Nowości książkowe

 

Plakat

Daniela Ewa Zajączkowska-Hynas

 

Dialog prawdy i poezji 

 

Kolejny tom Anny Andrych jest, jak zwykle u tej autorki, fascynującą poetycką opowieścią. Opowieścią złożoną, wielowątkową i pełną symboliki. Napisane klarownym, precyzyjnym językiem teksty łączą w sobie cechy epiki, liryki i dramatu. Opis i liryczny komentarz przemienia się czasami w mikro fabułę, opowiadającą czyjś los. Dominantą wyboru są dzieje jednostek i zbiorowości, postrzegane nie tyko z perspektywy faktów, ale przede wszystkim w optyce psychicznych doznań, również tych nieuświadomionych i archetypowych. Przy tym wszystkim ważne jest wychodzenie na brzeg z chaosu zbiorowej oraz indywidualnej nieświadomości i integrowanie wewnętrznego świata, co sygnalizuje już tytuł. Wychodzenie na brzeg w symbolice Carla Gustawa Junga oznacza rozpoznanie nieuświadomionych pragnień i lęków. I o owym procesie indywiduacji traktuje najnowszy tom Anny Andrych.

Poetka opisując traumy dotykające społeczność albo jednostkę, wspomina również o zagrożeniach współczesnego świata i wtajemnicza nas w proces indywiduacji i integracji. Liryczna  narratorka jest obserwatorką i krytyczną komentatorką oraz przewodniczką, dążącą do wyzwolenia duszy poprzez dialog prawdy i poezji. Tak bowiem postrzega misję tworzenia.

 

Poeci cenią wolność

posiadają mądrość intuicji

obdarowują

nie z pragnienia zysków

a dla przekazania w wierszach

prawdy i praw miłości

ich słowa bywają siłą

która ocala

 

Jednym z wątków obecnych w zbiorze są historie twórców, którzy obdarzyli nas swoją sztuką, zrodzoną częstokroć z bolesnych doświadczeń i osobistych dramatów. Anna Andrych nie idealizuje artystów, nie usprawiedliwia, ale też i nie oskarża. Jest im wdzięczna za dar ich pracy. Wie, że ich dzieło było najlepszym co umieli dać innym. Pojawiają się nazwiska szczególnie bliskich jej twórców: Christine Lavant, Stanisława Grochowiaka, Vesny Parun, Kory, Ozzy’ego Osbourne’a.

Najwyraźniej w ich utworach odnajduje coś szczególnego i autentycznego, coś pięknego. Przywołuje ich w różny sposób. Do wokalisty Black Sabbath pisze poetycki list, który jest hołdem i podziękowaniem. Wspomina przy tej okazji inne swoje muzyczne fascynacje. Podobny liryczny list pisze do Kory, nawiązując przy tym do swoich ulubionych piosenek rockowej trubadurki. Natomiast twórczość i postać Vesny Parun, chorwackiej poetki, przypomniane są wierszem, w którym podmiot liryczny utożsamia się z nią. O Stanisławie Grochowiaku pisze w utworze „Marzenie nosorożca”, nazywając poetę z serdecznością Stachem. Rysuje jego sylwetkę na tle parku i tworzy miniaturową scenkę, w której Stach, czytając Holderlina, przygląda się bawiącym dzieciom i przysłuchuje ich rozmowom z matkami. Kiedy jedno z dzieci pyta, dlaczego nie ma włosów, odpowiedź jest poetyckim skrótem burzliwego życia czołowego polskiego turpisty.

 

cóż za dużo było szaleństwa w życiu

bujania w obłokach

potem kończąc czytanie usłyszy

zejdź z huśtawki

 

Twórczość i osoba Christine Lavant jest najczęściej wspominana w omawianym tomie. Autorce „Zapisków z domu wariatów” Anna Andrych poświęciła dwa otwierające zbiór utwory. Także w innych tekstach nawiązuje do twórczości i życia autorki Zapisków. Na przykład we wspomnianym wcześniej lirycznym liście do Ozzy’ego Osbourna.  Można więc domniemywać, że postać oraz twórcze przesłanie Christine Lavant i jej dramatyczna biografia są dla twórczyni „Wychodzę na brzeg” ważnym punktem odniesienia. Tytuły wierszy poświęconych austriackiej pisarce są znaczące: „Świadomość” i „Świadomość 2”. Znamienne jest również, że otwierają one tom i że w drugim tekście pojawia się fraza: wychodzę na brzeg, która stała się tytułem tomu. Fraza, która, jak już o tym wspominałam, odsyła nas do jungowskiej indywiduacji. Składając hołd pisarskiemu świadectwu Christiny Lavant i empatycznie wnikając w tragizm jej zmagań z losem i własnymi emocjami, narratorka wybiera inną drogę. Chce żyć pełnią istnienia, zintegrowana ze sobą.

 

chciałam z pazurem dopisać post scriptum

jednak oranie słów przekornie

to mozolna praca brakuje oddechu

jakby woda zalewała płuca

 

wychodzę na brzeg

 

nie raz penetrowałam ten kamienisty pejzaż

gdzie najmniejsza zieleń usychała

od przemijania

kiedy próbowałam zapuszczać korzenie

w minione gorzkie lata albo teraźniejszość

nie mogę pozwolić by to wszystko stało się

trucizną przyszłości

 

Sposobem na owo bycie w pełni sobą, na zintegrowanie swojego wewnętrznego świata, jest pisanie, które nie jest terapią lecz drogą do zrozumienia siebie i świata, do samookreślenia i wytyczenia ścieżek i granic. Dlatego kolejnym kluczowym motywem zbioru jest opisanie ludzkich relacji i miejsc związanych z biografią autorki. Utwory mówiące o bliskich, którzy odeszli, o domach, których już nie ma, są nie tylko wzruszającą peregrynacją w przeszłość, ale również metodą na radzenie sobie z przemijaniem i formą uporania się z bolesnymi doświadczeniami minionego czasu.

 

osoby najbliższe i przyjaciele

których już nie ma

chodzą na palcach w naszej pamięci

by pozwolić nam w spokoju

żyć dla innych

 

Wędrówka duchowa w czasie i w przestrzeni to kolejny, konstytuujący tę poetycką kompozycję, element. Trzy plany czasowe przenikają się. Kontemplacji oraz refleksji podlegają przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Opisywane są indywidualne i zbiorowe doświadczenia, nadzieje i lęki. Opisywane przestrzenie nabierają wyrazu symbolicznego. Stawy, jeziora i morze reprezentują nieświadomość.  Rzeka to symbol zachodzących zmian. Wspinaczka w górach oznacza trud samorozwoju, ale też archetyp celu i transcendencji. Ważni są także towarzysze wędrówki, ludzie bliscy i przypadkowi. Ich egzystencja i postawy życiowe są opisywane z zewnątrz, poprzez opis i komentarz, albo od środka, poprzez wyznanie i poetykę roli. Ludzkie życie jawi się w tej poezji w dynamice dialektycznych przeciwieństw. Świadomość – nieświadomość, alienacja – socjalizacja. Jest ono grą i syntezą, ciągłym stawaniem się, wieczną przemianą, w której wszyscy dźwigamy swoją historię i bagaż pozytywnych i negatywnych doświadczeń. Nikt też nie jest wyizolowany z historii, którą tworzymy jako zbiorowość. Wpływamy na siebie i ulegamy czynnikom społecznym. Świat, który razem budujemy, powinien więc być otoczony naszą wspólną troską. Bo jest wspólnym dobrem. Poetka pisze również o zagrożeniach współczesności, o odczuwanych przez nią i przez wielu z nas obawach i lękach. Najbardziej martwi ją postępująca dehumanizacja obecnej cywilizacji, a najbardziej przeraża realne zagrożenie wojną.

 

jest piwnica która w każdej chwili

może wypełnić się

gruzem

(…)

nie ukryję się w niej

ale mogę wyprowadzić

z bagażem na rowerze

do parku obok

może celem ataku wroga

nie będą drzewa

 

Poezja Anny Andrych ukazuje lęki o losy naszej ojczyzny i narodu, ale także nadzieje i poczucie patriotyzmu, również tego lokalnego, co czyni ten tom bardzo osobistym i szczerym w wymowie.

Przedstawia przemienność ludzkiego losu i proces dążenia do pełni, do ocalenia psychiki i życia.

Posługując się lapidarnym i zmetaforyzowanym językiem, tworzy głęboko humanitarną opowieść, ukazującą egzystencję ludzi z różnych perspektyw. Lirycznie, groteskowo, a nawet onirycznie unaoczniła nam, jak to co świadome i nieświadome tworzy naszą rzeczywistość i jak bardzo sztuka wspiera proces indywiduacji i stwarzania siebie w egzystencji, która jest wieczną metamorfozą i w której przeznaczenie i przypadek są awersem i rewersem ludzkiego fatum.

Ostateczność i ulotność naszego życia i naszej wolnej woli, uwikłanej w uwarunkowania osobiste, społeczne i historyczne jest, jak sądzę, wiodącą problematyką tego niezwykłego tomu. Ludzka dusza wciąż wyłania się z chaosu, dąży do pełnego istnienia i rozumienia samej siebie. Każde nowe doświadczenie trzeba przyswoić, przepracować, nazwać i opisać dla siebie i dla innych, by pomóc nam odnaleźć własną prawdę. Anna Andrych, świadoma odpowiedzialności poetyckiej misji, jej radosnej i mrocznej strony, wypełnia kolejnymi utworami to poetyckie powołanie. Lektura zbioru jest budującym intelektualnie przeżyciem. Fascynującym wejrzeniem w wielorakość doświadczeń, perspektyw i odczuć. Łączy uniwersalność z osobistym świadectwem. Jest bogata w możliwości interpretacyjne, co czyni moją recenzję kolejnym z wielu odczytań. Myślę, że ta książka jest jedną z tych, o których wciąż się myśli i do których się wraca.

Daniela Ewa Zajączkowska-Hynas

 

_______________

Anna Andrych, Wychodzę na brzeg. Redakcja, słowo wstępne, projekt okładki i zdjęcie na I stronie okładki: Andrzej Dębkowski. Zdjęcie autorki na IV stronie okładki: z archiwum autorki. Wydawca: Wydawnictwo Autorskie Andrzej Dębkowski, Zelów 2025, s. 82. 

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

Muzyka, która oddychała ciszą –

popołudnie harmonii i wspólnoty w zelowskiej świątyni 

 

12 kwietnia 2026 roku zapisał się w pamięci słuchaczy jako jeden z tych wieczorów, które nie tyle się przeżywa, co raczej – chłonie całym sobą. W murach Kościoła ewangelicko-reformowanego w Zelowie zabrzmiała muzyka, która przekracza granice czasu, języka i wyznania. Koncert Ekumenicznego Chóru Kameralnego PER z Warszawy, przygotowany z okazji 250. rocznicy Parafii ewangelicko-reformowanej w Warszawie, był wydarzeniem nie tylko artystycznym, lecz także duchowym – głęboko wpisanym w ideę ekumenizmu i wspólnoty.

Już pierwsze dźwięki zdradzały, że mamy do czynienia z zespołem niezwykle świadomym swojego warsztatu. Wielogłosowość, która w repertuarze chóralnym bywa często jedynie technicznym wyzwaniem, tutaj stała się przestrzenią dialogu – żywego, pulsującego, pełnego subtelnych napięć i rozwiązań. Trzy głosy żeńskie – sopran, mezzosopran i alt – niosły światło, lekkość i klarowność, podczas gdy głosy męskie – tenor, baryton i bas – budowały fundament, głębię i wewnętrzne drżenie. Ta równowaga nie była jednak statyczna. Była jak oddech – raz unoszący, raz uspokajający, zawsze naturalny.

Koncert otworzyła „Missa a 3 Woo VI/5” Johanna Wenzla Kaliwody – utwór, który w swojej konstrukcji odwołuje się do klasycznej formy mszy, a jednocześnie ujawnia romantyczną wrażliwość kompozytora. W interpretacji chóru zabrzmiał niezwykle przejrzyście, niemal ascetycznie. Każda fraza była precyzyjnie prowadzona, a zarazem nasycona emocją. Szczególnie „Kyrie” poruszało swoją miękką, falującą linią melodyczną, w której głosy splatały się niczym nici delikatnej tkaniny. Gloria natomiast wniosła dynamikę i energię – bez popadania w patos, raczej z godnością i powściągliwością.

Utwory Daniela Synowca – „Laudate Dominum” oraz „Ave verum corpus” – stanowiły interesujący kontrapunkt wobec repertuaru historycznego. W jego kompozycjach słychać głębokie zakorzenienie w tradycji, ale także wyraźny rys indywidualny. „Laudate Dominum” zabrzmiało jak hymn światła – pełen jasnych współbrzmień, subtelnych dysonansów i płynnych przejść harmonicznych. Z kolei „Ave verum corpus” było momentem zatrzymania. Cisza między frazami stawała się tu równie ważna jak same dźwięki. Chór wykazał się niezwykłą umiejętnością operowania napięciem – każde wejście głosu było przemyślane, każde wyciszenie – znaczące.

W utworach Mikołaja Gomółki – „Nieście chwałę” oraz „Pana ja wzywać będę” – zabrzmiała polska tradycja muzyczna w swojej najczystszej postaci. Interpretacja była pełna szacunku dla stylu epoki, ale jednocześnie żywa i komunikatywna. Nie było tu muzealnej stylizacji – była natomiast radość śpiewania, naturalność frazy i klarowność tekstu. Słuchacz miał wrażenie, że te utwory wciąż są częścią żywej kultury, a nie tylko historycznym artefaktem.
Obecność tych dwóch utworów mojego ulubionego Mikołaja Gomółki nie była jedynie ukłonem w stronę polskiej tradycji, ale stała się jednym z najbardziej wyrazistych momentów koncertu. Gomółka, zakorzeniony w renesansowej wizji harmonii świata, operuje muzyką w sposób, który dziś może wydawać się prosty, lecz w tej prostocie kryje się niezwykła głębia. Chór wydobył z tych kompozycji ich pierwotną świeżość, unikając zarówno nadmiernej stylizacji, jak i współczesnego „upiększania” brzmienia.

W „Nieście chwałę” szczególnie uderzała klarowność prowadzenia głosów – każda linia była czytelna, a jednocześnie wpisana w większą całość, która brzmiała jak dobrze zestrojony organizm. Nie było tu dominacji żadnej sekcji – raczej organiczne współistnienie, w którym sopran nie unosił się ponad resztę, a bas nie przytłaczał fundamentem. To właśnie ta równowaga, tak charakterystyczna dla renesansowej polifonii, została oddana z dużym wyczuciem stylu.

Z kolei „Pana ja wzywać będę” przyniosło więcej introspekcji. Był to moment bardziej osobisty, niemal modlitewny. Chór potrafił tu zwolnić, wyciszyć emocje i skupić się na słowie – a przecież w muzyce Gomółki tekst jest równie ważny jak dźwięk. Delikatne frazowanie, subtelne akcenty i umiejętność budowania napięcia w obrębie pozornie prostych struktur sprawiły, że utwór ten zabrzmiał niezwykle współcześnie w swoim przekazie.
W obu kompozycjach ujawniła się jeszcze jedna istotna cecha zespołu: zdolność do myślenia muzyką nie jako zbiorem nut, lecz jako opowieścią. Gomółka nie został tu potraktowany jak „lekcja historii muzyki”, ale jak żywy twórca, który wciąż ma coś do powiedzenia. I być może właśnie dlatego jego utwory zabrzmiały tego popołudnia tak przekonująco – bo zostały zaśpiewane nie tylko poprawnie, ale przede wszystkim prawdziwie.

Niezwykle poruszający był „Locus iste” Antona Brucknera – utwór, który w swojej prostocie kryje ogromną siłę wyrazu. Chór oddał jego kontemplacyjny charakter z wielką wrażliwością. Długie, spokojne frazy budowały atmosferę skupienia, a akustyka świątyni dodawała brzmieniu głębi i przestrzeni. To był moment, w którym muzyka rzeczywiście „wypełniła mury” – nie w sensie głośności, lecz obecności.

„Pange lingua” Zoltána Kodály’ego było z kolei ukłonem w stronę tradycji pedagogicznej, z którą chór jest silnie związany. W interpretacji słychać było dbałość o intonację, precyzję rytmiczną i czystość współbrzmień – cechy charakterystyczne metody Kodálya. Jednocześnie wykonanie nie było „szkolne” – przeciwnie, pełne było ekspresji i wewnętrznego napięcia.
W programie znalazły się także mniej oczywiste, ale niezwykle interesujące kompozycje, jak „Cantate Domino” Giuseppe Ottavia Pitoniego. Utwór ten, osadzony w barokowej estetyce, zabrzmiał z lekkością i elegancją. Chór świetnie oddał jego rytmiczną energię i kontrapunktyczną strukturę.

Z kolei „Hebe deine Augen auf” Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego było jednym z najpiękniejszych momentów koncertu. Trzy głosy żeńskie stworzyły brzmienie niemal eteryczne – delikatne, a zarazem pełne wewnętrznej siły. To była muzyka, która unosiła, ale nie odrywała od rzeczywistości – raczej pozwalała spojrzeć na nią z innej perspektywy.
Nieco bardziej surowy, ale równie poruszający był utwór Ludwiga van Beethovena – „Pieśń moja Bóg”. Interpretacja była skupiona, pozbawiona zbędnych ozdobników. Chór postawił na prostotę i szczerość przekazu – i był to wybór w pełni uzasadniony.

Na zakończenie zabrzmiało „Fiat pax” Andrzeja Koszewskiego – utwór o szczególnej wymowie w dzisiejszym świecie. W jego strukturze odnaleźć można zarówno niepokój, jak i nadzieję. Chór oddał tę ambiwalencję z wielką siłą – budując napięcie, które nie znalazło łatwego rozwiązania. I może właśnie dlatego było tak prawdziwe.

Całość koncertu prowadził z ogromnym wyczuciem Daniel Synowiec – dyrygent, który nie narzuca się muzyce, lecz ją współtworzy, jest jej częścią. Jego gest był precyzyjny, ale nie mechaniczny; ekspresyjny, ale nie teatralny. Widać było, że chór mu ufa – i że to zaufanie przekłada się na jakość wykonania.

Nie sposób nie wspomnieć o samej przestrzeni, która stała się współuczestnikiem wydarzenia. Akustyka kościoła w Zelowie nie tylko sprzyjała brzmieniu chóru, ale wręcz je współtworzyła. Dźwięk miał gdzie wybrzmieć, gdzie się rozwinąć, gdzie zaniknąć. Cisza między utworami była równie znacząca jak same kompozycje.

Ten koncert był czymś więcej niż prezentacją repertuaru. Był spotkaniem – ludzi, tradycji, wrażliwości. Pokazał, że muzyka chóralna wciąż ma moc jednoczenia, że potrafi budować mosty tam, gdzie inne formy komunikacji zawodzą. W świecie pełnym hałasu i pośpiechu był chwilą zatrzymania – i przypomnieniem, że harmonia nie jest dana raz na zawsze, lecz wymaga pracy, uwagi i wrażliwości.

I może właśnie dlatego ten koncert pozostanie w pamięci na długo – jako doświadczenie nie tylko estetyczne, ale i głęboko ludzkie.

Tekst i foto: ©Andrzej Dębkowski

 

 

Plakat