Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

„Pomiędzy” jako los, jako język, jako pamięć

 

Tom poetycki Romualda Mieczkowskiego „Pomiędzy” jest książką szczególną nie tylko w obrębie jego własnego dorobku, lecz także w szerszym kontekście poezji polskiej powstającej poza granicami państwa polskiego, a zarazem w obrębie kulturowej przestrzeni dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. To tom dojrzały, świadomy własnych ograniczeń i własnej siły, wyraźnie pisany z pozycji człowieka, który nie musi już niczego udowadniać ani estetyce, ani historii, ani środowisku literackiemu. „Pomiędzy” nie jest bowiem książką efektowną ani doraźnie aktualną; jest książką głęboko zakorzenioną w czasie, w pamięci i w doświadczeniu jednostkowym, które jednak nieustannie styka się z doświadczeniem zbiorowym. Ta poezja rozwija się w szczelinie między biografią a historią, między prywatnym a publicznym, między Wilnem a Warszawą, między sacrum a profanum, między patosem a ironią. Już sam tytuł tomu ustanawia klucz interpretacyjny: istnienie „pomiędzy” jest tu nie tylko tematem, lecz także metodą i ontologicznym statusem podmiotu mówiącego.

Mieczkowski od wielu lat funkcjonuje w świadomości czytelników jako poeta Wilna – miasta palimpsestu, miasta nawarstwień, miasta utraconego i odzyskiwanego w języku. Jednak „Pomiędzy” wyraźnie pokazuje, że Wilno nie jest tu jedynie miejscem geograficznym ani literackim rekwizytem. Jest raczej matrycą doświadczenia, modelem świata, w którym współistnieją różne czasy, języki, pamięci i lojalności. Wilno w tych wierszach nie jest ani sentymentalnym mitem kresowym, ani wyłącznie miejscem traumy. Jest przestrzenią dynamiczną, nieustannie negocjowaną, w której podmiot uczy się życia na przecięciu sprzecznych porządków. Ta kondycja „pomiędzy” dotyczy zarówno tożsamości narodowej, jak i kulturowej, religijnej, pokoleniowej i egzystencjalnej.

Już pierwsze wiersze tomu – takie jak „Gotyckość” – wprowadzają charakterystyczny dla Mieczkowskiego ton: łączenie osobistego doświadczenia z refleksją historyczno-symboliczną, osadzoną w konkretnej przestrzeni architektonicznej i kulturowej. Gotyk staje się tu nie tylko stylem, ale figurą duchową: strzelistość, światło, pion, wysiłek wznoszenia się ponad własną doraźność. Podmiot wiersza stoi na posadzce katedry, w kraciastej koszuli, w promieniach słońca, i uświadamia sobie własną małość wobec wielkiej formy, ale jednocześnie swoją przynależność do niej. To ważny moment: poezja Mieczkowskiego nie jest poezją wykluczenia, lecz włączenia – nawet jeśli to włączenie jest kruche, chwilowe, ulotne.

W całym tomie powraca motyw patronów, przodków, figur opiekuńczych – zarówno historycznych, jak i rodzinnych. Wiersze „Rodzice”, „Pamiątka z Sybiru”, „Dwie matki” czy „Stół z czasów nadziei” tworzą wyraźny nurt genealogiczny, w którym prywatna pamięć splata się z doświadczeniem zbiorowej historii XX wieku. Mieczkowski nie mitologizuje przeszłości, nie idealizuje jej, ale traktuje ją jako ciężar i zobowiązanie. Fotografie, stoły, modlitewniki, sztuczne kwiaty, chemiczny ołówek – te drobne rekwizyty codzienności stają się nośnikami pamięci, bardziej wiarygodnymi niż wielkie narracje historyczne. Poeta pokazuje, że historia naprawdę wydarza się w domach, na zdjęciach rodzinnych, w przedmiotach przenoszonych z miejsca na miejsce, z kraju do kraju.

Szczególnie poruszający jest w tym kontekście wiersz „Pamiątka z Sybiru”, w którym los zesłańców zostaje pokazany bez patosu, w oszczędnym, niemal dokumentalnym stylu. Modlitwa o śmierć na własnej ziemi, która nigdy się nie spełni, staje się jednym z najbardziej przejmujących obrazów wykorzenienia. Mieczkowski unika tu retoryki martyrologicznej; zamiast niej proponuje skupienie na pojedynczym geście, spojrzeniu, przedmiocie. Dzięki temu wiersz nie zamyka się w lokalnej historii, lecz zyskuje wymiar uniwersalny.

Jednym z najważniejszych tematów tomu jest czas – nie jako abstrakcyjna kategoria filozoficzna, lecz jako doświadczenie cielesne i pamięciowe. W wierszu „Rodzice” czas na chwilę się zatrzymuje, gdy podmiot patrzy na stare zdjęcie. W innych utworach czas przyspiesza, gęstnieje, rwie się, jak w „Zmierzchu pewnej ery”, gdzie zmiana technologiczna (od magnetofonów szpulowych po cyfrową rzeczywistość) staje się metaforą utraty pewnej wrażliwości. Mieczkowski jest poetą świadomości historycznej, ale nie historyzmu: interesuje go nie tyle ciąg wydarzeń, ile sposób, w jaki zapisują się one w ludzkiej pamięci i emocjach.

Wyjątkowo istotny w „Pomiędzy” jest także wątek religijny, który jednak daleki jest od dewocyjności czy doktrynalnej jednoznaczności. Wiersze takie jak „Chwalcie łąki umajone”, „Z nauk ojca kapucyna”, „Sam na sam z Ostrobramską” czy „Kościół na Piaskach” pokazują religijność jako doświadczenie kulturowe, wspólnotowe, a zarazem głęboko osobiste. Wiara w tych wierszach jest raczej przestrzenią pytań niż odpowiedzi, gestem zaufania wobec tajemnicy, a nie systemem nakazów. Szczególnie wymowne jest zdanie kapucyna o piekle jako stanie, w którym człowiek nie potrzebuje drugiego człowieka – to definicja etyczna, nie teologiczna, i zarazem jeden z kluczowych punktów aksjologicznych tomu.

Mieczkowski konsekwentnie unika poetyckiej egzaltacji. Jego styl cechuje narracyjność, długie, meandrujące zdania, brak interpunkcji lub jej ograniczenie, co nadaje wierszom rytm mowy, opowieści snutej przy stole, w drodze, w pamięci. To poezja, która nie boi się prozy życia, a nawet banalności, ale potrafi wydobyć z niej sens. Wiersze o banku, o performance, o obradach jury konkursu poetyckiego, o barze w Kijowie czy o agencjach towarzyskich na Senatorskiej pokazują poetę uważnego na współczesność, krytycznego wobec jej pustki, ale nie pogardliwego.

Szczególne miejsce w tomie zajmują utwory autotematyczne i metapoetyckie. Wiersze takie jak „Moja prestiżowa edukacja”, „Obrady jury w B.” czy „Pochód” są ironiczne, a zarazem gorzkie. Mieczkowski demaskuje w nich mechanizmy środowiskowe, hierarchie, mody i złudzenia świata literackiego. Jednocześnie jednak nie rezygnuje z wiary w sens poezji jako formy dialogu międzypokoleniowego. „Pochód” – z wizją wileńskiego orszaku poetów różnych narodów i epok – jest jednym z najważniejszych wierszy tomu, bo syntetyzuje ideę wspólnoty kulturowej ponad podziałami, ale także pokazuje jej kruchość i marginalizację.

W „Pomiędzy” istotna jest również problematyka starzenia się, przemijania i bilansu życia. Wiersze takie jak „Pudło z fotografiami”, „Stary człowiek i drzewo”, „Na cokole” czy „Dzień, w którym skończyła się młodość” nie epatują lękiem przed śmiercią, lecz raczej próbą zrozumienia własnej drogi. Podmiot Mieczkowskiego jest świadomy swojej skończoności, ale nie popada w nihilizm. Przeciwnie – to świadomość końca nadaje sens gestom pamięci, opieki, sadzenia drzew, zapisywania wierszy.

Na osobną uwagę zasługuje język tomu. Mieczkowski posługuje się polszczyzną klarowną, komunikatywną, pozbawioną formalnych fajerwerków, ale niezwykle precyzyjną. Jego metafory są osadzone w konkretach, a obrazy często mają charakter wizualny i materialny. Poeta nie eksperymentuje z formą dla samego eksperymentu; forma służy treści, a nie odwrotnie. Dzięki temu wiersze zachowują wysoką czytelność, a zarazem nie popadają w publicystykę.

„Pomiędzy” jest także tomem geograficznym: Wilno, Warszawa, Berlin, Wiedeń, Kijów, Krasicki nad Łyną, Sybir – te miejsca tworzą mapę życia, które nie daje się zamknąć w jednym punkcie. Wiersz „Dwie rzeki” – Wilia i Wisła – jest tu symbolicznym skrótem całej książki. Życie płynące między rzekami to życie bez jednej, stabilnej ojczyzny, ale też życie otwarte na wielość doświadczeń. Wiersz „Szukanie ojczyzny” proponuje z kolei redefinicję tego pojęcia: ojczyzną staje się relacja, bliskość, miłość, a nie terytorium.

Warto podkreślić, że mimo obecności tematów politycznych i historycznych, „Pomiędzy” nie jest tomem ideologicznym. Mieczkowski nie narzuca czytelnikowi gotowych ocen, lecz zaprasza do współodczuwania i namysłu. Jego krytycyzm wobec totalitaryzmów, imperialnych narracji czy współczesnych hipokryzji jest wyraźny, ale zawsze zakorzeniony w konkretnym doświadczeniu jednostkowym. Wiersz o radzieckim żołnierzu w Wiedniu czy refleksja z baru w Kijowie nie są publicystycznymi tezami, lecz pytaniami, które pozostają otwarte.

Cały tom można czytać jako próbę ocalenia sensu w świecie rozproszonym, fragmentarycznym, pełnym sprzeczności. „Pomiędzy” to książka o odpowiedzialności za pamięć, język i relacje międzyludzkie. To także książka o godzeniu się z niejednoznacznością – własnej tożsamości, historii, wyborów. Mieczkowski nie proponuje prostych rozwiązań ani jednoznacznych deklaracji; proponuje uważność.

Współczesna poezja często ucieka w skrajności: albo w hermetyczny eksperyment, albo w doraźną publicystykę. Tom Romualda Mieczkowskiego lokuje się poza tymi biegunami. Jest propozycją poezji środka w najlepszym sensie tego słowa: zakorzenionej, refleksyjnej, etycznej.

„Pomiędzy” Romualda Mieczkowskiego nie domyka się konkluzją uspokajającą. Przeciwnie – pozostawia czytelnika w stanie napięcia, które nie jest defektem, lecz zasadą tej poezji. To napięcie sytuowania się wobec tradycji: litewskiej i polskiej, lokalnej i emigracyjnej, klasycznej i nowoczesnej. Jeśli więc na końcu tej książki wolno postawić znak zapytania, to nie po to, by ją unieważnić, lecz by ujawnić jej polemiczny potencjał. Jaki jest więc poeta Mieczkowski wobec innych twórców litewsko-polskich?

Wobec Miłosza Mieczkowski pozostaje poetą „mniejszego tonu”, ale nie mniejszej stawki. Miłosz ustanowił model poety-świadka, który z dystansu historycznego próbuje ogarnąć katastrofę XX wieku i wyprowadzić z niej – jeśli nie sens, to przynajmniej moralny imperatyw pamięci. Mieczkowski nie próbuje powtórzyć tej syntezy. Jego „pomiędzy” jest bardziej kruche, mniej totalizujące. Tam, gdzie Miłosz buduje panoramę, Mieczkowski zatrzymuje się na fragmencie; gdzie Miłosz chce jeszcze wierzyć w możliwość języka zdolnego objąć historię, Mieczkowski podejrzewa język o współudział w rozpłynięciu się znaczeń. To nie jest sprzeciw otwarty, raczej cicha korekta: przesunięcie ciężaru z metafizyki historii na ontologię codziennego trwania.

Z Mackiewiczem łączy Mieczkowskiego nieufność wobec fałszu ideologii i fałszu pamięci, ale ich drogi rozchodzą się zasadniczo. Mackiewicz wierzył w brutalną jasność opisu, w bezwzględność faktu, który ma siłę demaskującą sam przez się. Mieczkowski nie ufa już tej przejrzystości. Jego doświadczenie pogranicza – kulturowego i językowego – uczy, że fakt bez kontekstu staje się równie podejrzany jak mit. Jeśli jest tu polemika, to polemika z naiwną wiarą, że prawda może być tylko jedna i że wystarczy ją wypowiedzieć wprost. „Pomiędzy” wybiera drogę niejednoznaczności nie z estetycznej kokieterii, lecz z etycznej ostrożności.

Najbliżej Mieczkowskiemu do Venclovy – w świadomości wielojęzyczności, w doświadczeniu życia „na styku” oraz w przekonaniu, że poezja nie jest ani azylem, ani trybunałem. A jednak i tu różnica jest istotna. Venclova, nawet gdy mówi z pozycji emigranta, zachowuje silne zakorzenienie w tradycji intelektualnej Zachodu, w klasycznej dyscyplinie myślenia. Mieczkowski pozostaje bardziej lokalny, bardziej podatny na erozję sensów, które niesie peryferyjność. Jego „pomiędzy” nie jest tylko kategorią geograficzną czy polityczną – to stan epistemologiczny, w którym każde rozpoznanie obarczone jest ryzykiem prowizoryczności.

Na tle poezji emigracyjnej „Pomiędzy” jawi się jako książka paradoksalnie postemigracyjna. Nie ma tu nostalgii za utraconą całością ani mitu powrotu, który porządkuje doświadczenie wygnania. Mieczkowski pisze tak, jakby emigracja była już nie wydarzeniem, lecz kondycją – trwałym przesunięciem, które nie domaga się kompensacji. W tym sensie jego poezja polemizuje z klasycznym etosem emigracyjnym: zamiast heroizmu – czułość wobec nieciągłości, zamiast wielkich narracji – mikrologia istnienia.

„Pomiędzy” nie proponuje rozwiązania. Proponuje czujność. I być może właśnie w tym tkwi jego znaczenie wobec wielkich poprzedników: nie w ambicji ich zastąpienia, lecz w gotowości, by powiedzieć, że dzisiaj nie da się już mówić ich językiem bez reszty. Mieczkowski nie burzy pomników – przechodzi obok nich, sprawdzając, co jeszcze rzucają w cieniu. I to sprawdzanie, niekonkluzywne, uparte, pozostaje jego najważniejszym gestem.

 „Pomiędzy” to książka, która domaga się powolnej lektury, wracania do wierszy, czytania ich w kontekście całego tomu. To także książka, która może stać się ważnym punktem odniesienia dla rozmowy o tożsamości polskiej i środkowoeuropejskiej w XXI wieku.

Ostatecznie „Pomiędzy” jest tomem o byciu człowiekiem w świecie, który nie daje prostych odpowiedzi. O byciu synem, ojcem, bratem, obywatelem, poetą. O byciu „pomiędzy” jako losie, ale i jako szansie. W tym sensie poezja Mieczkowskiego ma wymiar głęboko humanistyczny. Nie krzyczy, nie epatuje, nie uwodzi formalnie. Mówi cicho, ale wyraźnie. I zostaje w czytelniku na długo.

Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Gnarowski 

 

Na drugą stronę Błękitu...

(wspomnienie pośmiertne)

 

 Świat dzieje się bez przerwy.

Więc po co rozpacz?

Zbigniew Jerzyna

 

3 września 2025 roku zmarł (odszedł na drugą stronę błękitu) poeta, pisarz Andrzej Grabowski – Kawaler Orderu Uśmiechu. Dwa­dzieścia lat temu poeta napisał jakby prorocze słowa – wtedy też świat z każdym dniem rodził się na nowo i w nowym świetle: „Nie, nie ma potrzeby / na drugą stronę błękitu wybierać się”. Jednak nie znamy wyjścia wobec realnej niemożliwości zatrzymania czasu. Czyta­my dalej: „już cię skreśla kopiowym ołówkiem / już ci błękit zaczyna otwierać”. Uszanujmy trud i rozważania poety podczas lektury jego wierszy – podporządkujmy poecie swój system myślenia...

Tadeusz Różewicz powiedział kiedyś, że poeta jest kimś „byłym”, „umarłym”. Według Kazimierza Wyki Różewicz „uchodzi za antytradycjonalistę, burzyciela wzorów i obowiązujących norm”.

Natomiast Wilhelm Przeczek publicysta, tłumacz kultury czeskiej – w swojej twórczości posłużył się francuską sentencją: „Jeżeli odchodzi zwykły człowiek, to jest tragedia, a jeśli umiera poeta, to kończy się ten świat. Bo kończy się z nim cała możliwość kolej­nego klucza do świata, który on nosił w sobie, jak odcisk papilarny kosmosu”. Poeta z Ciężkowic, czyli z „Literackiego Olimpu”, którego przez lata widywałem na własne oczy – z tej „lekcji umierania” pozo­stawił dla nas testament – czyli filozofię wyznaczającą granicę pomiędzy śmiercią a życiem. Cóż, jesteśmy cząstką świata – odchodzimy powoli od słonecznych ścian naszego życia. Katakumby cienia są naszą wieżą Babel. Ale radości i bólu nie sposób zatrzymać w słowach. Rozpacz, o której mówi poeta, odnajdujemy w języku emocjonalnym – w poezji. „Jakby nam znów po stracie bliskich / ranę otwarto budząc serce”. Rozpacz nie wymaga od nas tajemniczego zmysłu spraw nadprzy­rodzonych „ani mistycznego ognia rozpalającego duszę”.

Andrzej Grabowski jako poeta debiutował w 1971 roku na łamach „Gazety Krakowskiej”. Debiutem książkowym był tomik wierszy: „Zabie­lą się jeszcze nasze sadze śniegiem” (Rzeszów 1983).

„Wujcio Andrzej” (tak nazywały go dzieci) wzbogacał swoją twórczość pisaniem fraszek, satyr, felietonów, humoresek, widowisk scenicz­nych. Nie kwestionowany sukces osiągnął książką dla dzieci o przy­godach „Wiercipiętka”, która stała się bestselerem i wydano ją ośmiokrotnie o łącznym nakładzie pół miliona egzemplarzy. Została wpro­wadzona do kanonu ulubionych lektur szkolnych.

Więc jaki jest ciężar poezji? Wiersze potrzebne są w godzinach smutku i wtedy z pomocą przychodzi poeta – jakże bliski i zrozu­miały dla tych, którzy przeżyli niejedną klęskę literatury – i nie­jedną zdradę (w latach 1983-2012 poeta opublikował 16 tomików poez­ji). O poecie pisali m.in: Ernest Bryll, Andrzej Żmuda, Jan Z. Brudnicki, Emil Biela, Andrzej Dębkowski, Jacek Strzemżalski, Jan Bole­sław Ożóg, Leszek Żuliński, Tadeusz J. Żółciński, Stanisław Stanuch, Stefan Pastuszewski, Andrzej Krzysztof Torbus, Andrzej Gnarowski. Zaprzyjaźniony z poetą Henryk Cyganik napisał coś, co tłukło mu się po głowie: „Poezja Grabowskiego to wręcz obsesyjna wiwisekcja włas­nej osobowości – tej intymnej, samotniczej i tej pokoleniowej. Ta ostatnia wcale nie jest dla poety nieważna. Pojawia się raz po raz, jej motyw odnajdujemy w każdym tomiku”.

Poeta z Ciężkowic należał do tych poetów, którzy dostrzegali całe bogactwo życia – tam, gdzie czas i przestrzeń (jednocześnie zwracano uwagę na zmaganie się poety z elementami romantycznej i neoromantycznej tradycji). Wiedza i talent poety nie kończyły się na hipote­zach, przenikliwość na metaforach, a pewność siebie znalazła ujście w twórczości. Grażyna Orlewska na łamach „Iskier” napisała: „Andrzej Grabowski jest celującym uczniem swego mistrza Kornela Makuszyńkiego, przypominający jednego z bohaterów – wszędzie go pełno i każdemu chce pomagać, przy tym „od rana do wieczora uśmiechnięty”.

Oczywiście nie mogło zabraknąć Andrzeja Dębkowskiego naczelnego redaktora „Gazety Kulturalnej”: „Dla jednych był poetą intymnym, dla innych – realistą, który próbował nadać znaczenie najdrobniejszym gestom i chwilom (...) wierzył, że literatura nie powinna być zam­knięta w salonach wielkich miast, ale że powinna docierać wszędzie tam, gdzie ludzie potrzebują kontaktu z kulturą – do małych miaste­czek, bibliotek, domów kultury”.

Poeta był przede wszystkim animato­rem kultury – nieodżałowanym organizatorem Międzynarodowych Jesieni Literackich – zaliczanych do czołowych imprez poetyckich w kraju – takich jak: Warszawska Jesień Poezji, Listopad Poetycki w Poznaniu, Festiwal Poezji „Poeci bez granic” w Polanicy Zdroju i konkurs Poe­tycki „O ludzką twarz człowieka” w Krośnicach.

Andrzej Grabowski „był zbyt złożoną istotą, żeby sprowadzić jego naturę do klarownej dialektyki, stąd ta żarliwość w jego poezji wypowiadanej jakby jednym tchem, w rytmie sugerującym pośpiech – może to była pa­sja uczenia się świata i życia od początku? Bo poeta to ten, który stara się udowodnić swoją bezradność wobec świata, który tą bezradnością sprawdza świat. Zdarza się, że rozsadza świat wyobraźnią, tak jak kamienną bryłę rozsadza się dynamitem...

Przez ostatnie lata poeta Andrzej Grabowski (1947-2025) mieszkał w Ciężkowicach z żoną Grażyną i synem Arturem (znakomitym grafikiem, projektantem wielu prac z zakresu grafiki użytkowej, plakatów, folde­rów i almanachów – również pisze wiersze). Andrzej Grabowski rozsławił Ciężkowice, zakładając w latach siedemdziesiątych grupę literacko-plastyczną „Rydwan”, oraz kabaret „Piąte Koło”.

Był laureatem konkursu „Czerwonej Róży” (1985), Odznaczony Medalem im. Ryszarda Milczewskiego-Bruna (1984), Niezależnej Fundacji Kultury Polskiej POLCUL w Sydney (1992). Był twórcą i redaktorem naczelnym „Magazynu Literacko-Artystycznego” młodych „Iskra”. Otrzymał wyróżnie­nie Specjalne Nagrody Literackiej im. Władysława Reymonta za propago­wanie literatury współczesnej – Warszawa (2010). Za pracę literacką i kulturotwórczą odznaczony był Złotym Krzyżem Zasługi.

W 2008 roku poeta odbył podróż do Australii i był przyjmowany entuzja­stycznie nie tylko przez najmłodszych czytelników w środowiskach polo­nijnych pod patronatem Konsula Generalnego w Sydney. W roku 2012 poeta wraz z synem Arturem odbyli podróż do Szkocji. Należy również wspo­mnieć o współpracy wydawniczej ze środowiskiem twórczym Wietnamu.

Andrzeja Grabowskiego poznałem w Wilnie na Międzynarodowym Spo­tkaniu Poetyckim „Maj nad Wilią”, którego organizatorem był poeta Romuald Mieczkowski (1950), poeta, publicysta, animator kultury. Od 1989 roku wydaje i redaguje w Wilnie pismo o rodowodzie niepodległoś­ciowym – „Znad Wilii”. Autor kilkunastu książek.

A „maj był piękny tego roku” – w imprezie wszystko grało jak w szwaj­carskim zegarku, ale grało poetycko i wrażliwie, z wieloma barwnymi odcieniami. To szczęście znaleźć się w polu działania takiej aury, a jednocześnie pod tak serdeczną opieką przyjaciół.

Do Warszawy wracaliśmy autokarem (pogoda była fatalna) w trąbach wody i gwałtownych podmuchach wiatru. Andrzej był wyjątkowo w dobrym humorze – bez wątpienia wyglądał na człowieka szczęśliwego (zaprosił mnie na kolejną edycję Galicyjskiej Jesieni Literackiej – uczestni­czyliśmy z żoną w kilkunastu kolejnych edycjach). Nawiązała się mię­dzy nami nić przyjaźni, która z biegiem lat nabierała coraz więk­szej wagi. Bo przyjaźń to fenomen posiadający cechy cyklicznej powtarzalności.

W tych spotkaniach ze słuchaczami (w miastach, miasteczkach, biblio­tekach, Domach Kultury) było coś ze sztuki przekazywania innym i czer­panie od nich bogactwa duchowego. Wielką rolę podczas organizacji i przebiegu udanych (ponad wszelką wątpliwość) imprez odegrała żona po­ety Grażyna, która była przez te wszystkie lata Dobrym Duchem i „jakby lato nam się wyrodziło w zimie / i ponownie z piasku układało daty”. Bo poezja ma to do siebie, że niejednokrotnie wykracza poza samą sie­bie – powstaje z ingrediencji najprzeróżniejszych drgań wymieszanych we wspólnym tyglu (ma w sobie coś z korespondencji prywatnej). Interesujący jest klimat poszukiwań poety z Ciężkowic i sposób pene­tracji. „Szukaliśmy odpowiedzi jak znaku na wodzie/ i śladów morza czerni na bezkresnej plaży”. Empiria wręcz kompensuje wiedzę o natu­rze ludzkiej, a jest to wszak wiedza niebagatelna...

W 2010 roku nakładem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej ukazał się wybór poezji Andrzeja Grabowskiego „Poezje wybrane”, do których napi­sałem wstęp pod tytułem „Poezja jest widzeniem świata”, a motto było z Lukrecjusza: „Pierwszy Epikur, Greczyn, trwogą nie splamił twarzy / Podniósł zuchwałe oczy, do walki stanąć się ważył”. W „Poezjach wy­branych” znalazły się wiersze z dziesięciu tomików – ich układ tylko częściowo wynikał z chronologii, autor „Poezji wybranych” nie nale­żał do twórców chcących za wszelką cenę poprawiać świat – czasem tyl­ko sprzeczał się o przyszłość świata – wiedział, że los staje się je­dynie sprawą ludzką i tylko przez ludzi określoną. Nie chodzi tu już tylko o indywidualność twórcy, ale o czytelnika czyniąc zeń bohatera swego świata – dlatego jest ta liryka obroną indywidualności ludzkiego widzenia i otaczających nas zjawisk. „Aby wypełnić ludzkie serce (na­pisał Camus) wystarczy walka prowadzona ku szczytom”.

Tylko jak wyobrazić sobie szczęśliwego Syzyfa...

Tylko postawa poety oświetla świat na swój sposób, aby w pełnym blasku ukazać jego twarz i raz na zawsze odkryć uprzywilejowaną i zarazem bezlitosną – ale na zawsze związaną z ludzkim losem:

 

taka jasność rozdarła do bólu źrenice

można było wierzyć i ufając wątpić

w zastane światło po piekielnym mroku

 

I jeszcze fragment z wiersza „Pokłosy”:

 

Nasze ołtarze przykrywamy suknem

już bez kłótni o barwę i rolę kapłana

może to tylko stół powszedni będzie

z sakramentem pokuty wyszeptanym z rana

 

Poeta należał do tych twórców, którzy świadomość swego miejsca na ziemi potrafili odcisnąć w swojej liryce. Widzenie świata umiesz­czał na szczycie swojego systemu wartości – to był świat złożony z drobnych detali, ale ogarnięty nadrealistyczną aurą. Bo to poezja litanijna, patetyczna – bliska statusowi zaklinania:

 

zagrajmy w harmonię dębową bez słów

Anioł Chlebowy – Pastuszek okruszyn

będzie uczył na pamięć czas nieokreślony

(„Spojrzenie”)

 

Bardziej określona przez czynnik epoki była sytuacja bezpośrednich literackich poprzedników – kiedy to doświadczenia moralne i ideowe naruszały im wspólną postawę: Ernest Bryll, Harasymowicz, Nowak, Lec – wiersze utrzymane w poetyce sennego marzenia – jakby zaciera­jące granicę konkretu i imaginacji. A oto fragment wiersza, który objawi nam koleje poetyckich ewolucji – zgodnie z aktualnymi dąże­niami artystycznymi. Niejedyne to napięcia, między którymi poezja ta oscyluje:

 

Widziałem spuchnięte jądro wiecznego ognia

bliźniacze słońce wybranej planety

Nie dostrzegłem Piekła i Czyśca

(...)

Oddech szedł korzeniami

w płuca liści rozchylając usta

nie mogłem odnaleźć soczewki oka

 

Z zapartym tchem śledzimy wewnętrzny poryw – ze stężoną w nim energ­ią – jest to zamiar przerzucenia napięcia na odbiorcę. Słowa opiera­ją się w dużym stopniu na przeżyciach samego autora: „Żyjemy na pu­styni bez świadectwa grzechu / wszystko jest tu co jest niczym, / na­wet mogiły z czasem wiatr roznosi”. Zwróćmy uwagę – jak droga od młodzieńczej emfatycznej twórczości zdaje się być niesłychanie kró­tka – na plan pierwszy wychodzą motywy nie metafizyczne tylko wizu­alne. Żyliśmy przecież w inflacji słowa... Istnienie poezją tak wyglądało:

 

A to już szron naszego lata

na skroni drzewa przytulony

dreszcz liścia po przerwanym locie

(...)

Znów przyjdzie próg powitać z chłodem

żegnając w oknie pszczołę słońca

(„A to już...”)

 

W chwili, kiedy zamilknie warsztat poety demiurga – zapytamy dla­czego dochodzi do głosu poczucie ograniczenia ludzkiej kondycji – ale będziemy pamiętali, że była to konfrontacja egzystencjalnego doświadczenia poety z naszym doświadczeniem i że pozostał trwały ślad na ziemi po nim połączony z grozą własnego przemijania. „Przy­jaciele odchodzą – jak Adaś na wiosnę... / znów nam słowo biednieje i nie chce modlitwy / ciągle za małe choć się uczyliśmy”. Wspomnienia prószą sennym makiem – pytamy: czy to był tylko teatr z gestami, maskami, zaklęciami. A może prawda tkwi jedynie w ciele – w jego słabościach – w egoistycznych namiętnościach – a więc trzeba o tym pamiętać, bo nie każdy potrafi się do tego przyznać.

Nie zapomniałem o jeszcze jednym wątku (wcale nie marginalnym) o liryce jak o momencie zmysłowej euforii, która zawsze spełnia swo­ją magiczną rolę będąc wyznacznikiem intelektualno-uczuciowym. Poeta doskonale wiedział, że jeżeli chcemy zmienić świat – musimy upodo­bnić się na wzór kobiety – czyli ulec tajemniczemu powinowactwu dusz. A zatem wiersz „Prognoza” dedykowany żonie Grażynie odsłania zaledwie kulisy tego związku, który stał się wartością nadrzędną i absolutną. Ponieważ bohaterka liryczna wiersza stanowi źródło fascynacji poety, a siła wzruszenia kształtuje istotę teraźniejszo­ści. Wyrazem buntu przeciwko rzeczywistości jest twórczość – a prze­ciwko czasowi jest przyszłość – w tym wypadku od poetyckiego anarchi­zmu, świadoma swoich ograniczeń kodyfikowanej przez rzeczywistość:

 

Odczytuję z Twej dłoni pogodę na jutro

takie ciepło paruje z tego środka mapy

(...)

że wiara ognia jeszcze mrok przenika

jak gorący piasek pomiędzy palcami

 

W naszym świecie może nie wszystko poświęca się zewnętrzności tzn. nie wszystko istnieje na pokaz. Czas poezji jest czasem psycho­logicznej i moralnej prawidłowości...

Nawiasem mówiąc chciałbym żeby powyższe rozważania dały asumpt do ostatecznego zrozumienia – smaków wysublimowanych i gustów otwartych na nowe systemy znaczeń i wartości: mam prawo twier­dzić, iż bliska jest mi ta poezja. Zdajemy sobie sprawę, że coraz częściej poezja współczesna wymaga innego modelu czytelniczej partycypacji – i jest sztuką niełatwą, trudno przyswajalną (czy ma szansę na sprawowanie rzędu dusz?).

I tak w szybkim tempie zbliżamy się do ostatecznej wizji ludzko­ści, jaką roztoczył przed nami poeta. Mógł przecież powiedzieć:

„Napisałem to, co napisałem, a teraz wy się martwcie...”.

„Milczenie tłamsi znane słowa”, a przecież „słowo jest formą nieśmiertelności. Gdy człowiek umiera, jego głos milknie, ale słowa mogą dalej żyć – w książkach, w listach, w pamięci innych”.

Jakaż w tym niezgoda...

A może tak właśnie ostrzej boli światło?...

Andrzej Gnarowski 

Fot. Andrzeja Gnarowskiego: Andrzej Dębkowski 

 

 

Plakat

 

Plakat