Nowości książkowe

 

Plakat

Zofia Grabowska-Andrijew 

 

Współbrzmiący głos

 

W poznańskim  Wydawnictwie Literackim ATENA wyszedł tom poezji znanych mi osób, z nieznanym mi słowem w tytule, którego znaczenia zaledwie mogłam się domyślać, ale to nie wystarczy, by mieć pewność. Moje podejrzenie, że znaczy ono Laponia potwierdziła Maria Magdalena Pocgaj, poznanianka i bamberka, współautorka tomu pod pełnym tytułem „SĂPMI. Wiersze z  Północy”.

Stanowi on – jak to określiła inicjatorka publikacji – „dwugłos poetycki”. I słusznie, bo na całość składają się jej wiersze i wiersze Andrzeja Szmala, poznaniaka od lat mieszkającego w Laponii.

Przyznam, że nie lubię, gdy poeci lekturę swych wierszy poprzedzają takimi informacjami jak: cytuję mały fragment – „Krótkie poetyckie notatki są próbą zobrazowania stanów emocjonalnych i duchowych, jakie towarzyszyły mi w zetknięciu z tamtejszą przyrodą, zwłaszcza...”. Odbieram je jako brak zaufania zarówno do własnej poezji jak i indywidualnego jej odbioru przez poszczególnych  czytelników. Tym razem  autorom wybaczę. I wcale nie „po znajomości”, lecz dlatego, że geneza tych wierszy jest niecodzienna, a przyroda Laponii unikalna i niedostępna czytelnikom, do których jest kierowana.

Na pewno dobrym rozwiązaniem jest przyjęta przez oboje autorów zasada podawania pod wierszem miejsca i daty jego powstania.

Już okładką, przedstawiającą las zatopiony w wodzie, jakby „do góry nogami”, autor zdjęcia  Andrzej Szmal doskonale sygnalizuje inność krajobrazu i oświetlenia. Bo to doświadczony fotografik i autor diaporam, poeta, który wreszcie zdecydował się na debiut książkowy. W przeciwieństwie do niego Maria Magdalena Pocgaj to doświadczona autorka, mająca na swym koncie już 16 tomików oraz ciekawe i piękne odwrócenie tego, co zwykliśmy nazywać ilustracją. Będąc plastyczką, uprawiającą rysunek i fotografię, w 2003 roku zilustrowała słowem – oczywiście poetyckim – album zdjęć Antoniego Ruta przedstawiający „Wierzby Wielkopolskie”. Efekt? – Doskonały. Partnerzy godni siebie i zachwytu odbiorców.

Obrazy wierzb w różnych porach dnia, roku, przechodzą od fotograficznej realności ku metafizycznemu odrealnieniu. Oglądamy je poprzez rozmyty błękit zmierzchu, w blasku księżyca wśród niesamowitej czerni nocy, aż do zupełnego odrealnienia w płaskim lodowym reliefie wykutym „dłutem mrozu... w srebrze nocy”. Wyobraźnia poetki współgra z wrażliwością fotografika. Twórcy odsłaniają nie tylko urodę, także okaleczenie i przemijalność. Nie sposób zaprezentować pełną harmonię obrazu i słowa bez pokazania jednocześnie zdjęcia i poetyckiego komentarza, lecz spróbuję.

Tło stanowi w dwóch trzecich błękitne niebo miejscami rozbielone. Jedną trzecią odciętą wąskim paskiem zieleni zajmuje pole pokryte śniegiem. Na pierwszym planie, sięgając konarami poza ramy zdjęcia, stoi goła potężna wierzba na pękniętym na dwie części pniu. Całość delikatnym różem podświetla ostatni promyk zachodzącego słońca.

Pod zdjęciem poetycki komentarz: „Błękitna rapsodia nie ukoi bólu pękniętego żywota”. To on, ściślej słowo żywot, przenosi nas, właśnie przy pomocy przenośni zwanej metaforą, a dokładniej jednego z jej rodzajów, tu personifikacji, w sferę uogólnienia – na człowieka, abyśmy dostrzegli, że jesteśmy częścią natury, a „włóczący się ...wiatr”, „włosy” wierzb, „milczenie” kamienia czy „przedwieczorne niebo”, co „Do skarbony ziemi /... / chowa miedziany pieniążek słońca” – to nasi partnerzy. Od takich wierszy chce się „...z wierzbą pogadać, / dać się jej bez reszty zauroczyć”.

Album prezentuje pełną symbiozę obrazu i słowa, a autorzy współodczuwanie natury.

Po dwudziestu latach, w 2023 roku, pojawia się ponownie dwugłos. Tym razem poetów zauroczonych szwedzką Laponią. Jednak chociaż autorów łączy opisywany obiekt i tworzywo jakim się posłużyli, nie jest to dwugłos współbrzmiący. Znajdujemy tu dwa spojrzenia na ten sam krajobraz, dwie narracje, będące wynikiem różnego stopnia oswojenia z nim, a także celu i czasu przebywania w nim oraz czasu, w którym powstawały.

Dla Andrzeja Szmala Laponia to jego miejsce na Ziemi. Nie z urodzenia, z wyboru. Urodzony w Poznaniu  wybrał daleką północ, bo tam w Laponii znalazł pozostałości „twojego dziewictwa / nietknięte lasy bagna rzeki jeziora”. W innym wierszu pisze: „Tęsknię za tobą / Polsko której już nie ma” i dalej: „za wami drzewa strzeliste / z koronami w niebie / pniami jak kolumny świątyni / rozśpiewanej ptakami / rozjaśnionej promieniami Słońca / przepuszczonymi przez liściaste witraże” Krajobraz Laponii to jego codzienność.

Dla Magdaleny Pocgaj te sześć pobytów to „Chwile w Muddus” [nie tylko – Z.G-A]  Wielogłosem przyrody / scalone w jedno / stają się oddechem Boga / wypatrującego łosi / nad brzegami rozlewisk // dzielone na pół / potwierdzają naszą obecność / w tym niekończącym się poemacie / na wodę zieleń i wiatr”. To także niezwykła przygoda i zauroczenie innością krajobrazu. Bo gdzie u nas zobaczy „Domek traw”, co „Zarośnięty / jak niestrzyżona broda / łypie na świat / niebieską szybką” albo Słońce jako „Dwie rozżarzone kule / podzielone linią wody”, albo „Łuk zorzy polarnej...” czy stado renów? Tych albo można by w nieskończoność...

W stosunku do lapońskiego krajobrazu widoczne są wpływy dwóch różnych profesji autorów. Dla poetki, z wykształcenia plastyczki, ważny jest koloryt, ulotność, piękno i niezwykłość. Pisze „...tutaj myśli się kolorami / a to co nazwane / opatrzone jest czułym / dopowiedzeniem”. To co autorka nazwała dopowiedzeniem, to pointa. Większość  jej wierszy kończy się pointą, nawet tak krótki: *** Wiosła odłożone / canoe chwieje się leciutko / na migotliwej powierzchni / pod wrzosowiskiem nieba /// niesie nas cisza /// nie pamiętam czy kiedykolwiek / było mi w życiu / piękniej”. Incypit w wierszu „Woda unosi ciężar krajobrazu” stanowi klamrę z pierwszym wersem ostatniej całostki „woda unosi ciężar minionego życia”, będącym przecież pointą całości. To pointy właśnie odsłaniają emocje lub refleksje autorki. Znajdziemy tu również sporo wierszy będących obrazkami namalowanymi słowami. Oto przykład: *** Wody zwierciadlane / wody drzewne / oblewają niebo / po którym płyniemy / a canoe jak życie / chybotliwe / sunie wśród chmur / ponad lasami / rosnącymi w głąb”.

Tu rolę refleksji przejęło porównanie. Znajdziemy też spersonifikowany krajobraz: „cisza otwiera powieki krajobrazu”, „stara chata kurczowo trzyma się / pomostu i popatruje przez szparki / w oknach zabitych deskami”. Stosunek poetki do krajobrazu pełen jest nie tylko zachwytu, nawet nad porostami: „i jak przewlec /  przez wszystkie te igielne uszka / mikropętelki i oczka lilipucie / zachwytu rwącą się nic”, także czułości, która każe jej przemycić „w rulonie swetra /// metamorficzne pamiątki / kształtem dopasowane / do wnętrza dłoni /// pustki czułe wypełnienia” – także uważności i szacunku. Powiedziała to czytelnikom już w poincie pierwszego wiersza „staram się niczego nie potrącić”.

Andrzej Szmal, absolwent biologii środowiska, patrzy na krajobraz okiem dostrzegającym jego wynaturzenie w wyniku działań człowieka. Pisze: „jestem znowu / w krajobrazie bieli i szarości... dziś jestem szczęśliwy / nie muszę zamykać oczu / przed brzydotą świata. A. Szmal także prezentuje bardzo osobisty stosunek do krajobrazu, lecz wyrasta on bezpośrednio z jego wiedzy i profesji znajdujących się w konflikcie z niszczącymi skutkami cywilizacji. To one są źródłem  jego niepokoju i buntu.

Tworzywem dla M.M. Pocgaj od zawsze jest metafora w jej wszystkich odmianach. Tego bogactwa nie uświadczymy u poety, co nie znaczy, że ich tu nie ma. Są, tylko jakby wyjęte z innej bańki. Obok pięknej personifikacji jeziora, które „nie musi się wstydzić” czy będącego w całości metaforą [dokładniej animizacją] wspaniałego wiersza o incipicie „*** Wiersze są we mnie”, będącego opisem procesu twórczego, czy wiersza *** „Opowiem ci to zdjęcie”, w którym poza słowną fotografią zimowego wieczoru zastosował suspens – pojawiają się środki stylistyczne ze starego i nowego arsenału wojennego. Od  starych sosen na Nulpokarko, co pokonane „stoją uparcie na pozycjach / jak rycerze do końca wierni sprawie”, „srebrny pancerz” „dni... chwały”  łuk zorzy polarnej „jak miecz ognisty”. Pojawiają się kojarzące się z łobuzerskimi zabawami: „wiatr ...ciska lodowe kryształki w białe oko Słońca” i wersy kierujące nas na pola działań wojennych: „Zimowa ofensywa rozwija się pomyślnie” , „daleko za linią frontu”, „zwycięstwo wiosny”.

W związku z dezaprobatą dla działalności człowieka dewastującego przyrodę i współczuciem dla zwierząt pojawiają się słowa nacechowane cierpieniem: „strach wpędza was do zagród – kacetów / stłoczone czekacie na wyrok / śmierć lub zsyłka” pojawia się niemieckie słowo z czasu wojny oznaczające wypędzenie, zapisane w brzmieniu budzącym najgorsze wspomnienia wyrzucanych z własnych domów – „rrraus!”. Poeta sięgnął też po słownictwo wulgarne, będące znakiem naszej językowej degrengolady. W wierszu o incipicie: „Księżyc deptały nasze stopy” autor bardzo dosadnie i bezpruderyjnie określił stosunek planet i gwiazd do Ziemian niszczących naturę. Nie widzę w tekście  uzasadnienia dla ich użycia w celu określa stosunku gwiazd i planet do Ziemi. Myślę, że nie mamy podstaw przypuszczać, że ten sposób myślenia i słownictwo już tam zawędrowały, choć mamy prawo sądzić, że kosmonauci z Ziemi je tam zawloką.

Oboje poeci mają do krajobrazu Laponii stosunek emocjonalny. M.M. Pocgaj raduje się kolorytem, innością krajobrazu, z pozycji turystki i plastyczki. Maluje słowami. Metafora to jej tworzywo i atut. A. Szmal krajobraz raczej opowiada, przeżywa głębiej, postrzega w kategoriach walki, bo to obrońca natury i buntownik przeciw jej bezmyślnemu niszczeniu. To mądrze niegrzeczne dziecko ludzkości.

Aby zachęcić czytelników do sięgnięcia po ich wspólny tomik, przytaczam po jednym wierszu w całości.

 

Maria Magdalena Pocgaj

 

* * *

 

Nie widać już świata

nogi przyrosły do nart

plecy do wiatru

i nagle w środku zadymki

gdy pod samotną sosną

rozcieram zgrabiałe dłonie

a mróz zdejmuje ze mnie

ostatnią warstwę ciepła

dopada mnie

dzika radość istnienia

dzielona z tobą

którego sylwetkę

ledwo odgaduję

w białej kurzawie

(Powrót do Porjus z chaty Arvidssona.30.01.2020)

 

 

Andrzej Szmal

 

* * *

 

Opowiem ci to zdjęcie

krępa sosna w białej czapie

na chropawej śnieżnej płaszczyźnie

w leju wywianym przez zamieć

tam dalej inne sosny

hen hen aż po horyzont

nad nimi zielonozłota zorza wieczorna

kilka cieplejszych chmur

dość gruby sierp Księżyca

zimny błękit powyżej

czeka na gwiazdy

 

Chciałabyś je zobaczyć

moje zdjęcie

ono jest tylko moje

w sercu nie na przeźroczu

(Muddus, 01.1994)

 

Na koniec zacytuję najkrótszy wiersz tomiku. autorstwa A. Szmala. Polecam go wszystkim. Myślę, że to świetne poetyckie antidotum na niespokojny czas biegnący w szalonym tempie.

 

* * *

 

Milczcie zegary

Pozwólcie żyć chwilą

Nieskończonością

Zofia Grabowska-Andrijew

 

____________________

Maria Magdalena Pocgaj, Andrzej Szmal, Săpmi. Wiersze z Północy. Dwugłos poetycki. Redakcja: Dorota Jędraszyk. Zdjęcie na okładce: Andrzej Szmal. Rysunki: Maria Magdalena Pocgaj. Edycja graficzna: Radosław Karbowiak. Wydawnictwo Literackie ATENA, Poznań 2023, s. 86.

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Świąteczna cisza, czyli najgłośniejszy komentarz 

 

Święta mają to do siebie, że przychodzą zawsze trochę nie w porę. Bo przecież świat – jak na złość – nigdy nie chce się wtedy zatrzymać. Wręcz przeciwnie: przyspiesza, potyka się o własne absurdy, generuje nowe afery, wypuszcza kolejne stadko gadających głów, które z powagą godną lepszej sprawy tłumaczą nam rzeczy zupełnie niezrozumiałe, a często zwyczajnie niedorzeczne.
Głupota goni głupotę. Jedna wypowiedź jeszcze nie zdąży opaść jak kurz, a już pojawia się następna, bardziej pokraczna, bardziej hałaśliwa, bardziej pewna siebie. I gdzieś w tym wszystkim my – z pilotem w ręku, z telefonem, z gazetą – mamy ochotę krzyknąć: „Naprawdę? To znowu?”

Ale w tym roku postanowiłem zrobić coś, co zakrawa niemal na akt odwagi. Otóż… nic nie powiem. Tak, dobrze czytacie. Nie będę komentował polityki. Nie będę analizował, wyśmiewał, punktował ani nawet przewracał oczami (przynajmniej publicznie). Zrobię sobie od tego świąteczny urlop. Bo ileż można? Człowiek nie jest przecież maszyną do reagowania na absurd.
Zresztą – powiedzmy to sobie uczciwie – komentowanie głupoty bywa jej najlepszą reklamą. Każde oburzenie, każdy ironiczny wpis, każde „czy wy to widzicie?” działa jak darmowy billboard. A oni – ci wszyscy bohaterowie dnia wczorajszego – żywią się właśnie tym. Naszą uwagą, czasem, naszym nerwem. Więc może największą karą dla nich będzie… cisza.
Niech sobie mówią. Niech się prześcigają w pomysłach i głupotach, kto bardziej zadziwi, kto bardziej podzieli, kto głośniej krzyknie. Ja w tym czasie będę kroił mazurka. Albo patrzył przez okno. Albo – co brzmi dziś niemal jak luksus – rozmawiał z drugim człowiekiem o czymś, co nie ma nic wspólnego z polityką.

Bo święta to przecież nie jest czas na udowadnianie racji. To nie jest arena. To nie jest studio telewizyjne, w którym ktoś zawsze musi wygrać. To jest moment, kiedy można – choćby na chwilę – wyjść z tego nieustannego zgiełku i przypomnieć sobie, że świat składa się nie tylko z nagłówków i komentarzy.

Bo przecież jest jeszcze śmiech przy stole, jest cisza, która nie jest niezręczna. Jest ktoś obok, kto nie musi mieć tych samych poglądów, żeby być ważny. I może właśnie w tym wszystkim jest jakaś mała, prywatna rewolucja. Nie w krzyku, nie w sporze, nie w kolejnym błyskotliwym (albo i nie) komentarzu. Tylko w świadomym odwróceniu głowy.

Bo jeśli świat chwilowo zgłupiał – a bywa, że zgłupiał – to może najrozsądniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest na chwilę przestać mu odpowiadać.

Przynajmniej do końca świąt.

A jeśli jednak dopadnie mnie nagły, niekontrolowany odruch komentowania – ten znajomy dreszcz w palcach, to niebezpieczne „napisać coś muszę, bo inaczej się uduszę” – to wdrożę procedurę ratunkową. Najpierw głęboki oddech. Potem spacer do lodówki. Następnie sernik. Duży kawałek. Potem drugi – kontrolny, żeby sprawdzić, czy pierwszy zadziałał. Jeśli nadal poczuję potrzebę wypowiedzi publicznej, przeprzejdę do etapu trzeciego: dołożę sobie mazurka. W ostateczności – gdy sytuacja będzie naprawdę poważna i zagrozi mi opublikowanie czegoś w internecie – sięgnę po sałatkę jarzynową, która, jak wiadomo, ma właściwości wyciszające, a przy większych dawkach wręcz usypiające.

I tak, proszę państwa, zamiast kolejnego komentarza politycznego powstanie we mnie… człowiek najedzony, spokojny i podejrzanie życzliwy dla świata. Co prawda mniej poinformowany, ale za to zdecydowanie mniej zdenerwowany.

A politycy? Cóż, poradzą sobie beze mnie. W końcu od lat świetnie radzą sobie również bez rozsądku...

Andrzej Dębkowski

Rys. ©Sławomir Łuczyński