Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Walter 

 

Szumowiny i błazny 

 

Ryby zawsze psuły się od głów, a głowy dziś, jak wiemy, (...) od parady, a jakże. Lśnić i paradować, błyszczeć i połyskiwać, za wszelką cenę. Nikt się dziś nie przejmuje, zobowiązaniami tak zwanego szlachectwa, nikt się nie martwi skrupułami, sumieniem, reakcją ludzką czy społeczną. Cel uświęca środki, a celem jest ów własny ryj wystawiony na pokaz dalece nieosiągalny innym, zwykłym śmiertelnikom, do których ów ryj wbrew pozorom czuje dalece idącą pogardę z lekceważeniem. Oczywiście ubiera się to w różne kryjące fatałaszki, pokrywa patyną tłumaczeń czy uzasadnień, a czasami nawet i te skrupuły pozostawia się poza katalogiem i brnie się dalej – byle naprzód, byle szybciej, byle wyżej, byle coś tam, gdzieś o „nim” napisano... Wielki, znakomity, znamienity, piękny i ogromny, niepowtarzalny... Mister X – zero podniesione do potęgi zawsze pozostanie zerem, ale w tym świecie, w tym, który oglądacie za oknem to już nie działa. Dziś zera zostają premierami, prezydentami, profesorami, gwiazdami, ba, współczesnymi (a fuj) „autorytetami”...

A to tylko szumowiny i błazny.

Pozerzy i narcystycznie zaczadzeni osobnicy za nic mający bliźniego swego, traktujący go jako nawóz społeczny do swoich knowań i celów. Złotouści niejednokrotnie wodzireje czasu, okoliczności, miejsc i wydarzeń. Jakże smutna jest taka rzeczywistość. Jakże smutny jest też wianuszek pożytecznych idiotów występujących w roli wielbiących i klakierów, wiecznie gratulujący, nawet niewidzący czego i dlaczego, i po co, i w imię czego. Niewiedzący sensu, kontekstu, podtekstów i szerszej perspektywy swoich gratulacji, że jest to przecież też akt świadectwa, to jakby stawianie podpisu pod zeznaniem, cyrografem, donosem, to jakby dołączenie do hucpy, świętokradztwa, zdrady czy innego szubrawstwa. Świat pełen pożytecznych idiotów, bez przemyśleń, własnych poglądów, bez ideałów, idei, nadwornych głupków, których również najłatwiej uczynić: szefami, prezesami, naczelnymi czy innymi łatwo sterowalnymi pionkami, aby ci, którzy chcą naprawdę decydować o obliczu tej ziemi mieli w ich postaci zderzaki, bezpieczniki, wentyle bezpieczeństwa, względnie łatwowierne kozły ofiarne.

Powie ktoś, znów Walter pluje jadem, znów przejaskrawia, znów szuka dziury w całym. W całym? Zapytam?! Głośno i donośnie. Kiedyś mówiliśmy, że nastąpił upadek autorytetów, od kiedy kapciowego uczyniono metropolitą, od kiedy prezydentami zostają aktorzy, bokserzy czy szemrani biznesmeni, a nawet niemal capo di tutti capi jak w jednym z krajów bałkańskich... Dziś to już faza dalsza, ta po upadku, bo teraz na piedestały wspinają się już śmieci, gnidy, te osławione zera, które dopadły kość i kości już nie puszczą. Ci ludzie są wśród nas. Fałszują rzeczywistość, przymilają się, ocierają się o nas, ich usta, oczy i dusze przepełnione są kłamstwem i podstępem – w cele realizacji utrwalonego celu, a tym celem jest ich świecenie nieustająco na pomniku za życia, na piedestale, na tak zwanym topie. Potencjalni zwycięzcy, nobliści, laureaci, wielcy eksperci, mędrcy, rządzący i dzielący. Oni – imperatorzy, władcy, poza wszelką krytyką, poza podejrzeniami, poza czasem i nieśmiertelnością. Omnibusy i geniusze.

I później dziwimy się, frasujemy, że świat zmierza w takim, a nie innym kierunku. Zmierza do katastrofy. Nie da się ukryć. Jak z takim przywództwem może zmierzać gdzie indziej?

A to tak naprawdę szumowiny i błazny. Groteska tańcząca z głupotą (i to wszystkich w to zamieszanych – również i mnie), żałosność w kontredansie z nędzą duchową i intelektualną, podparte bywają życiorysem na dwadzieścia stron, poparte wypowiedziami równie żałosnych, albo i wkręconych w tę grę, oszołomionych i opętanych „wspieraczy” geniuszu tych zer.

Wiem coś o tym, gdyż sam swego czasu dałem się uwieść w naiwności swej dziecięcej kilku takim zerom. Robiłem to szczerze i naiwnie, nie wypieram się. Starałem się widzieć więcej niż było do zobaczenia, w rewanżu otrzymywałem różne korzyści i profity. Dziś mi wstyd, ale łuski z oczu opadły. To się nazywa „nawrócenie”. Zawrócenie z drogi donikąd. Szukanie prawdy. A cóż to jest prawda – krzykną wszyscy. I oni wszyscy, ci, którzy sumienia jeszcze mają, wiedzą.

Zatem Walter nie pluje żadnym jadem, jakże łatwo tak zarzucić, Walter bowiem znowu pisze prawdę, być może swoją, subiektywną, ale tak to widzę, i piszę, opisuję to, co widzę. Szkopuł w tym, że widzi to jeszcze wiele, bardzo wiele ludzi, tylko czasami nie mają odwagi tego głośno powiedzieć. Dysonans wkrada się poznawczy. Ryba jak, już wspomnieliśmy, psuje się od głowy, a głowa dziś... od parady.

Polecam ostatnie teksty Andrzeja Dębkowskiego, które Ten płodzi dziś obficie na Fejsbuku. To wypowiedzi mądre i przemyślane, miło się to to czyta i wzbudza to przemyślenia i refleksje... Jeden tekst dotyczył narcyzmu i Auschwitz, nie będę cytował, przeczytajcie sobie sami, ale zacytuję sam siebie, własny komentarz, gdyż jest tam kilka słów o naszym cudownym środowisku literackim:

 

„No tak. Opisany problem trawi dziś wszystkie środowiska. To problem wręcz społeczny, związany niejako z czasami: pogardy, cynizmu, hipokryzji oraz parcia na szkło. Nasze środowisko literackie jest również tego doskonałym przykładem, nie tylko politycy, choć Ci przekraczają już dalece granice przyzwoitości. U nas mieliśmy ostatnio sytuację, w której jedna organizacja literacka pogardliwie i cynicznie wypowiada się o drugiej, podkłada nogi, naśmiewa się, szarga imiona. Później jeden taki „prezes honorowy” pewnego oddziału (powstałego z kłótni z innym oddziałem) oznajmia bezwstydnie, że został również do tamtej wrogiej organizacji przyjęty. Ma takie parcie, że aż zaparcie. Do tego cały wianuszek klakierów (pożyteczni idioci?), którzy mu z kolei gratulują (w tym pani prezes innego naszego oddziału) i tak to się toczy pisane: zdradą, sabotażem, bezwzględnym parciem po trupach samych siebie byle zaistnieć, byle poszerzyć zakres CV, byle się dowartościować. Mój Boże, cóż za zbieranina szumowin i gadów. Czasami się tego wszystkiego wstydzę, a już co najmniej obrzydza mnie to wszystko. Podobno człowiek, to kiedyś brzmiało... dumnie. Niestety już nie dziś. Pozdrawiam”.

 

I na koniec drobny komentarz. Cóż z tego, że ów prezes „honorowy” jest w pewnych klimatach wybitnym artystą, naprawdę, sięgającym gwiazd, skoro cały ten swój talent, owe gwiazdy i artyzm trwoni w alkoholu, narkotykach i przekraczaniu wszelkich granic obrażania i upokarzania innych ludzi, czego niegdyś doświadczyłem osobiście. Cóż z tego, że tworzy piękno, kiedy potem babra się w ekskrementach, smaruje nimi siebie i innych, wszystko mu jedno z kim, i czym, prostytuuje się na lewo i prawo, byle po trupach, byle do celu. Okropne i żenujące. Z takich ludzi dziś składają się organizacje twórcze, środowiska artystyczne, ludzie, od których można by było wymagać: poziomu, klasy i ogłady. Uszlachetnionych, bo artyści przecież, ponad poziomy. A szlachectwo zobowiązuje. Kogo? Tych obwiesi?

Zatem to błazny i szumowiny, przy klasie i wzniosłości nawet nie stali. Nigdy. Stoją przy hipokryzji, przy Dyzmowaniu, przy wielkiej improwizacji... tylko nie przy sztuce czy pięknie. I takie to mamy czasy:

Piękno miesza się z błotem, a błoto unurzane w wiecie czym i wszystko zaczyna pachnieć, wiecie jak, a my powoli się w tym wszystkim... urządzamy, klaszcząc i robiąc dobre miny do jakże złych gier.

Jeśli jest inaczej, lepiej, to napiszcie... spojrzymy sobie razem, prawdzie... w oczy.

Andrzej Walter

 

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Głos rzeczy, cisza człowieka

Alegoryczna mapa sensu w zbiorze „Rzecz rzecze” Janusza Ziarnika

 

Zbiór opowiadań „Rzecz rzecze” autorstwa Janusza Ziarnika jawi się jako konsekwentnie zbudowana, spójna wizja świata, w której granica między tym, co ożywione i nieożywione, zostaje świadomie zatarta. Autor oddaje głos przedmiotom, roślinom i elementom natury, czyniąc z nich pełnoprawnych bohaterów zdolnych do refleksji, emocji i krytycznego oglądu rzeczywistości. Już sam tytuł tomu sygnalizuje istotne przesunięcie perspektywy poznawczej: to nie człowiek opisuje rzeczy, lecz rzeczy mówią o człowieku. Ten zabieg nie jest wyłącznie formalnym eksperymentem, lecz nośnikiem głębokiej refleksji filozoficznej i egzystencjalnej. Dzięki personifikacji autor uzyskuje dystans, który pozwala mu mówić o sprawach uniwersalnych bez dosłowności i nachalnego moralizatorstwa.

Twórczość Ziarnika wyrasta z wieloletniego doświadczenia pisarskiego, choć sam autor z charakterystyczną konsekwencją odmawia sobie miana „pisarza”. Pisał od zawsze – odkąd sięga pamięcią. Najpierw były zeszyty w trzy linie, wypełniane cierpliwie rzędami liter, aż do momentu, gdy możliwe stało się zapisanie pierwszego sensownego zdania: „Ala ma kota”. W szkole średniej ćwiczył pochyłe pismo techniczne na papierze milimetrowym, a jednocześnie pełnił rolę kronikarza drużyny harcerskiej. Wypracowań szkolnych – jak sam przyznaje – było wiele, lecz bez szczególnych pożytków dla ludzkości. Do prawdziwego pisania zmusiła go dopiero praca magisterska, nagrodzona w konkursie Centralnej Biblioteki PTTK, co można uznać za symboliczny moment przejścia od zapisu do świadomego opowiadania.

W kolejnych latach Janusz Ziarnik związany był z redakcjami licznych pism lokalnych, prowadząc własne rubryki m.in. w „Nad Wartą”. Szczególne miejsce w jego biografii zajmuje kwartalnik „Na Sieradzkich Szlakach”, z którym związany jest nieprzerwanie od 38 lat. To właśnie lokalność, uważne patrzenie na „małe światy” i codzienne historie, wyraźnie odciska się także w „Rzecz rzecze” — książce, która mimo swojej alegorycznej formy pozostaje mocno zakorzeniona w doświadczeniu zwyczajności.

Jednym z kluczowych tematów tomu jest poszukiwanie sensu istnienia oraz pytanie o to, co nadaje życiu znaczenie. W opowiadaniu „Słoik” pustka nie jest jedynie brakiem zawartości, lecz metaforą egzystencjalnej jałowości. Sens pojawia się dopiero wraz z zapachem kolendry – podobnie jak w ludzkim życiu wartość rodzi się z relacji, przeżyć i znaczeń, a nie z samego trwania. Ten motyw powraca w „Walizce”, gdzie pragnienie podróży staje się symbolem potrzeby zmiany i wyjścia poza stagnację. Walizka gotowa do drogi, lecz nieruszająca się z miejsca, przywołuje obraz człowieka uwięzionego pomiędzy marzeniem a lękiem przed ruchem.

Istotnym wątkiem zbioru pozostaje napięcie między pragnieniem a ograniczeniem. W „Lampie” krótki, intensywny romans kończy się tragedią, podkreślając kruchość uczuć i nieuchronność straty. „Długopis” ukazuje bezsens działania pozbawionego refleksji – pisanie, które nie wypływa z „widzenia”, prowadzi do chaosu i pustych znaków. W „Lustrze” z kolei pozór nieskończonej przestrzeni okazuje się zamknięciem, a prawdziwa wolność istnieje jedynie poza narzuconą ramą.

Relacja natury i człowieka, znana z wcześniejszych książek Ziarnika, także w „Rzecz rzecze” odgrywa istotną rolę. Opowiadania takie jak „Budleja” czy „Świetlik” ukazują przyrodę jako byt autonomiczny, mądry i samowystarczalny. To kontynuacja myślenia obecnego już w „Opowieściach naszego lasu” (2019, 2024), które leśnicy odebrali jako ważny krok ku „lepszemu poznaniu polskiej przyrody”. Natura u Ziarnika nie potrzebuje ludzkiej ingerencji — to raczej człowiek powinien nauczyć się jej słuchać.

Autor nie pomija także codzienności i jej pozornie banalnych napięć. „Filiżanka” pokazuje, jak chwila spokoju może zostać przerwana, a jednocześnie przekształcona w dojrzalszą radość płynącą z relacji i odpowiedzialności. Z kolei „Butelka” i „Papieros”, utrzymane w tonie groteskowym, obnażają mechaniczność ludzkich nawyków i słabości, czyniąc to z ironią, lecz bez okrucieństwa.

Motyw dojrzewania i zmiany perspektywy pojawia się w opowiadaniach „Mak” i „Fotografia”. Pierwsze ukazuje odejście od marzycielskiego zapatrzenia ku uważności na drugiego człowieka, drugie splata pamięć, czas i przestrzeń, pokazując przeszłość jako żywe źródło sensu. Ten sposób myślenia koresponduje z wcześniejszymi książkami autora, m.in. „Ukrytymi w kronice Sieradza” (2017), gdzie historię miasta splótł z obecnością ptaków, oraz z późniejszym tomem „Pół żartem” (2025) — żartobliwą, a zarazem celną reakcją na rzeczywistość, pełną nowych przysłów i „ogrodu rymów”.

„Rzecz rzecze” to twórcza zabawa rzeczownikami, ale zarazem książka głęboko przemyślana. Dialogi między przedmiotami przynoszą zaskakujące, często poruszające efekty, a forma bajki filozoficznej pozwala mówić o sprawach najważniejszych z lekkością i poetycką dyskrecją. Choć Janusz Ziarnik konsekwentnie zaprzecza, jakoby był pisarzem, jego twórczość — uważna, refleksyjna i zakorzeniona w doświadczeniu — dowodzi, że czasem najciekawsze książki powstają właśnie z takiego „zaprzeczenia”.

To zbiór, który uczy słuchania świata: rzeczy, natury i codzienności. A gdy zaczynamy słuchać, okazuje się, że rzeczy naprawdę mają nam coś do powiedzenia.

Andrzej Dębkowski 

 

 

Plakat

 

Plakat

Tatiana Mielcarek 

 

Zamieszkać w ciszy, czyli „Wyspa tańczących kotów” Jana Stępnia

 

Współczesna poezja rzadko pozwala sobie na ciszę. Częściej podnosi głos, komentuje, reaguje, wchodzi w dialog z bieżącą rzeczywistością. Tomik „Wyspa tańczących kotów” wybiera inną drogę. To poezja wycofana, skupiona, świadomie oszczędna – taka, która nie chce być głośna, lecz obecna.

Już pierwsze wiersze sugerują, że mamy do czynienia nie ze zbiorem luźnych miniatur, ale z konsekwentnym projektem etycznym i językowym. Autor prowadzi czytelnika ku przestrzeni wewnętrznej, w której najważniejsze nie jest to, co wypowiedziane, lecz to, co powstrzymane. Cisza, milczenie, odpowiedzialność za słowo – te motywy powracają jak refren, porządkując cały tom.

W wielu utworach słowo ukazane zostaje jako siła ambiwalentna: zdolna budować mosty, ale równie łatwo wznosząca mury. Poezja ta nie idealizuje języka. Przeciwnie – odsłania jego przemocowy potencjał, nadmiar, hałas, który zagłusza sens. Stąd tak wyraźna obecność milczenia, rozumianego nie jako brak, lecz jako forma dojrzałej komunikacji. Wiersze uczą uważności: zanim coś zostanie nazwane, warto zapytać, czy naprawdę musi zostać wypowiedziane.

Ta etyczna i językowa konsekwencja najpełniej ujawnia się w poszczególnych wierszach tomu. W „Milczeniu” cisza staje się nie brakiem, lecz wartością – przestrzenią, w której dopiero można usłyszeć własne myśli i pragnienia, oczyszczone z hałasu nadmiaru słów. „Modlitwa” pokazuje z kolei duchowość pozbawioną dogmatu: skierowaną ku słońcu, drzewom i księżycowi, a w istocie ku relacji, trosce i empatii wobec tego, co samotne i kruche. W „Lustrze” autor dotyka problemu tożsamości – nie poprzez deklaracje, lecz poprzez gest lęku przed rozpoznaniem samego siebie, przed zobaczeniem twarzy, która mogłaby okazać się zbyt prawdziwa. Szczególnym dopełnieniem tej perspektywy jest „Kloszard” – wiersz, w którym wolność i godność pojawiają się poza porządkiem społecznej użyteczności, a milczenie staje się formą mądrości, nie wykluczenia.

Istotnym rysem tego tomu jest również pokora wobec granic ludzkiego poznania. Pojawiają się tu tematy ostateczne – śmierć, wina, przemijanie – jednak bez patosu i bez prób ich oswajania metaforą. Autor potrafi zatrzymać się w miejscu, w którym język traci władzę, i nie traktuje tego jako porażki, lecz jako akt uczciwości. To poezja, która nie obiecuje ukojenia, ale oferuje prawdę wypowiedzianą szeptem.

Ascetyczność tej poetyki jest jednocześnie jej siłą i ryzykiem. Minimalizm formy, powracające motywy ciszy i milczenia mogą sprawiać wrażenie powtórzenia. Jednak ta konsekwencja okazuje się świadomym wyborem – zamiast efektownych metafor otrzymujemy spójny rytm myślenia, w którym każdy wiersz jest kolejnym krokiem w głąb tej samej wyspy.

Tytułowa „wyspa tańczących kotów” nie jest wewnętrznym obrazem marzenia, ale marzenia szczególnego rodzaju – nie eskapistycznego, lecz chroniącego. To metafora azylu wewnętrznego, miejsca, w którym wrażliwość może trwać bez presji użyteczności i bez konieczności tłumaczenia się światu. Poezja ta nie ucieka od rzeczywistości, ale stawia jej warunek: tylko cisza pozwala naprawdę zobaczyć.

Tomik wpisuje się w nurt współczesnej poezji kontemplacyjnej, stojącej w kontrze do językowego nadmiaru i publicystycznej emfazy. Nie szuka aktualności za wszelką cenę. Jego aktualność polega na czymś innym – na przypomnieniu, że sens rodzi się tam, gdzie słowo spotyka granicę swojej mocy.

„Wyspa tańczących kotów” to książka, która nie domaga się natychmiastowej reakcji. Zostaje w czytelniku dłużej – jak cisza po rozmowie, która naprawdę coś znaczyła. Zostaje cisza, w której coś zaczyna się wyraźniej rysować. A to – w dzisiejszym świecie – jest wartością rzadką i potrzebną.

Tatiana Mielcarek

 

 

Plakat

 

Plakat
Paweł M. Wiśniewski

 

Przepaść jak kamień w wodę

 

Zaginięcie bliskiej osoby jest jedną z najgorszych rzeczy jakie mogą dotknąć kochającą się rodzinę. Gdy pewnego dnia jeden z jej członków wychodzi z domu, by nigdy do niego nie powrócić, we wnętrzu spójnej komórki powstaje czarna dziura, która zasysa wszystko, co znajduje się wokół niej i tworzy obłok melancholii i smutku, obarczając domowników nieprzebraną mgłą cierpienia. Mgła ta nie znika, nawet po wielu latach rozłąki, tężejąc do monstrualnego rozmiaru, zakrywającego wszelkie uczucia wobec pozostałych domowników, tak bliskich, acz teraz, po stracie ukochanej osoby, tak dalekich.

Zaginięcie bliskiego było chętnie powielanym tematem w kulturze; literaturze, filmie, dramacie. Wystarczy chociażby wspomnieć dzieło w reżyserii Davida Finchera „Zaginiona dziewczyna”, czy oparty na prawdziwych wydarzeniach serial „Sprawa Asunty” Carlosa Sedesa i Jacobo Martineza. Ten sam motyw podejmuje również Jurica Pavičić; ur. 1965, chorwacki pisarz, dziennikarz i scenarzysta, który w najnowszej powieści „Czerwona woda” łączy ze sobą wiele stylów przenikających się wzajemnie, tak aby całość nie odkrywała przed czytelnikiem swych tajemnic do ostatniej strony książki.

„Czerwona woda” zaczyna się co prawda od zaginięcia nastoletniej dziewczyny – Silvy – lecz stanowi to zaledwie preludium dalszej opowieści, gdzie prawda i fałsz stykają się niemalże na każdym kroku tworząc mozaikę mętnej zupy.

Proces poszukiwań w dzisiejszych czasach jest trudny i zwykle wymaga zaangażowania wielu ludzi. Nie inaczej było wówczas. Z tą jednak różnicą, iż był to rok 1989, tuż przed wybuchem wojny w Jugosławii. Nikt wtedy, a z pewnością nie rok później, nie zajmował się takimi sprawami, a nawet jeżeli, nie przykładał do tego baczniejszej uwagi. Cytując prowadzącego sprawę: „Do tej pory mogliśmy jej przypadek traktować jak ucieczkę dziecka z domu. Miała siedemnaście lat i uciekła prawnym opiekunom. Teraz tak nie jest. Stała się pełnoletnią osobą. Miała prawo uciec. Może żyć, gdzie się jej podoba, nie musi się z państwem kontaktować”. Wszelkie prośby, protesty i groźby zrozpaczonych rodziców kończyły się słowami ubolewania i zapewnieniami o niezwłocznym „zajęciu się tą kwestią”.

Pavičić  pisząc swą książkę skupiał całą literacką uwagę nad słabością ludzkiej psychiki, wystawionej na traumę utraconej osoby, pozbawionej jakichkolwiek oznak otuchy. Autor „Czerwonej wody” postawił przed nami – czytelnikami – lustro, w którym każdy może ujrzeć siebie samego, co były w stanie znieść, gdyby taka historia zdarzyła się właśnie niemu, a nie wyłącznie bohaterom powieści. Czy gdyby w naszym życiu doszło do tak tragicznej sytuacji byliśmy zdolni do podejmowania odmiennych decyzji? Czy może pogrążylibyśmy się w otchłani ciemności, pozbawieni jasnego światełka będącego w stanie nas naprowadzić do wyjścia? Albo jeszcze inaczej – co by zwyciężyło – ciemność czy światło? Pavičić  zadaje te wszystkie pytania nie znając dobrej odpowiedzi, bo takiej nie ma, a każda próba jej znalezienia, tak jak zaginionej dziewczyny, kończy się fiaskiem, a finał okaże się jeszcze mocniej dramatyczny.

Finał poszukiwań zaginionej osoby bywa niekiedy tragiczny w skutkach. Pogodzenie się z tym, że już nigdy jej nie przytulimy, nie porozmawiamy, jest absolutnie beznadziejnym i bezbarwnym doznaniem jakie można odczuć. Czas niezbędny do zabliźnienia ran bywa niezwykle długotrwały i nie zawsze przynosi ukojenie. A jednak mija, a rany nie zabliźniają się, mogąc jedynie ukryć się pod wieloma warstwami ubrań.

Paweł M. Wiśniewski

____________

Jurica  Pavičić, „Czerwona woda”. Przekład: Leszek Malczak. Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025.