Nowości książkowe

 

  

Plakat

Miała 57 lat

Zmarła Danuta Kobyłecka

 

8 kwietnia br. zmarła Danuta Kobyłecka, poetka, psycholog, nauczycielka. Inicjatorka oświaty niepublicznej. Dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego im. Jerzego Kozarzewskiego w Nysie mającego szeroki program zajęć artystycznych. Członkini Nauczycielskiego Klubu Literackiego w Opolu.

Autorka czterech tomów poetyckich: „Z szuflady” (Krapkowice 2006), „Wpisane w moje trwanie” (Nysa 2012), „Szczebiot szałama” (Ostrawa 2013), „Losy” (Siedlce 2017) i publikacji biograficznej „Jerzy Kozarzewski – ślad niezatarty” (Nysa 2013)”.

Była też animatorką kultury i poetką, a także laureatką wielu nagród i wyróżnień konkursowych. Należała do Związku Literatów Polskich. Miała 57 lat.

 

Fot. w tekście: pisarze.pl

  

Plakat

Andrzej Walter

Siła rażenia

 

Zacznijmy może od tego jaka jest dziś siła rażenia słów czy opinii wyrażanych przez literatów – czy to nawet w miarę znanego prozaika, pisarza poczytnego, czasami przez czytających intelektualistów rozpoznawalnego, czy też – na przeciwnym biegunie obserwacji – nikomu nieznanego poety? Ta siła jest praktycznie zerowa, niezauważalna i mało istotna. Artyści tego pokroju, tego sortu, jak to dziś modnie zwykło się określać i nazywać, nie są dziś żadnymi: demiurgami, żadnymi autorytetami, żadnymi wyznacznikami opinii społecznej w najmniejszym nawet stopniu czy też nie stanowią żadnego wzorca dla jakiejkolwiek wręcz grupy społecznej, no, może poza samymi zainteresowanymi i wygłaszającymi te dziejowe słowa wszem i wobec, najczęściej własnych współplemieńców, towarzyszy broni i w zasadzie w towarzystwie po prostu innych piszących. Reszta świata ma ich (znaczy nas) w głębokim poważaniu, w... czarnej dziurze, w nosie, albo nawet w ogóle ich (nas) po prostu nie dostrzega.

„Pierdnęła mrówka powiedział słoń, choć chyba mu się tylko wydawało...”.

Doczekaliśmy zatem świata, w którym pisarz przejął rolę włóczęgi z MPO – w czasach mojej młodości po naszych PRL-owskich miastach włóczyły się grupki pracowników w pomarańczowych koszulkach, kufajkach czy narzutkach z Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania zwanymi wdzięcznie śmieciarzami – i dziś pisarz właśnie ma rangę i status społeczny mniej więcej takiego śmieciarza: no niby robi coś tam pożytecznego, ale żeby go zaraz jakoś wynagradzać czy nie daj boże szanować, o co to, to nie. Niech sobie tam zbiera te śmieci, one go wyżywią...

Ach, no co innego kiedy ktoś tam zafasuje Nobla, jak nasza nieszczęsna Olga. Ma pięć minut sławy, pięć minut poczucia wazeliny, ale potem wszystko wraca do normy, no, w przypadku Noblistki z tą różnicą, że ma może zapewniony (mimo wszystko) jakiś dożywotni szacunek. O wiele większym pechu może już mówić taki Adam Zagajewski, który był tego Nobla tuż, tuż, ale mu nie wyszło, no i popatrzcie sobie jak dziś świat żegna takiego Krzysztofa Krawczyka, a jak pożegnał (w odstępie raptem kilkunastu dni) przywołanego Zagajewskiego. Komentarz jest zbędny, choć dla przypadkowego czytelnika zauważę, że dla kultury polskiej Zagajewski to był (pardon) słoń, a Krawczyk to taka mrówka (chodzi mi o skalę wartości), tyle, że większość ludzi dziś nie bardzo wie, kim był przywoływany Zagajewski, a wszyscy z kolei wiedzą kim był Krawczyk. Zatem pozwolę sobie na własny (nieco złośliwy) komentarz:

Krawczyk to taki Zenek (Martyniuk) z lat 70 tych ubiegłego wieku, ale celebryta pierwszej wody, a ten Zagajewski... ech, jakiś tam poeta (czytaj: oszołom)

Takie mamy czasy. Kto by tam słuchał poety? Po cóż nam ci poeci? Piszą coś, czego nikt nie rozumie, to szkoda czasu na ich słuchanie, a co dopiero na roztrząsanie, analizowanie, ba, zastanawianie się o co w ogóle im chodzi. Czort z nimi. Na drzewo, jak mawiają dziś już niemal wszyscy wulgaryzując nasz piękny język ojczysty, żeby nie wchodzić w bardziej jaskrawe przykłady schamienia społecznego (ja piszę dziś wersją light).

Po cóż ja to wszystko piszę? Siła rażenia? Ranga? Status? Znaczenie? Kogo to obchodzi? No właśnie. Nikogo. Wszyscy słuchają głównych mediów, są pod wpływem tych najsilniejszych (choćby w sieci), ludzie przestali sami myśleć. Działają i zachowują się stadnie, jak barany prowadzone na rzeź. Prawda i zdrowy rozsądek są im obojętne jak zeszłoroczny śnieg. Liczą się: koryto, przyjemności i stan konta. Wszelkie zaś: duchowość, głębia, emocje i uczucia – „na drzewo”, dla słabeuszy...

W takim świecie żyjemy. I dodam jeszcze – w świecie cwaniaków, którzy wyczuwają skąd wieje wiatr i mówią pod zamówienie, rządzą nami łatwo, lekko i przyjemnie, gdyż sami im na to pozwalamy, aby takie stado błaznów narzucało nam codzienność wedle swoich wydumanych fantasmagorii, w które wiele ludzi świecie wierzy, bo zabrakło już im siły konfrontowania świata realnego ze światem propagandy, ze światem szuflowania kłamstwa i podpierania go cyframi, pseudo-autorytetami i totalną ściemą, za którą stoi gigantyczna kasa gigantycznych koncernów. Czas Orwella nadciąga. To już jednak inny temat.

Wnioski, jakie wypływają z siły rażenia, podsumujmy, zerowej siły rażenia współczesnej publicystyki w następnych komentarzach... Te epokowe pytania: co powinien robić dziś ktoś, kto chce jeszcze uprawiać takie rodzaje sztuki, jak: dziennikarstwo zaangażowane, rasowa publicystyka, pisanie felietonów, ocenianie świata i rzeczywistości, realizacja chęci zmieniania świata? Co powinien robić? Czy godzić się na cenzurę, która wróciła ze zwielokrotnioną siłą w czas konfliktu? Czy godzić się na upokorzenia, na zniewagi, na warcholstwo i hucpę, na kłamstwa i mijanie się z prawdą?

Andrzej Walter

 

  

Czytelnikom „Gazety Kulturalnej”

 Tego, co jest dla Nich ważne...

 

Plakat

 

 

  

Plakat

„Śmiech przez łzy. Opowieść o Adolfie Dymszy, Dodku”

Spotkanie online z Elżbietą Draczyńską

 

 

Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Łodzi zaprasza na początku kwietnia na dwa spotkania autorskie, które odbędą się online.

 

Spotkanie online z Elżbietą Draczyńską, współautorką książki „Śmiech przez łzy. Opowieść o Adolfie Dymszy, Dodku”7 kwietnia 2021 roku, godz. 18.00.

 

Spotkanie poprowadzi Mateusz Jaśkiewicz, reżyser, podróżnik, który towarzyszył Aleksandrowi Dobie w wyprawie na Kilimandżaro.

Spotkanie organizowane jest w 121. rocznicę urodzin Adolfa Dymszy.

„Śmiech przez łzy. Opowieść o Adolfie Dymszy, Dodku” opowiada o życiu prywatnym i artystycznym Adolfa Bagińskiego (pseudonim Dymsza) uznawanego za polskiego Chaplina. Należał on do grona najbardziej popularnych artystów okresu międzywojennego.

Książka została napisana przez osoby spokrewnione z artystą i przedstawia Dymszę z innej strony – jako człowieka, kolegę, męża, ojca i dziadka. Wykorzystano w niej wiele niepublikowanych dotąd wspomnień, faktów, dokumentów oraz zdjęć. Ukazuje zainteresowania i wszechstronne uzdolnienia aktora, jego rodzinę, przyjaciół oraz przybliża trudny okres okupacji, związany z koniecznością dokonywania wyborów… Książkę wydało Wydawnictwo LTW w 2020 roku.

Jak dołączyć do wydarzenia?

Aby dołączyć do wydarzenia na komputerze lub laptopie: wystarczy kliknąć w link https://wbpwlodzi.clickmeeting.com/spotkanie-on-line-z-elzbieta-draczynska oraz wpisać imię i mail.

Aby dołączyć do wydarzenia na urządzeniu mobilnym: należy pobrać darmową aplikację ClickMeeting (Android, iOS), wpisać ID pokoju: 411295938, imię i mail.

 

  

Plakat

Stefan Michał Żarów

Erozja czy przedsmak nowej ery

 

 

Z wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne.

Epiktet z Hierapolis

 

Obecny stan rzeczy, grupowe czy indywidualne zachowania stymuluje pandemia koronawirusa. Codzienne komunikaty podawane sukcesywnie przez wszechpotężne informatory elektroniczne wpływają na stan naszej zbiorowej ale przede wszystkim indywidualnej odpowiedzialności, od zupełnego uzależnienia jednostek od informacji do infantylnej ignorancji przez część populacji ludzkiej. Bardziej lub mniej świadomie płyniemy nurtem późnej postnowoczesności.    

 

U początku 2020 roku minęła pierwsza rocznica zbiorowego uzależnienia populacji ludzkiej od perfekcyjnego stosowania mechanizmów inżynierii społecznej zamykająca się w niezwykle pojemnym sformułowaniu koronawirus SARS-CoV-2, czyli w definicji medycznej choroby układu oddechowego nazwanej COVID–19, szerzącej się w sposób wprost proporcjonalny w stosunku do ilości populacji ludzkiej. Przypadki zakażeń, od początkowego niedowierzania w grudniu 2019 roku czy zupełnej ignorancji przez ośrodki decyzyjne praźródła mającego miejsce w chińskim mieście Wuhan, w stosunkowo krótkim czasie, bo już w styczniu następnego roku spowodowały falę zachorowań na różnych kontynentach z największym wskaźnikiem w Europie, a konkretnie we Włoszech w Lombardii, by następnie ogarnąć cały kontynent. Kolejne miesiące to ogólnoświatowa ekspansja wirusa. Podjęte próby opanowania rozprzestrzeniania zakaźnego patogenu polegały i nadal polegają na zalecaniach kwarantanny i związanych z tym katalogiem obostrzeń stosowanych w różnych krajach w zależności od skali zagrożenia. Panaceum na pandemię mają być pospiesznie opracowane i wdrożone do produkcji szczepionki aplikowanej większości populacji ludzkiej, a mające zapewnić zbiorowe uodpornienie na tego wirusa. Abstrahując od dość istotnych aspektów medycznych spróbujmy skupić się na innych skutkach, jako logice pandemicznych wyrzeczeń.

Z biegiem codzienności

Z pewnym niedowierzaniem należy podchodzić do informacji, że dobrowolnie jednostki, jako zbiorowość wyrzekną się przyjemności tego wszystkiego, co nadaje koloryt i sens codzienności i przyjmą jako oczywistość – przymusowo narzuconą ascezę. Przed jaką granicą staje jednostka w swoim rozwoju, by bardziej lub mniej świadomie podjąć trud natychmiastowego wyalienowania się ze zbiorowości, a w tym samorealizacji w społeczeństwie. Indeks czynności zakazanych i związane z tym obostrzenia wyłączyły całe obszary usług, zmuszając do przeorganizowania dotychczasowych norm zarządzania w instytucjach państwowych do całych obszarów i działów gospodarki. Potocznie można odnieść wrażenie, że praca zdalna, kształcenie online, przy odpowiednim usprzętowieniu rozwiąże powstały problem.  Stawiamy sobie jednak niekiedy pytanie o konsekwencje jednostkowe i społeczne wynikające z utraty bliskości z braku realnych kontaktów interpersonalnych, które przeszły w bardziej lub mniej znany obszar zagadnień elektronicznych. Zalecenia izolacji społecznej za cenę przymusowej ascezy, jako ceny uniknięcia potencjalnego zarażenia, stygmatyzacji pośród najbliższych w sąsiedztwie, miejscu pracy czy nauki z racji przymusowej kwarantanny w przypadku izolacji chorego. Z jednej strony wywołuje to strach, lęk czego następstwem jest długotrwały niepokój ze skłonnością do spadku samooceny swojej wartości, a w dłuższej perspektywie skłonności wyalienowania społecznego, z drugiej zaś strony obawy o własne zdrowie i dochodzący do tego brak możliwości kontaktu z osobami bliskimi czy znajomymi odizolowanymi w szpitalach, domach pomocy społecznej i innych miejscach, docierające informacje o umierających w zupełnym odosobnieniu, bardziej lub mniej świadomie odchodzących samotnie. Niewątpliwie rodzi to traumę, która pozostanie do końca życia u osób doświadczających zdarzeń, a nie są to w czasie pandemii przypadki odosobnione. Mają one charakter narastający i znacznie przewyższający dane z okresu poprzedniego. Poczucie bezsilności, jako wrażliwość na doświadczaną osobiście lub przez innych krzywdę, mające w coraz większym zakresie charakter ponadjednostkowy powoduje lęk społeczny o znacznym odziaływaniu i późniejszych negatywnych konsekwencjach. Odczuwanie pandemii stało się egalitarne i w zasadzie niezależne od wcześniejszych doświadczeń czy uwarunkowań socjalnych ludzi. Propozycje ekonomiczne, jako zachęta do podjęcia pracy w rejonach najbardziej zagrożonych, jakim są szpitalne oddziały covidowe i szpitale tymczasowe nie skłaniają do szybkiego podjęcia decyzji przez osoby do tego profesjonalnie przygotowane. Nakazy stosowane przez organy administracji publicznej spotykają się niejednokrotnie z ignorancją czy próbą uniknięcia podejmowania pracy.  Następuje tu zderzenie z postawą i poświęceniem tych, co od samego początku z narażeniem własnego życia, przyjęli na swoje barki ciężar obowiązków wynikających z pandemii. W chwili obecnej trudne są do ocenienia straty ekonomiczne, które będą oddziaływać na każdego z nas z osobna, a także na całe segmenty gospodarki. Czy przed nami ogólny kryzys ekonomiczny, jaki jawi się w wypowiedziach wielu ekonomistów i powstających analitycznych opracowaniach naukowych? W tym miejscu odsyłam do wniosków wypływających z opracowań Polskiego Lobby Przemysłowego im. Eugeniusza Kwiatkowskiego o zakończeniu prac powołanego na początku listopada 2020 roku Konwersatorium ,,O lepszą Polskę” nad raportem o globalnym kryzysie finansowo-gospodarczym spowodowanym pandemią koronawirusa. Pierwsza część zawiera diagnozę globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego w obszarze gospodarczym, społecznym, politycznym i geopolitycznym, natomiast część druga – jego prognozę w tych obszarach. Warto podkreślić, że w opracowaniu raportu brało udział 35 niezależnych ekspertów o różnych poglądach, od pracowników naukowych do osób będących praktykami, jakimi są menadżerowie i przedsiębiorcy. Dla mniej cierpliwych odsyłam do wypowiedzi koordynatora tych prac prof. ucz. dr hab. Pawła Soroki, z którego dowiemy się ,,Jaka jest obiektywna i rzetelna prawda o pandemii? Kto na niej traci, a kto korzysta? Czy środowiska naukowe wykażą niezależność i twórczy krytycyzm w jej badaniu? Jak pokonać kryzys – dylemat: wolność jednostki i podmiotowość czy manipulacja i totalitaryzm? Warto spierać się, badać  i być niezależnym od koncernów farmaceutycznych, wielkich koncernów i globalnych mediów oraz polityków. W interesie społeczeństwa obywatelskiego i intelektualnej uczciwości i niezależności. W interesie każdego z nas”. (Zob. wywiad*). W Raporcie zwrócono także uwagę na poprzedni globalny kryzys w sferze finansów z 2008 roku, który został tylko zażegnany w związku z brakiem usunięcia jego strukturalnych przyczyn. Obecnie od roku wprowadzone obostrzenia mogą spowodować ponowne jego wystąpienie. Będzie to negatywnym wynikiem procesów w większości podmiotów gospodarczych od małych firm o szerokim zakresie usług, transportu, poprzez sieci handlowe, duże firmy produkcyjne, aż do braku świadczenia dóbr kultury przez wyspecjalizowane w tym zakresie jednostki jakimi są, teatry, kina, filharmonie czy domy kultury. Może to spowodować spadek siły nabywczej społeczeństwa, zmniejszenie popytu na usługi i artykuły. Należy zaznaczyć, że obecny kryzys wyzwolił procesy zmian, które ujawnią się w dłuższej perspektywie czasowej. Przez to należy założyć, że będą one trwałe.

Asceza konieczność czy świadomy wybór

Człowiek współczesny poddany presji wiecznej młodości narzuca sobie wiele form w zakresie całego spektrum, mającym na celu przedłużenie życia biologicznego – hamowanie, a nawet w wielu przypadkach odwracanie procesu powolnego starzenia się poprzez regenerację tkanek czy doraźnie, transplantację organów. Istotne i pomocne w tym działaniu są: dieta i suplementy, leki, terapia hormonalna czy klonowanie komórek macierzystych poprzez rozwój nanobiotechnologii. Kolejną proponowaną technologią w tej dziedzinie jest kombinacja istniejących obecnie i przyszłych technologii biochemicznych i genetycznych. Jednak wobec pandemicznej sytuacji w jakiej obecnie znalazła się ludzkość i zagrożenia z tego wynikające, sięga się po sprawdzone metody izolacji.  Żyjemy teraz w okresie nieustannego postu, mamy ograniczoną możliwość podróżowania, nie możemy brać udziału w imprezach plenerowych, bywać w lokalach gastronomicznych, korzystać z dóbr kultury czy szeroko pojętych ośrodków fitness, nie mamy możliwości korzystania z basenów i innych miejsc uprawiania kultury fizycznej. Według wirusologów swoboda, wygoda i przyjemność sprzyjają transmisji wirusa. Wszyscy w sposób dobrowolny czy pod przymusem dekretów i zarządzeń a nawet zdroworozsądkowego instynktu przetrwania, poddajemy się ascezie. W przekazanej tradycji chrześcijańskiej to okres czterdziestodniowego postu był zasadniczo wystarczający do wyzbycia się destruktywnych nawyków i przyzwyczajeń względem duszy i ciała. Czy miniony pandemiczny rok dokonał w nas swoistej przemiany, a może nadal drzemie pociąg do współzależności z przeszłością? Odwołam się w tym miejscu do ostatnio przeczytanej powieści społeczno-politycznej ,,Straszny kraj” autorstwa Keith’a Gessen’a. Tenże z pochodzenia Rosjanin wychowany w Stanach Zjednoczonych podczas swoich odwiedzin w kraju pochodzenia odkrywa zasady determinujące zachowania jednostek pomimo chęci wewnętrznej przemiany. To wnikliwy, aktualny, inteligentny i na wskroś nowoczesny portret zastanego stanu rzeczy: ,,Babcia Sewa mieszkała w samym centrum miasta, w mieszkaniu ofiarowanym jej w późnych latach czterdziestych dwudziestego wieku przez Józefa Stalina. Mój brat Dima często przywoływał ten fakt, podobnie jak babcia, gdy była w posępnym humorze. ,,Moje stalinowskie mieszkanie”, mawiała, jakby chciała przypomnieć sobie i innym o moralnym kompromisie, na który przystała. (...) Babcia była wtedy młodą profesorką historii na Uniwersytecie Moskiewskim i pomagała przy konsultacjach do filmu o Iwanie Wielkim (...) Film tak się spodobał Stalinowi, że kazał dać mieszkania wszystkim biorącym udział w projekcie”.

Odwoływanie się do przeszłości determinuje sposób zachowania, pomimo upływu czasu i zmiany uwarunkowań społeczno-ekonomicznych i ideologicznych. Aby oddać skalę dyktatury, a szczególnie oddziaływanie kultu jednostki, przytoczę fragment wiersza pióra Osipa Mandelsztama pt. ,,Epigram na Stalina”: „Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi, / Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy, / A w półsłówkach, półrozmówkach naszych / Cień górala kremlowskiego straszy” (...) Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów: / Bawi go tych usłużnych półludzików mozół. / Jeden łyka, drugi czka, trzeci skrzeczy, / A on sam szturcha ich i złorzeczy // I ukaz za ukazem kuje jak podkowę”.

Potwierdza to regułę, jaką głosił klasyk – ,,łatwiej jest walczyć o zasady, niż żyć zgodnie z nimi”. Nas w pewnej części populacji wolnych od sowieckich przeżyć straszy wewnętrzny demon, rozwijający się przez lata ziemskiej egzystencji. Aby się go pozbyć, należy, jak to ujął Honore de Balzac u jednego ze swoich bohaterów ,,wyrzec się życia aby żyć”. W pewnym przetransponowaniu dotykamy zagadnienia wypychanego współcześnie na margines codzienności, jakim jest odniesienie do ascezy, jako rozwoju duchowego i rozumienie jej jako istotnej, a może zasadniczej formy sensu i celu egzystencji. Balzacowski bohater nie uwolnił się od namiętności jedynie przyćmił je pragnieniem zachowania warunków codziennych pragnień.  Postawa taka uwidacznia się współcześnie poprzez symboliczne uwarunkowania nieśmiertelności: genów, dzieła, idei czy gier komputerowych, bohaterów, mitów, filmów a nawet przekazów kulturowych. Natomiast asceza wymaga uwolnienia się od negatywnych przyzwyczajeń, przywar determinujących nasze zachowania.

Stan zawieszenia

Już u greckich filozofów przyrody, a szczególnie uwidoczniło się to w myśli Sokratesa – filozofia stawała się szkołą życia, wewnętrzną sztuką korekt swoich zachowań i konwersji. W całej swej historycznej rozciągłości dała podwaliny do odrzucenia balastu ciągnącego ludzkiego ducha w dół, spojrzeniu w górę w sferę metafizyki, jako warunku osiągnięcia nieśmiertelności ducha, jako bytu niematerialnego. Posiąść wieczną nieulegającą zmianom obecność, jako wartość nadrzędną wyznawaną w wielu religiach: chrześcijaństwie, islamie, judaizmie, hinduizmie, i wielu innych. Warto w tym miejscu odwołać się do wykładów kardynała Josepha Ratzingera – papieża Benedykta XVI, który jest nie tylko teologiem, ale również wielkim myślicielem przypominającym to, co stanowi istotę jego filozofii odnoszącej się ku przyszłości, a wpisującej się konkretnie w czas, w którym żyjemy. Zrozumienie skomplikowanych współczesnych nurtów myślowych i kulturowych jakimi są postnowoczesność i postmodernizm dowodzi słuszności jego myślenia ponad podziałami na progresizm i konserwatyzm. Nie ogranicza się on tylko do opisu czy stawiania diagnozy, lecz proponuje program rekonstrukcji wybranych fragmentów rzeczywistości. To my współcześni ludzie doświadczyliśmy i nadal doświadczamy prób destrukcyjnej mocy nietzscheanizmu ,,przewartościowania wszystkich wartości”, zmagamy się z płytkością współczesności przekraczając mieliznę dialektycznego obrazu świata. Obecnie dominująca forma kultury nie pozostawia nam metafizycznych złudzeń, dając nieograniczoną wolność moralnego wyboru, co tylko potwierdza hipotezę Zygmunta Baumana w zakresie duchowego nastroju współczesnej doby. Czy jednak do końca ma rację, że znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia, w której to niepewność i wahanie, ciągła konieczność aksjologicznego wyboru i brak jednoznaczności w naszym zachowaniu są naszą codziennością, losem człowieka funkcjonującym w postnowoczesnej rzeczywistości? Czy pozbawieni dominującego centrum kultury, aksjologicznych autorytetów, żyjemy w dobie końcowego efektu sekularyzacji kultury zachodniej cywilizacji? Czy ontologiczna przygodność istnienia i brak form religijnego odrodzenia stanie się wykładnią XXI wieku? Czy pandemia spowolni, a może przyspieszy ten proces, izolacja jednostki pogłębi lub spłyci jej duchowość i wymusi istotne zmiany w osobowości? Czy ponownie ze zdwojoną siłą powróci powszechna konsumpcja bez jakiegokolwiek odwoływania się do innych form uprawomocnienia działalności państwa? Kultura w takim stanie wielości utraciła swoje systemowe znaczenie i państwo nie składa już systemowego zapotrzebowania na jej produkt. Coraz częściej mamy do czynienia z niedostrzeganiem znaczenia funkcji interwencyjnej działań w obszarze kultury, szczególnie w zakresie jej funkcji zapobiegania problemom społecznym czy minimalizowania jej skutków.

Stefan Michał Żarów

 

Bibliografia:

* http://press.warszawa.pl/spotkanie-podsumowujace-prace-nad-raportem-o-globalnym-kryzysie-finansowo-gospodarczym-spowodowanym-pandemia-koronawirusa

Balzac de Honore, Jaszczur. Wydawnictwo MG. Warszawa 2019.        

Bauman Zygmunt, Kultura jako praxis. Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa 2012.

Bauman Zygmunt, Ponowoczesność jako źródło cierpień. Wydawnictwo Sic! 2000.

Gessen Keith, Straszny kraj. Prószyński i S-ka. Warszawa 2021.

Raport zwierający diagnozę i prognozę globalnego kryzysu finansowo-gospodarczym  zdeterminowanego przez  pandemią koronawirusa w obszarze gospodarczym, społecznym, politycznym i geopolitycznym. Dom Wydawniczy ELIPSA. Warszawa 2021.

Ratzinger Joseph, Bóg i Świat. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Kraków 2002.

Reale Giovani, Historia filozofii starożytnej. Lublin 2012.

Szafrański R., Nietzsche. Biografia myśli. Warszawa 2003.

Zbiory własne autora.

 

  

Plakat

Andrzej Walter

Siła łagodności

 

Odejście poety wyjątkowego, poety zaangażowanego, poety, dla którego poezja była bezdyskusyjnym faktem, czymś więcej niż przerywaniem ciszy, była słowem świętym i krzakiem gorejącym naszego świata, a może nawet... wszechświata, rozumiejąc pod tym pojęciem całą tęczę barw i niuansów naszej duchowej złożoności, to odejście to po prostu rodzi ból, rodzi ogromne poczucie osierocenia i rodzi pewien specyficzny rodzaj pustki intelektualnej powstałej na miejscu wyrwy jak lej po bombie.

Odejście Adama Zagajewskiego było właśnie takim odejściem. Nieco niespodziewanym, biorąc pod uwagę fakt, że w końcu, po długich namowach zgodził się pod koniec ubiegłego roku, na udzielenie mi obszerniejszego wywiadu na przeróżne tematy: poezji, twórczości, spraw egzystencjalnych oraz wszelkich ważnych dla pisarza-artysty problemów nas dotyczących. Cieszyłem się na tę rozmowę, ale jak już ostatnio niemal notorycznie na przeszkodzie stanęła nam znów nieszczęsna pandemia. Umówiliśmy się po zniesieniu lockdownu (w sensie choćby po otwarciu lokali kawiarniano-herbacianych), co ostatecznie nie nastąpiło. (Tak to właśnie pandemia, a właściwie decyzje władz niszczą kulturę – wydarzenia, które mogłyby coś powiedzieć, coś dać ku przemyśleniom, refleksjom...).

No cóż, taki los, wielka szkoda, gdyż wierzyłem, że to będzie wywiad jeden z najlepszych, najciekawszych i nietuzinkowych, słowem wyjątkowy, taki, jak wyjątkowy byłby jego bohater w postaci poety wielkiego formatu. Niestety żalem nie zastąpi się generalnie żadnego oczekiwania, ani tym bardziej Osoby.

Adam Zagajewski wzbudzał kontrowersje. Zwłaszcza ostatnio, angażując się w politykę, prawo, świat idei, świat europejskich złudzeń intelektualnych, świat objawiony europejskiej lewicy. Jednak wielu go po prostu nie rozumiało, albo nigdy nie doczytało do końca, czy nie dosłuchało do końca, całościowo, pełniej. Szermowano urywkami wypowiedzi, wierszem na zamówienie Michnika, czy też pozornymi deklaracjami opowiedzenia się po jakiejś stronie sporu. Nie słyszano już tych wypowiedzi, które jakby się kłóciły z jedną wykładnią, z jednym, prymitywnym osądem, kasowano w percepcji to, co nie pasowało do całości.

Adam Zagajewski pomimo wyraźnej może tendencji, jak już zauważyłem, nieco lewicowej, był ewidentnie ponad tym, był ponad topornym, plemiennym sporem światopoglądowym transponowanym na spór: polityczny, publiczny, atawistyczny i luddyczny. Zagajewski stanął po prostu tam, gdzie... hen, hen, dawno, dawno temu stanął niejaki pan Sokrates, a to bardzo – jak wiemy – ciężka i niewdzięczna, nad wyraz niezrozumiała pozycja do objawień dla ludu. A ludem nazwałbym całą dzisiejszą pseudointeligencję i pseudoelitę, kasty profesorskiej z niej nie wyłączając.

Dlaczego zatem tytułuję to wspomnienie „siłą łagodności”? Skąd łagodność, skoro poruszamy tu, takie jak wyżej, kwestie i sprawy? Otóż, Adam Zagajewski „wiedział, że nic nie wie”. Miał w sobie ogromną dawkę: pokory, spokoju wewnętrznego, łagodności właśnie i absolutnego braku skłonności do kategorycznego stawiania spraw, raczej wyrażało się to: ironią, żartem, zakamuflowanym prześmiewnym stylem propagującym intelekt ponad siłę masowości, ale, aby jeszcze teraz problem skomplikować, zanurzyć w duchu praw i osiągnięć renesansowości doświadczeń Zagajewski promował u schyłku swojego życia pomnik dla praw stanowionych ludzką ręką prawniczą jako esencję naszej wolności.

Faktu, że miał w tym pełną słuszność doświadczamy dziś na własnej skórze, tylko coraz mniej wolno o tym mówić i stąd muszę sam nawet uderzyć się dziś w pierś i odszczekać swą krytykę tego nieszczęsnego, niepotrzebnego w sumie wiersza „Kilka rad dla nowego rządu”, w którym było być może więcej gniewu i złości niż metaforyki poezji. Okazuje się, że nie do końca, a tylko wielu z nas po prostu nic nie zrozumiało. I wiele tamtych szyderstw dziś, po czasie, powiedzieliśmy w myślach sami sobie i wobec... zaistniałych wydarzeń i sytuacji.

Nie chcę wracać szczegółowo do tego wiersza. Wracać tak, abyście i wy wracali. Dziś jednakowoż szydził bym z tego rządu jeszcze mocniej. Ze wszystkich rad pozostanie nam dramatycznie jedna, z innej bajki, mianowicie taka, że:

 

Poetów można zostawić w spokoju,

i tak nikt ich nie czyta.

No właśnie, ale i poetów też nie pozostawiono w spokoju, gdyż jak wszystkich nas, i poetów pozamykano w klatkach domów i w klatkach swoich intelektualnych poszukiwań. Na salonach królują beniaminkowie – rekiny (wybaczcie obrazę dla rekinów): Morawiecki z Obajtkiem i jemu podobnymi kelnerami systemu, których jedyną cechą jest wyrachowany strach, wpatrywanie się w słupki poparcia i serwilizm polityczno-społeczny. Zero planu, zero sensu, zero refleksji. Pędzimy na oślep pędem stadnym i mało zaradnym (warto do nich dołączyć jeszcze tego pajaca z ministerstwa zdrowia, który wraz z lekarzami celebrytami wykończył służbę zdrowia)...

A wielcy poeci po cichu odchodzą. I tylko żal nam pozostaje, tylko gorycz i smutek uświadomionej przemijalności wraz z bezsilnością nieistotności.

Śmierć Adama Zagajewskiego to kolejny cios. Cios w kulturę, cios w mądrość i intelektualną niezależność artysty wobec współczesności, wreszcie cios w wolność sumień i wolność słowa ukrytą również w poezji. Jest to cios bez zadającego, bez winnych, cios sprawczy, jak i sprawcza jest siła ważnych słów wobec walca motłochu, który serwuje nam się w prymitywnie kleconej medialnie propagandzie. Kolejny głos rozsądku i namysłu zamilkł. Niestety. Na zawsze.

Zagajewski, jakby na Niego nie spojrzeć nie był już tym poetą, co: Herbert, Miłosz, czy Różewicz, był kimś innym, może z tamtej XX-wiecznej perspektywy kimś mniejszym, ale z perspektywy XXI wieku (dla naszego dojrzewającego wciąż pokolenia) może nawet kimś większym, ważniejszym, nowocześniejszym, nie wiem, to już zapewne oceni historia, a zwłaszcza historia literatury. Zagajewski nie mówił wprost, nie wykładał na tacy, nie owijał też w bawełnę – kto chciał, rozumiał i czuł, że On, właśnie On, przerywa tę ciszę. Tyle, że mówi i pisze do głuchych, albo dopiero co ogłuchłych marionetek, bez oczu, uszu, a zwłaszcza sumień i bez olśnienia wolności, tej prawdziwej wolności, niezależnej i czystej. Zwłaszcza od decyzji i wizji politycznej.

Zagajewskiego oręż metafor spoczął na zaszczepianiu myśli, na sadzeniu ziaren rozważań na polach intelektualnych dociekań. Trudna to była mowa, nawet pod pozorem najprostszej. Wieloznaczna i wymagająca. Uciążliwa i zaprawiona goryczą. Taka nieuchwytna, jak analiza naszej rzeczywistości, oparta na wiedzy, doświadczeniu, czerpania z wydarzeń, przeszłości i historii, ale bez kwalifikacji, szufladkowań czy klaustrofobii jednego, jedynego punktu spojrzenia. Mowa wielowątkowa nasączona przeszłością, zwrócona melancholijnie ku przyszłości, a jednocześnie jakoś nazywająca, osadzająca nas w tu i teraz mocniej niż wszelki inny przekaz dziś nam serwowany wszem i wobec.

Zagajewskiego pozycja poety światowego na to pozwalała, na to się ukierunkowywała, aby wyrażał On polską duszę wobec duszy świata, jeśli ten świat w ogóle jeszcze coś tak trywialnego posiada, bądź chce posiadać.

Adam Zagajewski nie skarżył się, że nie dano mu zabawek, że wypychano go poza szereg, że często stawiano go za kurtyną, spychano do narożnika, a nawet wykorzystywano do celów manipulacji. Jego siłą była siła łagodności. Łagodności słów, spojrzenia na sztukę, na człowieka, na poezję...

Zagajewski ofiarował nam coś, co mógłbym dziś nazwać wzorcem bycia poetą. Ustawiony z tyłu, wycofany, wbrew pozorom nieangażujący się w bitwy tego świata, a jedynie wypowiadający swój pogląd intelektualisty wbrew nurtom, modom i trendom. Wbrew pozorom nie jest to łatwe, jak również wbrew pozorom Zagajewskiego błędnie oceniano jako poetyckiego aroganta związanego z Michnikowską jedynie słuszną opcją, tyle że był to taki flirt quazi-polityczny, w którym to Zagajewski był górą i to on wybił się na niezależność myśli i oferowanych treści ponad wszelkimi sporami, a to uważam za świadectwo niezależności... mimo wszystko.

Oczywiście, można przyjąć, że to tylko subiektywny punkt widzenia. Kończąc tę przedziwną laurkę chciałem wyrazić krótkie podsumowanie, jak wielka to jest strata dla polskiej poezji, kiedy zdecydowanie przedwcześnie odchodzi ważny poeta, który mógł nam jeszcze wiele powiedzieć. No cóż. Tak toczy się życie i nikt z nas nie zna dnia, ani godziny...

Kończąc, wyjaśnię jeszcze jeden, jeden z wielu powodów, dla których odejście Adama Zagajewskiego jest dla mnie osobiście bardziej bolesne. Otóż, był On bowiem, tak jak i ja, związany z dwoma miejscami, z dwoma miastami, z dwoma bliskimi sercu wszechświatami na ziemi, a były to Gliwice i Kraków. Pan Adam niemal za każdym razem dopytywał mnie o Gliwice, które dla mnie były stałym punktem odniesienia, istotnie niezmiennym, obecnym domowo obok, a w sumie wewnątrz, w stanie skupienia, gdzie nie dostrzega się, że rzeka wciąż płynie. Dla poety za to Gliwice były pewnym wspomnieniem, wyidealizowanym miejscem z dzieciństwa, czymś nieuchwytnym, zamglonym, za woalem, miejscem, do którego można skrycie tęsknić. Ja odczuwam tę tęsknotę zawsze kiedy wracam pociągiem z Warszawy. Może to nie tęsknota. To miłe uczucie powrotu do domu, to olśnienie refleksji – oto moje miejsce, oto mój dom. Tak samo czuję zawsze kiedy wracam do Krakowa. Skądkolwiek. Dlatego też „zakochałem się” w tym wierszu, z którym chcę Was teraz – już definitywnie kończąc – pozostawić... z twarzą jak luźny płaszcz... narzucony na duszę. Korzystając z okazji życzę Wszystkim Czytelnikom zdrowych, miłych i spokojnych Świąt...

 

Rosłem w dwóch miastach

przez moje ciało przechodziła granica

zaprzyjaźnionych państw

gdy zapadał zmierzch łagodni urzędnicy

półgłosem prowadzili niekończące się

rozmowy na rogatkach krwi

Cłem była kąpiel

w płodowych wodach rzeki

Potem zmitygowany przez śmierć

której nikt nie rozumiał

zostałem oddany pod opiekę mistrzów

W szkole w której uczono metodą usta-usta

zostałem prymusem

nauczyłem się własnego życiorysu

zapamiętałem prawdziwą datę urodzenia

i otrzymałem imię kolejnego następcy człowieka

z twarzą jak zbyt luźny płaszcz

narzucony na duszę

Andrzej Walter

 

Fot. w tekście: https://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Zagajewski

 

  

Plakat

Barbara Gajewska

Ja, Judasz (proza)

 

Rzadko wchodziłem do tego lasu, ale ten las wszedł we mnie, boleśnie, korzeniami rozorał mój spokój, pniami starych sosen zatrzymał mnie w tamtym dniu i już nie widzę progu jutra, nie jestem w stanie zrobić kroku w jutro, jestem w tamtym dniu, na zawsze zatrzymany w tamtym dniu, tak jak on – mój ojciec. Jesteśmy obaj uwięzieni w tym lesie. On tam siedzi, pod młodą sosną, która cienkimi jeszcze gałązkami umiała zwabić go i zatrzymać na zawsze, a jedna z tych gałązek wciąż drży, choć znikąd nie czuć żadnego podmuchu, choć powietrze stoi jakby zalane betonem i w tym betonie zastygłe razem z całym lasem. Ta gałązka, niby taka marna, niepozorna, a oparła mu się, wytrzymała, okazała się silniejsza niż on. I ostatecznie – pokonała go.

Teraz on – mój ojciec – siedzi tam i czeka na mnie, więc chodzę do niego codziennie i gawędzimy sobie. I to gawędzenie sprawia nam radość. Tyle mamy sobie do powiedzenia! Teraz dopiero, teraz...

Czy kochałem mojego ojca? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. On też nigdy mi nie mówił, że mnie kocha. Czułem jednak, że mam w nim oparcie i że mogę pozwolić sobie na więcej niż moje rodzeństwo. A było nas pięcioro – dwie dziewczyny i trzech chłopaków. A ja byłem najmłodszy. I chorowity. Nie było roku, żebym nie przeszedł jakiejś poważnej choroby. Może dlatego byłem szczególnie ochraniany, oszczędzany. Gdy trzeba było krowy czy owce wypędzić na pastwisko, chrustu przynieść z lasu, chwastu dla świniaka narwać, ojciec zawsze posyłał kogoś starszego z rodzeństwa. Stasiek niech zostanie w domu – mówił. – Łun jesce mały.

I zawsze byłem  jeszcze za mały do tych różnych prac, choć już miałem lat dziesięć, czy dwanaście. Zawsze przecież był ktoś starszy ode mnie, zdaniem ojca bardziej odpowiedni, by zrobić to czy tamto. Moi bracia czasem kłócili się z ojcem, że wszystko muszą za mnie robić, przecież chociaż gęsi mógłbym przypilnować. Siostry jak to kobiety, posłuszne instynktowi macierzyńskiemu, traktowały mnie ciągle jak małe dziecko, którym właśnie one są w stanie najlepiej się zaopiekować. A matka? W zasadzie popierała ojca,  choć bywało, że wypominała mu tę jego nadmierną, jak sądziła, troskliwość o mnie. I żeby pokazać innym, że ode mnie też czegoś wymaga, posyłała mnie czasem, żebym kurom do miski wody nalał, psu jeść zaniósł, śmieci z polepy pozmiatał. Matka potrafiła i klapsa mi dać, gdy np. wylałem mleko z kubka i potem nie miałem  czym chleba popić, a mleka już więcej nie było, bo akurat dojna była tylko jedna krowa, druga tuż przed wycieleniem nie dawała mleka, a ta dojna dawała go niewiele, gdyż na pastwisku nigdy się nie najadała, była zamorzona i wydawało się, że kości przebiją jej skórę. Matka jednak innym razem brała mnie na kolana, przytulała, całowała, gładziła po głowie.  Ojciec nie robił tego nigdy. Miałem wrażenie, że zawsze traktował mnie poważnie, jak dorosłego, choć byłem dzieckiem i choć mówił, że jestem za mały, żeby coś tam zrobić. Pamiętam, że dzielił się ze mną swoimi zmartwieniami, gdy była susza, od dwóch miesięcy ani kropla nie spadła, na pastwisku trawa prawie wyschła, na łące też, a tu pora kosić. Skąd my siana weźmiemy na zimę? A ja chciałem ojca pocieszyć:

– Tato, przecież przez naszą łąkę przechodzi rów i tam jest trochę wody, to będziemy wiaderkami tę wodę nabierać i wylewać na łąkę i podlejemy trawę!

Mój pomysł wydał mi się genialny, a ojciec powiedział  tylko:

– No, no, Stasiu, a toś wymyślił...

* * *

Stary Kulak późno dziś wyprowadza na pastwisko swoją krowinę. Dwie owce idą za nią posłusznie, jak dwa wierne psy. I zwierzęta, i człowiek tworzą dziwną grupę istot tak mizernych, wymęczonych, wychudzonych, że zdaje się, cudem jakimś jeszcze trzymających się życia.

I wszystkie te istoty dźwigają brzemię starości. Wloką się teraz z trudem po piaszczystej wiejskiej drodze, przystając czasem dla wytchnienia, a stary Kulak gładzi po kościstym grzbiecie krasulę, zanurza w liche wełniane runo owiec żylastą dłoń i zachęca:

–  No, dali, dali, juz ino ino bedzie trowka.

A ludzie śmieją się z Kulaka, że popycha swoje zwierzęta za zady, to jedno, to drugie, że w końcu i jego trzeba będzie popchnąć, by jakoś ta przedziwna ekipa dotarła do swojego celu. I nie rozumieją ludzie, dlaczego ten stary jest tak głupi i uparty, i nie chce się zgodzić, by zabrało go do siebie któreś dziecko. A trzeba  przyznać, że wszystkim jego dzieciom powiodło się. Pokończyły szkoły, mają dobre zawody, mieszkają w miastach. Niektóre mają nawet samochody. Rzadko przyjeżdżają, bo nie mają czasu, muszą dużo pracować, żeby sobie życie jak najlepiej ułożyć. Poza tym, tu na wsi wciąż droga piaszczysta, samochód mógłby zaryć, może i popsuć się. Ludzie rozumieją to, i rozumieją, że najkorzystniej dla Kulaka i jego dzieci byłoby, gdyby sprzedać tę marną schedę starego, znajdzie się przecież we wsi jakiś kupiec, są młodzi gospodarze, którzy chcą powiększać swoje gospodarstwa i perspektywy dla nich też są, bo rząd obiecuje wsparcie dla wsi, obiecuje drogi wybudować, kredyty niedrogie na maszyny rolnicze dawać, więcej za produkty rolne płacić, ale trzeba mieć siłę do pracy i pilnować swoich interesów. Gdzież mu tam, staremu Kulakowi do takich wymogów! Co on sam może zwojować? Dopóki jeszcze Kulakowa żyła, jakoś to było. Ale teraz? Gdzie samemu, staremu chłopu gospodarstwo prowadzić? Więc niechby sprzedał, niechby poszedł do któregoś, przecież dzieci po to się ma, żeby na starość wsparcie było. I opieka. I zauważyli ludzie, że ostatnio częściej najmłodszy jego syn się pojawia, jego ulubiony syn. No i dobrze, bo komuż jak nie jemu stary ojciec mógłby zaufać?

I zaufał stary ojciec.

A Staś obiecywał:

– Tato, na tę zimę tylko zabiorę cię do siebie. Zima ma być sroga, zamarzniesz w chacie. Zwierzętami zaopiekują się sąsiedzi, a jak przyjdzie wiosna, przywiozę cię na wieś.

I zabrał Staś ojca do miasta. A w tym mieście było prawie jak na wsi, bo Staś wybudował sobie dom przy ulicy na peryferiach. Za jego domem były ugory, na których rosły różne zielska, a po przeciwnej stronie ulicy rósł sobie sosnowy lasek, prawie taki sam jak za domem ojca. Stary Kulak mógł tu poczuć się trochę jak na swojej wsi, a jednak tak się nie poczuł. Bo te pola nieuprawiane były mu obce, i las sosnowy – obcy. I co najważniejsze – obcy byli tu ludzie. Wychodził czasem przed dom, na ulicę i czekał, by ktoś do niego zagadał, albo żeby móc do kogoś zagadać, ale ludzie przechodzili śpiesznie, nikt się nie zatrzymał, nie zapytał o nic, nawet pochwalony nie powiedział. A najczęściej to ci ludzie przejeżdżali samochodami i najwyżej zatrąbili, by uprzedzić starego, żeby czasem nie wszedł na jezdnię. Na dodatek Staś strofował go nieraz, że tak wystaje przed płotem jak żebrak jakiś, że nie ubierze się porządnie, że mu wstyd za niego. Cóż było robić? Stasia przez większą część dnia nie było w domu, jego żony też, a dzieci nie mieli, więc przykrzyło się Kulakowi niemiłosiernie. Gdyby był u siebie, mógłby pogadać do krasuli, do owiec, czy choćby do starej lipy na podwórku. Mógłby wyjść na drogę   i popatrzeć na inne chałupy, czy u Smugów już gotują obiad, czy dym leci prosto  z  komina i wróży dobrą pogodę. Mógłby spotkać Jarugę lub Waśkowiaka, pogawędzić trochę o czymkolwiek, czy będzie tęga zima, czy chałupę ogacać, czy drewna na opał wystarczy. A tu? Ani do kogo gęby otworzyć. To zaczął chodzić Kulak do tego lasku sosnowego. Tam zobaczył czasem sarenką, wiewiórkę lub zająca, i raźniej mu było na duszy. Tam i do drzew pogadał, bo cóż one winne, że obce? Powoli stawały mu się bliskie i jakby coraz uważniej słuchały go. Opowiadał im swoje życie, swoje żale. A zwłaszcza upodobał sobie taką młodą sosenkę, pod którą siadał nawet na śniegu, i mówił jej o tym, co go boli. I teraz dopiero zauważył, że potrafi mówić o tym, co tam w środku się w nim kłębi i spokoju nie daje. Nigdy wcześniej tak nie było. Czasem milknął zawstydzony, że tak bebechy z siebie wyciąga, jak jakaś baba. Ale co tam, nikt nie słyszy, oprócz tej sosenki młodej, która pieściła go gałązkami, łaskotała po starej twarzy, jakoś uciszała, uspokajała. I tak jakoś minęła zima. W sumie nie miał źle stary Kulak. Miał swoją kajutkę u syna, z oddzielnym wejściem, nikomu więc nie musiał się pokazywać, jeśli nie chciał. Było mu ciepło, nie musiał się martwić o nic. Dostawał jedzenie, picie. Jezdem jak ten pies – pomyślał kiedyś. – Mom legowisko i miske. A co jo myśle, co jezd tam we mnie we środku, to nik ło to nie zapyto. Nikogo to nie łopchodzi. I po co jo tu jezdem? Zeby tylko spać, źryć i srać?

I zagadnął do syna:

– Stasiu, a to zima sie kuńcy. Miołeś mnie łodwieźć do nos, na nasom wieś.

A Staś tłumaczył:

– Tato, to dopiero początek kwietnia. Jeszcze zimno. I wiesz, postanowiliśmy

z Mietkiem i Mirką, że najpierw trochę odremontujemy twoją chałupę. Dach przecież przecieka, przez ściany wiatr dostaje się do środka. No i podłogę drewnianą trzeba położyć, żeby ci cieplej było.

– To mi choć łowce przywieź – prosił ojciec. – Po co u łobcych majom być? Tu, na tych ługorach za chałupom, pewno trowsko porządne urośnie. A i na drodze. I na polanie w lesie. Wyjadłyby sie moje baśki ze hej. A jo miołbym wreście jakomś robote. Bo jak cłowiek nic nie robi, to i zyć się nie chce.

– Pomyślę o tym, tato, pomyślę – obiecywał Staś. – Ale to tak głupio będzie wyglądać, żebyś ty

z owcami tu koło domu chodził.

– Nie bój sie, nikto nie bedzie widzioł, dali gdzie popendze.

– Oj, tato...

I minął maj, i minął czerwiec, trawy porosły bujne na ugorze za domem, i na skwerku pod lasem, a Staś nie miał czasu, żeby pojechać po owce. A na początku lipca zjawili się nagle wszyscy – Mietek i Romek, Mirka i Zośka. I ich rodziny.  I wszyscy tacy zadowoleni, roześmiani, hałaśliwi. Chciało im się aż ze Śląska przyjeżdżać.  A cóz to za okazyjo – pomyślał Kulak. I wnet się dowiedział.

Wystawiono stół na podwórko, bo pogoda była wymarzona – nie za gorąco, ale ciepło, przyjemnie, słoneczko wesoło igrało w trawie, wietrzyk muskał leciutko zadowolone  twarze. Na stole dużo jedzenia i wódka. Kulak lubił czasem napić się wódki, ale nigdy nie miał na nią pieniędzy. Nie mógłby spojrzeć w oczy dzieciom, gdyby przepił grosz, zamiast im kupić bułkę. A tu tyle wódki!  Juści, inny tero świat. Inacy ludzie zyjom – pomyślał.

I zrobiło się wesoło na podwórku u Stasia Kulaka. I staremu Kulakowi jakoś raźniej zrobiło się na duszy. Może dlatego, że wszystkie jego dzieci tu były i widział, że im dobrze, a może dlatego, że wychylił już piąty kieliszek? Tym razem polał jego najmłodszy i to on przemówił. I Kulak słyszał, jak z zadowoleniem informował wszystkich o załatwieniu sprawy. Jak korzystnie udało mu się sprzedać gospodarstwo ojca, jego krowę i dwie owce. I nawet za tę walącą się chałupę wziął niezły grosz. I zwołał tu wszystkich, by się uczciwie tymi pieniędzmi z nimi podzielić. A ojciec może zostać nadal u niego albo po kolei mogą go po trochu potrzymać u siebie inni. Jak chcą. No i ojciec też otrzyma sprawiedliwie część pieniędzy ze sprzedaży.

Kulak już nie słuchał dalej. Minęło alkoholowe zamroczenie. Wstał i powiedział bardzo dobitnie:

– Wsadźta se w dupe te piniondze.

I poszedł w stronę sosnowego lasku.

– On tam często chodzi – skomentował Staś. – Niech sobie pospaceruje. Ochłonie trochę, przemyśli. Przecież chcemy dobrze dla niego.

Mietek nalał wszystkim wódki. Wypili za zdrowie ojca.

* * *

Tato, tato... Ja, twój najmłodszy, twój synek ulubiony... Teraz wiem, że cię kochałem, zawsze cię kochałem... A jednak... Ja – Judasz...

 

Szukaj

Tłumacz

Statystyki

Odsłon artykułów:
1382562

Licznik odwiedzin

1335234
DziśDziś208
WczorajWczoraj371
W tygodniuW tygodniu1713
W miesiącuW miesiącu5553
ŁącznieŁącznie1335234