Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat
Andrzej Dębkowski

 

Atom pamięci –

czyli o tym, co zostaje w człowieku po końcu historii w książce „Kształt atomu. Wojna i pamięć” Łucji Fice

 

Niektóre książki przychodzą do czytelnika z gotową historią, którą można śledzić, rekonstruować i w końcu odłożyć na półkę wraz z poczuciem, że oto poznaliśmy czyjś los od początku do końca, inne natomiast nie pozwalają na taką wygodę, ponieważ ich prawdziwym tematem nie jest samo wydarzenie, lecz jego długie, często niewidoczne życie po wydarzeniu, a „Kształt atomu. Wojna i pamięć” Łucji Fice należy właśnie do tej drugiej kategorii. To książka o tym, co dzieje się z człowiekiem po katastrofie, choć katastrofa może mieć już swoje miejsce w podręczniku historii, swoje daty, nazwiska i fotografie, ponieważ dla jednostki historia nigdy nie kończy się w tym samym momencie, w którym kończy się wojna, zmienia się jedynie jej sposób obecności: raz przychodzi pod postacią wspomnienia, innym razem snu, lęku, choroby, gestu, przemilczenia albo dziwnego poczucia, że coś wydarzyło się dawno temu, a mimo to nadal pozostaje niepokojąco blisko.

Właśnie z tej perspektywy należy odczytywać tytuł książki, który na pierwszy rzut oka może wydawać się chłodny, naukowy i niemal odległy od literatury zajmującej się ludzkim cierpieniem. Atom kojarzy się przecież z materią, fizyką, laboratorium, obiektem, który trzeba zbadać, opisać i umieścić w określonej strukturze, tymczasem Łucja Fice bierze ten naukowy termin i przenosi go w obszar doświadczenia ludzkiego, sugerując, że również człowieka można próbować odczytywać jako skomplikowaną strukturę, w której nic nie istnieje całkowicie osobno, ponieważ pamięć łączy się z emocją, emocja z ciałem, ciało z historią, historia z rodzinnym przekazem, a rodzinny przekaz z tym wszystkim, czego nigdy nie wypowiedziano. To bardzo trafna metafora, ponieważ największe dramaty ludzkiego życia nie zawsze pozostawiają po sobie widzialne ślady, a jednak potrafią wpływać na następne pokolenia z siłą, której nie sposób lekceważyć. Nie trzeba przecież pamiętać konkretnego wydarzenia, aby żyć pod jego wpływem, nie trzeba znać wszystkich szczegółów rodzinnej historii, aby odziedziczyć jej lęki, nie trzeba być świadkiem wojny, aby w pewnym sensie nosić w sobie jej konsekwencje, i właśnie ta niewidzialna transmisja doświadczenia wydaje się jednym z najważniejszych problemów, jakie Łucja Fice stawia przed czytelnikiem.

„Kształt atomu” jest więc powieścią o pamięci, ale pamięć nie jest tutaj spokojnym archiwum, do którego człowiek sięga wtedy, kiedy potrzebuje przywołać minione wydarzenia. Jest raczej żywą substancją, która potrafi zmieniać swój stan, wymykać się kontroli, pojawiać się w najmniej oczekiwanym momencie i naruszać wygodny porządek teraźniejszości. Człowiek może przez dziesięciolecia milczeć, może nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym pewne doświadczenia zostały zamknięte za drzwiami świadomości, może nawet uwierzyć, że przeszłość przestała mieć znaczenie, a potem jeden zapach, jedno słowo, twarz, przedmiot czy przypadkowa sytuacja potrafi uruchomić całą lawinę wspomnień, pokazując, że to, co zostało wyparte, niekoniecznie zostało zniszczone.

W tym sensie szczególnie ważna jest obecna w książce relacja z kobietą dotkniętą demencją, ponieważ choroba ta staje się czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż tylko medycznym problemem. Demencja rozbija bowiem klasyczne wyobrażenie pamięci jako uporządkowanej narracji, lecz jednocześnie odsłania jej głębsze warstwy, ponieważ człowiek, który traci zdolność logicznego opowiadania o swoim życiu, niekoniecznie traci wszystkie ślady tego życia. Czasami właśnie wtedy na powierzchnię zaczynają wypływać obrazy, emocje i fragmenty wydarzeń, które przez lata pozostawały ukryte pod warstwą społecznego porządku, wyuczonego zachowania i świadomej kontroli.

To jeden z najbardziej przejmujących paradoksów książki Fice: pamięć może zostać zniszczona jako system, a jednocześnie zachować się jako doświadczenie. Nie jest już wtedy uporządkowaną opowieścią, lecz raczej zbiorem fragmentów, które powracają bez ostrzeżenia i bez chronologii, a zadaniem drugiego człowieka staje się nie tyle ich uporządkowanie, ile uważne wysłuchanie. I tutaj książka nabiera szczególnego wymiaru etycznego, ponieważ pyta nie tylko o to, co pamiętamy, lecz także o naszą odpowiedzialność wobec tych, którzy nie potrafią już opowiedzieć własnej historii w sposób zgodny z regułami racjonalnej narracji. Należy zadać kilka pytań. Czy człowiek ma obowiązek pamiętać za drugiego człowieka? Czy można być świadkiem czyjegoś wspomnienia, nawet jeśli jest ono fragmentaryczne, niespójne i trudne do zweryfikowania? Czy opowieść osoby chorej może być mniej prawdziwa tylko dlatego, że nie mieści się w porządku, który uznajemy za logiczny?

Fice nie odpowiada na te pytania wprost, lecz właśnie dzięki temu pozostawia czytelnikowi przestrzeń do własnego namysłu, a jej literatura nie zamienia się w moralizatorski wykład. Wojna, która stanowi jeden z fundamentów tej opowieści, również nie zostaje przedstawiona jako zamknięty rozdział historii, lecz jako doświadczenie posiadające swoje długie życie po zakończeniu działań wojennych. To bardzo ważne przesunięcie perspektywy, ponieważ o wojnie można opowiadać poprzez bitwy, daty, granice i polityczne decyzje, ale można też zapytać, co dzieje się z człowiekiem, który przeżył coś, czego nie da się później po prostu zostawić za sobą. Fice wybiera tę drugą drogę, dzięki czemu wojna przestaje być wyłącznie wydarzeniem historycznym, a staje się stanem psychicznym, który może trwać przez dziesięciolecia.

Szczególnie mocno wybrzmiewa tutaj historia młodej, piętnastoletniej dziewczyny, której los zostaje wpisany w brutalną rzeczywistość deportacji i przymusowej pracy, ale autorka nie próbuje tworzyć kolejnego patetycznego pomnika cierpienia. Przeciwnie, unika łatwego wzruszenia, ponieważ pokazuje wojnę również poprzez jej codzienność, monotonię, powtarzalność pracy, zmęczenie, strach i stopniowe oswajanie się z sytuacją, która z normalnością nie ma przecież nic wspólnego. To właśnie codzienność zła wydaje się w tej książce bardziej przerażająca niż pojedynczy akt przemocy.

Człowiek może bowiem przywyknąć niemal do wszystkiego, jeśli zostanie pozbawiony możliwości zmiany sytuacji, a największym zwycięstwem systemu przemocy jest niekiedy właśnie doprowadzenie do stanu, w którym rzeczy nieludzkie zaczynają być traktowane jak zwyczajne. Fice pokazuje ten proces bez upraszczania i bez tworzenia wygodnej opowieści, w której po jednej stronie zawsze stoją całkowicie dobrzy, a po drugiej całkowicie źli ludzie. Nie oznacza to oczywiście relatywizowania odpowiedzialności ani rozmywania granic moralnych, lecz próbę zrozumienia mechanizmów, które sprawiają, że człowiek może zostać wciągnięty w rzeczywistość przemocy, strachu i podporządkowania. Literatura staje się tutaj narzędziem nie tyle osądu, ile poznania, a to poznanie bywa znacznie bardziej niepokojące niż prosty moralny werdykt.

Czytelnik zostaje bowiem pozbawiony komfortu przekonania, że zło zawsze znajduje się po drugiej stronie. Fice przypomina, że historia jest pełna sytuacji, w których człowiek zostaje postawiony przed wyborem, którego nie można oceniać bez znajomości okoliczności, a jednocześnie nie można dopuścić do tego, aby okoliczności stały się usprawiedliwieniem dla wszystkiego. Ta równowaga jest trudna do osiągnięcia, ale właśnie dzięki niej powieść unika publicystycznej jednoznaczności.

Jednym z najciekawszych elementów „Kształtu atomu” jest również sposób, w jaki autorka traktuje kobiece doświadczenie wojny i pracy. Historia XX wieku bardzo często była opowiadana językiem wielkich wydarzeń i wielkich mężczyzn, natomiast doświadczenie kobiet pozostawało gdzieś na dalszym planie, choć to właśnie kobiety przez dekady wykonywały ogromną część pracy niewidocznej dla oficjalnych narracji, opiekowały się dziećmi i starszymi, dźwigały konsekwencje przemocy, migrowały, pracowały w obcych domach i próbowały odbudować życie po katastrofie.

Fice interesuje się właśnie tą historią, która nie zawsze trafia do podręczników. Dlatego tak ważne jest zestawienie dawnych robotnic przymusowych ze współczesnymi kobietami podejmującymi pracę opiekuńczą w Niemczech, choć oczywiście obu doświadczeń nie można utożsamiać. Można natomiast zauważyć pewien rodzaj ciągłości społecznej, w której kobieta przybywająca do obcego kraju nadal wykonuje pracę pozostającą często na marginesie społecznego prestiżu, pracę niezwykle potrzebną, ale jednocześnie niewidoczną, pracę polegającą na zajmowaniu się cudzym życiem wtedy, kiedy inni nie chcą albo nie mogą tego robić.

W tym miejscu prywatne doświadczenie autorki nabiera znaczenia literackiego, ponieważ nie zostaje zamknięte w osobistej anegdocie, lecz staje się punktem wyjścia do szerszej refleksji nad pamięcią kobiet, migracją, pracą i zależnością.

Bardzo ciekawie funkcjonuje również w powieści nauka, szczególnie fascynacja fizyką cząstek elementarnych i CERN-em, ponieważ nie jest ona wyłącznie intelektualnym dodatkiem do historii. Nauka bada rzeczy, których nie można zobaczyć gołym okiem, a literatura Fice próbuje zrobić coś podobnego z pamięcią i traumą: nie pokazuje ich bezpośrednio, lecz szuka śladów ich obecności. W jednym i drugim przypadku poznanie wymaga cierpliwości, obserwacji, interpretacji i umiejętności łączenia pozornie nieistotnych elementów.

Cząstka pozostawia ślad. Człowiek również. I być może właśnie dlatego metafora atomu jest tak konsekwentnie nośna, ponieważ sugeruje, że nawet najmniejszy fragment doświadczenia może wpływać na całość. Jedno przemilczenie może zmienić relacje rodzinne. Jedna decyzja może zmienić czyjeś życie. Jedno wspomnienie może po latach otworzyć przestrzeń, o której istnieniu nikt już nie pamiętał.

W świecie tej powieści nie istnieją więc wydarzenia całkowicie obojętne. Każde doświadczenie zostawia po sobie energię. Jedne ślady są widoczne, inne pozostają ukryte, ale ich niewidzialność nie oznacza braku znaczenia. Ważną rolę odgrywa przy tym oniryczny wymiar książki. Sny, wizje, powracające obrazy i zaburzenia chronologii nie są jedynie literacką dekoracją, ale próbą znalezienia języka dla tego, czego nie da się opowiedzieć w sposób linearny. Sen może bowiem przechowywać prawdę, której nie przechowuje już świadoma pamięć, a obraz może okazać się bardziej prawdziwy emocjonalnie niż dokument.

Dlatego „Kształt atomu” wymyka się prostemu podziałowi na realizm i fikcję. Autorka porusza się pomiędzy tymi obszarami swobodnie, pozwalając, aby rzeczywistość historyczna spotykała się z wyobraźnią, a fakt z metafizycznym przeczuciem. Nie chodzi tutaj o rozmywanie granic prawdy, ale o uświadomienie sobie, że istnieją doświadczenia, których nie da się zamknąć w samym dokumencie. Czasami fakt mówi, co się wydarzyło. Literatura próbuje odpowiedzieć na pytanie, co to wydarzenie zrobiło z człowiekiem. I właśnie to drugie pytanie jest dla Łucji Fice najważniejsze.

Nieprzypadkowo pojawia się również motyw lustra, ponieważ lustro jest jednym z najbardziej oczywistych symboli poznania siebie, ale jednocześnie pokazuje wyłącznie powierzchnię. Człowiek może patrzeć na własną twarz i nie mieć dostępu do tego, co naprawdę go ukształtowało. Dopiero pamięć, relacja z drugim człowiekiem, opowieść i konfrontacja z przeszłością pozwalają zajrzeć głębiej. W tym sensie cała książka jest rodzajem lustra, ale lustra niedoskonałego, pękniętego, odbijającego nie jeden obraz, lecz wiele fragmentów rzeczywistości, które dopiero po zestawieniu ze sobą zaczynają tworzyć jakiś sens.

Nie należy jednak oczekiwać od Fice pełnego porządku. Jej książka świadomie pozostawia pewne szczeliny. I właśnie w tych szczelinach często pojawia się największa siła literatury. Bo pamięć również jest niepełna. Człowiek nie jest archiwistą własnego życia. Nie przechowuje wszystkiego. Nie pamięta wszystkiego. Nie rozumie wszystkiego. Czasami dopiero po wielu latach odkrywa znaczenie wydarzenia, które w chwili jego przeżywania wydawało się pozbawione sensu. To sprawia, że „Kształt atomu” jest również powieścią o czasie, ale czasie rozumianym nie jako prosta droga od przeszłości do przyszłości, lecz jako przestrzeń, w której dawne doświadczenia mogą powracać i zmieniać znaczenie. Wydarzenie raz przeżyte nie jest ostatecznie zamknięte, ponieważ jego interpretacja może się zmieniać wraz z dojrzewaniem człowieka. W tym sensie przeszłość nie jest czymś skończonym. Przeszłość nadal się wydarza. Wydarza się za każdym razem, kiedy zostaje przypomniana. Za każdym razem, kiedy zostaje opowiedziana i za każdym razem, kiedy ktoś po latach próbuje zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się kiedyś. To niezwykle ważna myśl, ponieważ prowadzi książkę Fice poza zwykłą literaturę wspomnieniową i nadaje jej wymiar filozoficzny. Autorka pyta bowiem o samą naturę ludzkiego istnienia: czy jesteśmy tylko tym, co pamiętamy, czy również tym, czego nie pamiętamy; czy można uwolnić się od historii, której nie wybieraliśmy; czy można rozpocząć życie od nowa, jeśli ciało i psychika przechowują ślady wcześniejszych doświadczeń; czy milczenie jest zapomnieniem, czy może inną formą pamięci. Na te pytania nie ma łatwych odpowiedzi. I dobrze.

„Kształt atomu” nie jest książką pocieszającą w banalnym znaczeniu tego słowa. Nie proponuje czytelnikowi prostego rozwiązania, według którego wystarczy opowiedzieć traumę, aby ją zakończyć, ani nie sugeruje, że poznanie prawdy automatycznie prowadzi do wybaczenia. Nadzieja, która pojawia się w tej prozie, jest znacznie bardziej dyskretna i przez to bardziej wiarygodna. Polega na możliwości nazwania, na możliwości wysłuchania, na tym, że cudzy ból może zostać potraktowany poważnie. oraz na przekonaniu, że człowiek nie powinien umierać po raz drugi tylko dlatego, że jego historia została zapomniana. I właśnie tutaj literatura okazuje się potrzebna najbardziej. Nie po to, żeby zastąpić historię, dokument czy świadectwo, ale żeby dotrzeć tam, gdzie żaden dokument nie potrafi dotrzeć — do wewnętrznego doświadczenia człowieka.

Łucja Fice próbuje wejść właśnie w tę przestrzeń. Jej „Kształt atomu” można więc czytać jako opowieść o wojnie, ale można też czytać go jako książkę o pamięci, starości, pracy, kobiecości, migracji, miłości, samotności i odpowiedzialności za cudzą historię. Wszystkie te tematy spotykają się jednak w jednym punkcie: w przekonaniu, że człowiek jest strukturą znacznie bardziej skomplikowaną, niż sugerowałaby jego zewnętrzna biografia. Nie wystarczy powiedzieć, gdzie się urodził, gdzie pracował, z kim żył i kiedy umarł. Trzeba jeszcze zapytać, co przeżył. Czego się bał, czego nie potrafił powiedzieć, kogo kochał, co zabrał ze sobą z przeszłości i co przekazał następnym? Właśnie dlatego książka Fice pozostaje w pamięci czytelnika nie jako kolejna opowieść o przeszłości, ale jako próba pokazania, że przeszłość wcale nie znajduje się za nami. Jest w nas. Być może każdy człowiek nosi w sobie własny „atom historii” – mały, niewidoczny, często nieuświadomiony, ale zdolny do wpływania na całe jego życie. Nie można go wyjąć, odłożyć na bok i powiedzieć, że od tej chwili już nas nie dotyczy. Można natomiast próbować go rozpoznać. I właśnie temu służy literatura Łucji Fice. Nie po to, aby przeszłość unieważnić, nie po to, aby ją osądzić jednym zdaniem, nie po to nawet, aby ją ostatecznie wyjaśnić. Raczej po to, aby nauczyć się z nią rozmawiać.

„Kształt atomu” jest więc książką o rozmowie prowadzonej z tymi, którzy milczą, z tymi, którzy zapomnieli, z tymi, którzy nie potrafią już opowiedzieć własnego życia, ale także z tymi, których wojna zabrała dawno temu, pozostawiając po nich jedynie fragmenty świadectw, wspomnień i cudzych pamięci. Jest to rozmowa trudna, ponieważ wymaga od czytelnika rezygnacji z łatwych ocen i zgody na niepewność, ale właśnie dzięki temu może stać się rozmową prawdziwą.

Największą wartością tej książki jest bowiem nie to, że daje odpowiedzi, lecz to, że zmusza do zadawania pytań, których wcześniej być może nie chcieliśmy zadawać. Co naprawdę dziedziczymy po poprzednich pokoleniach? Ile historii mieści się w jednym człowieku? Czy można zapomnieć coś, co zostało zapisane w ciele? Czy cisza może być świadectwem? Czy miłość może przetrwać w miejscu, w którym człowieczeństwo zostało niemal całkowicie zniszczone? I wreszcie: czy człowiek może naprawdę zakończyć własną przeszłość? Po lekturze „Kształtu atomu” trudno odpowiedzieć twierdząco. Możemy zamknąć książkę, możemy odłożyć dokument, możemy przestać mówić o wojnie, możemy uznać, że minęło wystarczająco dużo czasu. Ale historia nie zawsze uznaje nasze decyzje. To, co zostało przeżyte, pozostaje w strukturze człowieka, a czasami również w strukturze następnych pokoleń. Dlatego „Kształt atomu” Łucji Fice jest książką ważną przede wszystkim dlatego, że przypomina o odpowiedzialności pamięci. Nie tej pamięci oficjalnej, pomnikowej, wygładzonej i uporządkowanej, lecz pamięci prywatnej, niepewnej, pełnej pęknięć, czasami niewygodnej i trudnej do zaakceptowania. To właśnie ona przechowuje bowiem najwięcej prawdy o człowieku. Człowiek, którego pamięć została uszanowana, nie znika całkowicie. Pozostaje w słowie. W cudzej pamięci, w śladzie, w opowieści, w ciszy. I może właśnie dlatego najważniejszym symbolem tej książki nie jest ostatecznie sam atom, lecz jego niewidzialna energia – coś, czego nie można zobaczyć, a co mimo wszystko zmienia kształt świata, bo tak działa pamięć, trauma, miłość i tak działa literatura.

A „Kształt atomu” jest próbą uchwycenia tej niewidzialnej siły, która sprawia, że człowiek nigdy nie jest tylko człowiekiem z teraźniejszości, lecz zawsze niesie w sobie także tych, którzy byli przed nim, wydarzenia, których nie zdołał zapomnieć, i historie, które nawet po wielu dziesięcioleciach wciąż czekają na uważnego słuchacza.

Andrzej Dębkowski

 

_________

Łucja Fice, Kształt atomu. Wojna i pamięć. Posłowie: Andrzej Dębkowski. Projekt okładki: Dawid Duszka. Ilustracje na okładce: © Bogusław Legan. Redakcja: Magda Ceglarz, Danuta Gołąbek. Korekta: ERATO. DTP: JENA. Wydawca: Book Edit, Bez miejsca wydania 2026, s. 286.

 

 

Plakat
Dariusz Pawlicki  

 

O ogniu, nie tylko z Heraklitem w tle 

 

Jakże łapczywy, wręcz pazerny jest ogień w unicestwianiu tego, co wody w sobie ma niewiele: w tym wypadku, trawy i gałęzi. Pozostałe żywioły, gdy ogarnie je pasja niszczenia, pozostawiają po swym działaniu więcej śladów. A nie tylko coś tak mało przypominającego materiał wyjściowy, jak popiół.

Według Heraklita ogień jest substancją najpierwotniejszą, przy tym wieczną. To z niego powstały w dalszej kolejności morze, powietrze, ziemia. Następnie znowu staną się wyłącznie ogniem. Z niego zaś ponownie powstaną wspomniane trzy elementy. Z nich zaś... I tak bez końca. Za tą ustawiczną zmiennością stoi Logos będący rozumną zasadą porządkującą Świat (także kierującą i inicjującą wydarzenia w społeczeństwach ludzkich). Ten zaś, jak twierdził Heraklit, jest wieczny. I dodawał, że ponieważ wiecznotrwałość jest atrybutem Bogów, więc Logos ma charakter boski. Tak jak i sam ogień będący wspomnianym wiecznotrwałym składnikiem rzeczywistości.

Kontynuując wątek filozoficzny należy wspomnieć o Platonie, który w Timajosie wspomina o kilku rodzajach ognia. Zaś Zenon z Kition, założyciel szkoły stoików rozróżniał (tylko) dwa jego rodzaje: „jeden jest nietwórczy [...], przetwarzający paliwo w samego siebie, drugi jest twórczy [...], powodujący wzrost i zachowanie” (cytat z: Adam Drozdek, Greccy filozofowie jako teolodzy).

Także stoicy ,,widzieli” Logos w postaci ognia. Z tym, że Logos, który był dla nich powszechnym Rozumem, wprost utożsamiali z Bogiem. Miał On być, przy tym, owym Zenonowym twórczym ogniem. To bowiem za sprawą Boga posługującego się, właśnie  tego rodzaju ogniem (mają znajdować się w nim stosowne informacje), Świat jest odbudowywany po każdej kolejnej katastrofie. Bertrand Russell w Dziejach zachodniej filozofii na temat ognia w koncepcjach stoików, tak oto napisał:

 

„Wcześniej czy później wybuchnie kosmiczny pożar i wszystko stanie się na

powrót ogniem. Według większości stoików nie jest to jednak ostateczne

spełnienie podobne do końca świata w doktrynie chrześcijańskiej, lecz tylko

domknięcie jednego cyklu; cały ten proces będzie powtarzał się w nieskończoność.

Wszystko, co się dzieje, działo się już wcześniej, wydarzy


się znowu, i to nie raz, lecz niezliczoną ilość razy”.

Bez względu jednak na żywioł dominujący w koncepcjach filozofów starożytnych, uważali oni, że cztery żywioły współtworzą zarówno Kosmos, tak też budują mikrokosmos, to znaczy człowieka. Należy mieć na uwadze fakt, że owa czwórnia obecna jest również w myśli średniowiecznej. Za przykład może posłużyć Honoriusz z Autun, według którego „wszechświat ma kształt jaja. Na podstawie średniowiecznej nauki o czterech pierwiastkach – jak pisze w Czasie Henryk Paprocki – Honoriusz wyróżnił cztery elementy wszechświata: ziemię, jako najcięższą, znajdującą się w jego centrum, wodę, «jako lżejszą od ziemi, otaczającą ją i przenikającą», powietrze, wypełniające pustkę między Księżycem a Ziemią oraz ogień, «którego naturalnym miejscem jest „góra”, obejmująca przestrzeń od Księżyca do firmamentu», strefa zwana eterem, z którego mają się formować ciała astralne. Te cztery elementy wszechświata Honoriusz przyporządkował czterem pierwiastkom i porównał z czterema elementami jaja:  

 

Niebo = woda = skorupka

Eter = ogień = białko

Powietrze = powietrze = żółtko

Ziemia = ziemia = zarodek”.

                 

Jest wiele przykładów każących odrzucić obraz wiedzy w wiekach średnich, ukształtowany w stuleciach XVIII i XIX (zwłaszcza w tym pierwszym), a funkcjonujący jeszcze – i to bez zastrzeżeń – przez większość wieku XX: śmiało można mówić o klasycznej postaci resentymentu. Był to bowiem obraz, jako całości, czasów wyjątkowo ciemnych. Ognisk wiedzy, w porównaniu np. z epoką hellenistyczną, było niewątpliwie mniej, ale te które paliły się (szczególnie w wiekach XI-XIV), paliły się równie intensywnie (ach, ten ogień). A żyjący w latach: ok. 1175-1235 Robert Grosseteste był niewątpliwie takim ogniskiem, a tym samym, oczywiście, źródłem światła, a ono (obok barw) bardzo go interesowało, jako uczonego. Swoje poglądy w tej materii zaprezentował w dziele De Luce (O świetle). A brzmią one bardzo, bardzo nowocześnie, a przy tym znajomo: na myśl przychodzi teoria Wielkiego Wybuchu. Ów Anglik uważał bowiem, że świat wziął swój początek w stworzonym przez Boga punkcie  materialnym. Rozchodzące się od niego światło porywało ze sobą cząstki materii. Konsekwencją czego był rozszerzający się Wszechświat. Jego granicę wyznaczała powierzchnia kuli stale zwiększającej swą średnicę. Towarzyszyła  też temu malejąca stopniowo gęstość materii w nim istniejącej. Grosseteste  rozróżniał światło nazywane lux, wypełniające Wszechświat, od światła lumen istniejącego poza nim.

 

II   

Łapczywość ognia sprawia, że zagrożone jest życie skrywające się w resztkach roślinnych, które zwożę taczką, z coraz odleglejszych części ogrodu. To dlatego, mając na uwadze drobne żywe organizmy – nazwę je żyjątkami – zanim wrzucę w ogień kolejną partię suchej trawy i suchych badyli, potrząsam nią na boku. Tak, aby one nie stały się ofiarami ognia (liczę się jednak z tym, że nie zawsze to mi się udaje). Tak, jak zwierzęta domowe i – w szczególnych sytuacjach – dzieci składane w ofierze Baalowi. Tak, jak miało to miejsce w fenickich i kartagińskich świątyniach przed wiekami.

Z pewnością jest jakiś – najpewniej istotny (dla mnie) – powód tego, że ogień tak często kojarzy mi się z zadawaniem bólu ⁄ uśmiercaniem (natomiast w o wiele mniejszym stopniu – jako siła twórcza/stwórcza chociażby w postaci działalności górotwórczej). I mam tu na myśli nie tylko bliższe mym czasom palenie np. czarownic, stosowanie ognia podczas tortur. Mam bowiem na uwadze takie przypadki, jak wskoczenie, jakoby, Empedoklesa do jednego z kraterów Etny (na jego krawędzi został potem odnaleziony sandał samobójcy); także upieczenie we wnętrzu spiżowego byka, jego konstruktora – Perillusa, na rozkaz Falarisa, tyrana sycylijskiego Akragasu (Agrigento).

Przejawem niszczycielskiej, wręcz morderczej siły tego żywiołu jest pojęcie „ognia” występujące w wojskowości (w tym wypadku stoi za tym, tylko i wyłącznie, człowiek). Skrywa się za nim „sposób niszczenia sił i środków przeciwnika w wyniku ostrzeliwania go z rozmaitych rodzajów broni”. Termin ów ma w sobie sporo z eufemizmu, aby nie powiedzieć tego, co ów rodzaj ognia niesie z sobą. Z całą pewnością żadnym oględnym terminem nie jest „miotacz płomieni” (poprzedzony, stosowanym w niektórych bitwach morskich średniowiecza, tzw. ogniem greckim). Trzeba być osobą o wyjątkowo ograniczonej wyobraźni, by słysząc tę dwuwyrazową nazwę nie poczuć swądu palących się ciał żywych (jeszcze) ludzi. A przede wszystkim nie wyobrazić sobie odczuwanego przez nich potwornego bólu.

 

III                                                          

Z wielką ulgą stwierdzam fakt następujący: powszechny jeszcze niedawno obyczaj wypalania wiosną traw stał się bardzo rzadkim zjawiskiem: prawo i zmiana obyczajów stoją za tym, chyba, w tym samym stopniu. A śmierć w płomieniach lub w wyniku uduszenia, zaskoczonych bądź nazbyt powolnych stworzeń, stawała mi przed oczami każdorazowo, gdy widziałem języki ognia przesuwające się po ziemi (gasiłem je, gdy tylko mogłem). Również widok wypalonych pól, łąk, czy miedz rozdzielających je, szybko sprawiał, że wyobraźnia zaczynała malować sugestywne obrazy.

Opisywane spalanie suchej trawy i rozmaitych badyli, ma miejsce na początku kwietnia. I zaskakuje mnie liczna obecność niewielkich ślimaków w skorupkach ozdobionych różnokolorowymi pasemkami. Zbieram je, gdy pojawiają się nazbyt blisko ogniska. Nie mija jednak wiele czasu, gdy ponownie stwierdzam ich obecność w tych samych miejscach. Może wysoka temperatura przywabia je?

 

IV

„Ogień jest symbolem wieczności, praprzyczyny, pierwiastka podstawowego, prazasady; światła, Słońca, ciepła, Boga–Stwórcy, gniewu bóstwa, miłości bóstwa; oświecenia duchowego; życia, miłości, nienawiści, śmierci, ducha; zła, diabelstwa, piekła, kary, prześladowania; oczyszczenia, męczeństwa, tortury, ofiary; pocieszyciela; mowy; potęgi; pożerania; zasady męskiej, chuci, płciowości, płodności; zapału; autorytetu; zimy, ogniska domowego, gościnności, ochrony przed strachem” (Słownik symboli, W. Kopaliński).

Tak wiele wysiłku wymagało jeszcze stosunkowo niedawno skrzesanie ognia. A następnie jego utrzymanie. Gdy w świątyni Westy zgasł ogień, winna temu, jedna z sześciu westalek, była karana chłostą (nie była ona symboliczna). Wierzono bowiem, że wygaśnięcie ognia w świątyni na stoku Palatynu, przyniesie nieszczęście państwu rzymskiemu.

A teraz... A teraz zapalam zapałkę i przykładam ją do wiechcia suchej trawy. Ta zaś natychmiast zajmuje się ogniem. Chociażby dlatego współcześnie o wiele łatwiej przychodzi zaspokajać swe patologiczne żądze piromanom.

Ogień, tak jak i pozostałe trzy czynniki, jest siłą i niszczycielską, i stwórczą. Trudno jednak orzec, co w jego przypadku, dominuje (nie inaczej jest, zresztą w przypadku pozostałych żywiołów). Jego niszczycielskość przejawia się, choćby, w postaci żaru lejącego się z nieba, powodującego suszę, a w przypadku dłuższego trwania, czy częstej powtarzalności, może doprowadzić do pustynnienia pewnych obszarów (liczne są tego przykłady choć powód nie musi być wyłącznie ten właśnie). Biorąc pod uwagę ,,sprawczość” ognia należy, przykładowo, widzieć powstawanie / wypiętrzanie się łańcuchów górskich (jeśli plutonizm – nazwa od rzymskiego boga świata podziemnego –  opisuje jedną stronę rzeczywistość, za drugą odpowiada neptunizm) w wyniku oddziaływania na skorupę Ziemi czynników mających swe źródło w jej rozgrzanym jądrze, tym ziemskim piecu.

Według mitologii nordyckiej ogień jest też siłą sprawczą narodzin wszystkich ciał niebieskich. Konkretnie stoją za tym... iskry. Te zaś powstały w wyniku kontaktu ognia wypełniającego Muspelheim/Muspel (Krainę płomieni) z lodem z Niflheim (Krainy lodu). Obie te części (w sumie jest ich dziewięć) Świata nordyckiego sąsiadują ze sobą.

         Jeśli chodzi o ogień i sprawy boskie, nie można stracić z widnokręgu – choć w grę wchodzi tu bardziej układ wertykalny – pewnego zdarzenie mistycznego. Miało ono miejsce u podnóża góry Synaj (rzadziej można zetknąć się z poglądem, że chodzi, o którąś z pobliskich dwóch gór: Świętej Katarzyny bądź Sirbal). To tam Mojżeszowi, pod postacią krzewu, który płonął, ale nie spalał się, objawił się Jahwe. Wtedy to, zgodnie z tradycją judeochrześcijańską Mojżesz otrzymał od Boga kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań. Wówczas też zostało zawarte przymierze pomiędzy Najwyższym a Izraelitami.

Z owym krzewem (Krzewem gorejącym) identyfikowany jest krzak jeżyny krwistej rosnący na terenie bardzo starego klasztoru świętej Katarzyny usytuowanego u podnóża góry Synaj i góry Świętej Katarzyny. Jest to, jakoby, jedyny na całym półwyspie Synaj okaz tej rośliny.

 

V

Ogień przez to, że ogrzewa, sprawia, że życie, mimo niesprzyjających często warunków, może trwać (niekiedy inspiruje czy też sprzyja takim, czy innym ludzkim poczynaniom). Także to w postaci zwyczaju zasiadania wieczorem w wygodnym fotelu przed kominkiem, w którym palą się drwa. I w takiej to scenerii możemy wyobrazić sobie na przykład Charlesa Lamba czytającego swej siostrze Mary i przyjacielowi Samuelowi Taylorowi Coleridge'owi jeden z napisanych przez siebie esejów, jakie w latach 1820–1825 zamieszczał w „The London Magazine”.

Piec, w którym ogień jest zamknięty pomiędzy kaflami i za drzwiczkami żeliwnymi, nie wyzwala tylu, i takich, wrażeń (w tym estetycznych), jak kominek. To fakt. Dostarcza za to więcej ciepła. Tym samym intensywniej może ogrzać, chociażby, myśli. Doświadczył tego Kartezjusz. W listopadzie 1619 r. (drugi rok trwania okrutnej wojny trzydziestoletniej), był wtedy oficerem armii księcia bawarskiego Maksymiliana I, przebywał na południu Niemiec. W kwaterze, którą zajmował, a noce były już wyjątkowo zimne, na szczęście znajdował się piec. I to za sprawą ciepła przezeń wydzielanego Kartezjusz dobrze spał. A jednej nocy miał trzy sny, których treść zainspirowała go do sformułowania zasad, które stały się następnie m. in. podstawą zaproponowanego przezeń sceptycyzmu metodologicznego, tak istotnego dla dalszego rozwoju nauki.

 

VI                                                                    

Ogień, istotny składnik, od tysiącleci towarzyszący człowiekowi, musiał – innej możliwości nie było i nie ma – zaistnieć jako temat w rozmaitych sztukach plastycznych (potem również w dziełach filmowych). Szczególnie, i trudno temu się dziwić, w malarstwie. Jest on bowiem czynnikiem/zjawiskiem niezmiernie... malarskim. I mogłoby się wydawać – przynajmniej mi początkowo tak właśnie się wydawało – że pożary utrwalone na płótnie, papierze czy kartonie, są pożarami dzieł, najrozmaitszej wielkości, ludzkich rąk. Ich przykładami mogą być ,,Pożar Izby Lordów i Izby Gmin” Williama Turnera, „Płonący okręt” Iwana Ajwazowskiego, „Pożar tureckiej fregaty” Konstantinosa Volanakisa, „Pożar Rzymu” Huberta Roberta. Lecz stosunkowo szybko przypomniałem sobie o ogniu unicestwiającym – o czym już wcześniej napomknąłem – także ludzkie ciała, jak to, chociażby, farbami olejnymi utrwalił Piotr Miasojedow na obrazie zatytułowanym „Protopop Awwakum na stosie”.

Ogień może być jednak tematem samym w sobie, bez żadnych dodatkowych elementów mających wzbogacić scenę. Taka właśnie sytuacja ma miejsce na obrazie akrylowym „Pożoga” autorstwa Tomasza Olszewskiego: ogień, i tylko on, wypełnia całą przestrzeń obrazu, który do małych nie należy.

 

VII

Zmierzcha. Do przygasającego ogniska dorzucam ostatni wiecheć trawy. Ogień ożywia się na kilka minut, po czym zaczyna ponownie przygasać.

Heraklit – przez cały ten czas byłem świadom jego obecności – poprawia na sobie opończę. Jeszcze raz spogląda na dożarzające się resztki, po czym oddala się nieśpiesznym krokiem. 

Nieco dłużej na miejscu pozostaje Honoriusz z Autum. W końcu jednak zarzuca na głowę mnisi kaptur (był benedyktynem), zrobiło się bowiem zimno, i odchodzi. Powoli znika w półmroku, który nastał. 

„Dokąd obaj udali się?”

Czy był ktoś jeszcze? Niewykluczone, że tak. Lecz z jego/ich obecności nie zdałem sobie sprawy. Co innego jeśli chodzi o tych dwóch – niech mi wybaczą tę bezpośrednią formę – którym poświęciłem najwięcej miejsca (w porównaniu z innymi) w mych przyogniskowych rozmyślaniach, a tym samym w pisanym właśnie tekście. O ile

jednak o Heraklicie często się napomyka – bo to nie jest nic więcej niż napomykanie –  przywołując którąś z jego zgrabnych i spektakularnych myśli na temat, choćby, właśnie ognia, to o Honoriuszu z Autum panuje prawie cisza. Długo trzeba w nią się wsłuchiwać, aby dosłyszeć jego imię, i któreś z jego przemyśleń bądź wypowiedzi innych autorów na ich temat; jeśli już to głównie to drugie.

Za oknem panują już kompletne ciemności, gdy zaczynam pić herbatę. Zaparzyłem ją wrzątkiem pochodzącym z czajnika stojącego na piecu kuchennym, w którym paliły się drwa. I kolejny raz – który to już raz? – stwierdzam, że woda zagotowana w ten właśnie sposób sprawia, że herbata (tym razem była to ,,Assam”, którą zresztą bardzo lubię) nabiera dodatkowych walorów smakowych i aromatycznych. Woda zagotowana w czajniku elektrycznym lub na kuchence gazowej nigdy ich nie da! (Nie, to nie jest sugestia: wiem, o czym piszę; nie ukrywam jednak, że nie  mam nic przeciw takim sugestiom).

Bogowie ognia, także Wam, to zawdzięczam.

Dariusz Pawlicki

 

 

Plakat

 

Plakat
Magdalena Cybulska 

 

X Zlot Poetów w Bełchatowie

 

Pomysł na Zlot poetów, gromadzący osoby piszące – przede wszystkim z województwa łódzkiego, ale także z innych regionów kraju, narodził się w głowie Małgorzaty Skwarek-Gałęskiej ponad dziesięć lat temu. Kiepsko jednak pamiętam ten pierwszy Zlot. Otaczało mnie wiele nowych twarzy należących do osób, które znałam słabo albo w ogóle nie znałam. Pierwsze zloty miały miejsce w Łodzi w szkole przy ulicy Minerskiej. Wszelkie prezentacje, koncerty odbywały się na sali gimnastycznej, na szkolnych korytarzach i w klasach. Już wtedy okazało się, że to znakomity pomysł aby zebrać wszystkich poetów, również osoby piszące prozę a także parające się ogólnie sztuką i pozwolić im przedstawić swoją twórczość przed naprawdę szeroką publicznością. Często przed pełną aż po same brzegi salą gimnastyczną. Zloty to różne warsztaty: literackie, teatralne, fotograficzne, z dykcji, z rysunku, z tańca, ruchu scenicznego, z opanowania stresu na scenie, z robienia motanek, wianków. Dzielenie się przez prowadzących warsztaty, a często samych poetów, umiejętnościami i wiedzą pozwala nauczyć się nowych rzeczy.

Zloty to również turnieje jednego wiersza, w których mógł zaprezentować swój tekst każdy poeta obecny na Zlocie. To wydarzenie towarzyskie, pełne pasji i dobrej energii. Okazało się, że na jednym Zlocie się nie skończy, bo osoby biorące w nim udział chciały co roku latem – na przełomie lipca i sierpnia wracać do Łodzi. Po każdym Zlocie pozostawał także pamiątkowy almanach zawierający wiersze twórców z całego kraju. Dziś w almanachach zlotowych możemy przeczytać wiersze także poetów, których już nie ma wśród nas, powspominać ich, przypomnieć sobie wspólne rozmowy i czas razem spędzony, nie tylko nad tekstami, ale także przy ognisku, czy przy wspólnej kolacji.

Potem Zlot przeniósł się do szkoły przy ulicy Rewolucji w Łodzi i do Centrum Kultury i Ekologii w Plichtowie. Okazało się, że Zlot jest bardzo ważną częścią wakacji i wszyscy piszący na niego czekają. Twórcy przyjeżdzający do Łodzi stworzyli prężne środowisko literackie, często przybywali oni z odległych zakątków kraju, aby się przynajmniej raz w roku spotkać twarzą w twarz i wymienić doświadczenia. Zniknęło poczucie obcości, każdy już się znał po imieniu, i z niecierpliwością czekał na kolejne zlotowe spotkanie. Zloty to też wycieczki po Łodzi i po okolicy, poznawanie nowych miejsc, możliwość odwiedzenia muzeów i tysiące wspólnych zdjęć. Zawarte podczas pierwszych zlotów znajomości oraz przyjaźnie trwają do dzisiaj. Nawet podczas pandemii udało nam się spotkać on-line.

W tym roku Zlot Poetów w dniach 31.07-2.08.2026 roku odbył się w nowym miejscu, a było nim miasto Bełchatów. Poetów przygarnęła tym razem Bursa Szkolna w Bełchatowie, gdzie odbywały się warsztaty, slam i pogaduchy na wszelkie możliwe tematy. Warsztaty literackie odbyły się w plenerze, na sierpniowej łące, pod drewnianą wiatą, czyli było bardzo wakacyjnie. Jednak Turniej Jednego Wiersza o Bełchatowskie Jabłko, koncerty, miały miejsce w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej im. Józefa Ignacego Kraszewskiego. a w tym roku na scenie zlotowej wystąpili: Alicja Babikir Abbas, Agnieszka Battelli, Iwona Buczkowska, Katarzyna Chmiel, Aleksandra Czerczyńska, Andrzej Dachtera, Aleksandra Fidziańska, Ireneusz Fiedler, Krzysztof Galas, Sławomir Germaniuk, Ryszard Krauze, Piotr Kulpa, Jacek Kusto, Leszek Lisiecki, Janusz Ochocki, Przemysław Rogalski, Wanda Dusia Stańczak, Witold Stawski, Jadwiga Skibicka, Magdalena Walusiak, Małgorzata Wiśniewska, Marek Wiśniewski, Tomasz Zubiński. Czyli można rzec całkiem spore grono osób śpiewających, grających na różnych instrumentach oraz tańczących.

Nowością na Zlocie był slam poetycki, do którego przystąpiło kilkudziesięciu twórców. Na pewno takie przedstawienie swojego tekstu wymaga pewnych zdolności aktorskich, dobrej dykcji i odwagi w występowaniu na scenie. Na pewno wielu poetów czytających swoje utwory debiutowało w takiej formie. Slam poprowadziła i dawała dobre rady Magdalena Walusiak, zaś warsztaty literackie prowadził Wojciech Kądziela, a fotograficzne Andrzej Makuch.

W niedzielę odwiedziliśmy także Muzeum Regionalne w Bełchatowie czyli dawny Dwór Olszewskich, pospacerowaliśmy po parku, byliśmy przy grobie Nelly i Stefana Hellwigów oraz czytaliśmy wiersze przy pomniku przedstawiającym zakochanych.

Wszędzie towarzyszyły nam jabłka, bo ten owoc jest symbolem Bełchatowa. Może teraz będziemy kojarzyć to miasto z czymś więcej niż tylko z elektrownią, dziurą w ziemi, wysokimi kominami i Górą Kamieńsk. Gdyż przez trzy dni stało się ono domem dla kilkudziesięciu poetów z całego kraju. Bełchatów to też historie wielu ludzi, których wysiedlono podczas budowy elektrowni, a mieszkali oni na małych wsiach, żyli w rytmie pór roku a miasto zaczęło wkraczać na piaszczyste drogi i pola. Na pewno wiele o Bełchatowie, jego historii i jego mieszkańcach mogliśmy się właśnie dowiedzieć od przewodnika w Muzeum Regionalnym. Bowiem powędrowaliśmy po salach dworów, wśród antyków, instrumentów muzycznych zdjęć oraz obrazów. Na okładce almanachu wierszy zlotowego również widnieją jabłka. Będzie nam on na pewno przypominał o chwilach spędzonych w tym mieście.

Na pewno miasto Bełchatów przyjęło poetów z otwartymi ramionami i sprawdziło się jako gospodarz Zlotu. Organizatorem Zlotu był zaś Związek Literatów Polskich Oddział Łódź a także Katamaran Literacki. Mam nadzieję, że kolejne Zloty jeszcze przed nami, gdyż na pewno warto kontynuować tą inicjatywę. Bo ta dobra energia zostaje potem z nami na długo.

Magdalena Cybulska 

Fot. https://www.facebook.com/magdalena.cybulska457/photos

 

 

Plakat
Maciej Andrzej Zarębski

 

W śląskim Davos

 

Na początku czerwca 2026 roku przebywam z żoną na Dolnym Śląsku. Zachęceni przez AI postanowiliśmy odwiedzić Sokołowsko – „najdziwniejszą wieś w regionie". Wyruszamy z Zagnańska we wtorek 9 czerwca, zaraz po śniadaniu. Mamy przed sobą prawie sześć godzin jazdy i dystans blisko 500-kilometrowy. Wybieramy trasę przez Piotrków Trybunalski, obrzeża Łodzi, potem  drogą ekspresową (S8) na Wrocław, stamtąd obwodnicą Wałbrzycha docieramy do Sokołowska (zwanego do roku 1945 Gobersdorffem). Jest godzina 15.00, kiedy parkujemy przed zabytkową starą pocztą przy ul. Głównej 26. Mamy tu zarezerwowany apartament. Kilkanaście minut temu otrzymaliśmy telefonicznie instrukcję  jak się do niego dostać. Lokum mieści się na parterze tego blisko stuletniego budynku i sprawia sympatyczne wrażenie. Pomieszczenie niezbyt duże (ok. 20 m2), ale przytulne, oryginalnie podświetlone, funkcjonalnie   zagospodarowane.

Dysponujemy nawet mini tarasem z bezpośrednim wyjściem zabezpieczonym moskitierą. gdzie stojący stolik z krzesłami zachęca do wypoczynku. Nie możemy z tego udogodnienia skorzystać ze względu na niesprzyjającą aurę.

Po rozpakowaniu i obiedzie przygotowanym z domowych zapasów, korzystając z chwilowej poprawy pogody, zaopatrzeni w parasole, udajemy się na spacer po dawnym uzdrowisku. Vis a vis starej poczty rozpościera się skwer dr. Alfreda Sokołowskiego. Na jednej z tablic tu umieszczonych znajdujemy jego życiorys (pozostałe zawierają informacje o innych ważnych dla Sokołowska osobach). Dr Sokołowski to postać niezwykle zasłużona dla tej miejscowości. Urodzony w roku 1849 we Włodawie ukończył studia lekarskie w Szkole Głównej w Warszawie w roku 1873. Rok później przybył do Göbersdorff  w charakterze pacjenta. Po trwającej kilka miesięcy kuracji został asystentem dr. Hermanna Brehmera, który trafił w te strony za namową starszej siostry żony Amalii, Marianny von Colomb, zwolenniczki hydroterapii metodą Vinceza Priessnitza, i od roku 1855 prowadził tu pierwszy na świecie zakład sanatoryjny leczenia gruźlicy. Po śmierci dr. Brehmera w 1889 roku dr Sokołowski kontynuował i doskonalił brehmerowskie metody leczenia suchot płucnych (spacery, umiarkowane ćwiczenia na powietrzu i dietetyczne żywienie). W roku 1908 założył Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Po II wojnie światowej, dla uczczenia tego wybitnego  lekarza, zmieniona nazwę miejscowości na Sokołowsko.    

Idziemy ulicą Główną w prawo w stronę centralnego obiektu, wybudowanego przez  dr. Brehmera budynku sanatorium.  Po drodze mijamy pochodzące z końca wieku XIX domy o ciekawej architekturze i oryginalnym wyglądzie. Niestety, większość z nich wymaga pilnej renowacji. Niektóre sprawiają wręcz wrażenie opuszczonych. Na ulicach spotykamy niewiele osób, co czyni miejscowość jakby wymarłą. Mijamy skrzyżowanie z ulicą Parkową i zatrzymujemy się przed okazałą trójkondygnacyjną kamienicą, z zabudowanym poddaszem.  

PlakatTo dawny pensjonat Tannenberg, wybudowany około 1910 roku w stylu późnego historyzmu. Przez lata pełnił funkcję sanatorium dr. Weickersa.  W latach 50. XX wieku, mieszkał w tym budynku wraz z rodziną (jako nastolatek) Krzysztof Kieślowski, przyszły słynny reżyser, filmowiec i scenarzysta. Na fasadzie budowli znajduje się odsłonięta w roku 2006 z okazji 10. rocznicy śmierci tego twórcy pamiątkowa tablica o tym informująca. Obecnie obiekt pełni funkcję mieszkalno-usługową.

Po drugiej stronie ulicy Głównej, naprzeciw pensjonatu, stoi dawny hotel Bergland. To obiekt historyczny, który powstał pod koniec XIX wieku. Przed II wojną światową był popularnym hotelem z dużą salą restauracyjną, w której seanse filmowe  wyświetlała objazdowa kino-projektorka. W latach 20. XX wieku odbywały się w nim także nabożeństwa dla katolików.  Po wojnie był  siedzibą domu kultury i kina. Dziś budynek służy celom mieszkalnym, a wyremontowana sala kinowa funkcjonuje jako kino-teatr „Zdrowie”, organizujący wydarzenia kulturalne, seanse filmowe oraz lokalne spotkania artystyczne i wieczory autorskie. Nawiasem mówiąc, to właśnie seanse filmowe w tym budynku miały ukształtować fascynację X muzą kilkunastoletniego Kieślowskiego. W obiekcie znajduje się także klimatyczna kawiarnia „Zdrowie", która jest integralną częścią kinoteatru. Nie jest to typowa, komercyjna kawiarnia – miejsce łączy funkcję kawiarni, artystycznego centrum spotkań oraz księgarni. Można tu wypić wyśmienitą kawę, skosztować domowych ciast, a nawet spróbować regionalnych alkoholi, wszystko to w otoczeniu historycznych wnętrz. Całością zarządza, od roku 2007, Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ. Obiekt jest jednym z głównych punktów na mapie corocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Hommage a Kieślowski.

To wydarzenie odbywa się rokrocznie (od 2011 roku),  pod koniec sierpnia. 

Idąc dalej ulicą Główną mijamy budynek pod numerem 25. To także obiekt historyczny, wybudowany na początku XX wieku. Do II wojny światowej funkcjonował jako Doktorhaus. Mieści się w nim od kilkunastu lat popularna „Kawiarenka Smaków", gdzie jest serwowana legendarna beza. Lokal oferuje także znakomitą  kuchnię włoską, szczególnie polecając truflową pizzę.

Spod „Kawiarenki Smaków" już niedaleko do legendarnego sanatorium dr. H. Brehmera, najważniejszej budowli Sokołowska. Utrwalam jego część frontalną. PlakatJest teraz okazja, by przybliżyć wreszcie historię miejscowości. 

Została założona w XIV wieku przez zakon benedyktynów z czeskiego Broumowa. Na początku wieku XVI razem z okolicznymi wsiami kupił ją hrabia von Hochberg posiadający rodową siedzibę w Książu. W połowie wieku XIX powstało tutaj pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla chorych na gruźlicę. Pomysłodawcą i realizatorem przedsięwzięcia był, o czym pisałem wcześniej, dr Brehmer, twórca innowacyjnej metody leczenia klimatyczno-dietetycznego gruźlicy. Jego podejście zrewolucjonizowało terapię tej groźnej choroby i spowodowało, że do tego zakątka Sudetów masowo zaczęli „pielgrzymować” chorzy z całej Europy.  Dr Brehmer zajmował się nie tylko leczeniem. To on stworzył rozległy park z alejkami, altanami i ławeczkami, zakładając istotny wpływ kontaktu z naturą na zdrowie. Sanatorium szybko się rozrastało. Już w roku 1862 postawiono pierwsze budynki uzdrowiskowe oraz pensjonaty. Z biegiem lat obiekt powiększył się o kolejne skrzydła, bibliotekę, ogród zimowy, a nawet mieszkanie dyrektora. Całość w stylu neogotyckim, z akcentami orientalnymi, zaprojektował uznany architekt niemiecki żydowskiego pochodzenia Edwin Oppler. Powstał potężny budynek z cegły, z elewacją pokrytą cegłą klinkierową. Zdobią go liczne wieżyczki, balkony, wykusze, okna z łukami i portalami. Nawet dzisiaj, chociaż nie całkowicie odrestaurowany, zachwyca monumentalnym kształtem i bogactwem detali architektonicznych. W szczytowym momencie działalności sanatorium mogło się tu leczyć ponad 700 kuracjuszy. Do ich dyspozycji oddano aż 303 pokoje. Były one zlokalizowane w głównych budynkach i w należących do zakładu willach. Uzdrowisko pod koniec XIX wieku posiadało własną pocztę i połączenia telefoniczne. Jego sława była tak duża, że na wzór Sokołowska powstało parę lat  później słynne szwajcarskie Davos. I mimo że,  jest ono ośrodkiem sanatoryjnym młodszym, to cieszy się większą sławą, a Sokołowsko określa się nazwą „śląskie Davos", chociaż chronologia wskazuje inaczej. Warto nadmienić, iż sam Tytus Chałubiński zainspirował się Görbersdorffem, szukając polskiego miejsca na kurort leczący choroby płuc – tym miejscem stało się Zakopane.

Po II wojnie światowej Gőrbersdorff przemianowano na Sokołowsko, a sanatorium dr Brehmera na „Grunwald".  Chociaż nadal funkcjonowało jako uzdrowisko, to straciło międzynarodowe znaczenie.  Prawdziwy cios przyszedł w roku 2005. Obiekt został zniszczony przez dwa pożary. I kiedy wydawało się, że Sokołowsko już się nie podniesie z losowego upadku, wydarzyło się coś niezwykłego. Unikatowy, po trosze dekadencki, klimat miejsca zaczął przyciągać artystów, filmowców, pisarzy – twórców poszukujących inspiracji. Kluczową rolę odegrała tu Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ (łacińska nazwa oznacza „w miejscu”), która, po przejęciu ruin kompleksu w roku 2007 rozpoczęła żmudny proces rewitalizacji obiektów sanatoryjnych. Prace postępują powoli, gdyż wymagają ogromnych nakładów finansowych. Widać już pierwsze efekty odbudowy. Oglądamy spiczastą wieżę, która prezentuje się okazale. Fundację czeka jeszcze ogrom pracy. Ale już widoczne jest ożywienie aktywności kulturalnej Sokołowska, które  stało się od pewnego czasu domem dla organizowanych corocznie festiwali filmowych, oraz miejscem spotkań artystów, wydarzeń kulturalnych i przestrzenią poświęconą pamięci Krzysztofa Kieślowskiego. W odnawianych powoli, ale systematycznie, ruinach sanatorium odbywają się koncerty i wystawy artystyczne.

Tuż za parkiem, w bezpośrednim sąsiedztwie budynku sanatorium, napotykamy niezwykle ciekawą budowlę. Pełniła ona dawniej rolę obserwatorium astronomicznego. Budynek powstał w 1876 roku w stylu neogotyckim. Pierwotnie dach był płaski, co widać na starych zdjęciach, i właśnie z tego tarasu można było obserwować niebo. Obecnie dach pokrywa oryginalny łupek. Niegdyś budynek stanowił integralną część sanatorium dr. Brehmera. Dziś jest własnością prywatną i pełni funkcję mieszkalną.

Naprzeciw głównego budynku sanatorium przy ulicy Słonecznej stoi inny historyczny obiekt.  

Dawniej zwany Steinhaus, powstał około połowy wieku XIX. Jest pozostałością istniejącego w tym miejscu gospodarstwa. Został wybudowany w konstrukcji kamienno-ceglanej.  Obecnie mieści się w nim prywatna galeria sztuki oraz biblioteka publiczna. Zwraca uwagę nową elewacją, a także oryginalnymi detalami architektonicznymi. Na ścianie zewnętrznej widoczna wmurowana tablica poświęcona Kieślowskiemu.

Plakat Pod płaskorzeźbą głowy artysty napis Krzysztof Kieślowski w Sokołowsku 1951-1960. Filmowiec trafił do Sokołowska wraz z siostrą i matką ze względu na chorobę płuc swojego ojca, który leczył się w tutejszym słynnym sanatorium dr. Brehmera. I co podkreślają wszyscy jego biografowie,  uzdrowiskowy klimat miejscowości i specyficzna atmosfera tego miejsca, często nazywanego „Platońską jaskinią”, głęboko zapadły w pamięć przyszłego reżysera. W każdym razie jest faktem, iż to w Sokołowsku zrealizował w roku 1974 film Prześwietlenie,  jedną ze swoich pierwszych produkcji dokumentalnych.

Idąc w górę ulicy Słonecznej, na zapleczu dawnego sanatorium „Grunwald”, spotykamy kolejny ciekawy budynek. To postawiony około 1878 roku pensjonat „Weisses Haus” (Biały Domek). Przez lata wchodził w skład zespołu sanatoryjnego dr. Brehmera. Obecnie jest domem wielorodzinnym. Obiekt w stylu szwajcarskim, konstrukcji murowano-drewnianej,  został  wybudowany na miejscu domu kuracyjnego hrabiny Marii von Colomb. Przypomnijmy, że ta „matka chrzestna” sanatorium sokołowskiego była siostrzenicą księcia Gebharda von Leberechta, pruskiego feldmarszałka, wojskowego pruskiego zasłużonego zwycięstwami nad Napoleonem w bitwach – pod Lipskiem (1813) i Waterloo (1815). To ona przybyła latem 1849 roku do Görbersdorff, wsi pruskiej zamieszkałej przez ok. 350 mieszkańców. To ona jako pierwsza odkryła lecznicze walory tej sudeckiej miejscowości. Była pod wrażeniem lekarza Wincentego Priessnitza, który założył uzdrowisko w Gräfenburgu (dzisiejsze czeskie Lazne Jesenik) i odnosił spektakularne sukcesy w wodolecznictwie.  Wzorując się na tym lekarzu–samouku w 1850 roku założyła w Gőrbersdorffie zakład leczenia zimną wodą, wykupując od Hochbergów, ówczesnych właścicieli, młyny z okolicznym terenem. Uzdrowisko, niestety nie przyniosło planowanych zysków, a niespłacone długi w 1854 roku wpędziły hrabinę do więzienia. Na szczęście dla miejscowości zakład przejął od niej jej szwagier – dr Hermann Brehmer. Dalsze losy uzdrowiska opisałem wcześniej. 

Wyruszamy w drogę powrotną. Do ulicy Głównej dochodzimy ulicą Słoneczną, mijając dwa okazałe współczesne budynki mieszczące biura sanatoryjne, potem idziemy ulicą Parkową mijając skwer imienia  Krzysztofa Kieślowskiego. Wchodzimy na ulicę Szkolną, zatrzymując się przed budynkiem dawnej szkoły ewangelickiej. Pochodzi z 1880 roku. Po II wojnie światowej, od 1946 roku, mieściła się tu polska placówka edukacyjna. Obecnie dawne obiekty oświatowe zostały zaadaptowane na cele mieszkaniowe, a młodzież od początku XXI wieku uczy się w Zespole Szkolno-Przedszkolnym im. Janusza Korczaka przy ul. Unisławskiej. Idziemy dalej, mijając stojące naprzeciw dawnego budynku szkolnego zaniedbane domy o elewacji świadczącej, iż czasy świetności mają za sobą.  Te domy domagają się remontu. Podobne wrażenie odnosiliśmy także obserwując podczas wcześniejszego spaceru inne budynki przy ulicy Głównej.  

Dochodzimy do budynku o numerze 1, stojącego blisko połączenia ulicy Szkolnej z ulicą Główną. Prezentuje się korzystnie. Widać, że niedawno był odnowiony. Na ścianie zewnętrznej widoczne są kolorowe ornamentacje oraz cyfra 1847 oznaczająca rok jego powstania. To dawny obiekt uzdrowiskowy. Stanowi historyczną część kompleksu sanatoryjnego. Służył od połowy wieku XIX potrzebom kuracjuszy jako pensjonat oraz mieszkania dla obsługi tego dolnośląskiego kurortu.  W latach 90. XX wieku budynek przeszedł w ręce prywatnych właścicieli. Obiekty mieszkaniowe przy ulicy Szkolnej powstawały na przełomie XIX i XX wieku, w okresie największego rozkwitu miejscowości. Ulicą Szkolną wychodzimy wprost na naszą starą pocztę. Całe szczęście, bo zrobiło się późno i zaczął padać deszcz. Po kolacji oglądam jeszcze wiadomości w telewizji i uzupełniam z Internetu wiedzę  o historii Sokołowska. W zajmowanym przez nas klimatycznym apartamencie relaksujemy się po spacerze. Kolacja, rozgrzewająca herbata, plan jutrzejszego zwiedzania i zasłużony odpoczynek nocny.

Następnego dnia (środa 10 czerwca) po toalecie i smacznym, przyrządzonym we własnym zakresie śniadaniu udajemy się na kolejny spacer po uzdrowisku. Naszym celem jest poznanie interesujących i zabytkowych obiektów przy ulicy Parkowej.  Udajemy się ulicą Główną w prawo, idąc  około 100 m znaną nam trasą. Po dojściu do parku im. Krzysztofa Kieślowskiego skręcamy w lewo w prowadzącą lekko pod górę ulicę Parkową. Po prawej stronie ulicy mijamy jedno ze skrzydeł budynku związanego z osobą słynnego filmowca. Na ścianie przylegającej do kamienicy przybudówki znamienny napis o treści –Kiedyś byli świetni reżyserzy, których dziś już nie ma. Po pokonaniu 100-150 metrów dochodzimy do ścieżki prowadzącej na teren kościoła parafialnego pw. Matki Bożej Królowej Świata. Był pierwotnie protestancki, wybudowany ze składek kuracjuszy w latach 1883-84 na terenie ofiarowanym przez dr. Theodora Römplera, także zasłużonego dla uzdrowiska lekarza. Po II wojnie światowej kościół został przekazany katolikom. Jest to murowany obiekt jednonawowy nie posiadający zabytkowego charakteru. Na uwagę zasługuje jedynie neogotycki drewniany prospekt organowy z wieku XIX oraz witraż z prezbiterium z tego samego okresu. Wewnątrz kościoła pod tynkami znajdują się polichromie i prace z dziedziny metaloplastyki wybitnego artysty Johannesa M. Avenariusa, wykonane w połowie lat 30. XX wieku. Ten śląski malarz, grafik, ilustrator urodził się w 1887 roku w Gryfowie, a zmarł w 1954 roku w Berlinie.

Był prywatnie przyjacielem Gerharta Hauptmanna (o tym pisarzu będzie  mowa w dalszej części reportażu), także związanego z Görbersdorffem.         

Idąc w górę ulicą Parkową dochodzimy do kompleksu dawnego zespołu sanatoryjnego kierowanego w latach 1876-1908  przez powyżej wspomnianego dr. Theodora Rőmplera.

Najstarsza jego część, zwana historycznie  „Turn Villa”, powstała w roku 1874 z inicjatywy pierwszego właściciela obiektu barona von Rossinga.  Po wykupieniu w roku 1878 zakładu od barona, dr Römpler  przystąpił do tworzenia 120-hektarowego parku uzdrowiskowego oraz wznoszenia kolejnych obiektów kompleksu, w tym głównego budynku sanatoryjnego oraz ogrodu zimowego, leżakowni, a także lodowni. Obiekt dr. Rőmplera funkcjonował nieprzerwanie do wybuchu II wojny światowej, a także podczas niej. Do sanatorium przybywali inwalidzi wojenni chorzy na gruźlicę. Po wojnie i włączeniu miejscowości do Polski klinika Rőmplera, ocalała przed zniszczeniem i grabieżą, szybko została ponownie uruchomiona jako sanatorium przeciwgruźlicze o nazwie „Biały Orzeł”.  Obiekt ten do dzisiaj pełni funkcję leczniczą, obecnie jako Dolnośląski Ośrodek Opieki Pulmonologicznej. Naprzeciwko wejścia do Ośrodka podziwiamy  zachowane w dobrym stanie rzeźby o tematyce antycznej. 

Z lekarzy pracujących w latach powojennych w tym obiekcie należy wymienić dr. Stanisława Domina, który był w latach 1956-1994 dyrektorem ZOZ Chorób Płucnych w Sokołowsku. W tym czasie przeprowadził remont nie tylko obiektów „Białego Orła", ale także opisanego wcześniej „Grunwaldu". Dr Domin pracę zawodową w Sokołowsku zakończył w roku 2013. Lekarz ten odegrał ogromną rolę w powojennym  rozwoju nie tylko obiektów sanatoryjnych, ale również całej miejscowości, w szczególności jako ośrodka sportów zimowych. Utworzył także przyzakładową pracownię metaloplastyki, w której wyrabiano do dzisiaj widoczne w Sokołowsku ozdobne elementy.   

Idąc w górę ulicą Parkową mijamy (po prawej stronie) kolejny okazały budynek, znany jako „Villa Elsa”. Został wzniesiony w roku 1876 dla rodziny doktora Römplera, zaprojektowany w stylu „willi szwajcarskiej”.

Plakat W latach 1882-1945 był domem doktora i jego żony Elsy oraz miejscem spotkań całej rodziny. W czasie II wojny światowej stał się schronieniem dla kobiet i dzieci rodziny właścicieli. Po roku 1945 budynek zaadaptowano na przedszkole. W latach 90. XX wieku zrujnowany obiekt odkupiła prawosławna parafia pw. św. Archanioła Michała, która go wyremontowała i otworzyła w roku 2000 jako Dom św. Elżbiety. Parafia  realizuje w nim projekt Ekumenicznego Ośrodka Spotkań Integracyjnych. W przeszłości w tym obiekcie serwowano lokalne specjały kuchni kresowej.      

Naprzeciw niego natrafiamy na płaskorzeźbę Leśne Źródło. Monument zwany także „Waldquelle” (ta nazwa jest wyryta na górze obiektu) pochodzi z końca wieku XIX.  Przed laty służył w parku jako ujęcie wody źródlanej. Jest jednym z niewielu pozostałych elementów małej architektury parkowej.  Płaskorzeźba już mocno się zatarła. Obiekt ozdobiony jest historycznym cytatem z Goethego – Każdy powinien korzystać z życia według własnego upodobania. Samo źródełko, położone na uboczu wśród drzew, niegdyś było elementem kuracji pitnej dla gości uzdrowiska. Woda z niego obecnie już nie tryska, ale to świetne miejsce, pełne historii, zachęcające do chwili wytchnienia.  Według legendy jest to miejsce założenia miejscowości.

Idąc dalej ulicą Parkową  mijamy Aleję Lipową. Malownicza, pełna uroku ścieżka biegnie pośród starodrzewu, zapraszając na spacer wśród zieleni. Towarzyszy tu wędrującym śpiew ptaków, szum drzew i obecność wiewiórek. U jej początku tablica z napisem W 80. rocznicę pamiętnego mordu katyńskiego w roku 1940 na oficerach i policjantach Rzeczpospolitej Polskiej, upamiętniamy postać naczelnego Prawosławnego Kapelana Wojska Polskiego ks. protoprezbitera płk. Szymona Fedorońko, Kawalera Orderu Orła Białego. Jemu i innym pomordowanym przez NKWD Wieczne Odpoczywanie, a u potomnych cześć i chwała.  Na górze tablicy widoczna jest podobizna tego kapelana.

Po chwili, idąc parę minut pod górę, dochodzimy do małej cerkiewki pw. św. Michała Archanioła. Skryta wśród zieleni w bliskim sąsiedztwie urokliwego stawu robi wrażenie. Prowadzi do niej drewniany mostek i kilka schodów. Jest świątynią parafialną należącą do diecezji wrocławsko-szczecińskiej Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Zbudowana w latach 1900-1901 staraniem Bractwa św. Włodzimierza, w stylu starojarosławskim, według projektu Karla Grossera, znanego architekta, twórcy m.in. hotelu Monopol we Wrocławiu.   Konsekrowana 3 września 1901 roku przez ks. Protoprezbitera Aleksego von Malceva – kapelana rosyjskiej ambasady w Berlinie. Obiekt służył kuracjuszom wyznania prawosławnego do połowy lat 30. XX wieku. Po II wojnie światowej pozbawiony wyposażenia był wykorzystywany jako kostnica. Uległa ona całkowitej dewastacji. W latach 1980-1996 (16 sierpnia) stanowiła własność prywatną, służąc jako domek letniskowy. Staraniem proboszcza parafii prawosławnej św. Cyryla i św. Metodego we Wrocławiu, ks. mitrata Eugeniusza Cebulskiego i uzyskaniu subwencji z Fundacji „Renovabis” cerkiew została odkupiona i sukcesywnie przywracana do pierwotnego przeznaczenia. Pozyskano ikonostas, 5 kwietnia 1997 roku arcybiskup wrocławski i szczeciński Jeremiasz dokonał poświęcenia nowego krzyża wieńczącego cerkiew, a w dniu 10 listopada 2001 roku wtórnego jej poświęcenia. Jej wnętrze zdobią malowidła ścienne o tematyce sakralnej.

Spod cerkwi wracamy ulicą Parkową do ulicy Głównej i do naszego lokum. Po kawie i godzinnym wypoczynku wyruszamy na trzeci i ostatni spacer po Sokołowsku. Tym razem udajemy się ulicą Główną w kierunku zachodnim. Na szczęście pogoda się poprawia, na chwilę spoza chmur wychyla się słońce.    

Mijamy skrzyżowanie ulicy Głównej z ulicą Unisławską, gdzie stoi budynek „Villa Laurentin, przed którym się zatrzymujemy. Ta zabytkowa drewniano-murowana willa pochodzi z końca XIX wieku. W czasach świetności uzdrowiska obiekt pełnił funkcję domu dla lekarzy żeńskiego oddziału sanatorium dr. Hermanna Weickera oraz miejsca kwaterunku gości pobliskiego sanatorium „Villa Buchberg". Willa została uwieczniona na historycznych fotografiach, które można odnaleźć m.in. w Wikipedii Commons oraz w dokumentacji PTTK dotyczącej lokalnych tras turystycznych.  Dzisiaj willa stanowi ważny punkt podczas spacerów historycznych po miejscowości.

Naprzeciw „Villi Laurentin", po drugiej stronie ulicy Głównej, pod numerem 7 usytuowany jest inny zabytkowy obiekt.

Plakat Jak czytamy na tablicy umieszczonej na frontowej ścianie, ten dom szachulcowo-przysłupowy pochodzi z roku 1803. Pierwotnie było to zamożne gospodarstwo, którego zabudowania tworzyły czworobok. Potem pełnił funkcję leśniczówki. Na początku XX wieku (w roku 1927) przebywał w nim w gościnie u wuja Alfreda (leśniczego) Gerhart Johann Robert Hauptmann, niemiecki dramaturg i powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1912 roku, którą otrzymał za całokształt bogatej i wybitnej twórczości dramatycznej. Nic dziwnego, że obiekt jest nazywany tradycyjnie budynkiem Hauptmanna.  Tu powstała zresztą jego powieść Wanda. Przed rokiem 1945 znajdowała się w tym budynku pralnia, przedszkole i mieszkania personelu sanatoryjnego. Obecnie pełni funkcje mieszkalne.

Idąc w górę ulicy Głównej mijamy Ośrodek Wypoczynkowy „Radosno”, mieszczący się w dawnym pensjonacie Freudengrunt, postawionym na początku XX wieku. Po II wojnie światowej leczono tu narkomanów. Kilkadziesiąt metrów dalej, stoi, jeden z najpiękniejszych, a zarazem najstarszy budynek miejscowości. Pochodzi prawdopodobnie z 1800 roku. Stanowi przykład sudeckiego budownictwa ludowego. Konstrukcja obiektu jest drewniano-zrębowa. Belki łączone są na tzw. rybi ogon. Obecnie to budynek dwurodzinny. Mieszkał w nim i tworzył w połowie XIX wieku  pisarz i dramaturg epoki romantyzmu Albert Emil Brachvogel (1824-1878), stąd jego nazwa – Dom Pisarza. Naprzeciw niego stoi parterowy budynek (pod numerem 8 ulicy Głównej) i nieco wyżej wielorodzinny budynek jednopiętrowy o numerze 6, z zabudowanym poddaszem. Ma na ścianie frontowej ciekawe płaskorzeźby i posiada kolorową różową elewację.

Idziemy jeszcze drogą prowadzącą do malowniczego zbiornika wodnego. Zaczyna jednak padać i decydujemy się na powrót do naszego apartamentu. Czas najwyższy na obiadokolację, po której wypoczywamy słuchając za oknem coraz intensywniej padającego deszczu. Nie mamy szczęścia do pogody. Jest więc czas na poszukiwanie w Internecie wiadomości o aktualnym statusie Sokołowska. Znajdujemy informację, że obecnie liczy około 900 mieszkańców.

Jego specyfika polega na kontraście; swoistym dualizmie. Z jednej strony wciąż czuć tutaj ducha dawnych kuracjuszy i widać świadectwa minionej epoki; z drugiej tętni ono nowoczesną, awangardową sztuką. Ten niezwykły mariaż zdrowia i choroby, upadku i odrodzenia; zderzenia  historii sprzed 150 lat ze współczesną awangardą, czyni z miejscowości najdziwniejszą i najbardziej fascynującą wieś na Dolnym Śląsku. Przekonujemy się o tym na każdym kroku.

Idę spać w przeświadczeniu, że warto było tu spędzić dwa dni i nabieram pewności, że należy tę miejscowość bardziej doinwestować, co jest rolą Ministerstwa Kultury oraz wypromować, to zadanie dla mediów i pisarzy. Uczynili to już co prawda i Olga Tokarczuk w powieści Empuzjon, i Joanna Bator w powieści Gorzko, ale o Sokołowsku trzeba pisać częściej i więcej. Wszak historia „śląskiego Davos” to gotowy materiał na fabułę książki - opowieść o narodzinach, rozkwicie, upadku i szczęśliwym zmartwychwstaniu tego niezwykłego miejsca  czakramowego, o ogromnej sile i potencjale oraz unikalnym klimacie, a także tajemniczym układzie geologicznym. Wszystko to  sprawia, że czas płynie tu w zgodzie z naturą – wolniej i spokojniej

Maciej Andrzej Zarębski

Fot. autora: Wikipedia

Fot. w tekście: autor