Nowości książkowe

Zbrodnia

Mariola Sternahl

„Zbrodnia”

 

Powieść  „Zbrodnia”  Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej, to kolejna książka, w bogatym dorobku literackim tej autorki,  a natrafimy  w nim nie tylko na ciekawe powieści, ale również na  ambitne  tomiki  wierszy.

Jest to powieść historyczna, która idealnie wkomponowała się w kanon jakże dzisiaj popularnej literatury obozowej i wojennej. 

Proza poruszająca nie tylko tematykę II Wojny Światowej, ale również czasu „po” tym traumatycznym okresie. Czasu rozliczeń, w który zaangażowane były jednostki wojskowe i wywiadowcze z wielu krajów. Okres w historii  trwający wiele lat, a pozostawiający za sobą dramaty wielu rozbitych rodzin, osamotnionych dzieci, rodziców oraz tragedii rodzinnych  rozgrywających  się w wielu przyszłych pokoleniach, po akty największej desperacji – samobójstwa włącznie. 

Do takich osób należy również Wiktoria Berg, absolwentka studiów doktoranckich Wydziału Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, główna bohaterka powieści.  Atrakcyjna, młoda kobieta, która zabiera nas w podróż po Europie. Tak, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Jednak to nie podróż globtroterska, ani tym bardziej relaksująca. To podróż śladami jej przodków, pełna miejsc historycznych, wspomnień, przemyśleń i podążania śladami zbrodniarzy wojennych. Autorka zgrabnie przeprowadza Czytelnika przez okres sprzed  II Wojny  Światowej,  wplatając w fabułę wielu szczegółów i faktów historycznych, co sprawia, że książkę  nie tylko płynnie i z ciekawością się czyta, ale również przypomina nam ona o  ważnych momentach w dziejach ludzkości. Sięgając przy tym do najstarszych cywilizacji. Poczynając od Homo Habilis, który pojawił się blisko dwa miliony lat temu, przez budowle Sumerów, wielką piramidę w Gizie, Arkę Przymierza i biblijnego Mojżesza, docieramy do Anioła Jahwe.

„Jeśli pójdziesz dalej tym tropem, to znajdziesz odpowiedź na pytanie, co to jest imperium zła. To królestwo szatana, przybierającego na przestrzeni dziejów różne oblicza. Generuje fanatyzm i podsyca wojny religijne.  (…)  Ale nie było w całej historii ludzkości takiej eskalacji zła,   do jakiej doszło w czasie drugiej wojny światowej, na kosmiczną skalę zakrojonego bestialstwa i ludobójstwa”.

Głęboka analiza dziejowa korzeni zła przeraża i skłania do daleko idących rozważań, z równoczesnym przełożeniem na czasy obecne.

Książka ta to wielka podróż. Zagościmy w Warszawie, by potem udać się do Gdańska, z którego wyruszymy w podróż do Heidelbergu, Weimaru, Ludwigsburga,  a nawet zajrzymy do wspaniałej Katedry Notre Dame. Dalej autorka  przenosi nas do starożytnych budowli Meksyku. 

W powieści nie brakuje również nakreślenia różnic kulturowych. Pomimo że to temat stary jak świat, pozostanie zawsze  tematem bardzo delikatnym i trudnym, wzbudzał i wzbudzać będzie  zawsze wiele emocji i dyskusji pomiędzy narodami tego świata. I to właśnie w ten skomplikowany świat  relacji niemiecko-żydowskich wprowadza nas autorka, na kartach swojej powieści. Robi to w sposób wysublimowany, ale bardzo szczegółowy. Nie łatwe do zrozumienia koligacje i powiązania rodzinne  pomiędzy żydowskim rodem Reinhardtów a ewangelicką rodziną Rosenfeldów prowadzą do odkrywania tajemnic, które wstrząsną młodą Wiktorią i całym jej życiem.

Gdańsk, autonomiczne miasto-państwo i spokojne, niemalże sielankowe życie rodziny Rosenfeld przed wojną. Doktor Hans Rosenfeld,  jego  małżonka dystyngowana  arystokratka  Maria Rosenfeld oraz ich córka  Ewa Rosenfeld, uwikłana w romans z żydowskim lekarzem Maurycym Reinhardtem oraz nazistą Rudolfem Bergmannem Hauptsturmfuehrerem SS, budowniczym obozu koncentracyjnego Stutthof.   

Tajemnice rodziny, Wiktoria  odkrywać będzie powoli, krok po kroku, a tym samym coraz bardziej  żyć będzie  przeszłością.

W roku 1945 Maria Rosenfeld patrząc na wydarzenia minione i bieżące zastanawiała się, czy to już dzień Apokalipsy, a słysząc naloty bombowe i ostrzały artyleryjskie nie potrafiła przestać  myśleć o swojej córce Ewie. Ale wtedy, 9 maja roku 1945, kiedy wojska radzieckie wkroczyły na teren obozu koncentracyjnego Stutthof, jej córka Ewa już nie żyła;  było już za późno na budowanie utraconych relacji pomiędzy matką i córką.

Maria Rosenfeld, jako rodowita Niemka dobrze wiedziała co ją czeka, gdy  Gdańsk zostanie zdobyty przez Armię Czerwoną.  Udało się jej tylko uratować dwóch wnuków, których przekazała  w ręce swojej kaszubskiej  kucharki. 

Kiedy po latach Wiktoria, przyjmuje jako darowiznę od stryja  dawny dom swojej babci Ewy Reinhardt i  odnajduje w nim  jej  „Dziennik”, rozpoczyna wielką i dramatyczną przygodę życiową. Jeszcze wtedy nawet w najśmielszych snach nie przeczuwała, że odnajdując w jej trakcie miłość swojego życia, tak naprawdę z każdym dniem będzie podążać ku własnemu zatraceniu.

Odwiedzając miejsca opisywane w „Dzienniku” swojej babci, stara się zrozumieć i zgłębić tajemnice rodziny, ale czy słusznie? 

Trudo się jednak dziwić, cały splot wydarzeń i odkrywanych tajemnic rodzinnych, każdego z nas popychałby w kierunku, jaki obrała również bohaterka tej powieści.

Autorka wprowadza nas między innymi  w kulturę i obyczaje rodów żydowskich, ukazując  bogactwo rytuałów i obrzędów, a zarazem  ukazując brutalność  życia po 1 września 1939 roku. 

W znalezionym „Dzienniku”, Wiktoria zapozna się z historią dziadków,  poznając równocześnie   wiele   szczegółów z życia  swojej babci i to z najdrobniejszymi szczegółami. 

Próbując zrozumieć jak trudne i bolesne decyzje musieli podejmować najbliżsi członkowie jej rodziny, aby przeżyć i uratować życie swoich ukochanych, będzie musiała  zmierzyć się  z bolesną prawdą i zaakceptować  wydarzenia sprzed wielu lat. Wiktoria sama przeżywać będzie trudne chwile, które wymagać będą od niej nie lada odwagi i przyjęcia do świadomości kolejnych obciążeń, kolejnych perturbacji losu.

W „Dzienniku” znajdziemy zapisy ukazujące jak bestialsko i z jakim okrucieństwem w obozie koncentracyjnym Stutthof  traktowano ludzi i w jaki sposób znęcano się nad nimi. To z tymi brutalnymi scenami i opisami Wiktoria będzie się konfrontować na co dzień, mając świadomość, że to ludzie ludziom zgotowali takie piekło na ziemi.  

Wieloletnie maltretowanie i wieloletnia  katorżnicza  praca  w obozie Stutthof, pseudobadania i pseudoeksperymenty  wykonywane przez „lekarzy” na ludziach, sceny trudne do wyobrażenia   współcześnie żyjącemu człowiekowi.

A przecież to nie tylko Stutthof. To również obozy koncentracyjne rozlokowane w całej Europie; między innymi: Auschwitz-Birkenau, Sachsenhausen-Oranienburg, Mathausen-Gusen, Treblinka, Majdanek, Bełżec, Warszawa, Dachau i wiele innych.

Joanna Krupińska-Trzebiatowska opowiada los ofiar wszystkich obozów zagłady na całym świecie językiem zatrważającym, bolesnym, posępnym, dramaturgicznym i katastroficznym.

Przez całą  książkę  przewija się  mroczna i bardzo tajemnicza postać brata ojca  Wiktorii, Michaela Reinhardta, pół Żyda,  obciążonego  świadomością, że to SS-Mann,  kochanek matki  tak naprawdę uratował mu życie.

Ojciec Wiktorii przedstawiony został jako ten, który nienawidzi swojego ojca SS-manna, który był bestią w ludzkiej skórze – jak sam mówi.

„Zbrodnia” Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej, to niesamowita podróż w przerażający świat zła, deprawacji i bestialstwa, obozów koncentracyjnych II Wojny Światowej, ale nie tylko. To głęboka podróż psychologiczna w głąb natury ludzkiej. Podana nam w sposób tak przystępny, że tej książki się nie czyta, w nią się wpada jak w nałóg.

Zamiłowanie do cytowania dobrych autorów, zmusza mnie  do zamieszczenia  słów autorki powieści: (…) „– Pomyśl o milionach kobiet, które były równie piękne, równie inteligentne, wykształcone, kochane i kochające, a niekiedy brzemienne i kończyły żywot w komorze gazowej – usłyszała własny wewnętrzny głos. Po chwili zorientowała się, że to nie jest jej własny głos, ale przebijający się do jej podświadomości głos Ewy Rosenfeld, zdającej się przekonywać ją, że nie zmarnowała życia, skoro przeżyło jej dwóch wspaniałych synów”. 

Mariola Sternahl

 

Apel do literatów

  

Plakat

Powstaje monografia Jolanty Nowak-Węklarowej

Apel do literatów

 

Wasze wspomnienia będą sercem monografii Jolanty Nowak-Węklarowej – jej życia, twórczości i działań dla kultury regionu i kraju.

Pięć lat temu, w maju 2015 roku miałam poprowadzić w Pałacu Działyńskich w Poznaniu benefis Jolanty Nowak-Węklarowej. Wszystko było przygotowane, Jola cieszyła się na uroczyste spotkanie podsumowujące jej dokonania, ale przede wszystkim na obecność koleżanek i kolegów z poznańskiego oddziału Związku Literatów Polskich, rodziny oraz licznych gości drogich jej sercu.

W drugi dzień Świąt Wielkanocnych, 6 kwietnia, nagle trafiła do szpitala. Walczyła z ciężką chorobą, odeszła 12 stycznia 2016 roku.

W grudniu bieżącego roku ukończyłaby 80 lat, tymczasem w styczniu 2021 roku minie 5 lat odkąd Joli nie ma pośród nas.

Małgorzata Osuch, poetka i Przewodnicząca Rady Powiatu Wągrowieckiego w ostatnich latach życia Jolanty Nowak-Węklarowej zbliżyła się do niej i zaprzyjaźniła. Obecnie jest inicjatorką i koordynatorką prac zespołu redakcyjnego przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Wągrowcu, który pracuje od wielu miesięcy nad książką – monografią o życiu i twórczości Jolanty Nowak-Węklarowej. Będzie to pierwsza tego typu publikacja, mająca na celu przybliżenie czytelnikom nie tylko życia i twórczości tej poetki, ale także udokumentowanie jej wkładu do kultury, przede wszystkim powiatu wągrowieckiego.

W książce znajdzie się dużo miejsca na wspomnienia: członków rodziny, przyjaciół, znajomych, uczniów a także koleżanek i kolegów po piórze. Stąd apel do literatów: zostało niewiele czasu, bowiem monografia ukaże się już w grudniu br. Wasze wspomnienia zapisane na kartach tej książki – to jej serce. Książka powstaje w oparciu o liczne źródła, zawiera także streszczenie tego, co dotychczas napisano na gruncie polskiej krytyki literackiej o poetce i jej twórczości, najbardziej reprezentatywne utwory, a także archiwalne fotografie osób, miejsc, dokumentów i rękopisów. Publikacja posiadająca wartość poznawczą z pewnością stanowić będzie ważne uzupełnienie w cyklu monografii twórców literatury Wielkopolski i kraju.

Swoje wypowiedzi prosimy nadsyłać do 30 sierpnia na adres:pbpwagrowiec@wp.pl w temacie podając: Jolanta Nowak-Węklarowa – do książki.

Anna Andrych

 

 

Mieszkańcy Regionu Łódzkiego

 

Plakat

Akcja Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego

Mieszkańcy regionu łódzkiego w czasie pandemii

 

Wszyscy dobrze pamiętamy dzień 01.01.2020, pamiętamy serdeczne życzenia noworoczne i nadzieję, że rozpoczynający się nowy etap życia przyniesie dobre, spokojne dni, chwile szczęścia i spełnienie marzeń i planów. Jednak los, w swojej przewrotnej naturze, przewidział dla nas scenariusz daleko odbiegający od serdeczności noworocznych powtarzanych bliskim, przyjaciołom i znajomym.

Obawa o zdrowie i życie, izolacja, opustoszałe ulice miasta, tęsknota za najbliższymi, poczucie ustawicznego zagrożenia, osamotnienie, walka o zapewnienie środków do życia to rzeczywistość i dzień powszedni większości z nas.

Pandemia, traktowana przez gremia ekspertów jako największa katastrofa humanitarna z jaką musimy się zmierzyć od czasów II Wojny Światowej, wywarła także wielki wpływ na życie mieszkańców województwa łódzkiego. Wielu z nas musi przetrwać obowiązkową izolację, wielu mierzy się z chorobą, a wszyscy dzień po dniu toczymy walkę z niewidzialnym wrogiem.

Akcja „Mieszkańcy regionu łódzkiego w czasie pandemii” dedykowana jest wszystkim pełnoletnim mieszkańcom województwa łódzkiego. Serdecznie zachęcamy do spisania swoich przeżyć, doznań, refleksji związanych z życiem w czasach epidemii. Formę, objętość czy gatunek literacki zapisków pozostawiamy do wyboru uczestnikom. Dla twórców akcji istotne jest zarejestrowanie i przechowanie dla przyszłych pokoleń wszelkich relacji związanych z tym trudnym czasem. Zmienione w wyniku pandemii warunki życia łodzian i mieszkańców regionu łódzkiego to również ważny wycinek historii.

Akcja „Mieszkańcy regionu łódzkiego w czasie pandemii” przebiegać będzie w dwóch etapach: Etap 1: 04.05.-31.12.2020 – nadsyłanie tekstów do Biblioteki. W tym terminie uczestnicy przekazują do Biblioteki teksty wspomnień, opisy sytuacji związane z życiem w regionie łódzkim w czasie pandemii. Teksty mogą dotyczyć konkretnych wydarzeń, osób lub życia w okresie kwarantanny. W tym względzie Biblioteka pozostawia uczestnikom pełną dowolność. Etap 2: opracowanie tekstów i publikacja w formie książki elektronicznej na stronie internetowej WBP w pierwszym kwartale 2021.

Serdecznie zapraszamy do udziału w akcji. Nie pozwólmy, aby nasze wspomnienia i doświadczenia z trudnego okresu walki z pandemią zatarł czas. Szczegóły dotyczące akcji ujęto w Regulaminie dostępnym w Dziale Informacji Naukowej WBP oraz opublikowanym na stronie Biblioteki www.wbp.lodz.pl, tutaj także mogą Państwo pobrać Regulamin i formularz zgłoszeniowy.

Wszelkich informacji dotyczących Akcji udzielają pracownicy Działu Informacji Naukowej na miejscu w Bibliotece oraz pocztą elektroniczną (adres email: informacja@wbp.lodz.pl) i telefonicznie (nr tel. 42 6630333)

 

Literackie witaminy

 

Plakat

Startuje nowa audycja radiowej DWÓJKI

Literackie witaminy

 

W poniedziałek 4 maja w Programie 2 Polskiego Radia zadebiutuje nowa audycja pt. „Literackie witaminy”. Jej autorki, Dorota Gacek i Kinga Michalska, będą codziennie rozmawiać z ludźmi słowa – pisarzami, krytykami, tłumaczami, literaturoznawcami – o tym, jakie książki dostarczają im w tym trudnym czasie najwięcej pozytywnej energii i emocji, czyli tytułowych witamin. Pierwszy odcinek już dziś o godz. 16.45.

Co czytać, kiedy – jak to mówił szekspirowski Hamlet „czas wypadł z ram”? Czy wracać do sprawdzonej klasyki, czy otwierać się na książkowe nowości? Czy pomoc przynoszą lektury, dzięki którym się uśmiechamy, czy takie, które pokazują tragizm naszej egzystencji? Czy nasz tryb lektury się zmienił, mamy na nią więcej, czy – paradoksalnie – mniej czasu? A wreszcie, czy czytamy bardziej uważnie czy może jednak rozpraszają nas lęki i niepokoje związane z obecnym stanem i niepewną przyszłością. – O tym wszystkim porozmawiamy z gośćmi audycji – ludźmi słowa – pisarzami, tłumaczami, historykami literatury i krytykami, którzy opowiedzą również o swoich literackich pasjach i sekretach oraz książkach, które mogą pomóc w trudnym czasie – mówią Dorota Gacek i Kinga Michalska, autorki „Literackich witamin”.

 

W pierwszych odcinkach dowiemy się od prof. Tadeusza Sławka, jaka gruba książka od lat stała u niego na półce i czekała na tę chwilę, kiedy życie trochę zwolni. Paweł Sołtys powie, jaki tytuł to dla niego witamina C – w środku bardzo kwaśna, ale oblana smaczną osłonką. A Przemysław Dakowicz wyzna, od jakiej książki nie mógł się oderwać i zaśmiewał się czytając ją w środku nocy, tak jednak, żeby nie obudzić śpiącej żony – dodaje Dorota Gacek, która w tym tygodniu czeka (pod adresem literackiewitaminy@polskieradio.pl) również na opowieści słuchaczy o wyjątkowych książkach – ich „literackich witaminach”.

Emisja audycji codziennie od poniedziałku do piątku o godz. 16.45.

 

Wielmożni literaci!

 

Plakat

dr Felicja Borzyszkowska-Sękowska

Wielmożni literaci!

 

Cenicie sobie Spotkania Autorskie? Promocje książek też? A chcielibyście mieć dużą frekwencję? Tak? No to posłuchajcie: W jednym z uzdrowisk pobiegłam na Wieczór Poezji, naprawdę dobrego poety. Na sali było osób…trzy! Ja czwarta. Pani poetowa pięknie czytała niecodzienne strofy. I cóż ja zrobiłam? Zbulwersowana wielce nie dosiedziawszy do końca, obleciałam wszystkie pobliskie sanatoria. I co? I co zrobiłam? Ano, pozrywałam wszystkie plakaty: w trymiga zniknęły zaproszenia na mój Wieczór Poezji. Pourquoi – słyszałam nie tylko swojskie: – dlaczego? – płynęło od wielu zdumionych kuracjuszy, biorących mi to za wybryk chuligański, a także za zagranie, zawiścią generowane. Nie miałam sił, by im tłumaczyć, nie pytać dlaczego nie chodzą na poezję?

Nazajutrz znów zawisły plakaty. Nowe. A na nich: „Doktor psychologii mówić będzie na temat: Być pogodnym – być zdrowym…”. A niżej, małym drukiem, niczym na bankowo-kredytowej zachęcie... W programie: trochę poezji, trochę fraszek, prezentacja nowych książek Felicji Borzyszkowskiej-Sękowskiej, dedykacje gratis… No i co koledzy literaci? Jak myślicie, jaka była frekwencja? Nie pomnę już dziś 100-200 osób! Sala pękała w szwach, a mój zapas książek rozszedł się szybciej niż przysłowiowe bułeczki, zabrakło wielu egzemplarzy. Zupełnie jak w czasach, gdy autorzy w ogóle swych książek nie nosili, bo robili to księgarze, których dziś brak.

Bo i księgarni nie ma. Natomiast biblioteki, swój wcale nie nad-metraż muszą oddawać na „lepsze” cele. O drastycznych przykładach w innym liście.

Dziś, skoro już o licznie obsadzonych spotkaniach mowa – przypominają mi się promocje z lat 70-80. Przecież to był sposób na życie. Metoda zarobkowanie! I to niezła. Zważywszy że... – że posłużę się przykładem Krynicy, gdzie spędzałam wszystkie przerwy semestralne i część wakacji – robiłam prelekcje w Domach FWP, czasem 3-4 dziennie.

Inkasowałam sowite honoraria, a potem za to odpoczywałam, chociaż nie byłam aż tak „obrotna” jak jedna z gwiazd TVP, która jednego dnia miała spotkań 5 i inkasowała nie tylko honoraria, ale i... 5-krotne przeloty LOT-em. Potem musiała się spowiadać (tzn. w Podstawowej Organizacji Partyjnej składać samokrytykę i postanowienie poprawy, ale zwracać grosiwa już nie musiała).

Wówczas frekwencję podbijały takie tematy jak: Miłość, Małżeństwo, Rodzina, bo właśnie taki cykl prowadziłam w „Tygodniu Kulturalnym” lub przygotowując, książkę eseistyczną „Trzecia płeć” (1999) mówiłam nt. „Kobieta, miłość i seks”, a także na podstawie książek z cyklu „Być...”, „Opowieści o wybitnych Polakach” – tylko, że wówczas dopytywano się o pikantne szczegóły z życia mych bohaterów, co dziś króluje w tabloidach, aż „rzygać się chce” – jak mówią celebryci domagający się odszkodowań i nie zabiegający dziś, tak jak ongiś na łamy moich książek.

Że kultura dziś boleśnie niedoinwestowana – odczuwają wszyscy, stąd tak dołująca rozwój młodzieży, ucieczka w internet. Fundusz Wczasów Pracowniczych przestał istnieć, sanatoria już nie co roku przydziela się nawet najbardziej potrzebującym. Kaowcy wymarli – mówi się o instruktorach kulturalno-oświatowych w uzdrowiskach, chociaż ci pragnęliby nadal służyć rozwojowi kultury polskiej i też boleją nad tym, gdy pisarzom każe się wynajmować sale, aby „sobie gadali o książkach” jak powiedziano nam w obiekcie, który od dziesięcioleci hołubił głosicieli Dobrego Słowa. A kiedy przypomniałam im o mojej frekwencji, rzekli: – No dobra, salę damy, ale załatwi pani sprzątaczkę. A potem klucz odniesie!

A woźna ta zamieszkiwała „zakazaną dzielnicę”, do której zabronili mi wstępować czytelnicy, jeśli nie chcę w następnej książce opisywać szczegółowo rozboju, a zwłaszcza gwałtu zbiorowego dokonanego na mnie.

Za salę też kazano mi płacić nawet w obiekcie ongiś nauczycielskim, gdzie promowałam „Być partnerem” (1988, ul. Odyńca), a dla pedagogów i Domu Dziecka – bo dla nich to głównie zorganizowałam – występowały gwiazdy tej wielkości co pierwsza primadonna polskiej operetki Wanda Polańska, solistka Opery Narodowej Irena Jezierska, znakomita aktorka Ewa Krasnodębska, całość filmował sam Toni Halik z Elżbietą Dzikowską, a kiedy redaktor Rumniak całość wyemitował w TVP, posypały się prośby do Klubu Kobiet Twórczych, o powtórzenie występów, zwłaszcza, że telewidzowie „przyuważyli” wśród gości, przedwojenne, rzadko już widywane gwiazdy i osobistości np. Halina Mancewiczówna, czy – mistrzyni baletu Liliana Wolska, Emil Filipowski – pierwszy skrzypek Filharmonii Narodowej. Z zachowanych fotosów wyziera też postać, rzadko wówczas jeszcze w Ojczyźnie widywanej kpt. Żeglugi Wielkiej Danuty Kobylińskiej-Walas, wraz z drugim mężem (pierwszy kpt. ż.w., o którym też mówię w książkach „Być kobietą” i „Być na Wybrzeżu” – zginął od zabłąkanej kuli na polowaniu), znanym tenorem Edmundem Wajdą (ojciec śpiewającej też Grażyny Brodzińskiej). Była też Lidia Korsakówna z mężem Brusikiewiczem.

Artyści ci, jak zawsze w moim Klubie Kobiet Twórczych – występowali honorowo. Ale kiedy uprosiłam ich o powtórzenie imprezy – następowała właśnie – tak bardzo przez nas upragniona – Dobra Zmiana, więc... zażądano od Nich zapłaty za salę (sic!). Obecna tam także (vide-foto) pisarka i animatorka kultury, przybyła świeżo z emigracji do Stanów Zjednoczonych Maria Ginter wraz z towarzyszącym jej aktorem, chcieli nawet ogłosić zbiórkę, aby ratować, a potem też reanimować tradycje kultury polskiej i organizować takie imprezy częściej, zwłaszcza dla nauczycieli i młodzieży, bo – chociaż to dziś przez pryncypia ustaw o prawach autorskich zakazane – długo egzystowały wśród miłośników literatury i muzyki pirackie nagrania tych występów.

Kiedy „pocztą pantoflową” dowiedział się o tym wielki animator kultury, sławetny Boguś Kaczyński – zobligował mnie wprost abym na Festiwalu Arii i Pieśni im. Jana Kiepury w Krynicy Zdroju, opowiedziała o tym publicznie, na imprezie gloryfikującej sopran Wandy Polańskiej. Przyznam się, iż po prostu się zlękłam. I stchórzyłam. Ale nieugięty Boguś – któż go nie pamięta? „wyciągnął mnie za uszy”, więc opowiedziałam, jak to na promocji „Być partnerem”, pod spódnicami pań, działały pirackie magnetofony, a potem soprany Polańskiej i Jezierskiej, rozbrzmiewały pośród szkolnych ław itp. Primadonny były zachwycone i na pewno nawet nie pomyślały o zadośćuczynieniu finansowym. Zresztą nie pobierały też ani grosza honorarium za kilkanaście! lat występów na imprezach Klubu Kobiet Twórczych w Muzeum Niepodległości, ale kiedy potem chciałam tam zorganizować 50-lecie KKT, zażądano za salę 1600 zł za 1h. Ze łzami odmówiłyśmy. Ukarano za to nas obojętnością na uroczystości jubileuszu Muzeum. Siedziałyśmy na schodach (w płaszczach bo i w szatni miejsc nie było) i patrzyłyśmy jak inni otrzymują kwiaty, dyplomy itp. Wszystko to ma obszerną dokumentację fotograficzną jaką pomieszczę w książce „Ogród pełen róż i narcyzów”. A szanownych literatów proszę o zintegrowanie się i wspólną walkę o kulturę, o czym piszę w następnym artykule, bo organizuję Polską Radę Miłośników Literatury PoRa MiLi abyśmy to zrobili! Mam amerykańskich sponsorów!

dr Felicja Borzyszkowska-Sękowska

 

W czasach zarazy

 

Plakat

prof. Maria Szyszkowska

W czasach zarazy

 

Obecna sytuacja zagrożenia życia każdego z nas jest stanem w istocie rzeczy towarzyszącym każdemu, kto się narodził. Dodam, że okrucieństwo jakim jest odbieranie nam życia nie jest możliwe do pogodzenia z pojmowaniem Boga jako osoby wszechmocnej i zarazem dobrej, nasyconej miłością. Miliardy ludzi błagają od wieków o życie, cierpią głód, choroby i nieszczęścia wojenne. Modlitwa nie przynosi pomocy. Ten odwieczny stan rzeczy dopiero teraz, w czasach powszechnej zarazy, uświadomiły sobie miliony Polaków. W bardziej normalnych warunkach myślą o tym bezsensie jedynie elity literacko-artystyczne oraz intelektualne. Ludzie mądrzy zdają sobie z tego sprawę od wieków. Wiedzą, że modlitwy kapłanów nie odwracają epidemii oraz innych zagrożeń.

Nie ma dowodów, ale nie mam też wątpliwości, że ten śmiercionośny wirus jest efektem poszukiwań broni biologicznej. Nienasyceni w swym posiadaniu właściciele koncernów wywołują nowe wojny, bo przynoszą one wielki zysk. Kiedy odejdziemy od gospodarki neoliberalnej, czyli neokapitalistycznej?

Świat może uratować jedynie trwały pokój oraz zahamowanie wynalazków cywilizacyjnych, które nas nie uczłowieczają, lecz jedynie potęgują dążenie do wygody i związaną z tym bierność. One niszczą nieodwracalnie naszą planetę.

Ludzkość powinna się zbuntować wobec przeznaczania pieniędzy na zbrojenia i żądać rozbrojenia.

Można wychować pokolenia w duchu pokoju o czym świadczy postawa świadków Jehowy, którzy za swój pacyfizm skazywani byli, za czasów Hitlera, do obozów koncentracyjnych. Także inne wyznania religijne wychowują w zakazie braniu udziału w wojnach, by wymienić na przykład Buddystów, Adwentystów Dnia Siódmego, Armię Zbawienia, czy Kwakrów.

Ale jak istnieć dziś w czasie epidemii? Należy dbać przede wszystkim o własną odporność psychiczną, bo ona wpływa korzystnie na nasze ciało. A więc ograniczajmy dostęp do nas informacji o rozmiarach tego kataklizmu. Osłabia nas i nie jest konstruktywny. Oglądajmy w telewizji filmy fabularne, audycje przyrodnicze, dokumentalne i śmiejmy się samokrytycznie oglądając „Rodzinę Kiepskich”.

prof. Maria Szyszkowska

 

Europejski świat

 

Plakat

Maciej Bylica

„Europejski świat”

 

Europejczycy charakteryzują się pewnym rodzajem pychy, który karze im patrzeć na świat w porównaniu do starego kontynentu. I od razu zaznaczam, że chodzi mi o Europejczyków jako ogół, a nie o konkretne nacje jak Polacy. Chociaż udało nam się opanować Amerykę Północną, Australię i w pewnym stopniu Amerykę Południową, i choć wiemy jakie były konsekwencję naszej ingerencji w ich kulturę to wciąż nie potrafimy wyciągnąć z nich słusznych wniosków i zaprzestać działań, które w przeszłość niszczyły kultury lepiej funkcjonujące od naszej.

Dlaczego akurat nam się udało? Dlaczego to my zdominowaliśmy połowę świata w ujęciu kulturowym? Prawda jest taka, że jedynie kultura europejska i muzułmańska ma w swoich podstawach zapisaną ekspansję. Przez ten zapis ekspansji rozumiem religijnie uwarunkowany obowiązek szerzenia swoich wartości, a więc i kultury. Obecne odejście Europejczyków od wiary jest również bezpośrednią przyczyną przyszłego (może całkiem niedalekiego) upadku naszej kultury. Stanie się tak, ponieważ nie będziemy szerzyć swoich wartości. W imię liberalizmu przekształciliśmy się z grupy tj. siły kulturowej w zbieraninę różnych mini kultur. I oczywiście nie można powiedzieć, że to źle, że tak się stało. Po prostu nasza kultura najprościej rzecz ujmując się zestarzała, zatarły się jej granice, a ona sama stała się czymś trudnym do zdefiniowania. Uważam ten proces za normalny i spokojnie czekam, aż moją kulturę zastąpi jej ekspansywna młodsza siostra, która bardzo przypomina starszą siostrę z okresu jej świetności.

Chociaż czasy kiedy odważni ludzie wsiadali na okręty i pewni tylko morza przed sobą i Boga w Niebie płynęli ku nieznanemu są już przeszłością, to dalej możemy obserwować skutki tych wojaży. Ze świadomością, że reprezentujemy JEDYNEGO Boga, gardząc innowiercami i ich kulturą, Europejczycy uważali, że wprowadzając chrześcijański system wartości wprowadzają porządek i ład do „społeczności prymitywnych dzikusów”. Nikt nie zadał sobie trudu poznania tych kultur, które nie raz olśniewały swoimi dokonaniami adekwatnymi do ich poziomu rozwoju. Niemniej dla przepełnionych pychą Europejczyków nie miało to znaczenia. I dalej nie ma to znaczenia.

Kiedy w 1960 roku państwa afrykańskie odzyskiwały niepodległość – pomijając już fakt, że zostały przez kolonizatorów ograbione i zrównane z ziemią – były w opłakanym stanie. Pierwsi kolonizatorzy starali się budować Europejskie społeczeństwo i monarchię doby renesansu w miejscach gdzie dotychczas były system wodzowski. Ten szok kulturowy, a także oczywiście bariera etniczno-językowa spowodowała, że koloniści żyli wyzyskując ludność rdzenną, niszcząc ich kulturę, której nie rozumieli i ograbiając ich z ich bogactw, nie dawali niczego w zamian. Problemem było głównie to, że choć Europejczycy budowali cywilizację dla siebie, a nie dla ludności tam mieszkającej, która jej nie rozumiała i się jej bała. Strach wynikał głównie z niemożności zrozumienia tej kultury, która była im zupełnie obca. I wciąż jest.

My, Europejczycy, wciąż jesteśmy dumni. Mówimy, że oświetlimy Afrykę naszym światłem, które w rzeczywistości ją oślepia. Sami dalej nie chcemy zrozumieć, dlaczego oni często po prostu nas nie chcą. Stworzyliśmy sztuczne państwa, które włączyliśmy do naszych wspólnot i narzuciliśmy im nasze wartości. Wszystko to są błędy przeszłości, których już nie jesteśmy w stanie zmienić. I choć etycznie zachowujemy się poprawnie i budujemy studnie, które działają przez miesiąc, aż się zepsują i nikt nie będzie w stanie ich naprawić, to jesteśmy w błędzie u samych podstaw. Budujemy szkoły i narzucamy nasz system edukacji, a co jeśli oni chcą mieć inny? Budujemy drogi i bloki, a może oni ich nie chcą? Wszystko co budujemy razi swoim europejskim charakterem oczy ludzi przywiązanych do swoich wartości, których chcemy ich pozbawić. I choć jak już mówiłem, etycznie racja jest po naszej stronie, to niestety kiedy się nad tym trochę bardzie zastanowimy, to dojdziemy do wniosku, że etyka jest również naszym wymysłem.

Wielu rzeczy nie możemy już zmienić, Afryka już zawsze będzie pokracznie starała się dogonić Europę. Czytelnik czytając ten artykuł może mnie źle zrozumieć. Uważam, że naszym obowiązkiem jest pomoc Afryce, ale my tą pomoc mylnie rozumiemy u podstaw. Dajmy im umiejętności, pokażmy im, że nie muszą być Europą, żeby być kimś. Niech oni sami budują swoje szkoły, tak żeby umieli z nich korzystać. Powiem więcej, to my powinniśmy się najpierw nauczyć ich, żeby później móc ich uczyć. Musimy zaprzestać usilnego budowania europejskiego świata, gdzie nasze racje są racjami wszystkich. Bo choć może tak być, to wcale nie musi i w tym szczególe tkwi cała zagadka.

Maciej Bylica

 

Szukaj

Tłumacz

Statystyki

Odsłon artykułów:
1177132

Licznik odwiedzin

DziśDziś446
WczorajWczoraj1029
W tygodniuW tygodniu3389
W miesiącuW miesiącu8293