart Johann Robert Hauptmann, niemiecki dramaturg i powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1912 roku, którą otrzymał za całokształt bogatej i wybitnej twórczości dramatycznej. Nic dziwnego, że obiekt jest nazywany tradycyjnie budynkiem Hauptmanna. Tu powstała zresztą jego powieść Wanda. Przed rokiem 1945 znajdowała się w tym budynku pralnia, przedszkole i mieszkania personelu sanatoryjnego. Obecnie pełni funkcje mieszkalne.
Idąc w górę ulicy Głównej mijamy Ośrodek Wypoczynkowy „Radosno”, mieszczący się w dawnym pensjonacie Freudengrunt, postawionym na początku XX wieku. Po II wojnie światowej leczono tu narkomanów. Kilkadziesiąt metrów dalej, stoi, jeden z najpiękniejszych, a zarazem najstarszy budynek miejscowości. Pochodzi prawdopodobnie z 1800 roku. Stanowi przykład sudeckiego budownictwa ludowego. Konstrukcja obiektu jest drewniano-zrębowa. Belki łączone są na tzw. rybi ogon. Obecnie to budynek dwurodzinny. Mieszkał w nim i tworzył w połowie XIX wieku pisarz i dramaturg epoki romantyzmu Albert Emil Brachvogel (1824-1878), stąd jego nazwa – Dom Pisarza. Naprzeciw niego stoi parterowy budynek (pod numerem 8 ulicy Głównej) i nieco wyżej wielorodzinny budynek jednopiętrowy o numerze 6, z zabudowanym poddaszem. Ma na ścianie frontowej ciekawe płaskorzeźby i posiada kolorową różową elewację.
Idziemy jeszcze drogą prowadzącą do malowniczego zbiornika wodnego. Zaczyna jednak padać i decydujemy się na powrót do naszego apartamentu. Czas najwyższy na obiadokolację, po której wypoczywamy słuchając za oknem coraz intensywniej padającego deszczu. Nie mamy szczęścia do pogody. Jest więc czas na poszukiwanie w Internecie wiadomości o aktualnym statusie Sokołowska. Znajdujemy informację, że obecnie liczy około 900 mieszkańców.
Jego specyfika polega na kontraście; swoistym dualizmie. Z jednej strony wciąż czuć tutaj ducha dawnych kuracjuszy i widać świadectwa minionej epoki; z drugiej tętni ono nowoczesną, awangardową sztuką. Ten niezwykły mariaż zdrowia i choroby, upadku i odrodzenia; zderzenia historii sprzed 150 lat ze współczesną awangardą, czyni z miejscowości najdziwniejszą i najbardziej fascynującą wieś na Dolnym Śląsku. Przekonujemy się o tym na każdym kroku.
Idę spać w przeświadczeniu, że warto było tu spędzić dwa dni i nabieram pewności, że należy tę miejscowość bardziej doinwestować, co jest rolą Ministerstwa Kultury oraz wypromować, to zadanie dla mediów i pisarzy. Uczynili to już co prawda i Olga Tokarczuk w powieści Empuzjon, i Joanna Bator w powieści Gorzko, ale o Sokołowsku trzeba pisać częściej i więcej. Wszak historia „śląskiego Davos” to gotowy materiał na fabułę książki - opowieść o narodzinach, rozkwicie, upadku i szczęśliwym zmartwychwstaniu tego niezwykłego miejsca czakramowego, o ogromnej sile i potencjale oraz unikalnym klimacie, a także tajemniczym układzie geologicznym. Wszystko to sprawia, że czas płynie tu w zgodzie z naturą – wolniej i spokojniej
Maciej Andrzej Zarębski
Fot. autora: Wikipedia
Fot. w tekście: autor
Benefis Jerzego Grupińskiego
Jedną z Literackich Legend Poznania jest Jerzy Grupiński. W sobotę 4 lipca br. o godz. 11.00 w Bibliotece Raczyńskich odbył się uroczysty jego benefis w 88. rocznicę urodzin, a także 55-lecie działalności Klubu Literackiego, którego mentorem i opiekunem jest Grupiński. Biblioteka Raczyńskich jest głównym Organizatorem tej uroczystości, ale nie byłoby jej bez Krzysztofa Szymoniaka, Anny Kokot-Nowak i Gabriela Roszaka.
Jerzy Grupiński jest postacią znaną w Poznaniu i kraju od wielu lat – poeta, prozaik, redaktor czasopism („Protokół Kulturalny”) i książek, krytyk, animator kultury.
Klub Literacki zaistniał w roku 1970 i zapisał się w historii Centrum Kultury Zamek do 2005 roku (35 lat). Następnie członkowie i goście klubu znaleźli lokum w Piątkowskim Centrum Kultury „Dąbrówka” (Os. Bolesława Chrobrego 117 a). To popularny ośrodek kulturalny na poznańskim Piątkowie, prowadzony przez Poznańską Spółdzielnię Mieszkaniową, która życzliwie odnosi się do działań Jerzego Grupińskiego – spotkań Klubu Literackiego „Dąbrówka” (nazwa przybrana przez klub).
Dyrektorka książnicy Katarzyna Kamińska powitała Jubilata oraz bardzo licznie przybyłych gości i otworzyła spotkanie. Jego motto: „Zasłoń mnie skrzydło / ołowiana litero podnieś”.
Laudację wygłosił Krzysztof Szymoniak, spotkanie poprowadziła Anna Kokot-Nowak oraz Gabriel Roszak. Muszę przyznać i wielu obecnych zapewne zgodzi się ze mną, że Anna Kokot-Nowak rozmawiała z Jerzym merytorycznie, ale też z dużą domieszką humoru i pytań dociekliwych, zaskakująco trafnych. Dotyczyły bowiem wybranych, specyficznych szczegółów z jego życia osobistego i literackiego (ku zaskoczeniu Beneficjenta) – bez których nie byłoby pełnego wyrazu i kolorytu postaci Grupińskiego oraz obrazu całej uroczystości. Głos zabrało kilka znamienitych osób, m.in. Prezeska Stowarzyszenia Pisarzy Polskich prof. Anna Nasiłowska. Jubilat przyjął jej słowa z dużym wzruszeniem.
W podniosłej, ale i ciepłej, serdecznej atmosferze upłynęły prawie dwie godziny. Oprawa muzyczna była wręcz wyszukana. Dwukrotnie z krótkim koncertem wystąpiła skrzypaczka Milena Pioruńska – jej gra zapisała się na dłużej zapewne nie tylko w mojej pamięci.
„Protokół Kulturalny” nr 96 oraz książka „Epiki towarzyskie i kilka wierszy osobistych” Jerzego Grupińskiego zapraszały do lektury. Autograf w okolicznościach tej wyjątkowej uroczystości, opatrzony jej datą był po prostu bezcenny. Zarówno poezja jak i proza Grupińskiego – jeśli ktoś jeszcze nie czytał – zasługuje na uwagę swoją wartością. Jest autorem siedemnastu tomów poetyckich. W roku 2022 wydał opowieść autobiograficzną „Chleb od zająca” (Bogucki Wydawnictwo Naukowe). A jeszcze – redaktor w ciągu kilku dziesięcioleci almanachów, antologii i prawie stu numerów kwartalnika „Protokół Kulturalny”.
Podkreślić należy, że bardzo licznie przybyli członkowie „Dąbrówki” oraz przyjaciele, przedstawiciele placówek kultury, oświaty i stowarzyszeń. Obecni byli także członkowie Związku Literatów Polskich Oddział w Poznaniu, w tym zarząd oddziału. Gratulacje, życzenia, kwiaty i upominki długo przyjmował wzruszony Jerzy Grupiński.
W końcówce lat dziewięćdziesiątych XX w. i w pierwszych latach obecnego wieku kilkakrotnie bywałam z pewnym gronem osób w Centrum Kultury Zamek podczas spotkań, przysłuchiwałam się i przyglądałam. Wcześniej, w 1995 lub 1996 roku pojechałam do Poznania (CK Zamek) – z racji przyznania mi wyróżnienia w jakimś konkursie czy turnieju. Wtedy poznałam Jerzego Grupińskiego. Kilka osób czytało wiersze, w tym ja, a potem doświadczyłam zazdrości niepocieszonej poetki, zachowującej się w sposób obcesowy, zbulwersowanej wierszem o narkomanach. Kilka lat później rozpoznałam ją pośród członków mojego macierzystego poznańskiego oddziału ZLP...
Anna Andrych
https://www.facebook.com/jerzy.grupinski
I Konkurs Poetycki im. Małgorzaty Hillar
Na konkursowej mapie literackiej Polski pojawiła się nowa impreza. To konkurs poetycki im. Małgorzaty Hillar. Pora jak najbardziej właściwa. W tym roku obchodzimy setną rocznicę urodzin znakomitej poetki pochodzącej z okolic Starogardu Gdańskiego. Inicjatorem całości jest poeta Mateusz Brucki, który od kilku lat marzył o tym konkursie i starał się go urzeczywistnić. Atrakcyjne nagrody finansowe i piękna statuetka sprawiły, że jak to mówią konkurs wszedł na literackie salony z futryną. Jurorzy otrzymali do oceny 214 zestawów i obradowali zdalnie ponad tydzień ograniczając ilość czytanych zestawów, wreszcie układając kolejność godeł.
Wręczenie nagród nastąpiło 25 lipca we wspaniałym Centrum Kazimierza Deyny. Sześć dni po Mundialu, na którym nie mogliśmy kibicować naszej drużynie. Pozostały więc sentymentalne wzruszenia i wspomnienia naszej srebrnej drużyny orłów Górskiego, którymi dowodził Pan Kazimierz Deyna.
Spotkanie uświetnił koncert poezji śpiewanej duetu Natalia Cywińska i Szymon Brucki, w którego drugiej części usłyszeliśmy wiersze patronki konkursu. Muzykę skomponowali śp. Radosław Ciecholewski i wspomniany Szymon Brucki. Galę wręczenia nagród poprowadzili: Błażej Kośnik oraz Marek Krasiński (jak dodał nie mylić z Ignacym Krasickim, Zygmuntem Krasińskim, Józefem Ignacym Kraszewskim), a ja dodam, że tym bardziej z Jankiem Krasickim pseudo Mały Franek, co najlepiej wyjaśnia najnowsza historia.
Oprócz zestawów nadesłanych z różnych stron naszego kraju wpłynęły również prace z Norwegii, Malty, Szkocji, Anglii, z Niemiec i z Włoch.
Jury w składzie: Jerzy Fryckowski (przewodniczący), Zdzisław Drzewiecki (członek), Wioletta Arleta Jaworska (członkini) wyłoniło grono laureatów.
Wyróżnienia otrzymały: Agnieszka Mohylowska z Kaźmierza, Aleksandra Dybowska z Pruszkowa, Dominika Baraniecka z Poznania. Każda z laureatek otrzymała nagrodę finansową w wysokości 500 zł. III miejsce i nagrodę w wysokości 1.000 zł otrzymał Grzegorz Chwieduk z Kępic, II miejsce i nagrodę w wysokości 1.500 zł otrzymała Anna Piliszewska z Wieliczki, zaś I miejsce, statuetkę „Złotej Kropli Słońca” (wykonaną przez starogardzkiego artystę Michała A. Majewskiego) i nagrodę w wysokości 2.000 zł otrzymał Grzegorz Paczkowski z Warszawy.
Osobna kapituła jurorska wyłoniła zwycięzcę w kategorii „Kociewie” za zestaw wierszy inspirowany życiem i twórczością patronki konkursu – Małgorzaty Hillar. Laureatem został Maciej Proksa ze Szczecina. Do ostatnich chwil tygodniowego czytania były brane pod uwagę jeszcze następujące godła: piękna, pióroczapka, Krokusy, Piołun, PRZEŚWIT, MEWA, Baranek, Antony Dalton, Tantra, Widmo Brockenu, Zofia, Niedopita kawa, Zwykła herbata z cytryną, HILLAR M, czereśnia, Piotr Sobecki, xeres, OPAL, Iskariota.
Fundatorką nagród finansowych była Maria Żywicka-Luckner „Majka” – wiceprezes Unii Polskich Pisarzy Lekarzy i członkini Warszawskiego Stowarzyszenia Twórców Kultury.
Ponadto laureaci otrzymali unikatową publikację nagrodzonych zestawów w formie widokówek oddających piękno Kociewia. Publikację przygotował prezes Fundacji OKO-LICE KULTURY – Lech. J. Zdrojewski będący jednocześnie autorem zamieszczonych tam fotografii.
Po uroczystej Gali laureaci oraz goście Konkursu zostali ugoszczeni obiadem w restauracji „U przyjaciół”, a po zakwaterowaniu w internacie wzięli udział w późnowieczornym zwiedzaniu Grodziska Owidz, gdzie pod opieką przewodniczki, Pani Teresy Tomczak, mogli się przenieść o tysiąc lat wstecz i poznać warunki codziennego życia pierwszych osadników Kociewia. To kolejna atrakcja oprócz Centrum Deyny. Jurorzy oraz kilkoro laureatów to nauczyciele, więc zaczęły się rodzić pomysły, że warto tu przyjechać ze szkolną wycieczką. Naprawdę wiele się dowiedziałem, a muszę dodać, że to ziemie, z których wywodzi się moja rodzina po mieczu.
Po zwiedzeniu Grodziska rozpoczęła się biesiada przy gitarze i domowych ogórkach kiszonych. Unosiły się nad zebranymi duchy Herberta, Urbankowskiego, Gąsiorowskiego, Grochowiaka. Mistrzów cytowano (wszak byli między nami też recytatorzy) i śpiewano. Ta atmosfera przypomniała mi konkursy sprzed lat, gdy sam zaczynałem pisać, a każdy sukces był czymś niesamowitym. Całość skończyła się niedzielnym spacerem do pomnika Mickiewicza, chyba jedynym na Pomorzu (co jest wstydem dla Trójmiasta). Zrobiliśmy pamiątkową fotkę przy pomniku (i tu ciekawostka) odsłoniętym w setną rocznicę śmierci Wieszcza w 1956 roku. Autorem monumetu jest toruński rzeźbiarz Ignacy Zelk. Można rzec, że skończyliśmy między dwoma jubileuszami. Duchowym i kamiennym. Atmosfera była bardzo rodzinna.
Miałem wrażenie, jakby konkurs przygotował zegarmistrz a nie poeta. Zero chaosu, tylko precyzja i dokładność. Zazdroszczę Państwu Bruckim, którzy osobiście oglądali na scenie swoich utalentowanych synów.
Impreza ma jedną wadę. Następna edycja dopiero za rok.
Jerzy Fryckowski
Fot. https://www.facebook.com/jerzy.fryckowski
Światło, które nie gaśnie
O metafizyce istnienia i późnym stylu Józefa Barana w tomie „Jaśń”
Jest coś niezwykle poruszającego w poezji, która nie próbuje już nikogo przekonywać o własnej wielkości. Poezja Józefa Barana od dawna należy właśnie do tego rzadkiego gatunku twórczości, która wyzbyła się wszelkiej potrzeby demonstracji. Nie walczy o efekt, nie zabiega o nowoczesność za wszelką cenę, nie uwodzi formalnymi fajerwerkami ani intelektualnym ekshibicjonizmem. Zamiast tego proponuje czytelnikowi doświadczenie znacznie trudniejsze – spotkanie z człowiekiem, który przeszedł przez niemal całe życie, zachował zdolność zachwytu, a jednocześnie nie utracił świadomości jego tragicznego wymiaru. W tym sensie „Jaśń” jest książką niezwykłą. Nie dlatego, że przynosi rewolucję w poetyce autora, ale dlatego, że stanowi jedno z najpełniejszych i najbardziej dojrzałych świadectw późnej twórczości poety, który osiągnął stan wewnętrznej harmonii, nie rezygnując z zadawania pytań ostatecznych.
Już sam tytuł tomu jest znakomitym kluczem interpretacyjnym. „Jaśń” nie jest przecież zwykłym neologizmem ani efektowną grą słów. W jednym wyrazie spotykają się „ja”, świadomość, jasność, światło, istnienie, duchowość i metafizyczna energia. Baran świadomie przesuwa akcent z egoistycznego „ja” ku „jaśni” – przestrzeni, w której jednostka przestaje być zamkniętym bytem, a staje się uczestnikiem większej całości. Nie jest to jednak mistyka oderwana od codzienności. Przeciwnie. W poezji tej każda transcendencja wyrasta z najprostszych doświadczeń: z obserwacji drzewa, lotu motyla, rozmowy z przyjacielem, muzyki dochodzącej zza ściany, zapachu jabłek czy wieczornego światła nad ogrodem.
Baran pozostaje poetą niezwykle wiernym konkretowi. Nigdy nie opuszcza ziemi całkowicie. Nawet wtedy, gdy jego wyobraźnia kieruje się ku nieskończoności, zawsze pamięta o korzeniach. Jest poetą Borzęcina równie mocno, jak poetą Krakowa. Jest poetą dzieciństwa równie mocno, jak starości. Wreszcie jest poetą codzienności równie mocno, jak metafizyki. Właśnie ta zdolność nieustannego godzenia przeciwieństw stanowi o wyjątkowości jego pisarstwa.
„Jaśń” jest tomem późnym nie tylko chronologicznie. Jest późny również w sensie duchowym. Przypomina najlepsze późne dzieła Leopolda Staffa, Czesława Miłosza czy Tadeusza Różewicza, w których najważniejsza staje się nie walka z rzeczywistością, lecz próba pogodzenia się z jej nieusuwalną tajemnicą. Nie oznacza to kapitulacji. Wręcz przeciwnie. Baran nieustannie stawia pytania. Czyni to jednak bez agresji, bez filozoficznego zadęcia i bez potrzeby formułowania jednoznacznych odpowiedzi. Wie, że największe pytania pozostają otwarte.
Najbardziej uderzającą cechą tego tomu jest niezwykła konsekwencja światła jako kategorii organizującej cały świat przedstawiony. Światło nie jest tu dekoracją ani efektem estetycznym. Jest kategorią ontologiczną. Wszystko zmierza ku światłu albo z niego wyrasta. Światło staje się odpowiednikiem istnienia, dobra, pamięci, miłości i nadziei. Nawet śmierć nie zostaje ukazana jako triumf ciemności. Przeciwnie – wydaje się kolejnym etapem przechodzenia ku większej jasności.
Nie sposób nie dostrzec, że Baran prowadzi w tym tomie dialog z wielką tradycją europejskiej metafizyki światła. Można odnaleźć tu dalekie echa platońskiej idei dobra utożsamianej ze słońcem, chrześcijańskiej symboliki światłości, franciszkańskiej pochwały stworzenia, a także poezji Rilkego czy Staffa. Zarazem jednak poeta nie cytuje tradycji. On ją przyswaja. Dzięki temu jego metafizyka pozostaje całkowicie współczesna.
Wyjątkową rolę odgrywa także natura. Nie jest ona romantycznym schronieniem ani modernistycznym symbolem. Jest współuczestnikiem ludzkiego losu. Drzewa, ptaki, motyle, rzeki czy ogrody posiadają własną godność ontologiczną. W „Pochwale drzew” poeta nie antropomorfizuje przyrody. Raczej uczy człowieka pokory wobec jej cierpliwości. Drzewa okazują się starsze od ludzkich sporów, mądrzejsze od politycznych ideologii i bardziej trwałe od naszych cywilizacyjnych mód. W ich milczeniu kryje się lekcja życia.
To niezwykle charakterystyczne dla Barana odwrócenie perspektywy. Człowiek przestaje być koroną stworzenia. Staje się jednym z elementów wielkiego kosmicznego organizmu. Nie oznacza to jego degradacji, lecz przeciwnie – odzyskanie właściwego miejsca w świecie. Tylko wtedy możliwe staje się doświadczenie harmonii.
Jednym z najważniejszych tematów tomu pozostaje starość. Baran mówi o niej z odwagą, ale również z czułością. Nie tworzy apologii późnego wieku. Nie udaje, że przemijanie nie boli. Doskonale wie, czym jest samotność, choroba, odchodzenie przyjaciół, kurczący się czas. Jednak równie mocno wie, że starość posiada własne piękno. Paradoksalnie dopiero ona pozwala zobaczyć świat w jego pełnym świetle.
To właśnie dlatego w wielu utworach zachwyt staje się formą oporu wobec śmierci. Zachwycać się oznacza istnieć naprawdę. Zachwycać się oznacza nie pozwolić śmierci odebrać teraźniejszości. Zachwycać się oznacza uczestniczyć w tajemnicy stworzenia. W tym sensie „Piękne sierpniowe popołudnie...”, „Znów widok z majowego balkonu”, „Wiersz wiosenny” czy „Maj – cud powielany” tworzą niezwykły cykl hymnów na cześć świata. Nie są to jednak hymny naiwne. Ich autor doskonale zna cierpienie. Tym bardziej jego afirmacja posiada siłę moralną. Radość nie wynika z nieświadomości tragedii, lecz z jej przezwyciężania.
Niezwykle ciekawie przedstawia się również konstrukcja podmiotu lirycznego. Baran nie buduje własnego pomnika. Jego „ja” pozostaje otwarte, dialogiczne, gotowe do nieustannego przekraczania samego siebie. Właśnie dlatego tytułowa „jaśń” okazuje się czymś znacznie większym od autobiografii. Jest próbą opisania świadomości, która przekracza granice indywidualnego istnienia.
W wielu miejscach poeta zdaje się mówić, że człowiek nie kończy się na własnym ciele. Trwa w pamięci innych ludzi, w pejzażu dzieciństwa, w muzyce, w języku, w miłości, w spojrzeniu drugiego człowieka. Taka wizja nie ma charakteru doktrynalnego. Jest raczej intuicją poetycką, która pozostawia czytelnikowi przestrzeń wolności.
Szczególnie porusza obecna w całym tomie dyskretna etyka czułości. Baran nie moralizuje. Nie wygłasza kazań. Pokazuje jedynie, że świat można ocalić drobnymi gestami: dobrym słowem, pamięcią, uśmiechem, współczuciem, zachwytem nad drzewem czy rozmową z drugim człowiekiem. W epoce zdominowanej przez hałas, agresję i nieustanny pośpiech taka postawa brzmi niemal rewolucyjnie.
Największym osiągnięciem „Jaśni” wydaje się jednak coś jeszcze. Józef Baran udowadnia, że wielka poezja nie potrzebuje ani hermetyczności, ani językowej przemocy. Można mówić o rzeczach ostatecznych prostym językiem, nie popadając w banalność. Można zachować komunikatywność, nie rezygnując z głębi. Można pisać o śmierci tak, aby czytelnik po zamknięciu książki bardziej pragnął życia.
Na tym polega niezwykłość tej książki. „Jaśń” nie jest jedynie kolejnym tomem uznanego poety. Jest świadectwem rzadko spotykanej mądrości egzystencjalnej, która nie zamienia się w mentorski ton. To poezja człowieka, który nie przestał się dziwić światu i właśnie dlatego potrafi o nim mówić z taką prostotą i siłą. W czasach, gdy literatura często celebruje rozpad, nihilizm i duchową pustkę, Józef Baran proponuje odważną alternatywę: poezję światła, pamięci i nadziei, która nie ucieka od cierpienia, lecz potrafi je przemienić w źródło głębszego rozumienia ludzkiego losu.
* * *
Jeżeli pierwsze wrażenie po lekturze „Jaśni” prowadzi czytelnika ku światłu, to kolejne odsłaniają coś znacznie bardziej złożonego – niezwykle precyzyjnie skonstruowaną filozofię codzienności. Józef Baran od wielu lat pozostaje poetą rzeczy zwyczajnych, ale w najnowszym tomie zwyczajność osiąga rangę niemal metafizycznego objawienia. Nie ma tutaj wydarzeń spektakularnych. Nie ma gwałtownych zwrotów akcji ani dramatycznych deklaracji. Jest natomiast nieustanne wsłuchiwanie się w rytm świata, który dla większości ludzi pozostaje niesłyszalny. To właśnie uważność staje się najważniejszą metodą poznania.
W tej poezji wszystko posiada własny czas. Drzewo nie spieszy się z dojrzewaniem. Zachód słońca nie próbuje być bardziej efektowny niż jest. Ptak śpiewa dlatego, że śpiew należy do jego natury. Człowiek natomiast nieustannie wyrywa się z tego rytmu, próbując podporządkować rzeczywistość własnym ambicjom, lękom i kalendarzom. Baran zdaje się mówić, że źródłem większości współczesnych dramatów nie jest zło samo w sobie, lecz utrata zdolności współbrzmienia z naturalnym porządkiem istnienia. Dlatego w jego poezji tak często pojawia się ogród. Nie jest on wyłącznie miejscem dzieciństwa ani sentymentalnym wspomnieniem rodzinnego Borzęcina. Ogród staje się modelem świata. To przestrzeń, w której każda istota posiada swoje miejsce, gdzie wzrost i przemijanie pozostają elementami jednego procesu, gdzie śmierć nie oznacza katastrofy, lecz przemianę. Jest to wizja głęboko zakorzeniona zarówno w kulturze europejskiej, jak i w biblijnym obrazie stworzenia, ale Baran unika jakiejkolwiek dosłowności. Nie rekonstruuje mitu Edenu. Raczej odnajduje jego ślady w zwyczajnym sadzie, w cieniu lipy, w szumie topoli czy w zapachu dojrzałych jabłek.
Szczególnie wyraźnie widać to w „Pochwale drzew”, jednym z najważniejszych utworów tomu. Nie jest to jedynie poetycki katalog gatunków ani sentymentalna podróż do dzieciństwa. To rozbudowany traktat o cierpliwości istnienia. Drzewa okazują się nauczycielami pokory, ponieważ nie próbują przekroczyć własnej natury. Trwają. Zapuszczają korzenie. Dają cień. Rodzą owoce. Milczą. Ich obecność jest służbą, nie demonstracją. W świecie zdominowanym przez kult sukcesu, nieustannej widzialności i rywalizacji Baran proponuje etykę wzrostu cichego, niemal niewidzialnego.
Nieprzypadkowo poeta używa języka pełnego prostych nazw: kasztanowce, jesiony, wiązy, morwy, papierówki, leszczyny. Każde słowo przywraca konkret. W epoce cyfrowych abstrakcji nazwanie rzeczy staje się aktem ocalenia. Baran przypomina, że człowiek przestaje rozumieć świat wtedy, gdy przestaje znać jego imiona. Poezja odzyskuje więc swoją pierwotną funkcję – nie tyle opisuje rzeczywistość, ile ponownie ją ustanawia poprzez język.
Jednak równie ważnym bohaterem „Jaśni” pozostaje muzyka. Trudno znaleźć współczesnego poetę, który tak konsekwentnie myślałby kategoriami muzycznymi. Już list Łukasza Nicpana, otwierający tom, zapowiada ten problem. Mowa tam przecież o zmianie muzyki życia, o konieczności przestrojenia własnej wrażliwości z tonacji elegijnej na tonację afirmacji. To niezwykle ważna deklaracja programowa. Nie chodzi o zaprzeczenie cierpieniu. Chodzi o odnalezienie takiego tonu, który pozwoli cierpienie przekroczyć.
Baran rozumie muzykę znacznie szerzej niż tylko jako sztukę dźwięków. Muzyczny jest rytm dnia, ruch gałęzi, śpiew ptaków, oddech zakochanych, szelest liści, szum deszczu, a nawet cisza. Wszystko uczestniczy w wielkiej symfonii stworzenia. Dlatego „Pochwała muzyki” okazuje się czymś więcej niż opisem koncertu. Jest próbą uchwycenia tajemnicy harmonii, która poprzedza wszelkie ludzkie słowa.
Nieprzypadkowo pojawiają się nazwiska Mozarta, Schuberta, Bacha czy Vivaldiego. Nie pełnią funkcji erudycyjnych ozdobników. Reprezentują przekonanie, że najwybitniejsze dzieła muzyki europejskiej są zapisem duchowego doświadczenia człowieka. Baran słucha ich nie jako meloman, lecz jako poeta poszukujący języka zdolnego opisać niewyrażalne.
Podobną rolę odgrywa malarstwo. W tomie powracają odniesienia do Józefa Chełmońskiego, Vincenta van Gogha, Epifana Drowniaka (Nikifora), Jerzego Dudy-Gracza. Nie chodzi jednak o klasyczną ekfrazę. Obrazy stają się punktami wyjścia do refleksji nad ludzką kondycją. Patrząc na kuropatwy Chełmońskiego, poeta widzi samotność współczesnej ludzkości. W rozżarzonym niebie nad Arles odnajduje puls zakochanego serca. Sztuka nigdy nie jest dla niego zamkniętym muzeum. Żyje, ponieważ odbija się w doświadczeniu współczesnego człowieka.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną cechę tej poezji – niezwykłą umiejętność łączenia wysokiego z niskim. Baran nie boi się sąsiedztwa metafizyki i codzienności. Obok rozważań o nieskończoności pojawiają się tramwaje, tenisowe mecze Igi Świątek, gole Roberta Lewandowskiego, telewizja, wiadomości tekstowe, sztuczna inteligencja czy kolorowe magazyny. Dla poety nie istnieje hierarchia tematów. Wszystko może stać się tworzywem poezji, jeśli zostanie przepuszczone przez wrażliwość.
To bardzo istotna różnica wobec wielu współczesnych poetów, którzy często uciekają albo w hermetyczną intelektualizację, albo w dokumentalny zapis codzienności. Baran wybiera trzecią drogę. Pokazuje, że codzienność sama w sobie zawiera wymiar metafizyczny. Nie trzeba jej ozdabiać. Wystarczy patrzeć uważniej.
Na szczególne omówienie zasługuje humor obecny w „Jaśni”. Byłoby błędem traktować go jako chwilę odpoczynku od poważniejszych tematów. Humor Barana posiada funkcję filozoficzną. Pozwala zachować dystans wobec własnego losu. Dzięki niemu starość nie zamienia się w rozpacz, a śmierć nie odbiera życiu sensu. Wiersze takie jak „Ballada o kibicach”, „Mały liryk grzybowy”, „Nieśmiała fraszka na AI” czy „Fraszka podróżna” pokazują poetę, który zachował młodzieńczą zdolność śmiania się z samego siebie.
To śmiech niezwykle cenny, ponieważ nie poniża świata. Przeciwnie – oswaja jego tragizm. Baran doskonale rozumie, że ironia może być formą czułości. Nie niszczy, lecz oczyszcza. Nie odbiera godności, lecz chroni przed patosem.
Nie sposób również pominąć obecnego w tomie dialogu z własną twórczością. „Ars poetica” stanowi swoisty manifest artystyczny autora. Poezja jawi się tam jako schronienie, wspólny stół, miejsce gościnności. To niezwykle piękna deklaracja, szczególnie dziś, gdy literatura bywa często traktowana jako pole ideologicznych sporów lub narcystycznej autoprezentacji. Baran przypomina, że prawdziwy wiersz powinien być otwartym domem, do którego można wejść bez pukania.
W tej deklaracji pobrzmiewa głęboka wiara w sens literatury. Nie jako narzędzia zmiany politycznej ani eksperymentu formalnego, lecz jako przestrzeni spotkania. Wiersz ma służyć człowiekowi. Ma ocalać pamięć, przywracać nadzieję, pomagać rozumieć świat. To stanowisko może wydawać się dzisiaj staroświeckie, ale właśnie dlatego brzmi tak przekonująco.
Charakterystyczne jest również niezwykłe bogactwo metafor. Baran nie tworzy obrazów hermetycznych. Jego metafory rodzą się z codziennego doświadczenia: pszczelarz „strząsa miód z ramek nieba”, zmierzch rozstawia „stoły”, czas staje się „konduktorem”, pamięć przypomina kopalniane chodniki, człowiek przeobraża się w jedwabnika przetwarzającego doświadczenia życia. Wszystkie te obrazy pozostają komunikatywne, a jednocześnie otwierają wielopiętrowe znaczenia.
Warto podkreślić, że metaforyka Barana nigdy nie jest celem samym w sobie. Każdy obraz prowadzi ku refleksji egzystencjalnej. Właśnie dlatego jego poezja nie starzeje się mimo zmieniających się mód literackich. Nie opiera się bowiem na efektownych konceptach, lecz na głębokim doświadczeniu życia.
Coraz wyraźniej widać także, że „Jaśń” jest książką napisaną z perspektywy człowieka, który osiągnął niezwykle rzadką zgodę na własną biografię. Nie oznacza to samozadowolenia. Oznacza akceptację wszystkich odcieni losu – zarówno chwil szczęścia, jak i cierpienia. Dlatego pamięć nie pełni funkcji archiwum. Jest żywą energią, nieustannie współtworzącą teraźniejszość. Dzieciństwo, młodość, miłość, przyjaźnie i przemijanie pozostają obecne jednocześnie, jakby czas utracił swój linearny charakter. W tej perspektywie „Jaśń” okazuje się nie tylko tomem poetyckim, ale również zapisem niezwykle dojrzałej filozofii życia. Filozofii, która nie rodzi się z abstrakcyjnych systemów, lecz z wieloletniego wsłuchiwania się w rytm świata. To właśnie dlatego czytelnik ma poczucie, że obcuje nie tylko z wybitnym poetą, lecz także z mądrym świadkiem ludzkiego istnienia – kimś, kto przeszedł długą drogę i potrafi powiedzieć o niej językiem prostym, a zarazem zdumiewająco głębokim.
* * *
Im głębiej wchodzimy w świat „Jaśni”, tym wyraźniej dostrzegamy, że jest to tom zbudowany na napięciu między skończonością i nieskończonością. Józef Baran od wielu lat prowadzi dialog z przemijaniem, jednak w tej książce rozmowa ze śmiercią nabiera zupełnie innego charakteru. Nie przypomina już dramatycznego sporu ani gorzkiej elegii. Jest raczej spokojnym, niezwykle uważnym przyglądaniem się granicy, której nikt z ludzi nie potrafi przekroczyć za życia, lecz którą każdy przeczuwa. To właśnie owo przeczucie staje się jednym z najważniejszych źródeł poetyckiej energii tomu.
Baran nie opisuje śmierci jako katastrofy. Nie romantyzuje jej ani nie próbuje oswoić tanim pocieszeniem. Jego spojrzenie jest znacznie subtelniejsze. Śmierć staje się elementem wielkiego porządku natury, podobnie jak dojrzewanie owoców, opadanie liści czy zmiana pór roku. Taki sposób myślenia nie jest wyrazem rezygnacji. Przeciwnie – wymaga ogromnej odwagi duchowej. Trzeba bowiem zaakceptować własną skończoność, nie tracąc jednocześnie zachwytu nad światem. Szczególnie mocno wybrzmiewa to w utworach „Ostatnia kąpiel”, „Może samo się umrze”, „Dzień dobry dobranoc”, „Zmierzch” oraz „Pytanie ostateczne”. Są to wiersze, które można uznać za swoisty traktat o odchodzeniu, ale napisany z perspektywy człowieka, który bardziej interesuje się tajemnicą niż definicją. Baran nie tworzy religijnych dogmatów ani filozoficznych systemów. Pozostawia pytania otwarte. I właśnie ta otwartość okazuje się największą wartością jego refleksji.
„Może samo się umrze” należy do najodważniejszych tekstów tomu. Już sam tytuł burzy utrwalone sposoby myślenia. Śmierć zostaje odarta z teatralności. Nie jest wybuchem, katastrofą ani ostatecznym dramatem. Może okazać się czymś niemal niezauważalnym – cieniem przelatującym przez pokój. W tym obrazie pobrzmiewa niezwykła pokora wobec tajemnicy istnienia. Poeta nie udaje, że wie. Ale równie stanowczo odrzuca lęk jako jedyną możliwą odpowiedź.
Jeszcze wyraźniej ujawnia się to w tytułowym utworze „Jaśń”. Jest to bez wątpienia jeden z najważniejszych tekstów całego tomu. Baran podejmuje tutaj jedno z najstarszych pytań filozofii: gdzie właściwie znajduje się człowiek? Czy jest jedynie ciałem? Świadomością? Pamięcią? Duszą? A może czymś, czego nie umiemy nazwać? Pytania te pozostają zawieszone pomiędzy antropologią, metafizyką i poezją.
Najciekawsze jest jednak to, że poeta nie próbuje udzielać odpowiedzi w języku filozofii. Odpowiada obrazami. „Jaśń” staje się płynną energią rozlewającą się poza granice ciała, przekraczającą biologiczne istnienie, uczestniczącą w większym porządku bytu. To niezwykle śmiała intuicja poetycka, przypominająca niekiedy myśl Teilharda de Chardin, Czesława Miłosza czy nawet mistykę Wschodu, choć Baran pozostaje całkowicie sobą. Nie zapożycza gotowych systemów. Buduje własną wizję człowieka jako istoty zakorzenionej jednocześnie w ziemi i w nieskończoności.
To prowadzi do jeszcze jednego ważnego zagadnienia – religijności. „Jaśń” jest książką głęboko duchową, ale niezwykle daleką od religijnej deklaratywności. Bóg pojawia się często, jednak niemal nigdy nie zostaje zamknięty w teologicznych formułach. Jest obecnością, światłem, tajemnicą, źródłem energii, nieustannie odnawiającym sens świata. Baran nie prowadzi sporów dogmatycznych. Znacznie bardziej interesuje go doświadczenie sacrum wpisanego w codzienność. Dlatego tak wiele miejsca zajmuje zachwyt. Zachwyt pełni tutaj funkcję niemal religijną. Jest formą modlitwy, która nie potrzebuje liturgii. Kiedy poeta patrzy na drzewa, światło sierpniowego popołudnia czy śpiew ptaków, uczestniczy w akcie kontemplacji. Nieprzypadkowo jego poezja przypomina niekiedy franciszkańskie „Pochwały stworzenia”. Nie chodzi jednak o prostą kontynuację tradycji. Baran pokazuje, że współczesny człowiek nadal może doświadczać świętości świata, jeśli tylko odzyska zdolność uważnego patrzenia.
Równocześnie poeta pozostaje niezwykle czujnym obserwatorem współczesności. „Jaśń” nie jest ucieczką od problemów świata. Przeciwnie – zawiera szereg utworów, które odnoszą się do wojny, kryzysów cywilizacyjnych, kultury konsumpcyjnej czy rozwoju nowych technologii. Szczególnie wymowne są: „Do dużych chłopców na górze”, „Wojna”, „Nasz dobrostan”, „Demode” oraz „Nieśmiała fraszka na AI”.
Baran nie przyjmuje pozycji publicysty. Nie buduje politycznych manifestów. Interesuje go raczej moralny wymiar współczesności. W krótkich, często bardzo oszczędnych wierszach odsłania paradoksy cywilizacji, która dysponuje coraz większą wiedzą, a jednocześnie coraz częściej traci elementarne poczucie wspólnoty.
„Nasz dobrostan” należy do najbardziej gorzkich utworów tomu. Ironia skierowana przeciwko militaryzacji świata nie wymaga rozbudowanych komentarzy. Poeta pokazuje absurd logiki, wedle której wzrost liczby rakiet ma oznaczać wzrost bezpieczeństwa. Kilka prostych wersów wystarcza, aby odsłonić moralną pustkę współczesnego języka polityki.
Podobną funkcję pełni „Démodé”. Baran z niezwykłą przenikliwością opisuje kulturę, która wszystko podporządkowuje modzie: szczęście, miłość, starość, śmierć, religię, prawdę. W rezultacie najważniejsze wartości zostają uznane za niemodne. Jest to jedna z najcelniejszych diagnoz współczesnej kultury konsumpcyjnej zawartych w polskiej poezji ostatnich lat. Co istotne, poeta nie popada w moralizatorstwo. Wystarcza mu ironia. To ona obnaża pustkę świata masek i pozorów.
Równie interesujący jest stosunek autora do sztucznej inteligencji. Krótka fraszka nie jest technofobicznym protestem. Jest raczej pytaniem antropologicznym. „Ile człowieka w człowieku nam jeszcze zostanie?” – to jedno z tych pytań, które wykraczają daleko poza doraźny kontekst technologiczny. Baran przypomina, że postęp nie zwalnia z obowiązku myślenia o istocie człowieczeństwa.
Na szczególną uwagę zasługuje również obecność miłości. W „Jaśni” nie jest ona wyłącznie doświadczeniem erotycznym ani romantycznym uniesieniem. Staje się formą istnienia. Miłość oznacza otwarcie na drugiego człowieka, zgodę na przekroczenie własnego egoizmu. Pięknie pokazują to utwory „Przy-jaśń”, „Bliskość na odległość”, „Wspomnienie” czy beztytułowy liryk rozpoczynający się od słów „miłość to jakby ktoś rozbrzmiewał w tobie...”.
Szczególnie wzruszające pozostają wiersze dedykowane żonie. Ich siła polega na całkowitym braku sentymentalizmu. Jest w nich czułość ludzi, którzy przeszli razem przez całe życie i potrafią odnaleźć piękno nawet w zwyczajnym wspólnym patrzeniu na morze czy spacerze po Sopocie. Tak rozumiana miłość nie potrzebuje wielkich deklaracji. Wystarcza obecność.
Warto zauważyć, że Baran bardzo konsekwentnie buduje własną antropologię. Człowiek jest u niego istotą relacyjną. Nie istnieje w samotności. Potrzebuje drugiego człowieka, pamięci, przyrody, muzyki, sztuki, języka i Boga. Dopiero wszystkie te elementy tworzą pełnię istnienia. Samotność natomiast okazuje się jedną z największych tragedii współczesności.
Nieprzypadkowo poeta tak często wraca do motywu wspólnoty. Wspólne rozmowy, wspólne posiłki, wspólne słuchanie muzyki, wspólne kibicowanie, wspólne wspomnienia – wszystko to buduje świat odporny na rozpadającą się cywilizację indywidualizmu. Poezja Barana pozostaje głęboko humanistyczna właśnie dlatego, że nie wierzy w człowieka samotnego.
Na osobne omówienie zasługuje także autotematyzm. „Ars poetica”, „Bezczelny dar” czy liczne rozproszone refleksje o pisaniu tworzą niezwykle interesujący autoportret twórcy. Baran postrzega poetę nie jako kapłana ani proroka, lecz jako uważnego świadka. Jego zadaniem nie jest tworzenie nowych ideologii, ale ratowanie tego, co kruche i łatwo ginie w codziennym hałasie. To bardzo ważne przesłanie. W świecie, który coraz częściej traktuje literaturę jako produkt kultury, Baran przypomina jej pierwotny sens. Poezja ma ocalać doświadczenie. Ma chronić język przed degradacją. Ma przywracać znaczenie słowom takim jak dobroć, pamięć, czułość, zachwyt czy nadzieja. Nie dlatego, że są modne, lecz dlatego, że bez nich człowiek traci własną tożsamość.
Coraz wyraźniej można więc dostrzec, że „Jaśń” nie jest jedynie zbiorem liryków napisanych przez wybitnego poetę u schyłku życia. Jest czymś znacznie większym – duchowym testamentem człowieka, który przez kilkadziesiąt lat wiernie słuchał świata i który dziś, u kresu długiej drogi twórczej, potrafi przekazać czytelnikom nie gotowe recepty, lecz mądrość płynącą z przeżytego życia. To mądrość pozbawiona pychy, otwarta na tajemnicę, zakorzeniona w zachwycie i współczuciu. Dzięki temu „Jaśń” wyrasta ponad wymiar pojedynczego tomu poetyckiego, stając się jedną z najbardziej przejmujących książek późnej poezji polskiej XXI wieku.
* * *
W ostatecznym rozrachunku „Jaśń” okazuje się książką, która wymyka się prostym klasyfikacjom. Z jednej strony jest tomem głęboko autobiograficznym, ponieważ niemal w każdym utworze pobrzmiewa doświadczenie konkretnego człowieka – mieszkańca Borzęcina, krakowianina, męża, ojca, przyjaciela, poety, człowieka przekraczającego próg późnej starości. Z drugiej jednak strony autobiografia zostaje tutaj nieustannie przekraczana. Baran nie opowiada wyłącznie o sobie. Opowiada o losie człowieka jako takim. W jego indywidualnym doświadczeniu odbija się bowiem doświadczenie wspólnotowe, uniwersalne, ponadczasowe.
Na tym właśnie polega jedna z największych wartości tej książki. Nie zamyka czytelnika w biografii autora, lecz zaprasza go do współuczestnictwa. Czytając „Jaśń”, ma się wrażenie, że poeta nie przemawia z wysokości literackiego autorytetu, ale siada obok odbiorcy na ławce, pod drzewem, na balkonie, nad morzem czy przy kuchennym stole i zaczyna spokojną rozmowę o rzeczach najważniejszych. Nie poucza, nie moralizuje, nie wygłasza sentencji. Dzieli się doświadczeniem, a przecież właśnie doświadczenie – nie teoria – jest największym kapitałem tej poezji.
Coraz wyraźniej ujawnia się również niezwykła architektonika tomu. Nie jest to zbiór przypadkowo zestawionych utworów. Kompozycja posiada wyraźny porządek wewnętrzny. Od afirmacji istnienia, poprzez kontemplację przyrody, sztuki, pamięci i codzienności, prowadzi ku pytaniom ostatecznym. Cztery części tomu przypominają cztery etapy duchowej pielgrzymki. Najpierw człowiek uczy się patrzeć. Potem rozumieć. Następnie godzić się z własną skończonością. Wreszcie staje wobec tajemnicy, której nie sposób już opisać słowami.
Nieprzypadkowo ostatnie wiersze pozostawiają czytelnika bez definitywnych odpowiedzi. Baran nie zamyka książki mocną puentą. Nie buduje filozoficznego systemu. Otwiera przestrzeń ciszy. Jest to cisza niezwykle znacząca. W epoce nieustannego hałasu informacyjnego poeta przypomina, że istnieją pytania, których nie wolno zagłuszać zbyt szybką odpowiedzią. Milczenie staje się tutaj najwyższą formą poznania.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden niezwykle ważny aspekt „Jaśni” – stosunek autora do języka. Józef Baran od początku swojej drogi twórczej pozostawał wierny przekonaniu, że wielka poezja nie rodzi się z komplikowania wypowiedzi, lecz z maksymalnego zbliżenia słowa do doświadczenia. W najnowszym tomie ta zasada osiąga postać niemal doskonałą. Jego język jest prosty tylko pozornie. Pod powierzchnią codziennej polszczyzny kryje się niezwykle gęsta sieć znaczeń, odniesień kulturowych, filozoficznych i egzystencjalnych. To prostota zdobyta ogromnym wysiłkiem twórczym. Właśnie dlatego tak łatwo ulec złudzeniu, że podobne wiersze można byłoby napisać samemu. Jest to jednak jedna z największych iluzji literatury. Baran osiąga efekt naturalności dzięki mistrzowskiemu opanowaniu rytmu, metafory, pauzy, kompozycji i skrótu.
Szczególną rolę odgrywa wersyfikacja. Krótkie wersy nie wynikają z formalnej maniery. Regulują tempo czytania. Zmuszają odbiorcę do zatrzymania się nad pojedynczym obrazem, słowem czy oddechem. Dzięki temu wiersze zyskują charakter medytacyjny. Czyta się je nie tyle wzrokiem, ile rytmem własnego oddechu.
Nie sposób także nie dostrzec niezwykłego bogactwa intertekstualnego tej książki. W świecie Barana spotykają się Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz, Leopold Staff, Rainer Maria Rilke, Antonio Vivaldi, Wolfgang Amadeusz Mozart, Franz Schubert, Johann Sebastian Bach, Józef Chełmoński, Vincent van Gogh, Nikifor, a obok nich Robert Lewandowski, Iga Świątek, wiadomości SMS, sztuczna inteligencja czy współczesna telewizja. Ten pozornie zaskakujący zestaw nazwisk i motywów nie prowadzi do chaosu. Przeciwnie – pokazuje ciągłość kultury. Baran zdaje się mówić, że człowiek współczesny nadal pozostaje spadkobiercą całej tradycji europejskiej, nawet jeśli nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę. Jest to stanowisko niezwykle cenne, zwłaszcza dziś, gdy kultura coraz częściej rozpada się na zamknięte światy pozbawione wspólnego języka. Baran buduje mosty. Łączy dawne z nowym, wysokie z codziennym, klasyczne z popularnym. Dzięki temu jego poezja pozostaje otwarta na bardzo różnych czytelników. Jednocześnie „Jaśń” jest książką niezwykle odważną. Nie dlatego, że szokuje. Wręcz przeciwnie – odwaga Barana polega na czymś znacznie trudniejszym. W epoce ironii, cynizmu i programowego zwątpienia poeta odważa się mówić o nadziei. Nie jako naiwnym optymizmie, lecz jako moralnym obowiązku człowieka. To właśnie dlatego afirmacja obecna w tym tomie nie ma nic wspólnego z powierzchownym zachwytem. Jest owocem wieloletniego zmagania z cierpieniem, przemijaniem, utratą i samotnością. Baran nie ignoruje ciemności. On przechodzi przez nią. Dopiero dlatego światło, o którym pisze, posiada tak wielką siłę przekonywania.
Warto zestawić „Jaśń” z wcześniejszymi tomami autora. Oczywiście odnajdujemy w niej wszystkie charakterystyczne cechy jego poetyki: bliskość natury, prostotę języka, filozofię codzienności, humor, czułość wobec świata i człowieka. Jednak nowa książka przynosi również wyraźne przesunięcie akcentów. Nigdy wcześniej problem światła nie był tak wszechobecny. Nigdy wcześniej refleksja nad śmiercią nie była tak spokojna. Nigdy wcześniej pytanie o sens istnienia nie zostało postawione z tak wielką łagodnością. Można odnieść wrażenie, że Baran osiągnął tutaj niezwykle rzadki stan twórczy, który Edward Said określał mianem „późnego stylu”. Nie jest to styl starości rozumianej biologicznie, lecz duchowo. Charakteryzuje go całkowita niezależność od mód, krytycznych oczekiwań i literackich koniunktur. Twórca pisze wyłącznie dlatego, że nie potrafi już inaczej rozmawiać ze światem. W tym sensie „Jaśń” staje się również świadectwem niezwykłej wolności artystycznej. Baran nie próbuje nikogo naśladować. Nie uczestniczy w wyścigu o nowatorstwo. Nie potrzebuje manifestów ani eksperymentów formalnych. Wie, że największą nowością w sztuce pozostaje autentyczność. To właśnie autentyczność sprawia, że książka posiada ogromną siłę emocjonalną. Czytelnik wierzy każdemu obrazowi, ponieważ czuje, iż został on przeżyty. W tej poezji nie ma dekoracyjnych metafor ani efektownych póz. Jest natomiast prawda doświadczenia. A prawda – nawet wyrażona najprostszym językiem – zawsze pozostaje jednym z najrzadszych dóbr literatury.
Nie bez znaczenia pozostaje również wymiar etyczny tej twórczości. Baran przypomina, że poezja nie jest wyłącznie sztuką pięknego mówienia. Jest także sposobem życia. Uczy uważności, wdzięczności, pokory, współczucia i odpowiedzialności za drugiego człowieka. W czasach gwałtownej polaryzacji społecznej taki głos nabiera szczególnej wartości. Nie nawołuje do walki. Zachęca do rozmowy. Nie buduje murów. Sadzi drzewa. Nie podsyca lęku. Rozświetla go światłem czułości.
Właśnie dlatego „Jaśń” wydaje się jedną z najważniejszych książek poetyckich ostatnich lat. Nie dlatego, że przynosi formalną rewolucję, lecz dlatego, że przypomina o najgłębszym sensie poezji. Literatura nie istnieje wyłącznie po to, by zadziwiać kunsztem. Istnieje po to, aby pomagać człowiekowi pełniej istnieć.
Józef Baran udowadnia, że poezja nadal może być miejscem spotkania człowieka z samym sobą, z drugim człowiekiem, z naturą, z kulturą i z tajemnicą istnienia. Może być przestrzenią, w której język odzyskuje swoją pierwotną godność, a słowo ponownie staje się domem. W świecie coraz bardziej rozproszonym, rozgadanym i rozchwianym jest to propozycja niezwykle cenna.
„Jaśń” pozostaje więc czymś znacznie więcej niż kolejnym tomem jednego z najwybitniejszych współczesnych poetów polskich. Jest mądrą, głęboko humanistyczną medytacją nad losem człowieka, napisaną z perspektywy dojrzałości, która nie utraciła dziecięcej zdolności zachwytu. To książka światła, lecz nie światła oślepiającego. Raczej takiego, które spokojnie prowadzi przez mrok. Książka pamięci, która nie więzi w przeszłości. Książka nadziei, która nie zaprzecza cierpieniu. Książka poety, który z niezwykłą pokorą i mistrzostwem pokazuje, że największa mądrość rodzi się nie z pewności, lecz z nieustannego zdziwienia światem. Dlatego „Jaśń” należy czytać nie tylko jako znakomity tom poezji, lecz także jako duchowy testament jednego z najważniejszych twórców współczesnej literatury polskiej. Testament, który nie zamyka żadnej drogi, ale przeciwnie – otwiera przed czytelnikiem coraz to nowe przestrzenie światła, refleksji i wewnętrznej wolności. W tym właśnie tkwi jego najtrwalsza wartość i najgłębsze piękno.
Andrzej Dębkowski
___________
Józef Baran, Jaśń. 84 nowe wiersze z lata 2022-2026. Redakcja: Agnieszka Czapczyk. Projekt okładki: Agnieszka Herman. Posłowie: Antonio Benitez-Burraco. Projekt graficzny i opracowanie techniczne: Barbara i Przemysław Kida. Zysk i S-ska Wydawnictwo, Poznań 2026, s. 138.
Kultura się kończy...
Może to i trochę niejasne. No to wyjaśniam. Jak wiemy, Kultura to całościowy dorobek materialny i niematerialny, który gromadzi się od początków cywilizacji. To idee, obiekty, dzieła sztuki, formy materialne i niematerialne. Ale o co w tym wszystkim w gruncie rzeczy chodzi? Tym razem będzie wprost i niepoprawnie politycznie.
Otóż, Kultura (w tym Sztuka), to sposób ludzi inteligentnych i dobrych na ratowanie wszystkich przed osobnikami złymi albo tępymi, albo prymitywnymi, albo po prostu prostakami. Nazwijmy ich dla uproszczenia „głupkami”. Niestety, bardzo duża część osób, to ludzie których można zaklasyfikować do którejś z tych grup. Wiem, że nie wypada tak mówić, ale cóż, głupki zaczęły rządzić na świecie prawie wszystkim, więc pora...
Świetnie to widać w czasach, gdy upada prawo, upadają systemy i upadają zasady np. w trakcie wojen czy w czasach przeróżnych kryzysów. Wówczas do głosu dochodzą niczym nie ograniczane agresja, siła, przemoc i prymitywizm, a także po prostu chamstwo; stają się one codziennością, bo prawo i zasady nie działają. Wtedy głupek niczego się nie boi. Wtedy właśnie pojawiają się przemoc, obozy, pacyfikacje, palenie ludzi, sadyzm w rodzaju tego ukraińskiego na Wołyniu, masowe kradzieże i gwałty, niewolnictwo, egzekucje, rządy prostaków bez ograniczeń kulturowych, religijnych, mentalnych. Wtedy mówimy – zło w czystej postaci. Ale to nie jest jakieś abstrakcyjne, mityczne zło – to są konkretni ludzie. Źli, głupi, bez zahamowań. Do głosu dochodzą prymitywy. Dlaczego dochodzą? Bo mogą.
Po co o tym piszę? Po to, żeby udowodnić, że kultura, a właściwie Kultura, to jedyny sposób, żeby TAMTYCH nie dopuścić do głosu, nie dać im możliwości decydowania, nie pozwolić na narzucenie narracji światu. Kultura ogranicza, nazywa, klasyfikuje, wskazuje, ocenia, daje oręż TYM DOBRYM. Gdy ona degraduje się, gdy upada, to upada kultura osobista, traci znaczenie sztuka, niknie ciągłość myśli ludzkiej, tradycja nie jest rozumiana, upadają więzi międzyludzkie. Tak może przyjść koniec, koniec cywilizacji. Zresztą bywało już tak nie raz. Tylko, że teraz dzięki globalizacji grozi upadek Kultury na całym świecie... naraz.
Nie brzmi to wszystko może najlepiej, ale taka jest prawda – Kultura to sposób mądrych, prawych, inteligentnych na tych drugich. Zresztą, do niedawna to działało, co prawda były czasy wyjątkowe, odstępstwa od reguły typu hitleryzm, komunizm, liczne tyranie, wojny i konflikty, ale zawsze się to kończyło i sytuacja wracała jakoś do normy. Czy coś się zmieniło? Tak – teraz sytuacja może nie wrócić do normy. Teraz jest internet.
Nastąpił niestety pewien mix, pewna zbieżność w czasie, która dała efekt w postaci zagrożenia jakie jeszcze nie istniało i może to wszystko doprowadzić to końca ludzkości jaką znamy. A przynajmniej końca naszej Cywilizacji.
Paradoksalnie zbiegło się w czasie kilka pozornie pozytywnych faktów.
– Pierwszy, to rozwój technologii, powstanie sieci internetowej, zaraz potem sztucznej inteligencji. To dało oręż idiotom, nigdy nie mieli takich możliwości. Kiedyś był magiel, plotki na ławeczce czy przy wódce na weselu. Teraz każdy idiota może w internecie napisać co chce, a cały świat ma do tego dostęp. Powstałą swego rodzaju międzynarodówka idiotów.
– Drugi, to demokracja, gdzie nagle okazało się, że „człowiek człowiekowi równy”, a wiadomo, że nierówny. Gdy „większość ma rację”, to zaczynają dominować trendy... lubiane przez większość. Dotyczy to także obniżenia poprzeczki dzięki mediom - rządzą oglądalność, algorytmy i reklamy. Wystarczy popatrzeć na jakość telewizji, „przeboje” muzyczne czy filmowe. Ale dotyczy to i wyborów politycznych, gdzie przecież rządzi większość. Co ciekawe, ideowo to się broni; szczytne cele, tolerancja, równość, ale w praktyce prowadzi to do różnych dziwnych form sprawowania władzy. A potem skutek: hejt, manipulacje, kłamstwo na piedestale.
– Trzeci to popularyzacja edukacji. Cóż w tym złego? Ano troszkę by się tego złego znalazło np. jest to danie do ręki brzytwy, małpie też. To co piszę nie jest absolutnie poprawne politycznie, ale za to opisuje realia. Powszechność edukacji dramatycznie obniża jej poziom. Teraz ukończone studia to znacznie mniej niż matura przedwojenna. Jeśli połowa populacji ma kończyć studia, to te studia muszą być dopasowane do możliwości tej połowy. I są. Matura prawie dla każdego? Proszę bardzo, tylko potem nie narzekajmy, że wykształcenie średnie nie ma żadnego znaczenia. Jedna czwarta zdających ma problem ze zdaniem prostacko łatwej matury z matematyki. To skutek. I co się z tym wszystkim robi? Nie umieją czytać? To likwidujmy lektury. Nie umieją liczyć, to wywalmy matematykę z matury. Nie ogarniają fizyki i chemii? To wywalmy je ze szkoły i zróbmy przyrodę, czyli takie wszystko i... nic. Mają coraz gorsze oceny, to zlikwidujmy oceny. Zachowują się coraz gorzej, chamsko, prostacko, infantylnie, to... zlikwidujmy oceny z zachowania. W takim myśleniu przeszkadzała sporo religia, to wywalmy ze szkół religię. Itd., itp. Tak umierają cywilizacje.
I to jest ten mix: społeczeństwo pozornie wykształcone, z wiedzą kilka razy mniejszą niż jeszcze 20 lat temu, mające w ręku karty wyborcze i uzależnione od internetu i wszelkich manipulacji, które w sieci są na porządku dziennym. Inaczej mówiąc, znowu niepoprawnie politycznie – ludzie niedokształceni, często głupi i prostaccy, z pozorami wiedzy i umiejętności, zapatrzeni w coraz bardziej durną telewizję i jeszcze durniejszy internet doszli do głosu. Już w zasadzie rozdają karty.
A młodzi wpatrzeni w ekrany komórek. Na pasach, na jezdni też, przy stole w trakcie obiadu też, na przejeździe kolejowym też, podczas prowadzenia samochodu też. Dzięki demokracji potem zaczynają rządzić światem. Czy to może dobrze się skończyć? Nie zanosi się.
Gdzie recepta? Mam, po to to piszę, bo mam właśnie receptę.
Właśnie dlatego Kultura jest tak ważna, dlatego Kultura, bo to broń tych mądrych. Dlatego czytanie książek jest takie ważne, dlatego erudycja jest kluczowa, dlatego kultura osobista jest czymś wartym kruszenia kopii. Dlatego literatura piękna jest istotna, dlatego warto czytać wiersze, dlatego oglądajmy dobre filmy, słuchajmy muzyki niemasowej, chodźmy do muzeów i galerii sztuki. Bo szczyt, to Sztuka, która pozwala nam się odnaleźć wewnętrznie, odnaleźć także ludzi podobnych nam, nazywa świat, komentuje go, pokazuje rozwiązania, uwrażliwia. Kultura, w tym Sztuka, pozwala nam narzucić rytm, zabrać TAMTYM z rąk maczugi, łomy, laptopy i maczety i odebrać im możliwości czynienia zła. ZŁA. Jest nas mniej, ale to my mamy rację.
Od czego zacząć przywracanie normalności? Z jednej strony od sprytu, od sprytnego wpływania na rzeczywistość tam gdzie jesteśmy. Miejmy wpływ na rzeczywistość, nie chowajmy głowy w piasek, nie udawajmy, że nie widzimy, i że nie słyszymy. Dajmy się wybierać, chciejmy zmieniać swoje otoczenie na miarę naszych możliwości, bierzmy udział w organizowaniu rzeczywistości. Bo jak my tego nie zrobimy, to TAMCI zorganizują nam ją po swojemu. Nie ulegajmy presji, wywierajmy ją. I wreszcie MÓWMY GŁUPKOM, ŻE SĄ GŁUPKAMI. Nawet jeśli są politykami, twórcami, dziennikarzami, urzędnikami, lekarzami, prawnikami, nauczycielami. Nie dajmy troglodytom i ludziom złym, zepsutym rządzić nami, czyli światem. Bo to MY wiemy, to co powyżej napisałem. Tamtym do głowy nie przyjdzie, żeby to przeczytać...
Jerzy Jankowski
Kolejka za Wierzbickim
Właściwie ów tekst powinienem zatytułować „W kolejce po rozum”, ale to akurat jedna i jedyna z kolejek, która z pewnością trafiła dziś do lamusa. Kolejki mamy dziś bowiem przeróżne, ale jedynie rozum mało komu jest potrzebny.
Dawno już nie czytałem wierszy, które tak mocno by wstrząsnęły moją wrażliwością poetycko-językową. Wiedziałem, że Adam Wierzbicki to znakomity młody polski poeta, wiedziałem, że to arcyciekawy i inspirujący twórca, tudzież i człowiek, że nowatorski, że indywidualny i że z własnym poetyckim polotem, językiem oraz przekazem, ale „Kolejki Polskie” przerosły moje stabilne, utarte wyobrażenia, przekroczyły Rubikon schematu i sztampy, wstrząsnęły wspomnieniami, diagnozami oraz jakąś utartą wizją PRL-u, czyli jednym słowem naszej młodości – durnej i chmurnej, której wykwity towarzyszą nam do dziś zwłaszcza w ciągle żywych problemach i dylematach społecznych.
Świat się zmienił, mentalność i przywary społeczne pozostały jednak bez zmian. Głupota z arogancją święcą triumfy i w tej optyce „Kolejki Polskie” wraz z kompleksami, grzechami i plamami na sumieniach idą z nami dziarsko przez ten świat i Adam Wierzbicki uczynił coś (arcy)genialnego tymi swoimi tekstami: wskrzesił przeszłość, miętową i sentymentalną łącząc ją z tym, co oglądamy za oknem i z tym, czego oczekujemy po jutrze, a może nawet nie oczekujemy, bo „stara bida” pójdzie z nami, a mówiąc „stara bida” widzę naszą nędzę intelektualno-duchową i człowieczą.
„Kolejki Polskie” to wiwisekcja Polski jaką znam. Polski kontrastu, Polski wrzasków i krzyków, Polski prymitywnej głupoty i jednoczesnej buty małomiasteczkowego chama, który niczym znany literacki Dyzma został wpuszczony tu i tam i odwala popelinę swojego buraczanego mentalu. Jednak u Wierzbickiego to ledwie margines, to pewne socjologiczne tło, ledwo co zaanonsowane, czasami wręcz zamaskowane, ale jednak.
U Wierzbickiego więcej jest poezji. Sumy wrażliwości nad kiepskim losem biedniejszego, pochylenie się nad słabszym, wykluczonym, wyautowanym obywatelem X, efektem tej wzorcowej (ironicznie) transformacji guru ekonomii i układów. U Wierzbickiego jest liryka i subtelność zamiast krzyku i buntu. Bunt się ustatecznił i Wierzbicki stworzył jedne z najważniejszych wierszy jakie w tym kraju napisano po roku 1989, po sławetnym 4 czerwca kiedy ponoć... wygraliśmy (wolną Polskę?). Wolną (z nazwy), ale wciąż w kolejce po niezależność. Oto „Kolejki Polskie”. Bezbolesne, bezlustracyjne, bezwzględne.
Kolejka po przyszłość
Kolejka po leki w szpitalu psychiatrycznym oczekuje
zmian na lepsze dni nadchodzące. Zmniejszenia dawki
psychotropowych witaminek. Marzy, że rozwiążą się jej
życiowe problemy i dolegliwości, choć zdaje sobie sprawę,
że nie można już cofnąć czasu. Wierzy w lepsze jutro, lepsze
jedzenie w szpitalu i lepszą służbę zdrowia. Wyczekuje
wyjścia na terapię, spacer, przepustkę i wytęsknioną
wolność.
Nie jest tak źle, ale ta poezja ma nas sprowokować. Warto stać ciągle w kolejce po wytęsknioną wolność, po nieznośną lekkość bytu, po utracony czas. Warto dać się sprowokować Wierzbickiemu tymi „Kolejkami Polskimi”, bo to poezja bytu i myślenia, to poezja empatii i wiary i wreszcie poezja godności i... Polski. Naszej Polski. Tej jaką znamy naprawdę, a nie tę z medialnego złudzenia czy reklamowych debilizmów.
Kolejka po frajerstwo
Dawidowi Z. i Sebastianowi K.
Kolejka w przychodni szpitala wojskowego, gdzie krew pobierają, cierpliwie czeka, by to, co najcenniejsze, oddać
Ojczyźnie, jak robili to jej ojcowie, dziadkowie i ich antenaci,
co swą krew ocaloną za darmo oddawali każdemu, kto z armią połączyć ich zechciał, jak śpiewał ongiś
nieodżałowany bard Solidarności. I tylko szkoda wielka,
że współcześni szwoleżerowie, podobnie jak ich przodkowie spod Somosierry, swej cennej krwi nie przelewają w obronie rodzin,
tylko obcych interesów.
Nie wchodźmy w politykę. Polityka to brud. Polityka w Polsce to do tego jeszcze pochód chama, tego słynnego polskiego chama z Wesela zmieszanego z chamem ukształtowanym 45 latami PRL-u. Mieszanka efemerydalna i kabaretowa. Tu nie idzie jednak o politykę, tutaj ocieramy się o mentalność, o motywacje, o sumienia. O dekonstrukcję pewnych wartości, które były naszą narodową podstawą przetrwania i działania, a dziś szturmem feministycznych imperatywów tudzież współczesnych postępowych idei zostały te wartości przeniesione do zamrażarki dziejów. Rosną nam pokolenia wymoczkowatych, prymitywnych indywiduów, słabeuszy i pustych wiedzowo monstrów skoncentrowanych li tylko na sobie i własnej przyjemności. Psychologiczne credo rób sobie dobrze stało się zasadą, religią, bogiem. Wyznacza więc ochoczo: zasady, trendy i ustala jedynie poprawne reguły gry. Ja, ja, ja, słyszę zewsząd, od młodych i starych, od wielkich i małych, od mądrych i głupich, i dochodzę do wniosku, że całe to społeczeństwo toczy dziś jakaś śmiertelna nieuleczalna już choroba, jakiś nowotwór ponowoczesności, jakiś wręcz trąd zidiocenia w połączeniu z pączkującą stale ignorancją rodzącą arogancję i przerażającą w wydźwięku butę wobec bliźniego. Dotykamy i doświadczamy tego wszędzie i codziennie. Na każdym niemal kroku. Dzień po dniu. (Politycy są tutaj papierkiem lakmusowym, pewnym wzorcem, czy odwzorowaniem nas samych – zwierciadłem społecznym).
Oto Polskie Kolejki – kolejki pełne czekania na Godota – kolejki pełne snów, opijanych tanim alkoholem, w kontraście do (z Kolejki po nieśmiałość)
patrząc na zagrzybiony sufit pamiętającej czasy Gierka stołówki. A w tym czasie, gdzieś w luksusowym apartamencie
nad Adriatykiem, opalony na złoto trzydziestolatek, patrząc w ekran monitora, liczy krociowe zyski, które przynoszą górnicze pensjonaty kupione za
symboliczną złotówkę przez jego ojca
w czasach, gdy komuna upadała na cztery łapy.
Komuny już nie ma. My żyjemy. Żyliśmy w niej całe pokolenie. Teraz mamy postępowy turbo kapitalizm. Ustrój dla młodych, pięknych i bogatych.
Reszta won. I każdy z tych wymoczków chce się załapać do korytek. Nie każdemu się uda, nie każdy będzie miał dobrze ustawioną mamusię albo ustosunkowanego resortowego tatusia. To się dzieje na naszych oczach i w świetle reflektorów, tyle że nad przyczynowo skutkowym następstwem wydarzeń już mało kto się zastanawia, bowiem żyjemy w świecie prostych prawd i naiwnych emocji. Demiurdzy istnienia określili kto ma być na górze, a kto na dole.
Reszta to kolejki. Kolejki po sławę, kolejki po nagrodę, kolejki po gratyfikację. Oto kolejki polskie. Kolejki po prawo do istnienia. Kolejka po układy. Dziś szczerze mówiąc, po „Kolejkach Polskich” powinniśmy się ustawić... w kolejce za Wierzbickim, może jakaś część Jego słów i nas ocali.
I staniemy też w... Kolejkę po pamiątkę:
Kolejka po wpis w tomiku lokalnego poety gdzieś w
prowincjonalnej bibliotece udaje zainteresowanie jego
życiem i twórczością oraz kulturą wysokich lotów. Zachwyca
się lotnością metafor i porównań. Wspomina edukacje autora (polonistki), wspólne wakacje (kuzynostwo), to, że bratem niekiedy był wrednym (rodzeństwo), a synem niegrzecznym
i niepokornym i pomimo że do nauki się nie przykładał, zawsze przechodził z klasy do klasy z nagrodami (rodzice), ale popić i narozrabiać także potrafił (koledzy nie po piórze,
lecz od zadym i kielicha). Większość podpisanych egzemplarzy trafi nieprzeczytana na honorową półkę w domowych biblioteczkach, gdzie po kilku latach zbierze się na nich gruba
warstwa kurzu.
I to już ostatnia nasza opisywana tutaj „kolejka”. Po warstwie kurzu nastąpi śmietnik, potem przemiał. Tyle będzie warta cała ta nasza poezja. Poezja kompletnie niepotrzebna współczesnemu społeczeństwu. Poezja niezrozumiała, zbyt trudna, poezja – coś staromodnego i straconego dla współczesnego człowieka. Poezja, którą się ruguje: ze szkół, z bibliotek, z wiadomości, z doniesień, z potrzeb, z jakiejkolwiek przestrzeni publicznej. Poezja zaczyna być dla mięczaków, a któż chciałby takim zostać? Najpierw z pisarza uczyniono efemerydę, a później z poezji uczyniono szrot. Amen.
Najsmutniejsze jest jeszcze to, że my, poeci, nie chcemy i nie potrafimy poezji bronić. Zamykamy się we własnych grupkach i enklawach, żremy ze sobą i podkładamy sobie nogi, zadowalamy się ersatzem pustych sal, w których czytamy wiersze dla innych poetów (i, o zgrozo, chce nam się to czynić pomimo że to takie żałosne). Publicznie, kiedy są z nami ludzie spoza środowiska – milczymy. Wtedy mało kto się odezwie, a zwłaszcza w obronie poezji. Wtedy nabieramy wody w usta, albo wygłaszamy wobec tych ludzi okrągłe formułki, gładkie wypowiedzi, aby nikomu nie zaszkodzić, aby nikogo nie urazić, aby nic się nie zmieniło. Ot, taki koniunkturalizm sytych, zwłaszcza, że jeden z drugim niczego nieczytający burmistrz czy wójt jak coś powiemy nie za bardzo, to nie da tych ochłapów na festiwal poezji. Koń by się uśmiał. Dlatego też ja rżę już niemal codziennie i oddalam się od tej: głupoty, hucpy i żenady. Idźcie dalej tą (swoją) drogą. Ustawcie się w kolejce po dotację na kulturę, na szmirę, na ułudę i ucieszcie kolegów zaproszeniem na popijawę za państwowe. Po niej powstaną może lepsze wiersze (oby). Odczytacie je sobie nawzajem, będzie orgazm, wydarzą się Ogóry Literatury i każdy grzecznie pójdzie do domu, a społeczeństwo jak zapragnie rozrywki to kupi sobie kryminał w Biedronie.
Sursum corda.
Pozostanie po nas kurz, przemiał i niebyt.
Ot, taka wizja losu dzisiejszego poety, który stanął kiedyś tam w kolejce po nieskończoność, która również przestała być dziś komukolwiek potrzebna.
Andrzej Walter
Ludzie, po których zostają góry
Są takie telefony, których człowiek nigdy nie chciałby odebrać. Są takie wiadomości, które w jednej chwili zatrzymują czas, odbierają mowę i każą długo patrzeć w milczeniu przed siebie. Tak było i tym razem. Kiedy dotarła do mnie wiadomość o Andrzeju Krzysztofie Torbusie, przez dłuższą chwilę nie potrafiłem uwierzyć. Przecież jeszcze tak niedawno rozmawialiśmy. Jeszcze tak niedawno wymienialiśmy maile. Jeszcze tak niedawno wspominaliśmy ludzi, których już z nami nie ma, jakbyśmy naiwnie wierzyli, że nam samym dano jeszcze wiele wspólnych lat.
Nie było. Andrzej zmarł 27 lipca 2026 roku... w Krakowie... Miał 76 lat.
Odchodzą poeci. Odchodzą przyjaciele. Odchodzą ludzie, którzy przez dziesięciolecia tworzyli krajobraz naszego życia. A wraz z nimi odchodzą miejsca, rozmowy, śmiech, wspomnienia i ten szczególny rodzaj ciepła, którego nie da się już odnaleźć w nikim innym.
Z Andrzejem znaliśmy się ponad trzydzieści pięć lat. To nie była znajomość z literackiego salonu ani przypadkowa relacja z kilku festiwali. To była przyjaźń budowana przez dziesiątki spotkań, setki rozmów telefonicznych, niezliczone wiadomości, wspólne biesiady, także przy wódce, dyskusje o poezji, o Polsce, o górach, o ludziach. Przyjaźń, która dojrzewała powoli, bez deklaracji, za to z ogromnym zaufaniem.
Poznaliśmy się w Ciężkowicach. Jakże odległy wydaje się dziś tamten czas. Byliśmy młodsi, pełni literackich marzeń, przekonani, że poezja może jeszcze zmieniać świat. Wokół kręcili się poeci z całej Polski. Wśród nich Henio Cyganik, Staś Franczak i Andrzej Torbus. Już po kilku godzinach rozmów wiedziałem, że spotkałem człowieka niezwykłego. Nie dlatego, że imponował erudycją. Nie dlatego, że miał za sobą sukcesy, których przecież nie brakowało. Urzekł mnie czymś znacznie cenniejszym – swoją prostotą. Był jednym z tych ludzi, którzy nie noszą masek.
Nie udawał wielkiego poety, choć nim był. Nie budował dystansu, choć mógł. Nie otaczał się murem własnej legendy. Siadał obok człowieka i rozmawiał tak, jakby znali się od dzieciństwa.
Już wtedy pomyślałem, że to ktoś, z kim warto iść przez życie. Nie pomyliłem się.
Przez następne dziesięciolecia nasze drogi przecinały się nieustannie. Spotykaliśmy się na festiwalach, konkursach poetyckich, promocjach książek, wieczorach autorskich i zjazdach Związku Literatów Polskich. Czas płynął, zmieniały się miejsca, zmieniali się ludzie, ale Andrzej pozostawał taki sam. Pogodny. Dowcipny. Serdeczny. I niewiarygodnie dobry. Do dziś nie potrafię przypomnieć sobie sytuacji, w której odmówiłby komuś pomocy. Nigdy nie słyszałem z jego ust pogardy wobec młodych poetów. Nie wyśmiewał debiutantów. Nie zazdrościł sukcesów kolegom. Umiał cieszyć się cudzym szczęściem, a to przecież jedna z najrzadszych cech ludzi naprawdę wielkich. Kiedy dzwonił telefon i na wyświetlaczu pojawiało się jego nazwisko, wiedziałem, że czeka mnie dobra rozmowa. Nigdy krótka i zawsze pełna humoru, często rubasznego...
Rozmowy z Andrzejem miały własny rytm. Zaczynały się od zwyczajnego: „Co słychać?”, a po kilku minutach byliśmy już w Beskidzie lub pod bieszczadzkim niebem, przy Harasymowiczu, przy starych poetach, przy nowych książkach, przy sprawach Związku Literatów Polskich, przy polityce, przy codzienności, przy rodzinie. Potrafiliśmy rozmawiać godzinami. Takich rozmów nie zapisuje żadna historia literatury. One istnieją tylko w pamięci przyjaciół. I dlatego są bezcenne.
Jeszcze więcej było maili. Czasem krótkich. Czasem długich jak eseje. Wysyłaliśmy sobie wiersze. Czytaliśmy wzajemnie swoje teksty. Komentowaliśmy książki. Dyskutowaliśmy o autorach. Bywało, że nie zgadzaliśmy się ze sobą, ale nigdy nie przestawaliśmy się słuchać. To była rozmowa ludzi, którzy naprawdę kochali literaturę. Kiedy przyjeżdżałem do Krakowa, niemal zawsze znajdowaliśmy czas, żeby spotkać się w „Pod Jaszczurami”. Dzisiaj wielu młodych ludzi nie rozumie już, czym były takie miejsca. To nie był zwykły klub. To był fragment historii polskiej kultury. Siadaliśmy przy piwie. Czasem było nas kilku, czasem tylko we dwóch. Rozmowy trwały długo, czasami za długo... Nie spieszyliśmy się. Każda anegdota prowadziła do następnej. Każde wspomnienie otwierało kolejne drzwi pamięci.
Andrzej miał niezwykły dar opowiadania. Potrafił zwyczajną historię zamienić w małą balladę. Nie wiadomo było, gdzie kończy się fakt, a zaczyna poezja. Ale właśnie taki był. Nawet w codzienności widział coś więcej niż inni. Miał duszę bajarza, wyobraźnię dziecka, serce człowieka, który nigdy nie przestał się zachwycać światem. Pamiętam nasze rozmowy o Jerzym Harasymowiczu. Dla obu był kimś więcej niż tylko poetą. Był punktem odniesienia, był mistrzem. Po jego odejściu długo zastanawiałem się, kto potrafi przejąć ten niezwykły sposób patrzenia na krajobraz. Kto umie słuchać drzew, gór, rzek i wiatru, kto potrafi pisać o przyrodzie tak, żeby nie była dekoracją, ale bohaterem. Zawsze wracałem do jednego nazwiska –
Andrzej Krzysztof Torbus. Dla mnie właśnie on stał się najwybitniejszym polskim poetą pejzażu po śmierci Jerzego Harasymowicza. Nie dlatego, że próbował go naśladować. Nigdy tego nie robił. Był zbyt mądrym poetą. On po prostu odnalazł własną ścieżkę prowadzącą przez te same góry. Szedł nią spokojnie. Bez hałasu, bez literackiej reklamy, bez potrzeby udowadniania komukolwiek swojej wielkości. A przecież był wielki. Naprawdę wielki.
Był poetą osobnym. W czasach, kiedy wielu autorów za wszelką cenę próbowało zaskoczyć czytelnika formalnym eksperymentem, epatowało intelektualnymi łamigłówkami albo zamykało poezję w hermetycznych konstrukcjach zrozumiałych wyłącznie dla wąskiego grona wtajemniczonych, Andrzej szedł własną drogą. Nie oglądał się na mody. Nie interesowały go literackie sezonowe zachwyty ani środowiskowe układy. Wiedział, że poezja ma przede wszystkim mówić do człowieka. I mówiła. Mówiła językiem prostym, ale nigdy prostackim. Pełnym metafor, lecz nigdy wydumanych. Pięknym, lecz pozbawionym sztucznej ozdobności. W jego wierszach wszystko miało swoje miejsce. Każde słowo było przemyślane, każde porównanie wyrastało z doświadczenia, a każda metafora zdawała się rodzić z krajobrazu, który nosił w sobie od zawsze. Był prawdziwym sztukmistrzem metafory. Niewielu poetów potrafiło tak żonglować obrazami, nie popadając przy tym w przesadę. U Andrzeja metafora nigdy nie była popisem. Była naturalnym oddechem poezji. Czytając jego wiersze, miałem wrażenie, że świat naprawdę wygląda właśnie tak, jak go opisał. Jakby drzewa mówiły jego językiem, jakby potoki znały jego rytm, jakby góry od wieków czekały właśnie na niego, aby ktoś wreszcie oddał im głos.
Po śmierci Jerzego Harasymowicza wielu próbowało wejść w przestrzeń poezji pejzażowej. Jedni kopiowali jego sposób obrazowania, inni zachwycali się powierzchownym podobieństwem. Andrzej nie zrobił ani jednego, ani drugiego. On nie szedł śladami Harasymowicza. On odnalazł własną ścieżkę prowadzącą przez Beskidy, Bieszczady, połoniny i doliny, których piękno nosił w sercu. Nie dlatego, że pisał o górach. Wielu pisze. On sprawiał, że góry same zaczynały pisać. W jego balladach wiatr miał twarz starego wędrowca, mgła stawała się pamięcią minionych pokoleń, kamienie przechowywały ludzkie sekrety, a drzewa pamiętały imiona tych, którzy dawno odeszli. To była poezja zakorzeniona w naturze, ale jednocześnie głęboko humanistyczna. Człowiek nigdy nie dominował w niej nad światem. Był tylko jego częścią. Dlatego jego utwory tak pięknie odnajdywały się również w piosence.
Nie dziwiło mnie nigdy, że po jego teksty sięgali wykonawcy, że zdobywały nagrody na Studenckiej Giełdzie Piosenki Turystycznej, że rozbrzmiewały w Opolu i na niezliczonych festiwalach. W jego słowach od początku była muzyka. Nie ta zapisana w nutach, lecz ukryta w rytmie zdań, w oddechu wersów, w pulsowaniu języka. A przecież obok poezji pisał także prozę, książki dla dzieci, teksty piosenek. Był twórcą wszechstronnym, ale nigdy nie odnosiłem wrażenia, że chce cokolwiek komukolwiek udowodnić. Tworzył, bo nie potrafił nie tworzyć. Tak właśnie rozumiał literaturę. Nie jako zawód, nie jako drogę do sławy, lecz jako sposób życia. Bardzo często wracam myślami do naszych spotkań w Krakowie. Ileż razy umawialiśmy się właściwie bez planu. „Jestem w mieście” – pisałem albo dzwoniłem. „To chodźmy do Jaszczurów” – odpowiadał niemal natychmiast. I szliśmy. Nie pamiętam już nawet, ile piw wspólnie wypiliśmy. Nie pamiętam wszystkich tematów rozmów, ale pamiętam atmosferę. Pamiętam ten niezwykły spokój, który od niego emanował. Pamiętam śmiech. Pamiętam błysk w oczach, kiedy opowiadał kolejną historię. Pamiętam jego serdeczność wobec kelnerów, przypadkowo spotkanych ludzi, młodych poetów, którzy z nieśmiałością podchodzili się przywitać.
Nigdy nikogo nie zbywał, nie dawał odczuć, że jest od kogokolwiek ważniejszy. Właśnie dlatego był ważny. Był człowiekiem, który nie nosił w sobie cienia pychy. To dziś cecha niemal wymarła. Im bardziej ktoś staje się rozpoznawalny, tym częściej zaczyna wierzyć we własną wyjątkowość. Andrzej zachował niezwykłą pokorę. Może dlatego, że wiedział, iż wobec gór wszyscy jesteśmy mali. Może dlatego, że literatura nauczyła go słuchać bardziej niż mówić.
Ostatni raz spotkaliśmy się podczas mojego wieczoru autorskiego w Klubie Dziennikarza „Pod Gruszką”. Dzisiaj wracam do tamtego spotkania z ogromnym wzruszeniem. Wtedy wydawało się jednym z wielu. Dziś wiem, że każde wspólne spotkanie jest darem, którego wartości człowiek najczęściej uświadamia sobie dopiero po czasie. Rozmawialiśmy jak zawsze. Bez pośpiechu, bez wielkich słów. Śmialiśmy się. Planowaliśmy kolejne spotkanie, bo przecież zawsze wydaje się nam, że czasu będzie jeszcze dużo, że zdążymy, że jeszcze nie raz usiądziemy przy tym samym stoliku, że może jeszcze zadzwoni telefon, jeszcze przyjdzie mail z nowym wierszem. Życie jednak nie pyta nas o zgodę. Pisze własne zakończenia. I właśnie z tego powodu tak bardzo boli świadomość, że pewnych rozmów już nigdy nie dokończymy.
Coraz częściej łapię się na tym, że zamiast mówić o teraźniejszości, opowiadam o ludziach, których już nie ma. Jakby moja pamięć stawała się coraz obszerniejszą biblioteką, a półki z napisem „obecni” kurczyły się z roku na rok. Otwieram kolejne tomy wspomnień i widzę twarze. Słyszę głosy. Wracają miejsca, zapachy, gesty. Wśród nich zawsze jest Andrzej. Nie jako pomnik,
nie jako nazwisko z encyklopedii, nie jako laureat konkursów, autor tomików, twórca piosenek czy współzałożyciel legendarnej Grupy Poetyckiej „Tylicz”. Widzę przede wszystkim człowieka.
To właśnie człowiek jest największym dziełem swojego życia. Można napisać setki wierszy. Można zdobyć najważniejsze nagrody. Można przejść do historii literatury. A jednak po latach najczęściej pamięta się nie książki, lecz dobroć. Nie recenzje, lecz uśmiech, nie tytuły, lecz serdeczność. Takiego Andrzeja zapamiętam. Człowieka, który nigdy nie odmawiał rozmowy, który miał czas dla ludzi, który nie pytał, co zyska, ale co może ofiarować, który potrafił słuchać z taką samą uwagą debiutanta, jak słuchał uznanego poety, który nigdy nie zamknął się we własnej legendzie.
Dzisiaj takich ludzi jest coraz mniej. Świat stał się głośniejszy, bardziej nerwowy, bardziej zachłanny. W literaturze także coraz częściej zwycięża krzyk zamiast skupienia, autopromocja zamiast pokory, efekt zamiast prawdy. Andrzej należał do innego pokolenia. Do ludzi, którzy wierzyli, że najpierw trzeba być przyzwoitym człowiekiem, a dopiero później poetą. I może właśnie dlatego jego poezja nigdy się nie zestarzeje, bo była prawdziwa, nie powstała z mody, nie próbowała nikomu przypodobać się za wszelką cenę. Była wierna sobie. Tak jak wierny sobie był jej autor. Nie zapomnę jego uporu w podkreślaniu, że urodził się w Sosnowcu i że jest z Zagłębia, a nie ze Śląska. Mówił o tym z charakterystycznym uśmiechem, ale i z przekonaniem człowieka mocno zakorzenionego w swojej małej ojczyźnie. Potem przyszły studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, Kraków, środowisko literackie, Grupa „Tylicz”, kolejne książki, kolejne spotkania z czytelnikami. A jednak nigdy nie odciął się od swoich korzeni. Nosił je w sobie z dumą i z czułością. Zawsze podziwiałem tę wierność. Może dlatego jego wiersze miały w sobie tyle autentyzmu. Nie pisał o świecie wyobrażonym. Pisał o świecie przeżytym. I właśnie dlatego potrafił poruszać. Wiem, że jeszcze nieraz będę odruchowo chciał do niego zadzwonić, że kiedy zobaczę piękną połoninę, beskidzki las, mgłę osiadającą na dolinie albo jesienne buki płonące czerwienią, pomyślę: „To jest pejzaż dla Andrzeja”. Będę chciał wysłać mu zdjęcie, dopisać kilka zdań, zapytać, co właśnie pisze, a potem przypomnę sobie, że nie każda rozmowa może mieć ciąg dalszy, że nie każda przyjaźń kończy się kolejnym spotkaniem. Niektóre kończą się pamięcią, ale pamięć także potrafi być formą obecności. Dopóki wspominamy ludzi, którzy byli dla nas ważni, dopóty oni naprawdę nie odchodzą. Zostają w naszych gestach, w naszych słowach, w sposobie patrzenia na świat. Ile razy dziś zatrzymuję się nad wierszem o górach, tyle razy słyszę gdzieś w tle głos Andrzeja. Nie dlatego, że go naśladuję. Dlatego, że nauczył mnie patrzeć uważniej. Patrzeć nie tylko na krajobraz, ale patrzeć na człowieka.
Myślę dzisiaj również o całym naszym pokoleniu. O poetach, z którymi przemierzałem Polskę od festiwalu do festiwalu, od domu kultury do domu kultury, od biblioteki do biblioteki. Jak wiele twarzy zniknęło już z tej drogi – to już idzie w dziesiątki... Każde odejście pozostawia pustkę, której niczym nie można wypełnić. Literatura trwa. Książki zostają. Ale przyjaźni nie da się dodrukować. Nie można wznowić wspólnej rozmowy, można dopisać kolejnego wieczoru przy piwie w „Pod Jaszczurami”, nie można cofnąć czasu. Można tylko dziękować.
Dziękuję Ci więc, Andrzeju, za te wszystkie lata. Za rozmowy, które często były ważniejsze niż niejedna konferencja literacka, za telefony, które poprawiały humor, za maile, które przychodziły zawsze w odpowiednim momencie, za spotkania w Krakowie, za Ciężkowice, za Zelów, za wspólne wieczory autorskie, za śmiech, za anegdoty, za Twoją dobroć, za życzliwość, za skromność, za niepowtarzalne poczucie humoru. Dziękuję za to, że nigdy nie musiałem się zastanawiać, czy mogę do Ciebie zadzwonić. Wiedziałem, że po drugiej stronie zawsze będzie przyjaciel.
Dziękuję również za Twoją poezję. Za to, że nauczyłeś mnie jeszcze mocniej kochać krajobraz, za to, że pokazałeś, iż metafora nie jest ozdobą, lecz sposobem widzenia świata, za to, że przypomniałeś wszystkim, iż prawdziwa poezja nie potrzebuje krzyku. Wystarczy szept, wiatr, jedno dobrze zapisane zdanie. Jestem przekonany, że polska literatura zapamięta Andrzeja Krzysztofa Torbusa jako wybitnego poetę. Takiego, który nie szukał rozgłosu, ale prawdy. Takiego, który potrafił z kilku słów zbudować cały świat. Takiego, którego wiersze pachną lasem, mokrą ziemią, dymem z ogniska, jesiennym liściem i beskidzkim wiatrem.
Ja jednak zapamiętam go przede wszystkim inaczej.
Jako człowieka.
Jako przyjaciela.
Jako brata-łatę wszystkich poetów.
Kiedyś powiedziałem, że po śmierci Jerzego Harasymowicza to właśnie Andrzej Krzysztof Torbus stał się najwybitniejszym polskim poetą pejzażu. Dzisiaj powtarzam te słowa z jeszcze większym przekonaniem. Nie dlatego, że odszedł. Nigdy nie wierzyłem w zwyczaj wynoszenia ludzi na piedestał dopiero po ich odejściu. Mówiłem to od lat i nadal tak uważam. Bo jego poezja nie była opisem gór. Ona sama była górami.
Nie była opowieścią o wietrze.
Ona sama była wiatrem.
Nie była pejzażem.
Była jego duszą.
Dlatego jestem spokojny.
Poeci naprawdę nie umierają.
Odchodzą tylko ci, którzy ich znali.
Oni sami zostają.
W swoich książkach.
W pieśniach.
W pamięci przyjaciół.
W szelestach bukowych lasów.
W zapachu połonin.
W ciszy beskidzkich dolin.
Ilekroć ktoś otworzy tomik Andrzeja Krzysztofa Torbusa, gdzieś nad górami znowu powieje ten sam wiatr, który prowadził go przez całe życie.
Do zobaczenia, Przyjacielu!
Tam, gdzie wszystkie ścieżki w końcu prowadzą na jedną, najwyższą połoninę.
Andrzej Dębkowski
Fot. ©Andrzej Dębkowski














































































































































































































































































































