Andrzej Dębkowski
Wrastanie w światło. Pożegnanie Ignacego
19 lutego 2026 roku odszedł prof. Ignacy S. Fiut.
Piszę te słowa z niedowierzaniem, jakby język miał się zbuntować przeciwko faktowi, który już się wydarzył. Bo jak napisać, że odszedł ktoś, kto był obecnością? Kto był głosem, śmiechem, ironią, ciepłem dłoni na ramieniu, niespodziewanym telefonem z pytaniem: „Przyjeżdżaj częściej, pogadamy”? Jak napisać, że nie zadzwoni, nie przyśle maszynopisu, nie zapyta z udawaną powagą, czy jednak nie zdecyduję się zrobić u niego doktoratu?
Ignacy Stanisław Fiut urodził się 12 listopada 1949 roku w Nowym Sączu. Poeta, krytyk literatury, prasoznawca, profesor filozofii w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie od 1997 roku. Ukończył biologię, a potem filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Doktorat w 1984 roku, habilitacja w 1996. Pracę na AGH rozpoczął w 1975 roku, był kierownikiem Zakładu Filozofii. Członek Stowarzyszenia Twórczego Polart, członek redakcji i Rady Naukowej „Hybrydy”, od 1990 roku należał do Związku Literatów Polskich w Krakowie.
To są fakty. Daty. Funkcje. Tytuły. Można je zapisać, uporządkować, oprawić w ramy życiorysu.
Ale Ignacy nie mieścił się w ramach.
Poznałem go trzydzieści lat temu w Starym Sączu, na jego rodzinnej ziemi. To było spotkanie, które od razu miało w sobie coś z powrotu, choć przecież dopiero się poznawaliśmy. Oprowadzał mnie po mieście z pasją przewodnika i czułością syna. Każdy zaułek miał swoją historię, każda kamienica – wspomnienie, każda ścieżka – ślad dzieciństwa. Mówił o tej ziemi jak o kimś bliskim. Nie jak o miejscu, lecz jak o istocie, która go wychowała, ukształtowała, nauczyła milczenia i mowy.
Ziemia Sądecka była jego pierwszą i ostatnią nauczycielką. Wrastał w nią jak drzewo, którego korzenie są głębsze niż widać. Nawet kiedy mieszkał w Krakowie, nawet kiedy prowadził zajęcia, pisał recenzje, publikował książki, zawsze był trochę tam – na Ziemi Sądeckiej, przy matce, przy wspomnieniu domu, przy zapachu rzeki i wilgotnej ziemi. Mówił o swojej starowince-matce z czułością, która rozbrajała jego ironiczny ton. W tych chwilach widać było, że pod maską ciętego języka kryje się chłopiec, który nigdy nie przestał kochać miejsca, z którego wyszedł.
Spotykaliśmy się często. W Sączu – Starym i Nowym – w Krakowie – w Pod Gruszką, Pod Jaszczurami, na ulicach, w kawiarniach, w bibliotekach. W Warszawie, w Poznaniu. Zawsze gdzieś pomiędzy rozmową a śmiechem. Ostatni raz widzieliśmy się podczas wspólnego udziału w sesji naukowej w Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pamiętam światło wpadające przez wysokie okna i jego skupioną twarz, gdy mówił – jak zawsze jasno, precyzyjnie, z charakterystycznym błyskiem ironii w oku. Nie przypuszczałem wtedy, że to będzie nasze ostatnie spotkanie twarzą w twarz.
Ignacy miał dar rozmowy. Nie był to zwykły dialog. To była intelektualna przygoda. Potrafił z jednego zdania wyprowadzić cały esej, z jednego żartu – filozoficzną refleksję, z jednej anegdoty – diagnozę epoki.
Kochałem nasze dyskusje o literaturze, o mediach, o kondycji człowieka w świecie, który coraz szybciej tracił sens. Był prasoznawcą, ale patrzył na media jak na zwierciadło duszy zbiorowej. Analizował je z precyzją biologa i wrażliwością poety. Miał w sobie oba te światy: ścisłość i metaforę. To rzadkie połączenie.
Zawsze dziwił się, dlaczego nie chcę robić u niego doktoratu. Pytał z przekąsem, z lekkim wyrzutem, z uśmiechem, który mówił: „Wiesz, że byłoby warto”. A ja, trochę z przekory, trochę z lęku przed odpowiedzialnością, odmawiałem. Dziś myślę o tym z czułością. Może powinienem był przyjąć to zaproszenie? Może byłby to jeszcze jeden wspólny rozdział? A może właśnie ta nasza relacja – wolna od formalnych zależności – była piękna dlatego, że była czystą przyjaźnią, rozmową bez hierarchii.
Ignacy miał niesamowite poczucie humoru. Cięty język, który potrafił zranić, ale nigdy nie był okrutny. Ironia była jego tarczą i jego zabawką. Śmiał się ze świata, z instytucji, z literackich mód, z akademickich póz. Ale potrafił też śmiać się z siebie. Mówił o swoich słabościach z taką swobodą, jakby opowiadał anegdotę o kimś obcym. Ten dystans do siebie był oznaką wielkości. Wielu ludzi poważnych nie potrafi być poważnymi bez nadęcia. On potrafił być poważny bez patosu.
A przecież był także wspaniałym poetą. Wrażliwym i uważnym. Kto widział go po raz pierwszy – profesora filozofii, analityka mediów, krytyka literackiego – nie spodziewał się, że pod tą powierzchnią kryje się tak subtelna tkanka. Jego poezja była jak cichy strumień płynący pod kamieniami dyskursu. Przed każdą nową książką przysyłał mi maszynopisy. „Rzuć okiem” – pisał. Jakby to było coś nieistotnego. Jakby nie chodziło o jego najintymniejsze zapisy. Czytałem te wiersze z poczuciem, że dotykam czegoś delikatnego. Że powierzono mi tajemnicę.
Był pracusiem. W „Gazecie Kulturalnej” był stałym współpracownikiem prawie dwadzieścia lat. Zrecenzował ponad dwieście książek. Zawsze miał zapas tekstów. Kiedy inni narzekali na brak czasu, on po prostu pisał. Rzetelnie. Uważnie. Z szacunkiem dla autora i czytelnika. Należał do tych krytyków, którzy nie szukają efektownych bon motów kosztem prawdy. Jeśli krytykował – to z argumentem. Jeśli chwalił – to bez taniej egzaltacji.
Czasem myślę, że był człowiekiem trochę nie z tego świata. Nie dlatego, że był oderwany od rzeczywistości. Przeciwnie – widział ją aż nazbyt wyraźnie. Ale miał w sobie jakiś rodzaj wewnętrznej wolności, która nie pozwalała mu całkowicie wrosnąć w mechanizmy tego świata. Nie dawał się do końca oswoić instytucjom, środowiskom, modom. Był obecny, a zarazem osobny. Jakby stał krok obok, patrząc z uśmiechem i lekkim zdumieniem na to, co inni biorą śmiertelnie poważnie.
Takich ludzi jest coraz mniej.
Dziś, kiedy myślę o nim, wracają obrazy: spacer po Starym Sączu, rozmowa przy stoliku w krakowskiej kawiarni, telefon z zaproszeniem, najpierw koperta z maszynopisem, potem mail, jego charakterystyczny śmiech. Wraca też cisza. Ta, która zapada po wiadomości o śmierci. Cisza, w której człowiek próbuje zrozumieć, że już nie będzie kolejnego spotkania.
A jednak jest coś, co zostaje. Jego słowa. Jego wiersze. Jego recenzje. Jego studenci, którym przekazywał nie tylko wiedzę, ale sposób myślenia. Jego przyjaciele, którzy noszą w sobie fragment jego spojrzenia na świat. Jego ukochana Ziemia Sądecka, która pamięta jego kroki.
Ignacy wrastał w światło. Tak chcę o nim myśleć. Nie jako o kimś, kto odszedł w ciemność, lecz jako o kimś, kto przeszedł w inną formę obecności. Może teraz spaceruje po swoich rodzinnych ścieżkach w jakimś wymiarze, do którego nie mamy dostępu. Może prowadzi kolejną rozmowę – tym razem już bez ograniczeń czasu.
Dla mnie pozostanie przede wszystkim przyjacielem. Nie tylko profesorem, nie tylko poetą, nie tylko krytykiem. Przyjacielem, z którym można było milczeć i mówić, śmiać się i spierać, planować i wspominać. Przyjacielem, który potrafił powiedzieć: „Przyjeżdżaj częściej, pogadamy” – i w tych prostych słowach zawrzeć całą filozofię bliskości.
Ignacy, jeśli gdzieś jesteś i słyszysz te słowa – dziękuję. Za rozmowy. Za śmiech. Za zaufanie. Za wiersze, które mi powierzałeś. Za to, że byłeś.
Twoje odejście zostawia pustkę, której nie da się wypełnić. Ale zostawia też światło, które będzie świecić długo. W pamięci. W słowie. W przyjaźni, która nie kończy się wraz z ostatnim oddechem.
Do zobaczenia, Przyjacielu.
Andrzej Dębkowski
Fot. ©Danuta Sułkowska
Krzysztof Gołębiewski
Spotkanie, które mogło się wydarzyć (I)
(między Małym Księciem a Emmą Bovary)
Wyobrażasz sobie spotkanie Małego Księcia z panią Bovary? Ja spróbowałem... Jednak ich spotkanie mogło mieć sens tylko na marginesie światów, w miejscu nieprzynależnym ani do asteroidy, ani do normandzkiej prowincji: ustronnym, cichym, jakby wyjętym z przypisu.
Mały Książę przyszedł pierwszy. Lubi przychodzić wcześniej – nie z niecierpliwości, lecz z uważności. Usiadł na kamieniu, oglądając mrówki, słuchając ciszy, która jeszcze nie wie, że za chwilę stanie się napięciem. Madame Bovary przyszła później. Z rumieńcem, który nie miał już nic wspólnego z niewinnością. Z zapachem perfum, które próbowały zagłuszyć zapach prowincji i rozczarowania.
– Dlaczego jesteś smutna, skoro masz wszystko? – zapytał.
Nie odpowiedziała od razu. Uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto już wie, że „wszystko” to słowo puste.
– Bo wszystko to za mało – powiedziała w końcu.
Między nimi nie było flirtu. Raczej konfrontacja dwóch absolutów: czystej potrzeby sensu i niecierpliwej potrzeby doświadczenia. Mały Książę słuchał uważnie, ale nie rozumiał jej głodu. Emma patrzyła na niego z mieszaniną czułości i irytacji – jak na kogoś, kto wciąż wierzy, że świat da się oswoić jednym pytaniem. Opowiedział jej o róży, o odpowiedzialności, o tym, że najważniejsze jest niewidoczne. Ona parsknęła śmiechem – nie z drwiny, lecz z bólu.
– Ja też miałam róże. Wszystkie zwiędły.
W pewnym momencie zrozumieli, że nie mogą się dotknąć. Nie dlatego, że nie wolno, lecz dlatego, że ich języki pochodzą z różnych porządków istnienia. On jest jeszcze przed upadkiem. Ona – dawno po.
To nie była schadzka. Spotkanie było krótkie. Bez pocałunku, bez obietnic. Mały Książę odszedł bogatszy o wiedzę, że dorosłość potrafi ranić. Emma – uboższa o kolejne złudzenie, że ktoś ją ocali. Miejsce po nich długo pozostawało ciche, jak po rozmowie, która nie mogła się udać, ale musiała się wydarzyć, jak spotkanie, które też musiało się jednak zamknąć, bo są spotkania, które nie domykają się za pierwszym razem, nawet jeśli wydają się ostateczne. Dlatego spotkali się raz jeszcze.
Tym razem Mały Książę nie przyszedł pierwszy. Nauczył się już, że czekanie bywa formą władzy, a nie tylko czułości. Zaś Emma przyszła ciszej. Bez pośpiechu, bez tej nerwowej nadwyżki gestu. Jakby coś w niej się zużyło – albo właśnie oczyściło. Miejsce byłoby inne. Mniej symboliczne. Może ławka przy drodze. Może pokój z oknem, które nie obiecuje widoku. Bez alibi poezji. Tym razem on nie zapytał „dlaczego?”. Zrozumiał, że nie każde cierpienie chce być objaśnione. Ona nie mówiła o miłości, ani o niespełnieniu, ani o romansach, które miały zastąpić sens. Powiedziała tylko: – Czasem myślę, że nie pragnęłam za bardzo. Pragnęłam źle.
To był moment przełomu, bo Mały Książę – choć wciąż dziecko – pojął coś, czego nie uczy żadna planeta: że niewinność nie polega na braku pragnień, lecz na ich właściwym adresowaniu.
– Może nie trzeba było chcieć więcej – dodała Emma.
– Może wystarczyło chcieć prawdziwiej – odpowiedział on.
Tym razem między nimi nie było przepaści. Była różnica skali, ale już nie różnica sensu. Ona zobaczyła w nim nie naiwność, lecz odwagę prostoty. On w niej – nie zepsucie, lecz zmęczenie marzeniem. Gdy się rozchodzili – bo znowu musieli – nie było straty. Zostało coś cenniejszego niż spełnienie: korekta spojrzenia. Emma odchodziła wolniej. Mały Książę – cięższy, ale uważniejszy. Świat, który ich nie potrafił pomieścić razem, na chwilę stał się odrobinę bardziej zrozumiały.
Krzysztof Gołębiewski
Fot. https://www.facebook.com/photo.php?fbid=845371911884750&set=pb.100092358461789.-2207520000&type=3







































































































































































































































































































