Andrzej Dębkowski
Linia, która oddziela świat od ciszy
Każda ważna książka zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda czytelnika. Nie tam, gdzie obiecuje przygodę, sensację czy rozpoznawalną fabułę, lecz w miejscu, w którym zmusza do zmiany pozycji: do zejścia z bezpiecznej ścieżki odbioru i wejścia w obszar niepewności. „Śmierć rysownika” Szymona Koprowskiego należy właśnie do takich książek. To nie jest powieść, którą się „czyta” w tradycyjnym sensie – to tekst, który wchodzi w czytelnika, powoli, konsekwentnie, z precyzją dobrze prowadzonej kreski. Nie podsuwa gotowych odpowiedzi, nie prowadzi za rękę, nie oferuje prostych emocji. Zamiast tego stawia pytania o naturę widzenia, o granice wrażliwości, o cenę, jaką płaci się za konsekwentne życie na marginesie dominujących narracji.
Punktem wyjścia tej książki nie jest wydarzenie, lecz stan. Nie fakt, lecz napięcie. Koprowski doskonale rozumie – i to rozumienie stanowi jedno z ukrytych centrów tej powieści – że rzeczywistość nie rozpada się w spektakularnych eksplozjach, lecz w drobnych przesunięciach sensu. W niepozornych pęknięciach, które przez długi czas pozostają niezauważone, aż w pewnym momencie okazuje się, że nie ma już czego sklejać. „Śmierć rysownika” jest właśnie zapisem takiego procesu: powolnego wycofywania się świata z własnych obietnic i równie powolnego wycofywania się człowieka z uczestnictwa w tym świecie.
Nieprzypadkowo bohater tej powieści jest rysownikiem. Rysunek – najbardziej elementarna z form plastycznych, oparta na linii, geście, koncentracji – staje się tu nie tylko zawodem czy artystyczną praktyką, lecz sposobem istnienia. Człowiek, który rysuje, funkcjonuje w innej ekonomii czasu niż reszta społeczeństwa. Jego uwaga jest skupiona, jego percepcja wyczulona, jego relacja z rzeczywistością oparta nie na natychmiastowej reakcji, lecz na obserwacji. W świecie nadprodukcji obrazów, opinii i deklaracji taka postawa bywa odbierana jako podejrzana. Milczenie zaczyna wyglądać jak prowokacja, a skupienie – jak odmowa udziału w zbiorowym spektaklu.
Szymon Koprowski, sam będący artystą wizualnym, znakomicie wykorzystuje to napięcie. Jego proza nosi wyraźne ślady myślenia plastycznego: jest oszczędna, precyzyjna, gęsta od znaczeń, a jednocześnie odporna na uproszczenia. Autor nie opisuje świata – on go kadruje. Wybiera fragmenty, detale, powtarzalne motywy, które z czasem zaczynają działać jak znaki w partyturze. Czytelnik zostaje zmuszony do uważności, do czytania między wierszami, do śledzenia tego, co nie zostało nazwane wprost. To literatura wymagająca, ale właśnie dlatego tak głęboko satysfakcjonująca.
„Śmierć rysownika” jest książką o relacji jednostki z rzeczywistością społeczną, ale nie w sensie publicystycznym. Polityka, ideologia, zbiorowe emocje pojawiają się tu nie jako tematy do dyskusji, lecz jako siły oddziałujące na psychikę, język i relacje międzyludzkie. Koprowski pokazuje, jak łatwo to, co zbiorowe, wdziera się do tego, co intymne; jak prywatne życie zostaje skolonizowane przez cudze narracje; jak człowiek traci prawo do własnej wersji wydarzeń. To jedna z najbardziej przenikliwych diagnoz współczesności zawartych w tej książce: nie tyle opresyjność systemów, ile ich zdolność do przejmowania języka, a tym samym – sensu.
Centralnym doświadczeniem tej powieści jest utrata. Ale nie jest to utrata jednowymiarowa. To nie tylko utrata relacji, stabilności czy poczucia bezpieczeństwa. To przede wszystkim utrata zaufania do rzeczywistości jako takiej. Moment, w którym świat przestaje odpowiadać na znane gesty, a znane słowa tracą swoje znaczenie. W takiej sytuacji sztuka – dotąd pełniąca funkcję schronienia – zaczyna odsłaniać swoją ambiwalencję. Może ratować, ale może też pogłębiać izolację. Może porządkować chaos, ale może również uczynić go nieznośnie wyraźnym.
Koprowski nie idealizuje twórczości. Nie czyni z artysty proroka ani ofiary z definicji. Wręcz przeciwnie – pokazuje twórczość jako praktykę ryzykowną, wymagającą, czasem destrukcyjną. Jako sposób bycia w świecie, który domaga się pełnej obecności i nie gwarantuje żadnej nagrody. W tym sensie „Śmierć rysownika” wpisuje się w długą tradycję literackich rozważań nad statusem artysty, ale jednocześnie wyraźnie ją aktualizuje. To nie jest książka o romantycznym cierpieniu ani o geniuszu niezrozumianym przez tłum. To książka o człowieku, który zbyt długo wierzył, że można pozostać na uboczu i jednocześnie zachować integralność.
Szczególna siła tej powieści tkwi w jej języku. Koprowski operuje stylem chłodnym, zdystansowanym, a zarazem głęboko empatycznym. Unika patosu, nie ucieka się do moralnych ocen, nie narzuca interpretacji. Pozwala, by znaczenia wyłaniały się stopniowo, często z pozornie banalnych sytuacji. To proza, która ufa czytelnikowi – jego inteligencji, wrażliwości, cierpliwości. I właśnie to zaufanie sprawia, że lektura staje się doświadczeniem intensywnym, niemal fizycznym.
„Śmierć rysownika” można czytać jako powieść psychologiczną, jako diagnozę społeczną, jako metaforyczną opowieść o kondycji sztuki we współczesnym świecie. Każda z tych perspektyw jest uprawniona, żadna nie jest wystarczająca. Książka Koprowskiego wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom, ponieważ jej prawdziwym tematem jest proces – proces erozji sensu, proces narastania napięcia, proces przekraczania granic, które z pozoru wydawały się nieprzekraczalne. To literatura, która nie tyle opowiada historię, ile rekonstruuje stan świadomości.
Ważnym kontekstem tej książki jest biografia autora, choć nie w sensie dosłownych odniesień. Koprowski, absolwent Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, artysta związany z materią obrazu, przestrzeni i formy, wnosi do swojej prozy doświadczenie długiego obcowania z ciszą pracowni, z dyscypliną warsztatu, z samotnością twórczego procesu. To doświadczenie wyczuwalne jest w każdym akapicie tej powieści. W sposobie budowania napięcia. W precyzji obserwacji. W nieufności wobec łatwych narracji. Autor „Dybuka z ulicy Piotrkowskiej” po raz kolejny udowadnia, że jego literatura wyrasta z głębokiego namysłu nad tożsamością, pamięcią i granicami poznania.
„Śmierć rysownika” jest książką niewygodną, ponieważ nie pozwala czytelnikowi pozostać neutralnym. Zmusza do konfrontacji z pytaniem o własne miejsce w świecie pełnym hałasu, uproszczeń i agresywnych interpretacji. Pyta o cenę, jaką płacimy za milczenie. O granicę między dystansem a współodpowiedzialnością. O moment, w którym rezygnacja z udziału staje się formą zgody. To pytania, które wykraczają daleko poza ramy literatury – i właśnie dlatego ta książka jest tak ważna.
Nie jest to lektura, po której zamyka się okładkę z poczuciem domknięcia. Raczej z uczuciem niepokoju, który domaga się dalszej pracy – myślenia, rozmowy, powrotu do własnych doświadczeń. „Śmierć rysownika” nie oferuje katharsis w klasycznym sensie. Oferuje za to uczciwość. I uważność. A to wartości rzadkie, zarówno w literaturze, jak i w życiu.
Ta książka jest jak rysunek wykonany cienką, niemal niewidoczną linią – im dłużej się jej przyglądamy, tym wyraźniej dostrzegamy, że oddziela ona nie tylko świat przedstawiony od białej kartki, ale także nas samych od pytań, których wolelibyśmy nie zadawać. I być może właśnie dlatego warto ją przeczytać. Nie po to, by znaleźć odpowiedzi, lecz by nauczyć się patrzeć uważniej.
Andrzej Dębkowski
Renata Adamska-Garbowska
Między kulturą a sztuką i odwrotnie
Pochylając się nad wieloznacznością terminu „kultura”, interpretowanego w bardzo różny sposób przez przedstawicieli nauk wszelakich, najczęściej dochodzi się do wniosku, że jest to spójność rozumiana jako całokształt duchowego i materialnego dorobku społeczeństw. Kontynuując ten tok myślenia, zmierzamy do określenia kultury jako ludzkich wytworów w rozumieniu materialnym i duchowym. Tyle definicyjnie…
Nie można postrzegać jednak wyłącznie materialnego aspektu kultury jako jedynie duchowego. Bezsprzecznie oba są częścią jednego większego projektu, dzięki któremu mówimy o sztuce w kulturze.
Nie bez powodu wpadamy w zachwyt odwiedzając różnorodne wystawy artystyczne, uczestnicząc w koncertach i spotkaniach literackich. Wychodzimy z nich z przekonaniem i doświadczeniem wewnętrznego uniesienia, przeżycia czegoś szczególnego, czasem rozedrganiem, czasem nostalgią... Tutaj zawsze działa coś znacznie głębszego, niż tylko to, co widzimy, czego dotkamy, czy słyszymy. Ten właśnie niezwykły aspekt pozazmysłowych doznań, czy duchowości, z którymi mamy do czynienia w sztuce, powoduje zazwyczaj niepokój ducha, roni łzę, bawi, bądź budzi grozę. Niezależnie czy mówimy o działaniu w kulturze w znaczeniu klasycznym, czy współczesnym, pewnym jest, że nie ma sztuki/kultury bez człowieka. To ludzkość ma potrzebę odgrywania swoistej roli i posiadania wpływu na doznania i emocjonalność innych, uwrażliwiania na potrzeby, prawdy, odnajdywania odpowiedzi na pytania z głębi ducha.
Czas ostatni jednak budzi niemały i uzasadniony niepokój w znacznej części społeczeństwa, któremu tematyka jest bliska. Powodem tego rodzaju obaw – czy sztuka i kultura zmierza we właściwym kierunku – jest udział w niej sztucznej inteligencji.
Wcześniejsze, wydawać by się mogło zupełnie niewinne eksperymenty z nowymi narzędziami, pozwalające na „ulepszenie” ludzkich wytworów kulturalnych zmieniły się w stałą ingerencję w zasoby sztuki. Są wszechobecne i bezsprzecznie czynią spustoszenie w postrzeganiu tego, co ludzkie, a co jest wytworem AI.
Po latach dynamicznego rozwoju i entuzjastycznego przyjmowania sztucznej inteligencji, rok 2025 przyniósł wyraźny zwrot w nastawieniu opinii publicznej do AI. Zamiast zachwytu, coraz częściej pojawiają się głosy krytyki i obawy dotyczące skutków jej ekspansji. I całe szczęście!
To właśnie rok 2025, wcześniejszy entuzjazm wobec sztucznej inteligencji, zdecydowanie ustąpił miejsca rosnącej nieufności społecznej. Coraz więcej środowisk krytykuje wpływ AI nie tylko na kulturę, ale i na różne środowiska, infrastrukturę, a nawet na relacje społeczne. Nie powinna nas dziwić nieufność wobec tej technologii, skoro umożliwia ona powstawaniu nowych form oszustw i dezinformacji, począwszy od mediów społecznościowych, a skończywszy na podrabianiu dzieł sztuki.
Smutne jest to, że środowisko artystyczne podzieliło się w zdaniach na temat włączania AI w proces twórczy.
Odniosę się tutaj do poezji, bo jednak ta jest mi najbardziej bliska.
Osobiście jestem przeciwna takim eksperymentom. Nie możemy pozwolić sobie odebrać tego, co najcenniejsze w nas samych. Idealnie wyśpiewane nawet największe „poetyckie” gnioty nabierają zupełnie innego wymiaru, zaczynają być odbierane jako forma sztuki. Wystarczy zapisać ten tekst odarty z barwnej, „muzycznej” szatki, by móc zweryfikować poziom tej pseudo sztuki. No ale czego się spodziewać, jeśli w rozmowie z jedną z poetek usłyszałam – o zgrozo – że tego już nie unikniemy, a poza tym ona nie będzie czekać całą wieczność, aż ktoś raczy napisać muzykę do jej tekstów. Nie chce mi się nawet tego komentować. Czy to, że czegoś nie unikniemy ma być powodem akceptacji i uległości? Jak to się ma do tego, że to właśnie poeci, literaci byli kiedyś głosem prawdy, nie bacząc na konsekwencje, pragnęli sięgania wyżyn intelektualnych.
Niestety, niektórzy nie rozumieją, że są poddawani wysoce niestosownej ułudzie!
W dobie, gdzie wielu wykorzystuje wyrwane z kontekstu słowa Edwarda Stachury „Wszystko jest poezja” i uzurpują sobie prawo nazywania wierszem wszystkiego, co wyjdzie spod ich pióra, dochodzi jeszcze obłudne oszustwo nazywania sztuką czegoś, co nie ma z nią z nic wspólnego. Haniebnym jest pozwalanie, żeby tego typu „dzieła” funkcjonowały w przestrzeni kulturalnej. Przecież Stachura powiedział znacznie więcej: „Wszystko jest poezją, a najmniej poezją jest napisany wiersz”. Wypowiadając te słowa nie miał pojęcia jak będą wykorzystane. Owszem chciał on podkreślić, że poezja kryje się we wszystkim, co nas otacza, ale zdecydowanie nie każdy tekst można nazwać poezją.
W przestrzeni literackiej pojawił się również jeszcze dalej idący proceder z użyciem AI. Są i tacy, którzy przy wsparciu sztucznej inteligencji redagują swoje teksty. Często taki tekst nie ma już nic wspólnego z tym, który został poddany tej technologicznej obróbce.
No nie! Stanowcze nie!
Obiecałam sobie, że w tej sprawie mój głos nie umilknie. Przecież poezji i każdej innej dziedziny artystycznej się nie uprawia, ona się rodzi w głowie, sercu, wrażliwości, buncie, doznaniach, jest głębią naszego jestestwa…
Jeśli odpuścimy tę prostą prawdę, z której wyrasta wszystko, co związane jest ze sztuką/kulturą – to już po nas!
Być może przyjdzie czas, że artyści przestaną być potrzebni. Ciekawe kto ma na to plan, żeby podobna rzeczywistość miała miejsce. Jeśli nie postawimy, nawet wyłącznie osobistego veta przeciwko podobnym procederom, to pewnie przyjdzie ona szybciej niż się spodziewamy.
Może rzeczywiście coś, co dziś niektórzy wciąż uważają za niewinną „zabawę” w sztukę przyniesie czas, gdy artystyczny aspekt człowieczeństwa zostanie sprowadzony do przysłowiowego zera. Przecież już dziś obserwujemy jak sprzedaje nam się pewniki, że nie należy się silić na cokolwiek, skoro może być łatwo, miło i przyjemnie. W efekcie końcowym wysiłek intelektualny stanie się również zbyteczny w procesie twórczym.
No tak. Społeczeństwo głuche, ślepe i niewrażliwe, to obecnie najbardziej pożądany „produkt”!
Myślę, że czas na zjednoczenie się środowisk artystycznych i głośne wypowiedzenie się na NIE! Zajęcie otwartego stanowiska co stanowi sztukę i powinno zajmować miejsce w świecie kultury, a co jest nieokreślonym półproduktem w tej sferze. Nawet gdyby nie mało to przynieść większego efektu, to warto dać światu znak na naszą niezgodę.
Renata Adamska-Garbowska
















































































































































































































































































































