Nowości książkowe

 

  

Plakat

 

  

Plakat

Andrzej Dębkowski

Przywoływanie Dybuka

 

Jak pisać o relacjach polsko-żydowskich, i o samym Holokauście w XXI wieku? Nie jest to łatwe zadanie, by nie powiedzieć, że czasami nawet karkołomne. Wielu badaczy i historyków do dzisiaj zadaje pytanie: jak uczyć o tej największej masakrze świata nowożytnego? I nie zawsze daje się na nie odpowiedzieć w sposób jednoznaczny.

Ukazało się naprawdę dużo publikacji na ten temat. Od obszernych opracowań naukowych, poprzez wspomnienia, po powieści beletrystyczne. Ale należy odróżnić teksty, które powstały jeszcze w obliczu trwającej Zagłady, od utworów pisanych po wojnie. Te pierwsze usiłują opisać teraźniejszość, napierającą zewsząd i pochłaniającą wszystko, te drugie – na różne sposoby oswajają traumatyczną przeszłość. Notowanie na gorąco zdarzeń i doznań odbywa się z perspektywy ofiary, osaczonej i nieodwołalnie skazanej. Wspominanie po latach dokonuje się z perspektywy ocalonego, który wciąż nie jest bezpieczny, nosi bowiem w sobie niedające się uleczyć rany pamięci. W sytuacji piszącego tam i wtedy osobiste zagrożenie przeradza się w świadomość katastrofy całej zbiorowości w obliczu obojętnego świata. Pisanie staje się wtedy moralną powinnością złożenia świadectwa, misją zaalarmowania i wstrząśnięcia sumieniem świata, a także manifestacją niezgody na unicestwienie, pragnieniem utrwalenia śladu po sobie i po zamordowanym narodzie. Teksty powstałe w czasach Zagłady mówią o grozie tamtej rzeczywistości i same są jej cząstką, jak przedmioty ocalałe z katastrofy. Prawda świa-dectwa i prawda zapisu stają się tutaj czymś niepodzielnym.

W swojej trzeciej powieści Szymon Koprowski – artysta plastyk i pisarz – podjął próbę opowiedzenia o trudnych, polsko-żydowskich relacjach. Przed nim wielokrotnie podejmowano wątki problematyki Zagłady i okupacji. Pisano o powstaniu w getcie warszawskim i innych formach oporu, o pomocy udzielanej Żydom przez Polaków. Jednak – jak dotąd – nikt nie potrafił w tak nieprawdopodobny sposób ukazać temat – jakby nie z tego świata. I to dosłownie. Bohaterami powieści Dybuk z ulicy Piotrkowskiej są zwykli ludzie, żyjący współcześnie w Łodzi. Autor wręcz perfekcyjnie opisuje historie, które miały miejsce podczas II wojny światowej w łódzkim getcie, ale nawiązując do teraźniejszości. Bohaterowie powieści to ludzie – z jednej strony zagubieni współczesnymi, egzystencjalnymi problemami – a z drugiej zdarzają się i tacy, dla których traumatyczna przeszłość, to jednak coś więcej, niż tylko barwne opowieści z czasów minionych. Koprowski wymyśla zwykłą historię swojego bohatera, dla którego czasy minione, te najbardziej bolesne, nie dają mu spokoju. Próbuje odnaleźć resztki przeszłości, nadając im nowy, magiczno-fantastyczny wymiar. Czas teraźniejszy splata się z historią, której już praktycznie nie ma we współczesnym świecie... Ale nie dla Koprowskiego, on potrafi dostrzegać to, czego nie widzą już współcześni mieszkańcy miasta nad Łódką. Autor wie, gdzie szukać, bo przecież wychował się na łódzkich ulicach, zaułkach i bramach, zna tam każdy kąt, pamięta czasy, gdzie wychodzenie po zmroku było nie lada wyczynem. Właśnie te schowane w zakamarkach pamięci (czy tylko tam?) miejsca są tajemniczymi wrotami do przejścia na drugą stronę – do tamtego świata , którego już nie ma. Ale czy na pewno? Czyżby tamten świat nie istniał? Szymon Koprowski mówi nam, że tamten świat nie zginął, nie odszedł – on jest w nas i będzie tak długo, jak długo będziemy pamiętali o tym, co minione... To zależy tylko i wyłącznie o nas.

Plakat

Tytułowy Dybuk, który objawia się głównemu bohaterowi, to nie tylko zjawisko z mistycyzmu  i folkloru żydowskiego, które próbuje zawładnąć ciało żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Dybukiem w powieści Koprowskiego jest nie tylko duch, nie tylko dusza zmarłego, która nie może zaznać spoczynku z powodu popełnionych grzechów, która szuka osoby żyjącej, aby wtargnąć w jej ciało. Dybuk Szymona Koprowskiego, to po prostu pamięć, a więc to, co powoduje, że stajemy się ludźmi lepszymi.

Autor wymyślił historię, która jest tak unikatowa, że trudno odnaleźć podobną w polskiej literaturze. Jednak sam pomysł na taką powieść, to nie jest najważniejsza rzecz, bo drugą, równie ważną jest język, którym posługuje się Koprowski. To język nieprawdopodobnie piękny, prawdziwie literacki, pełen metafor, niedopowiedzeń, magicznych opisów swojej ukochanej Łodzi – tej współczesnej i tej z czasów, kiedy dokonywały się te straszne wydarzenia. Ten język literackiego przekazu staje się w ten sposób miejscem spotkania głosów ofiar i świadków. Powstaje znamienne napięcie między zewnętrzną i wewnętrzną perspektywą, dwóch światów, przegrodzonych niewidzialnym wejściem w murze zapomnienia.

Przemierzając polskie miasta i miasteczka, nie zawsze mamy świadomość tego, jaki fragment historii tych miejsc tworzyły inne narodowości. Ryzykownym byłoby używać słowa „mniejszości”, bowiem bywały polskie miejscowości, w których dominowały inne narodowości niż Polacy. Nawet jeśli po dziesięcioleciach od Holocaustu nie zawsze potrafimy to jednoznacznie określić, to 3,5-milionowa społeczność obywateli narodowości żydowskiej zamieszkująca przedwojenną Polskę o czymś świadczy. Mimo przerażającej eksterminacji tego narodu pozostała po niej niepowtarzalna kultura, wspomnienia i ludzie. Szymon Koprowski jest jednym z tych pisarzy, dla który pamięć jest sposobem ożywiania czasu minionego, tak przecież ważnego nie tylko dla niego samego...

Andrzej Dębkowski 

Zdjęcie Szymona Koprowskiego w tekście: ©Andrzej Walter

________________

Szymon Koprowski, Dybuk z ulicy Piotrkowskiej. Redakcja: Paweł Kuligowski. Korekta: Emil Wojtaszek. Na podstawie zdjęcia Iwony Pilarczyk projekt okładki wykonał Bartosz Harlender. DTP: Alicja Rulewicz. Oficyna Wydawnicza ATUT Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe, Wrocław 2018, s. 266.

 

  

Plakat

Drodzy Przyjaciele, Widzowie Teatru „Witkacy”

Jubileusz powstania Teatru Witkacego 

 

Już w najbliższą środę, 24. lutego obchodzimy 36. Rocznicę powstania naszego Teatru. Po raz pierwszy nie będziemy mogli Was gościć w naszych progach, ale...
Tak jak każdy kij ma dwa końce, tak każda wiadomość ma dwie strony.
Co roku Wasza chęć uczestnictwa w Urodzinach Teatru była tak wielka, że nie mogliśmy wszystkich pomieścić na Chramcówkach 15.
W tym roku możemy stworzyć największą rodzinę Przyjaciół Witkacego.
Wierzymy, że wszyscy nasi kochani widzowie, w „wieczorowych” strojach zasiądą przed monitorami z podłączonym sprzętem audio i śpiewając, tańcząc w świątecznych nastrojach, wzniosą toast za Witkacego.
Zaczynamy o 20.15 koncertem zespołu NIC DO UKRYCIA. Około 21.30 dołączy cały Zespół Teatru „Witkacy”, by wspólnie z Wami, drodzy Przyjaciele, zacząć kolejny rok radosnego, teatralnego mierzenia się z „metafizyczną dziurą”.
W czwartek (25.02) zapraszamy na spektakl „THE UNDERGROUND MAN” – streaming live!, a w piątek „RZEŹNIĘ” wg Sławomira Mrożka (spektakl dostępny w wersji klasycznej lub 360°).
Poniżej pełny harmonogram wydarzeń. Streaming oraz bilety na www.witkacy.tv
Czekamy na Was.
Przekażcie tę wiadomość wszystkim znajomym i nieznajomym. Niech ten wyjątkowy wieczór zaistnieje na całym świecie .
Do zobaczenia! Zespół Teatru „Witkacy”.

 

24.02 (środa), godz. 20:15
NIC DO UKRYCIA
Stowarzyszenie Konstruktorów Słów i Dźwięków – koncert
streaming www.witkacy.tv

godz. 21:45
Hymny, Pieśni, przedstawienie Zespołu, życzenia...
Dzwoneczki dla „Witkacego”, dla Was Drodzy Przyjaciele
streaming www.witkacy.tv

25.02 (czwartek), godz. 20.15
THE UNDERGROUND MAN
streaming live www.witkacy.tv
reż. Andrzej St. Dziuk


26.02 (piątek), godz. 20.15
RZEŹNIA
streaming www.witkacy.tv
reż. Andrzej St. Dziuk

 

  

Plakat

Mirosław Grudzień

Izabela Zubko i jej Wierszariusz słowiański

 

Jako że sam też jestem poetą, piszę ten swój zbiór wrażeń zastrzegając sobie, że jest to mój odbiór osobisty i subiektywny. Poprzez wiersze tomiku próbuję wejść w „pole psychiczne” podmiotu lirycznego, i zdekodować grę ukrytych znaczeń.

W małym stopniu korzystam tutaj z teoretyczno- i historyczno-literackiego warsztatu filologa, którym także jestem. Wiem jednak, że Autorka nad każdym wierszem długo pracowała, wszystko w nich jest dokładnie i bardzo starannie przemyślane, wszystkie elementy wstawione na swoje właściwe miejsca. To zobowiązuje także mnie do dużej precyzji wypowiedzi na temat formy i treści tego tomiku.

Ale też muszę w porę się zatrzymać, aby nie podpowiadać zbyt wiele, aby wyręczać Szanownego Czytelnika w indywidualnej pracy jego umysłu, wyobraźni i intuicji .

Najpierw więc to, co mi się rzuca w oczy w pierwszej kolejności. Dostrzegam, że Izabela Zubko odważnie podejmuje zdałoby się nieco porzuconą i zapomnianą nić literackich poszukiwań w słowiańskości i „duszy słowiańskiej”, która była popularna w okresie Młodej Polski i jeszcze w okresie międzywojennym. Wymieńmy tu mocno odstawione do lamusa nazwisko Tadeusza Micińskiego — i przede wszystkim wizyjną poezję Leśmiana... dorzućmy tu słowiańskie motywy w malarstwie Zofii Stryjeńskiej.

Te refleksje słowiańskie stają się tym ważniejsze, im bardziej kwestionowana i zagrożona jest nasza narodowa tożsamość, stojące w obliczu roztopienia się w całościach większych, ponadpaństwowych i ponadnarodowych. Jest to zarazem pewien rzut oka na nasze dziedzictwo. Jest bowiem faktem, że rzymsko-katolicka europejska kultura przyszła do nas tysiąc lat temu z zewnątrz, w ostrej konfrontacji z nasza własną pogańską przeszłością, zaszczepiła nam elementy kulturowe wyrosłe na obcym gruncie, zmieniła nasze poczucie tożsamości . Stanowiła wg określenia Oswalda Spenglera pseudomorfozę, rodzaj obcego przeszczepu. Pewne elementy słowiańskości zaczęliśmy odrzucać, innych się wstydzić jako „prymitywnych” ...i o naszych słowiańskich korzeniach przypomniało nam dopiero pracowite i intensywne słowianoznawstwo XIX wieku. I do tej pory musimy te zapomniane korzenie rekonstruować z rozbitych okruchów, a także wiedzieć czego mamy bronić jako naszej niepodważalnej własności zbiorowej. Tak więc inicjatywa Autorki, jej poetycki powrót do słowiańskich źródeł, zasługuje na uznanie, ubogaca nasze spojrzenie na samych siebie.

Sama nazwa tomiku zdaje się być w starym stylu, sugeruje coś z „myszką” i nawet pewne przymrużenie oka. Kojarzy się z dawno wyszłym z użycia słowem „diariusz”, oznaczającym dziennik, czyli jakby rodzaj osobistego pamiętnika o pozorach obiektywizmu. To stylizacja na coś starego, „uczonego”, solidnego i pedantycznego, ale... to tylko tak się wydaje.

Te miniatury poetyckie to na pierwszy rzut oka bardzo swobodne, nawet nieco rozwichrzone impresje... ale pryz bliższym spojrzeniu widać, że są one jednak poddane dyscyplinie ładu i rygoru formalnego, to są starannie dopracowane „etiudy” z wyraźnym rytmem i melodyką, ich układ jest także przemyślany i znaczący, bynajmniej nie przypadkowy.

Ilustrator uchwycił pewien ukryty ton tych etiud poetyckich i dostroił do nich wyrazisty, ekspresyjny styl ilustracji, przywołujący na myśl suibokuga - japońską sztukę malowania wodnym tuszem i niosący odległe przywołania kwaidan, japońskie opowieści niesamowite, najbardziej w Polsce znane z wydanych zbiorów Kwaidan (L. Hearna) i Ballada o Narayamie (pod red. B. Yonekawa).

Te nawiązania zdają się tutaj trafne. Pewne wiersze Autorki (Kania, Topielica, Utopiec), przywołujące postaci z ludowej demonologii, ocierają się o horror, dotykają tragizmu ludzkiego losu, konfrontacji ze śmiercią, ale są też jakby „po japońsku „ przesycone tajemniczym urokliwym liryzmem, obejmującym rzeczy piękne i dobre, ale nie wykluczającym rzeczy groźnych, okropnych, budzących dreszcze.

Autorka korzysta z materiałów etnograficznych, ale się ich pedantycznie nie trzyma, nie stara się epatować „uczonością” erudytki, nie docieka też czystej słowiańskości przywoływanych wątków folkloru, bo też nie leży to w jej zamiarze twórczym.

Zasięg etnogeograficzny przywoływanych postaci folkloru jest szeroki, sięga z jednej strony pogranicza z folklorem osadnictwa niemieckiego (Fajerman), z drugiej północnej rubieży etnograficznej sięgającej dawnych Inflant Polskich, wzajemnego przenikania z folklorem niesłowiańskich ludów bałtyjskich (Łojma), występują też motywy kresowe z dawnego folkloru ukraińskiego (Lysowyki) - tutaj dorzućmy także zapomnianego, tajemniczego Chorsa z mitologii Słowian Wschodnich.

Ożywia też Autorka szczątkowo zachowane relikty pogańskiej mitologii dawnych Słowian, które są znane już nie tyle z aktualnych wierzeń ludowych, co z kronik historycznych i pieczołowitych rekonstrukcji słowianoznawców (Chors, Świętowit, Swarożyc, Weles, Rujewit) — jej wysublimowane poetyckie refleksje są tutaj dość luźno związane z aktualnym akademickim stanem badań nad starosłowiańskimi wierzeniami. Można powiedzieć, że to jest jej osobista, intuicyjna wizja świata Słowian jako pewnej wyobrażonej duchowej całości.

Te wszystkie, czasami ledwie zarysowane postaci, a nawet niemal tylko ich imiona — stanowią system sygnałów wywoławczych, uruchamiających obfitą grę skojarzeń, kłębiących się w strumieniu wyobraźni obrazów i ich emocjonalnych zabarwień — chciałoby się to nazwać „techniką surrealistyczną”.

Podobnie, jak to czynił niegdyś Leśmian, Autorka przetwarza je przez pryzmat poetyckiej wyobraźni, nadaje im swoisty niepowtarzalny klimat i charakter osobistych wizji, inspiracyjnych „spotkań” z zagnieżdżonymi w jej psyche archetypami słowiańskiej wyobraźni i tożsamości, pewnej słowiańskiej wizji człowieczego losu i sił rządzących ludzkim życiem. Wyprowadza je, oraz towarzyszące im odczucia z głębokich pokładów podświadomości, ze skarbca mądrości odziedziczonej po zapomnianych słowiańskich przodkach.

Przywodzi mi to na myśl odległe echa niegdyś modnych medytacji nad tajemniczymi postaciami Wielkich Arkanów tarota, w tym także ze strony psychologów-jungistów. Postaci „Wierszariusza” podobnie pełnią tu role kluczy do ludzkiego wnętrza, prowokują do samoanalizy i refleksji nad sobą, pobudzają, wydobywają na wierzch zawarte głęboko w duszy czynniki życia wewnętrznego i duchowego wzrostu.

 Z tym, że tutaj obrazy mitologicznych postaci ludowego folkloru to nie skatalogowane, nie całkiem odkryte, nieoswojone „dzikie pola” — brak utrwalonych schematów, stereotypów i szablonów, co pozostawia wielką swobodę osobistej interpretacji. Jest to więc w istocie wędrówka głąb siebie, z niby-magicznym wykorzystaniem symboliki folkloru.

Na uwagę zasługuje przywołanie demonów losu (Dola, Łojma, Isetki, Rodzanica). Wg wybitnego znawcy kultury ludowej Słowian Kazimierza Moszyńskiego charakterystyczną cechą dawnej religii Słowian (co zresztą pozostaje nadal w obecnym folklorze ludów słowiańskich ) — jest fascynacja tajemniczymi siłami rządzącymi ludzkim losem.

W przypadku TOMIKU Izabeli Zubko chodzi o przeznaczenie i powołanie życiowe kobiety, wyznaczające jej kolejne etapy i role, odczuwane przez nią jako pewien specyficzny i nieporównywalny z niczym innym kobiecy tor życia, uwarunkowany przez sam fakt bycia kobietą. Prezentacja tych postaci prowadzona jest z punktu widzenia kobiety, różnych etapów, ról i stref jej życia.

Widać wyraźnie, że podmiot liryczny, objawiające się w wierszach kobiece „ja” tych wierszy traktuje te postaci jako swoje alter ego, ważne cząstki własnej duszy. Utożsamia się z nimi i zarazem prowadzi z nimi wewnętrzny dialog.

Występują tu między innymi kobiece demony przyrody dzikiej, nieoswojonej — Bogunki, Brzegina, Dziwożona, które odwołują się do głęboko schowanego w podziemiach duszy archetypu „dzikiej kobiety”, z jej pierwotną, naturalną i autentyczną, niezbyt bezpieczną ani społecznie akceptowaną spontanicznością... co się kojarzy z wizją „wiecznej dziewczyny”, bez obowiązków, jakie niesie później ze sobą życie kobiety. Jednym słowem: los nieukierunkowany, ciągła potencjalność i wiele możliwości jeszcze nie podlegających selekcji.

Mamy tu także duchowy byt, który można widzieć jako personifikację stanu uczuciowego, pragnień rozmytych i niedookreślonych, stanu odczuwanego w wyobraźni ludowej na sposób archaiczny, jako „nasłany” z zewnątrz (Tęsknica). Kobiece „ja”, rozpięte pomiędzy takimi skrajnościami, określa samą siebie przez konfrontację z nimi i pewne opozycyjne napięcie, a zarazem jest to poszerzenie własnej kobiecej tożsamości, jej wzbogacenie.

Ta kobieca strefa „ja” nie ogranicza się do jej własnej jednostkowości, lecz wykracza poza siebie, rozciąga się na domostwo, jego dobytek, obejście i ogród, pszczoły i zboże — ale przede wszystkim obecne w nim dzieci, które są przedmiotem troski i lęku. Jest tu więc także punkt widzenia kobiety jako gospodyni, strażniczki ogniska i oznaczanego przez nie ładu życia — ciągle oswajanej i „uczłowieczanej” strefy rzeczywistości, przeciwstawianej obszarom groźnego nieobliczalnego chaosu.

Pojawiają się opiekuńcze demony domu, ale i groźne duchy kradnące i zabijające dzieci (Cicha, Kania), a także i tajemnicze zjawy nawiedzające nocą, na pograniczu sennych rojeń — Baj, Grzenia, Mrucek, Och. W tym także inkub skrytych kobiecych snów, Przyłożnik, uosabiający pragnienia i marzenia o zjednoczeniu się z męską połówką człowieczeństwa, ale też widziane jako biegunowe przeciwieństwo, odrębność, i jednocześnie lekarstwo na samotność, dopełniającą pierwiastek kobiecy.

W tle tej wizji świata dostrzegamy pewien dualizm, swoistą słowiańską „księga przemian”, walkę i cykliczne następstwo elementów przeciwstawnych, światła i mroku, ognia i wody opatrzonych różnoimiennymi znakami.

Zmaganie się dynamicznych, antagonistycznych sił przyrody, widzianych przez pryzmat oczekiwanych przez rolniczy lud, pożądanych stanów pogody (Płanetnik i Żmij). O ile Płanetnik przemawia do nas jako statyczny, spokojny pejzaż, przeniknięty jakąś tajemniczą duchowością przyrody, w której „ja” się roztapia i odpowiada wewnętrznym rezonansem — to Żmij wchodzi już w sferę relacji międzyludzkich, dialogu ze zmarłą przyjaciółką, której wiersz jest dedykowany.

Żmij, jeśli użyć terminologii prof. Marii Składankowej, to słowiański demon „górnego (niebiańskiego) szeregu symboli”, chińska kategoria jang. To ognisty smok, unoszący się wysoko, właściwym jego miejscem jest burza i ogień piorunów, walczy z płanetnikami, z żywiołem chmur, wody i mroku — czyli z tym, co w folklorze ma także konotacje negatywne, kojarzy się bowiem ze śmiercią i chaosem.

I oto mamy przywołany bardzo oszczędnymi środkami poetyckimi dramatyczny obraz śmiertelnie chorej przyjaciółki jako „ognistego smoka”, walczącej o życie w buncie... i coraz bardziej ze świadomością przegranej walki, bezpowrotnie odlatującej ze świata żywych. Jest tu pewien ton sprzeciwu, próba ocalenia sensu i ładu życia w obliczu przegranej, wobec śmierci widzianej jako groza i absurd. A zarazem próba wpisania tego tragicznego faktu w odwieczny porządek rzeczy.

„Jak na górze, tak i na dole”, chciałoby się to tutaj ująć hermetyczną maksymą. Makrokosmos wszechogarniającej natury w której jesteśmy zanurzeni jak małe drobinki — odpowiada tutaj mikrokosmosowi ludzkiego życia i wnętrza. Demon przyrody staje się uosobieniem pewnego aspektu duszy ludzkiej. Odwieczna gra sił kosmicznych natury przenosi się tu na płaszczyznę jednostkowego, niepowtarzalnego ludzkiego istnienia — staje się grą nadziei i zwątpienia toczoną wewnątrz duszy ludzkiej.

Tutaj symbolika mitologicznych postaci sięga wyżyn wielkiej syntezy ludzkiego losu, i ten właśnie wiersz jest ukoronowaniem tomiku, tym co nadaje mu znamię dojrzałości .

Ta prezentacja galerii mitologicznych postaci, ta rozmowa z nimi niesie w sobie jakiś klimat tajemniczego obrzędu szamańskiego coś takiego jak wywoływanie duchów w „Dziadach” Mickiewicza — z tym, że pojawiające się przed nami postaci bliższe są zjawom z dramatów Wyspiańskiego, miedzy innymi dlatego, że między nimi i Kobietą toczy się autentyczny żywy dialog. Jest to sytuacja parateatralna, jakby na scenie, w której centrum stoi „wywoływaczka”, otaczana przez zjawy. Wrażenie to potęguje zestaw bardzo starannie dobranych ilustracji, z których każda koresponduje z wierszem jako jego plastyczne uzupełnienie — jakby układ zmieniających się kulis, które przenoszą nas to w miejsca bagienne, to do pasieki, to nad rzekę, to do nocnego wnętrza uśpionego domu...

Jest to zjawisko które określa się jako „korespondencję sztuk” — słowo i obraz ściśle ze sobą współgrają, przenikają się wzajemnie i dają w wyniku łączny, syntetyczny odbiór. Zarazem daje to wręcz filmowy efekt następujących po sobie migawek, iluzję przenoszenia się z miejsca na miejsce, a także w czasie... jako że poza aktualnym „teraz” wiersza pojawia się czasami plan dalszy na prawach wcześniejszych wspomnień.

I to również pozna uznać za kontynuację tradycji neoromantyzmu, zwłaszcza w tej tendencji mieszania świata fantastycznego z tym naszym codziennym, racjonalnym i przyziemnym aż do bólu, pozbawionym cudowności. No i rozsadzania zastanych schematów, podziałów i rygorów literackich.

I tym, być może, tomik Izabeli Zubko, wpisuje się w nadchodzące „przestawienie zwrotnicy” w biegu poetyckich nurtów— teraz bardziej w duchu „dionizyjskim” i romantycznym. I być może głos w tym nowym nurcie poezji będzie o wiele bardziej należał do kobiet, do kobiecego sposobu odczuwania. Ale to już wykracza poza zamierzone ramy tematyczne mojego tekstu.

Ale w tym miejscu muszę już Szanownego Czytelnika pozostawić sam na sam z wierszami Izabeli Zubko, z ta zachętą, aby starał się je odbierać wrażliwym sercem i intuicją własną. Moja rola jako przewodnika się tutaj kończy i życzę owocnej wędrówki przez wiersze, zawarte w nich drogowskazy i ścieżki — już na własną rękę i odpowiedzialność.

Mirosław Grudzień

 

 

  

Plakat

Jerzy Stasiewicz

Szlakiem festiwali i salonów

 

Właściwie fotografia ta oddaje mobilność – bardziej jej brak – spotkań literackich, promocji książek, biesiad, festiwali do jakich byliśmy przyzwyczajeni przez dziesiątki minionych lat. Siedzenie na kanapie stało się naszym dobrowolnym przymusem. Brak koncentracji, niepewność jutra, zakaz opuszczania domów (z wyjątkiem pracy, zakupów i aptek). Wybił nas całkowicie z rytmu działań twórczych. Książka, pióro odeszły na bok. Dla wielu telewizor stał się Bogiem. W tym również dla ludzi łaknących tzw. kultury wysokiej? Ale nie dla wszystkich. Pierwszym, który skrzyknął poetów, ukłuty szpilką „gotowości z wierszem” Mirki Szychowiak był redaktor naczelny „Wytrycha” (Wolna Inicjatywa Artystyczna) Leszek Sobeczko. Zapraszając do wzięcia udziału w projekcie.

„Wierszem w czas pandemii” na warunkach współpracy. I już za niecały miesiąc ukazało się wydanie specjalne almanach 7 (23) maj 2020 „Wytrycha”: zatytułowane zgodnie z projektem „Wierszem w czas pandemii”. We wstępie Leszek charakteryzuje: „(…) to nie tylko liryka i krótka proza, ale także świetna oprawa graficzna autorstwa piętnaściorga plastyków, co w sumie daje 146 „artystycznych infekcji” na osiemdziesięciu stronach”. I nie ma tu krzty przesady.

Nie zasypały gruszek popiołem: Slinktys asociacija, Nowa Awangarda Wileńska wraz z Instytutem Polskim w Wilnie zapraszając do udziału w pierwszym  międzynarodowym wirtualnym festiwalu „Poezijos tiltai / Mosty poetyckie”. Na który należało przesłać prezentację wiersza w formie video. Ale jaki tam ze mnie filmowy Gad… Kit bardziej potrafię wciskać. Skorzystałem z opcji zdjęcia i wydruku. Od 31 maja do 7 czerwca zaprezentowało się w internecie 110 twórców z 27 krajów czytając utwory w wielu językach świata, ubogacające miłośników literatury. To przeważyło – zespół redakcyjny (motory napędowe festiwalu: Dominika Olicka i Romuald Ławrynowicz) postanowił wydać antologię prezentowanych utworów w języku oryginalnym, litewskim i polskim. Książka uwieńczy przyszłoroczną edycję „Mostów”. A są plany by stały się imprezą cykliczną.

12 lipca wracając rodzinnie z ogrodów państwa Grochowskich w Radkowie zahaczyliśmy przejazdem o „Góry literatury” (Ziemia Kłodzka, organizator: Stowarzyszenie Kulturalne „Góry Babel”, miasto i gmina Nowa Ruda, gospodarze: Karol Maliszewski, Olga Tokarczuk) w Ścinawce Górnej (jeden z przystanków). Akurat spotkanie autorskie w parku zamku „Sarny” miała Joanna Lamparska (prowadzenie Piotr J. Fereński) kobieta od rozwiązywania tajemnic i zagadek przeszłości, zwłaszcza Dolnego Śląska. Udało mi się z noblistką – zabieganą jak to gospodyni – zamienić kilka słów. Violi uchwycić rozmówców w obiektywie. Tylko Oskar nie mógł zrozumieć – geniusz – a normalna pani.

Latem obostrzenia zelżały. Ale maski i dystans… „Bitwa w tle” po raz osiemnasty powitała poetów fizycznie w ogrodzie Stasiewiczówki. Promując najnowszą książkę poetycką Jana Szczurka (poety i eseisty z Łącznika) Czy to Ty?  Spotkanie uświetnił wydawca i redaktor książki Piotr Goszczycki z Warszawy ( w tym roku wsłuchując się w pojedyncze salwy w Forcie II) twórca Szlaku Literackiej PKP – Jazdy. Pojawili się zawoalowani jak na weneckim balu karnawałowym: Danuta Kobyłecka, Edmund Borzemski, Zofia Kulig, Ada Jarosz. Specjalnie z Ołomuńca do Nysy  przybył František Všetička wręczając gospodarzowi  Návratnost nόny (2019). Utwory stylizowane na czeski renesans. W swej książce profesor poświęcił trzy wiersze (nony) poetom polskim nadając tytuły: „Kresowaty”, „Stasiewicz”, „Ossoliński”.

A bohater spotkania w otoczeniu drzew i kwiatów otwarł serca słuchaczy, co zaświadczały łzy i głęboka zaduma na twarzach. Nie obeszło się bez liryków poświęconych magicznemu miejscu jakim od lat staje się Stasiewiczówka. Dyskusję o roli poety i poezji w dzisiejszym pandemicznym czasie wzmacniała uczta smaków i zapachów serwowanych przez Violettę, ślubną muzę Jerzego. Jutrznia powitała biesiadę.

We wrześniu do kawiarni „ Dom Klahra” w Lądku Zdroju na IV edycję Lądeckiej Nocy Poetów zaprosił twórców mowy wiązanej – artysta sztuk wszelakich – Zbyszek „Ikona” Kresowaty. Biorąc na siebie ciężar organizacyjny w tym niesprzyjającym dla człowieka czasie. Wiedząc, że zbratanie poetyckie jest niezwykle ważne. Do kurortu białych ławek  poczytać swoje wiersze, porozmawiać tak twarzą w twarz (1,5 metra), wymienić się tomikami własnej poezji, stuknąć szklanicą czerwonego wina przybyli ( tęsknota i odwaga), wymienię  tych z najdalszych stron: Joanna Osewska; Augustów, Danuta Bartosz, Jolanta i Stanisław Szwarcowie; Poznań, Szczęsny Wroński; Kielce. Prof. Tadej Karabowicz; Lublin, który odebrał z rąk Zbyszka doroczną nagrodę im. Marianny Bocian przyznawaną przez Kapitułę Artystycznej Fundacji „Eranos”.

Owiany wolnością – domowa kwarantanna – wzrokiem Jana Himilsbacha, „wniebowzięty” zasobem baru. Przez łzy patrząc – zasłuchany – na duet instrumentalistów „Castle Dreams”, skrzypce; Katarzyna Lipert, gitara; Grzegorz Buczkowski brzmiał mi w uszach głos Janusza Ireneusza Wójcika uczestnika minionych edycji. Przyjaciela europejskich poetów. Ojca Najazdów Poetów na Zamek Piastów Śląskich w Brzegu. Festiwalu z 30 letnią tradycją, który przed paroma dniami odszedł na wieczne wrzosowiska. Zabierając ze sobą festiwal jakby w złą godzinę. Bo w niedługim czasie przyszedł e-mail od Věry Kopeckiej odwołujący XXI Dni Poezji w Broumovie (Czechy). Małym pocieszeniem jest zbiorek Pod potemnělou ablohou (2020) zawierający utwory 60 autorów z Czech, Bułgarii, Niemiec, Polski, Słowacji i Ukrainy. Oraz almanach o drzewach Stromy prúvodci našich cest (2020) pokłosie dwu ostatnich festiwali i polsko-czeskiego pleneru w Wieszczynie. Z fotografiami przyrody Věry.

Kraj podzielono na strefy zagrożenia: żółtą i czerwoną. Wczesnym rankiem 15 października z czerwonej Nysy (starszym czytelnikom z rozrzewnieniem przypomniały się pochody pierwszomajowe i czyny społeczne – zbieżność kolorów) z Jasiem Szczurkiem i Gosią Bobak-Końcową (została przyjęta w szeregi członków ZLP) ruszyliśmy do Czechowic-Dziedzic na Festiwal Poezji Słowiańskiej, organizowany po raz ósmy przez Ryszarda Grajka. Drogi nie zakłócił chwilowy powrót. Gosia zostawiła bez opieki kota? Mężczyznę można zostawić bez opieki!

Przywitania na odległość, ja tak nie potrafię. Cenię sobie uścisk, przytulenie… zwłaszcza poetek… młodych. Trudno ludzi poznać w maskach? Ale jesteśmy mimo… W sali widowiskowej Miejskiego Domu Kultury referaty – omawiam „Źródła współpracy z e-Dwutygodnikiem Literacko-Artystycznym Pisarze.pl (6 minut) – potem  prezentacja wierszy na tle ogromnego bilbordu ze zdjęciem i biogramem poety. Po południu wernisaż wystawy malarstwa Urszuli Drzyżdżyk-Dziudziel  oraz poetycki hyde park w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Tu oglądamy posąg Coronawirusa (rzeźba zwycięzca konkursu sztuki naiwnej).

16 października, Bielsko Biała. Przedpołudnie z wierszem, goście festiwalu on-line w szkołach prezentują swój dorobek. O 13-tej w Książnicy Beskidzkiej sesja literacka „Poezja, gdy zamieszka w duszy, nie opuści po dzień ostatni na przykładzie twórczości poetyckiej Karola Wojtyły”. Goście: prof. dr hab. Zofia Zarembianka (on-line) i prof. dr hab. Marek Bernacki (fizycznie). Wieczorem konfrontacje poetyckie Dom Kultury (Kubiszówka). Mamy przyjemność wysłuchać recitalu w wykonaniu bielskiego studia piosenki.

W całym kraju wprowadzono czerwona strefę. Plecami szarpnął strach – co jutro? A jutro Cieszyn i gościnny dom nad brzegiem Olzy państwa Elżbiety Holeskiej-Malinowskiej ( autorki książki wspomnieniowej „Smak Ameryki” z wyjaśnieniem „czyli nie taki diabeł straszny”) i Stanisława Malinowskiego (autora wierszy). W Domu Narodowym wernisaż wystawy fotoinstalacji „Krzyk” Bo Jaroszka i cieszyńska gala poetycka z przerywnikami muzycznymi na fortepian Janusza Kohuta i Tomasza Pali.

Wielkie słowa uznania i głęboki ukłon dla Ryszarda Grajka za podjęcie się i przeprowadzenie festiwalu w tak trudnym czasie. I znakomite wykorzystanie środków multimedialnych do spięcia całości imprezy. Tu się można uczyć.

Nie odbył się w Polanicy Zdroju XVII Festiwal Poezji „Poeci bez granic” im. Andrzeja Bartyńskiego. Ale jest ślad w postaci antologii Słowo – jest czynu testamentem (2020) pod redakcją Kazimierza Burnata (pięćdziesięciu sześciu autorów z sześciu krajów). Zmarł na covid-19 wielokrotny uczestnik tych festiwali Mirosław Jerzy Gontarski (poeta, filozof, dziennikarz, nauczyciel). Jako jedyny pogratulował wiersza nieznanemu człowiekowi kiedy pierwszy raz pojawiłem się w „Leśnym ludku”.

Pomimo dziwnego czasu, rok literacko uważam za udany. Napisałem kilka wartościowych wstępów, recenzji, wierszy, esejów. Nadrobiłem zaległe lektury. Brakuje mi jednak spotkań z ludźmi. Człowiek jest stadny. Poeci szczególnie. Tęsknię do normalności jak my wszyscy.

Jerzy Stasiewicz

Fotografia w tekście: Marzena Zawal

 

  

Plakat

Wystawa Artura Winiarskiego

Ukryty wymiar doświadczenia 

 

Artur Winiarski urodził się w 1960 roku w Warszawie. W 1985 roku ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1989-1994 studiował na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom z wyróżnieniem zrealizował w pracowni malarstwa profesora Rajmunda Ziemskiego i z tkaniny w pracowni profesora Stanisława Andrzejewskiego. Od 1994 roku pracuje na Wydziale Malarstwa ASP w Warszawie. Obecnie prowadzi samodzielnie pracownię malarstwa dla studentów pierwszego roku. Był prodziekanem do spraw nauki i badań naukowych na Wydziale Malarstwa ASP w Warszawie kadencji 2012-2016. Był stypendystą Ministerstwa Kultury i Sztuki. Otrzymał wyróżnienie w konkursie na projekty tkanin we Francji. Zrealizował wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych oraz przedsięwzięć artystycznych, także międzynarodowych. Spośród wystaw indywidualnych warto odnotować wystawy w Muzeum Akademii Sztuk w Mińsku (Białoruś) w 2005 roku, w Galerii Sztuki Nonkonformistycznej „Puszkinskaja 10” w St. Petersburgu (Rosja) w 2012 roku oraz w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu w 2011 roku, a spośród zbiorowych „Niewidzialne widmo” w Muzeum Powstania Warszawskiego w 2007 roku, „Das Bild Der Welt Die Welt Des Bildes” w Galerie Melnikov w Heidelbergu (Niemcy) czy „Aktualnaja Kartina” w Domu Sztuki w St. Petersburgu (Rosja) w 2009 roku. Był pomysłodawcą i współorganizatorem wystawy „100% Malarstwa” z okazji 60-lecia Wydziału Malarstwa ASP w Warszawie w 2008 roku, wystawy „Malerei oder Bild” w Forum Fur Kunst w Heidelbergu (Niemcy) w 2009 roku, czy wymiany wystaw malarstwa z Wydziałem Malarstwa ASP we Wrocławiu zrealizowanej w 2014 roku pt. „ASPW/WM15” we Wrocławskiej Galerii „Neon” oraz w Auli Rektoratu wrocławskiej ASP. Autor i pomysłodawca projektów wielu katalogów i publikacji książkowych oraz prasowych o malarstwie. W 2019 roku otrzymał tytuł profesora sztuki. We września 2020 roku został powołany na stanowisko pełnomocnika rektora do spraw dziedzictwa historycznego ASP w Warszawie.

 

Artur Winiarski zajmuje się wyłącznie malarstwem, którego tematem od pewnego czasu pozostaje pejzaż postsowiecki, ujmowany w różnych aspektach: symbolicznym, metaforycznym, emocjonalnym. Próbuje ten świat opisać językiem malarstwa: materii, koloru, światła, gestu i znaku. Wciąż eksperymentuje ze środkami wyrazu, by pobudzić intuicyjną reakcję na wydawałoby się odległe, choć wciąż obecne zjawiska i wydarzenia, ukryte znaki, symbole, piktogramy, rytuały, zachowania, różnego rodzaju ostańce kultury epoki radzieckiej, jakich jest wokół nas jeszcze tak wiele. Podejmuje malarskie próby synkretyzmu, łącząc pierwiastek malarski z literackim. W malarstwie Artura Winiarskiego widoczne są uproszczone znaki: czarnej Wołgi, Tupolewa, dziwnych kanciastych autobusów, strażników z wilczurami, starych afiszy, pocztówek, etykiet z produktów zapałczanych, wódczanych i papierosowych, które zostały rozklejone na płotach zamykających horyzont w jego obrazach. Znaki te pełnią rolę malarskich pomostów do czasów, które, jak się wydaje, minęły. Ale czy minęły naprawdę?

„Ukryty wymiar doświadczenia” to tytuł wystawy malarstwa Artura Winiarskiego, który od wielu lat kontynuuje w różnych cyklach obrazów tematykę obecnych wokół nas widocznych i ukrytych reliktów epoki sowieckiej. To malarstwo stawia pytania o to, jaki jest ich ukryty wpływ na naszą przestrzeń materialną i duchową.

 

  

Plakat

Nowy numer kwartalnika ETHOS (Od Redakcji)

Domownik świata, domownik Boga

 

Dlaczego „Dom”? Temat tomu kwartalnika „Ethos” publikowanego z oka­zji stulecia urodzin Patrona naszego Instytutu wybrany został nieprzypadkowo. Jan Paweł II niejednokrotnie dawał wyraz swemu przywiązaniu do domu, miejsca, w którym wzrastał i które go kształtowało, także do narodu i ojczyzny, które w tym sensie stanowiły jego dom. W jego nauczaniu papieskim pojęcie to zyskało jednak znacznie szerszy zakres; zgodnie z chrześcijańską trady­cją odnosił je do Kościoła, świata i rzeczywistości eschatologicznej, domus aeterna. Istotę domu upatrywał we wspólnocie osób obdarowujących się sobą – communio personarum – wspólnocie, której podstawę i wzorzec stanowi rodzina. Takie też znamię nosił cały jego pontyfikat. Jan Paweł II pragnął, aby Kościół, tak na poziomie parafii, jak i w wymiarze powszechnym, zachował pewien rys kościoła domowego, aby w ten sposób stał się „bardziej ludzkim i braterskim”1, aby rzeczywiście dla wszystkich był domem i rodziną2, a także okazywał gościnność tym, którzy w nim nie zamieszkują. Papież niestrudze­nie podejmował podróże apostolskie, nawiązywał szczególne relacje z ludźmi różnych kontynentów oraz – na ile było to możliwe – również innych religii, by w ten sposób budować wspólnotę globalną i udomowić świat, stając się jego domownikiem.

Redaktorzy kwartalnika „Ethos” od początku pragnęli włączyć się w owo budowanie domu. Już w momencie powstania Instytutu Jana Pawła II na Ka­tolickim Uniwersytecie Lubelskim w roku 1982 jego założyciele, a w szcze­gólności pierwszy dyrektor ks. Tadeusz Styczeń, przyjaciel Papieża i następca Karola Wojtyły na Katedrze Etyki w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, planowali stworzenie czasopisma, które stanowiłoby tegoż Instytutu integralną część. Inicjatywa ta spotkała się z żywym zainteresowaniem Jana Pawła II. Realizacja tego zamierzenia nie była jednak wówczas możliwa bez zgody komunistycznych władz PRL-u, a te zdecydowanie odmawiały jej udzielenia.

Dopiero przed trzecią wizytą papieża Jana Pawła II w Polsce, dzięki interwen­cji abp. Achille Silvestriniego, władze państwowe w marcu 1987 roku wydały pozwolenie na wydawanie przez nasz Instytut czasopisma naukowego.3 Celem kwartalnika z założenia miała być szeroko pojęta refleksja nad intelektualny­mi wyzwaniami współczesności, prowadzona z perspektywy personalistycznej i inspirowana myślą filozoficzną Karola Wojtyły, której pełny wyraz dał on jako Papież w swoim nauczaniu. W ciągu ponad trzydziestu lat „Ethos” zmienił swoje oblicze jako czasopismo naukowe, nieprzerwanie jednak re­dakcja przyjmuje za swoje zadanie kontynuację papieskiej wizji otwartego, prezentującego wysoki poziom dialogu między intelektualistami. W okresie pontyfikatu Jana Pawła II pałac w Castel Gandolfo często stawał się domem wolnej myśli, w którym spotykali się uczeni reprezentujący różne dziedziny wiedzy, różne światopoglądy i orientacje filozoficzne. W tym właśnie sensie „Ethos” – a także Instytut noszący imię Papieża Polaka – pragnie być domem dla osób rzetelnie poszukujących prawdy, dobra i piękna i dla których odkryta prawda jest dobra i piękna, domem, w którym każdy cieszy się wolnością. W dobie post-prawdy, post-dialogu i post-kultury budowanie takiego domu staje się zobowiązaniem moralnym, tak jak było nim w czasach, gdy w Polsce, podobnie jak w innych państwach Europy Środkowowschodniej, środkami administracyjnymi, a często poprzez represje, narzucano – także środowiskom akademickim – „jedynie słuszny” światopogląd materialistyczny. Przykład Jana Pawła II uczy, jak zobowiązanie to należy wypełniać.

W liście z okazji stulecia urodzin swego poprzednika na Stolicy Piotrowej Benedykt XVI napisał: „Gdy kardynał Wojtyła 16 października 1978 r. został obrany następcą świętego Piotra, Kościół znajdował się w sytuacji dramatycz­nej. [...] Tak więc na nowego papieża czekało rzeczywiście zadanie, mówiąc po ludzku, niemal niewykonalne”.4 Owa dramatyczna sytuacja spowodowana była – jak czytamy w tymże liście – prowadzącą do rozchwiania pewności wiary interpretacją obrad Soboru Watykańskiego II oraz problemami, jakie powstały w związku z wprowadzaniem posoborowych reform. Zdaniem autora listu Papież Polak pokonał te trudności, stając się „wyzwalającym odnowicielem Kościoła”5, na nowo ożywiając w wiernych chrześcijańską żarliwość, czyli „zachwycenie się Chrystusem i Jego Kościołem”6, w dużej mierze dzięki własnej postawie.

W jednej z wcześniejszych wypowiedzi – w rozmowie z Peterem Seewaldem – Benedykt XVI rozwinął tę myśl: „Karol Wojtyła był, można powiedzieć, podarowany przez Boga Kościołowi w bardzo określonej, krytycznej sytuacji, w której z jednej strony marksistowskie pokolenie, pokolenie'68, zakwestio­nowało cały Zachód, a z drugiej – rozpadł się realny socjalizm. Wśród tych kontrowersji utorować możliwość przebicia się do wiary i wskazać ją jako środek i drogę – był to historyczny moment szczególnego rodzaju”.7 Zwykle o roli Papieża Polaka w obaleniu systemu komunistycznego mówi się w ka­tegoriach politycznych lub społecznych – przytoczone tu słowa jego następcy wskazują na zasługi Jana Pawła II w tej dziedzinie w innym, głębszym, ducho­wym wymiarze, choć zarazem, jak czytamy w Ostatnich rozmowach, doceniał on też przyjętą przez Papieża „zza żelaznej kurtyny” strategię radykalnego sprzeciwu wobec totalitaryzmu: „Naturalnie nie mogliśmy się spodziewać tak szybkiego załamania reżimu na Wschodzie. Stało się natomiast jasne, że zamiast próbować pojednawczych kompromisów, należy po prostu stawić mu czoła. Takie przekonanie wyrażał Jan Paweł II, a ja podzielałem jego zdanie”.8
Znaczący jest także fakt, że odnosząc się w tekście rocznicowym do inicjatywy przyznania Janowi Pawłowi II tytułu „Wielki”, Benedykt XVI porównał go do Leona I i Grzegorza I – dwóch papieży, którym w dziejach nadano ten tytuł, a którzy wyróżnili się tym, że ocalili Rzym, władzy przeciwstawiając ducha, osiągnęli sukces polityczny mocą wiary.9

W czasie swego pontyfikatu Jan Paweł II zmierzyć się musiał również z wieloma problemami wewnątrz Kościoła. Szczególnie poważną – i szczegól­nie dziś dyskutowaną – kwestią jest sprawa nadużyć seksualnych. W ostatnim wywiadzie-rzece z Benedyktem XVI Peter Seewald zauważa, że często spo­tykana jest opinia, iż Jan Paweł II nie dość zdecydowanie starał się rozwiązać ten problem. „Zawsze liczy się przekaz informacji. Gdy już dostatecznie został poinformowany i zorientował się, co się dzieje – odpowiada Papież emeryt – wyraził przekonanie, że należy podjąć energiczne działania. Ze względu na obowiązujące przepisy prawa kościelnego niemożliwe było nałożenie cięż­szych kar; dlatego wspomniałem o nowelizacji. Papież natychmiast dał mi wolną rękę i stworzyliśmy nowe normy prawne oraz struktury. Tylko w ten sposób dało się wyjść naprzeciw temu doświadczeniu”.10 Podobnie w Świa­tłości świata mówił Benedykt XVI o reakcji na zarzuty wobec założyciela Legionistów Chrystusa: „Niestety, docieraliśmy do tych spraw bardzo powoli i zbyt późno. Były dobrze ukryte i dopiero około 2000 roku zyskaliśmy kon­kretne punkty zaczepienia. Trzeba było jednoznacznych świadectw, aby rze­czywiście mieć pewność, że zarzuty są słuszne. [...] Tymczasem nakazaliśmy przeprowadzić wizytację apostolską i wyznaczyliśmy delegata, który z grupą współpracowników przygotuje konieczne reformy”.11

Zapytany o zagadnienia niepodjęte przez swojego poprzednika, Papież emeryt stwierdził: „Były takie, ale powiedziałbym, że to, z czym mógł się uporać, to starał się przeprowadzić. Poza tym wciąż dochodzą nowe kwestie, a niektórych nie da się całkowicie doprowadzić do końca”.12 Wcześniej, na to samo pytanie w odniesieniu do końcowego okresu pontyfikatu Jana Pawła II, naznaczonego już jego chorobą, Benedykt XVI odpowiedział: „Na pewno zda­rzało się czasami, że Jan Paweł II zwlekał z decyzją. Ogólnie jednak prace były kontynuowane przez wybranych przez niego współpracowników. Podstawowe decyzje podejmował ciągle on sam. Cierpiał, ale był świadomy, więc aparat Kościoła [...] funkcjonował bez zarzutu”13, dodał też: „Czas jego cierpienia nie był czasem straconym [...] było to ważne dla samego Kościoła, aby po okresie wielkiej aktywności otrzymać lekcję cierpienia i widzieć, że Kościół może być kierowany także przez cierpienie i że właśnie przez cierpienie Kościół dojrzewa i żyje”.14

Do owej „misji cierpienia” Jana Pawła II jego następca przywiązywał szczególną wagę: „Jestem przekonany – mówił – że kiedy po tak dynamicznym początku wziął poniekąd na swoje ramiona całą ludzkość, przez dwadzieścia lat znosząc z niezwykłą siłą boleści oraz strapienia naszego wieku i przepowia­dając Dobrą Nowinę, to do jego pontyfikatu przynależała też faza cierpienia stanowiąca również swoiste przesłanie”.15 W liście rocznicowym natomiast podkreśla zwłaszcza znaczenie głoszonego przez Jana Pawła II orędzia Bożego miłosierdzia i zachęca, aby w tym świetle odczytywać teksty, ale –jak wynika z kontekstu – również życie jego poprzednika: „Papież żył długo dlatego, żeby mógł obiektywne centrum wiary także subiektywnie przyjąć za swoje i uzdalniać innych do jego przyjęcia. [...] Wbrew spotykanej niekiedy opinii Jan Paweł II nie jest moralnym rygorystą. Ukazując istotne znaczenie Bożego miłosierdzia, daje on nam możność przyjęcia stawianych ludziom moralnych wymogów, mimo iż człowiek nigdy nie zdoła im w pełni sprostać”.16

Joseph Ratzinger przekonany był o świętości Jana Pawła II zanim jeszcze – jako kolejny Następca Piotra – niemal natychmiast po śmierci poprzednika rozpoczął proces zmierzający do jego beatyfikacji; świadczy o tym między innymi sposób, w jaki wspomina czas poprzedzający pogrzeb Papieża: „To oczywiste, że śmierć Jana Pawła II bardzo mnie poruszyła, bo długie lata ściśle współpracowaliśmy. [...] Jednocześnie miałem świadomość, że patrzy i błogosławi nam, stojąc w oknie domu Ojca, i tak też powiedziałem na placu św. Piotra. To nie był frazes, tylko prawdziwie głębokie przekonanie, że jest obecny i że nasza przyjaźń trwa nadal, lecz w zupełnie inny sposób”.17 W liście rocznicowym Papież emeryt podaje niejako definicję owej świętości: „Zgodnie z miernikami Kościoła świętość ocenia się na podstawie dwóch kryteriów: heroiczne cnoty i cud. Obydwa te mierniki są ściśle ze sobą związane. Bo po­jęcie „cnota heroiczna” oznacza [...] fakt, że w danym człowieku i przez niego widoczne jest to, co nie ma źródła w nim samym, lecz jest tym, co działanie Boga w nim i przez niego ukazuje. [...] Chodzi o to, że człowiek pozwala Bogu działać w nim i w ten sposób uwidaczniać przez niego działanie i moc Boga. To samo odnosi się do kryterium cudu. [...] Święty jest człowiekiem otwartym, którego Bóg przenika. Święty to ktoś nie zwracający uwagi na siebie, lecz umożliwiający widzenie i poznawanie Boga. Znaczenie obydwu procesów, beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, polega na stwierdzeniu tego zgodnie z normami prawa. W odniesieniu do Jana Pawła II obydwa te procesy zostały przeprowadzone ściśle według obowiązujących reguł. Stoi on więc teraz przed nami jako ojciec ukazujący nam miłosierdzie i dobroć Boga”.18 W konkluzji listu zaś stwierdza: „W Janie Pawle II uwidoczniły się nam wszystkim moc i dobroć Boga. W czasie, kiedy Kościół na nowo cierpi napór zła, jest on dla i oznaką nadziei i pewności”.19

Wydaje się, że słowa te nie wymagają komentarza.

Agnieszka Lekka-Kowalik Mirosława Chuda

 

___________

1 Jan Paweł II, Adhortacjaapostolska Familiarisconsortio, nr 64.

2 Por. tamże, nr 85.

3 Ostateczne zezwolenie na wydawanie czasopisma pod nazwą „Ethos. Kwartalnik Instytutu Jana Pawła II KUL” zostało udzielone przez Prezesa Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Wi­dowisk 11 marca 1988 roku. W tym też roku ukazał się pierwszy numer kwartalnika, poświęcony problematyce mniejszości narodowych.

4 Benedykt XVI, Na stulecie urodzin świętego papieża Jana Pawia II – 18 maja 2020 r.
https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/listy/na_100_lecie.html.

5 Tamże.

6 Tamże.

7 Benedykt XVI, P. S e e w a l d, Światłość świata. Papież, Kościół i znaki czasu, tłum. P. Napiwodzki, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, s. 77.

8 C i ż, Ostatnie rozmowy, tłum. J. Jurczyński, Dom Wydawniczy Rafael, Kraków 2016, s. 202 n.

9 Por. Benedykt XVI, Na stulecie urodzin świętego papieża Jana Pawia 11-18 maja 2020 r.

10 Benedykt XVI, S e e w a l d, Ostatnie rozmowy, s. 234.

11 C i ż, Światłość świata, s. 50.

12 C i ż, Ostatnie rozmowy, s. 224.

13 C i ż, Światłość świata, s. 91.

14 Tamże, s. 92.

15 C i ż, Ostatnie rozmowy, s. 46.

16 „Benedykt XVI, Na stulecie urodzin świętego papieża Jana Pawła II – 18 maja 2020 r.

17 „Benedykt XVI, S e e w a l d, Ostatnie rozmowy, s. 209.

18 Benedykt XVI, Na stulecie urodzin świętego papieża Jana Pawła II – 18 maja 2020 r.  

19 Tamże.

 

Szukaj

Tłumacz

Statystyki

Odsłon artykułów:
1382633

Licznik odwiedzin

1335264
DziśDziś238
WczorajWczoraj371
W tygodniuW tygodniu1743
W miesiącuW miesiącu5583
ŁącznieŁącznie1335264