Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Walter 

 

Słowa, słowa, słowa 

 

Kończymy Panie i Panowie ten nieszczęsny 2025, dwudziestopierwszowieczny rok. Rok wojen i postępującej debilozy. Poziom zgłupienia społecznego osiągnął spory procent populacji. Właściwie dotknął każdego czyli w jakimś aspekcie nas wszystkich, bo nie da się przecież uciec czy oderwać od pewnych słów czy narracji, od wizji czy idei, a te mimo wszystko jeszcze istnieją, nie da się odciąć od zwyczajów, rytuałów czy dni w kalendarzu, a swoista całość przesiąkła jest marnym kabaretem i prostackim jarmarkiem, tudzież zgiełkiem, hucpą i pozorami, i grą interesów grup i koterii wszelakich. Pycha kroczy przed upadkiem, rządzi nierząd i nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu oraz byciu każdym, nawet tym małym. Jak tu sobie życzyć w tej rzeczywistości, ba, i czegóż tu życzyć, skoro wszystko już mamy?

Jedną z najważniejszych książek jakie otrzymałem i czytałem tego roku jest maleńki acz wielki esej Andrzeja Dębkowskiego „O naturze słowa”. Książka drobna, doniosła i  monumentalna, choć zdaje się niewielką. Jest taka lista książek najważniejszych, książek, w której autor wkroczył idealnie w przestrzeń poruszanego zagadnienia, co więcej, w której idealnie oddał przeróżne aspekty tematu, punkty widzenia, postrzegania i oceny, konteksty oraz metodologię zrozumienia. Tak się właśnie stało w eseju „O naturze słowa”. Lektura to obowiązkowa dla każdego pisarza. Każdy rzemieślnik słowa, jeśli chwilami choćby chciałby być też artystą i unieść się „nad wodami” musi zapoznać się z teoretyzowaniem Dębkowskiego i musi podążyć rozważaniami mistrzów, aby pojąć. Cóż takiego? Ano oczywiste oczywistości z pogranicza słów w wymiarach: filozoficznym, metafizycznym, wspólnotowym czy tożsamościowym. Czytając rozważania Dębkowskiego wkracza się myślami w polemikę, a często w potwierdzenie, nasuwają się komentarze i dopowiedzenia, rodzi się oto na żywo kolejny tekst. Pod tym kątem lektura eseju Dębkowskiego jest dalece zapładniająca, ale i świetnie to napisana rozprawka filozoficzno-egzystencjalna dla nas, dla wszelkiej maści wyrobników słowa, którzy akurat teraz zechcieli i ten tekst przeczytać.

Jaka jest natura słowa?

W dzisiejszym świecie podważona. Poddana w wątpliwość i trwoniona przez szarlatanów, którzy „nie wiedzą co czynią”. W dzisiejszym świecie ufajdana zgiełkiem i nadmiarem, a przecież słowa rodzą się z łaknienia i ciszy. W dzisiejszym świecie natura słowa przestała być czymś ważnym, czymś słyszalnym, czymś świętym.  W świecie, w którym w literaturę zaprzęgnięto politykę i światopogląd, słowa znaczą tyle, ile warta jest ta propaganda je wygłaszająca, i to wszelkiej natury i maści. Wreszcie w świecie, w którym nagradza się cwaniactwo, spryt i merkantylizm, słowa i ich głębia podważone zostały przez doraźność i sukces, cokolwiek by znaczył. Bo jest to świat, w którym sukces literacki mierzony jest nie wartością słów, ale wartością kont bankowych, wartością dodaną do literackości, szokiem, zaskoczeniem i potęgą marketingu. Książka – produkt, literat – celebryta, słowo już nie staje się ciałem, ale mamoną. Opowieść odwieczna staje się narracją przykuwającą uwagę, która musi konkurować z megaszybkim światem hiperprędkości. Mój Boże, jakie to żałosne.

Tego jednak w książce Dębkowskiego nie znajdziecie. To moje refleksje stałe, łączę bowiem fascynację esejem „O naturze słowa” z okresem przedświątecznym i noworocznym, który jest czasem zamyśleń i podsumowań, życzeń i planów, serc i sumień, choć te ostatnie sprzedane dziś i załamane. Serc już nie ma, sumień tym bardziej. Liczy się korzyść i znaczenie. Twój image na fejsie oraz wizerunek wobec marionetek. Lubię to klikane bezrefleksyjnie przez stada wyhodowane wśród „znajomych” mniej lub bardziej znajomych. Brrrr… sam to czynię, zatem możecie we mnie rzucić kamieniem.

Człowiek, władca słów, trwoni czas w sieci, wklejając zdjęcia bądź treści mające ulepszyć jego wizerunek... Od tego zależy „jego wizerunek”. Nie od ilości przeczytanych książek, nie od ilości zgłębionej treści i wiedzy, nie od tego jak poradził sobie w realnym życiu i świecie, ale od sztucznej kreacji „na intelektualistę” w sieci, popartej tysiącem obrazków nawet obiadów i śniadań, a wkrótce zapewne i wypróżnień. Jak nisko upadliśmy. Człowiek, władca słów. Człowiek stwórca, czy człowiek narzędzie?

Jak pisze Dębkowski mowa jest łaską... a cóż to jest łaska, zapytam? Czyż nasze istnienie samo w sobie nie jest jakąś łaską Wszechświata? Przecież wygląda na to, że tam, tam daleko, we Wszechświecie może przecież nie być żadnego życia, a warunki tam panujące jak wiemy wszelkie życie uniemożliwiają, a tu jeszcze łaska i … słowa.

Ten esej Dębkowskiego to taki wielki wybuch. Big Bang. Od niego powinna zacząć się entropia rozważań, dyskusji, polemiki, ale się nie zacznie, z przyczyn jak już na wstępie tego tekstu określiłem, zdebilenia społecznego na skalę ekstremalną, próżna rozprzestrzenia się swą kosmicznością. Wracamy do Lema czy tego chcemy czy nie, bo żadnego nowego Lema już nie będzie, będzie mróz, wolna miłość i unia marnych perspektyw, będą góry kiepskiej literatury, z których zsuną się lawiny bezsensownych słów. Marność, wszystko to marność. Słowa upadają głośno. Tak jak i głośny ten świat głośno obwieszcza krzykliwe namowy ku nicości. I tego wam nie życzę.

Życzę wam (Wam) zdrowia, na ciele i duszy, wiary (w coś co nas jeszcze spotka wielkiego, miłego, dobrego), nadziei – bo bez niej nie ma słów, no i miłości, bez której to życie na ma żadnego sensu, ale życzę też zrozumienia czym jest ta miłość i jakie ma wymiary i aspekty, a najlepszym prezentem do tych życzeń na Boże Narodzenie 2025 może być właśnie esej Andrzeja Dębkowskiego „O naturze słowa”. Słowo bowiem według Dębkowskiego jest też dialogiem z milczeniem – rozmową, która nigdy się nie kończy.

W świecie wyjaskrawionego milczenia Boga oto takie Boże Narodzenie jest powodem obchodzenia tych świąt, jest epicentrum naszego zabiegania i tego szalonego pędu końca roku, a kiedy już złapiemy oddech przy choince oraz tradycyjnej potrawie, wśród bliskich, bliższych i dalszych podzielmy się słowem i niech zamieszka szczęśliwie między nami. Taka jest bowiem natura... życia.

Andrzej Walter

 

_______________

Andrzej Dębkowski. O naturze słowa. Esej. Redakcja, projekt okładki i zdjęcie na I stronie okładki: Andrzej Dębkowski. Słowo wstępne: prof. Maria Szyszkowska. Zdjęcie na IV stronie okładki: Andrzej Walter. Wydawnictwo Autorskie Andrzej Dębkowski, Zelów 2025, s. 64. 

 

 

Plakat

 

Plakat

Jerzy Grupiński 

 

Moja żona zamartwia się...

 

Tytułowy cytat nieomylnie zbliża nas, spoufala z twórczością poety. Wszechstronny twórca obdarzył nas kolejną książką, tym razem poetycką. I znowu, jak przy lekturze poprzednich pozycji tego autora, uwodzi nas ciepło i bliskość pióra, nieomylnie trafiającego w najbardziej intymne odczucia czytelnika, pióra nie unikającego przecież i podstawowych, współczesnych pytań odnoszących się tak do losu jednostki, jak i prób diagnozy odpowiedzi na podstawowe pytania przed którymi stoi współczesny Homo Sapiens, Homo Faber...

Nie bez uzasadnienia w pierwszym wierszu omawianej tu książki, pojawia się motyw platoński. Znajdziemy Platona i w innych tekstach W osłupieniu, jak wyznanie, akt nadziei... Twórczość Krzysztofa Galasa sięga chętnie po tzw. „szerokiego czytelnika”.  Temu obszarowi odbiorców służy też i działalność Krzysztofa w zakresie kompozycji, aranżu i wykonawstwa piosenek poetyckich wespół z żoną – Aliną, w duecie „Uzależnieni od marzeń”. Krzysztof Galas jest autorem ponad 100 piosenek.

W poprzednich swych książkach Galas nie szczędził nam relacji tak poetyckich, jak i prozatorskich związanych z obrazem, który można by określić jako „świat kobiet”.

„W osłupieniu” czytamy:

 

Dziewczyny o słodkich ustach

zdumione mieszkającym we mnie strachem

niecierpliwie sczytują sny z mojej głowy

Wysokie obcasy stukają w drodze niedomówień

powraca jak bumerang tęsknota

 

Ale są i „Kobiety z Donbasu” jest i tytułowy cykl pt. „W osłupieniu”, zaskakujący czytelnika obrazami tzw. płatnej miłości, sylwetkami kobiet poniżonych, biednych, sytuacjami, w których „Bezradność toczy łzę...” i bohaterka tekstu jest „zmęczona i głodna”. Podeptane piękno budzi protest i ostrzeżenie – „Dojrzewasz do wielkiej przegranej”. Jednakże te obrazy, postulaty jak wyjęte z pozytywistycznych  apel i prób naprawy, stanowią jednak (na szczęście) margines  tekstu, w którym zadziwia, uwodzi nas kobiece piękno, tajemnica psychiki i cały tzw. „świat kobiet”... Panie są w tych wierszach, na szczęście, piękne, zaskakujące i pełne tajemnic. Częstokroć autor i jego czytelnik stają oniemiali wobec...

 

Czasami trzeba poczekać

wymknąć się zmęczeniu

kochać i cierpieć

bać się ale wierzyć

żeby nie przegapić mądrości co przychodzi mimo woli („Motyl”)

 

To niezwykłe pogłębienie problematyki. Jak w naukach Ojców Kościoła mądrość zostaje utożsamiana z Miłością. Objawienia, epifanie, zrozumienie siebie, bliźniego i świata, dozna ten kto zapała Miłością do Boga, Bo jak w swym hymnie pisze  św. Paweł -  „Miłość jest największa”. Kończąc cytowany wiersz pt. „Motyl” Krzysztof Galas pisze o mądrości „co przychodzi mimo woli”, jest więc jak Zbawienie, aktem Łaski. Tak jak w pismach Lutra „sola Gratia” („tylko Łaska”) niezależnie od starań i zasług człowieka.

Pięknie napisany dyptyk „Słuchanie miłości” utożsamia uczucie z muzyką, która ocala, uzdrawia, otwiera nowe światy...

 

Oczyszcza mnie muzyka gitarowa

wprawia ciało w drżenie

uskrzydla zgarbiona starość / ...

 

Prawdziwej miłości nie wypatrzą oczy

czuję jej melodię w sobie („Motyl”)

 

Ale świat tylko w niektórych swych odsłonach jest przyjazny.

 

Coraz trudniej iść najprostszą drogą

obserwowany świat usypia czujność

okrada z resztek dobrej woli

wiedza pojawia się jak widmo  („Wstrzymuje oddech”)

 

Ten wiersz kończy bezbronna, otwarta pointa – Moja żona zamartwia się / pada deszcz, dalej poeta zapisał ...nie ma dobrych wiadomości (z „Roku na rok”), pada i bezbronne pytanie „Jak być człowiekiem?”

Rzeczywistość okazuje się okrutna „niezgrabnie się jąka”, staje się anonimowa, nieprzyjazna. Nawet samotność stygnie...

 

na skraju lasu ktoś krzyczy

stygnie samotność

i ziębi palce (*** Nie mogę...)

 

Autorskie i nasze nadzieje ocala piękny, liryczny cykl pt. „Jasność przebudzenia” dedykowany żonie, kreślony delikatnymi, pastelowymi barwami.  Alinie – towarzyszce życia, nie tylko podmiotowi tych wierszy ale i współpracownicy, współautorce muzycznych sukcesów śpiewającego duetu. Bo jak czytamy w wierszu „***Przyglądam się” Pochłonięty uciekającą chwilą / ocalam wzruszające teraz.  

Jerzy Grupiński 

_____________

Krzysztof Galas, W osłupieniu. Korekta: Danuta Torno Gierszewska. Projekt okładki: Agnieszka Ograszko. Fotografia autora: Alina Galas. Wydawnictwo EDU-ART, Poznań 2024, s. 50.

 

 

Plakat

 

 

 

Plakat

 

 

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

Pożegnanie Magdy Umer

 

Odeszła Magda Umer – artystka, której głos, wrażliwość i sposób opowiadania o świecie stał się dla wielu ludzi czymś więcej niż tylko muzyką. Była obecna w naszych domach od dziesięcioleci, szeptała nam w słuchawkach o delikatnych sprawach, przypominała, że warto być uważnym, czułym, że warto słuchać słów i nie bać się ciszy między nimi. Jej śmierć zostawia we mnie poczucie, jakby zgasło małe, ale bardzo ważne światło – takie, które nie oślepiało, lecz ogrzewało.

Magda Umer była mistrzynią subtelności. W czasach, w których wszystko musiało być głośne, szybkie i efektowne, ona pozostawała wierna swojej drodze – drodze szeptu, zadumy, spokojnych fraz, które trafiały prosto do środka człowieka. Słuchało się jej tak, jak czyta się listy od kogoś bliskiego: bez pośpiechu, z wdzięcznością za każde słowo. Właśnie dlatego jej odejście tak boli – bo wraz z nią kończy się pewna epoka mówienia i śpiewania o świecie z delikatnością, która była jej znakiem rozpoznawczym.

Była kimś więcej niż tylko wykonawczynią poezji śpiewanej. Była jej opiekunką, strażniczką i tłumaczką. W jej interpretacjach słowa Osieckiej czy Młynarskiego odsłaniały nowe znaczenia – takie, które można było odkryć dopiero wtedy, gdy ktoś potrafił je wypowiedzieć tak miękko i prawdziwie, jak robiła to właśnie ona. Miała rzadki dar: potrafiła sprawić, że słuchacz na chwilę zatrzymywał się w biegu codzienności, jakby ktoś powiedział mu nagle: „Spójrz. Pomyśl. Oddychaj”.

Dla wielu z nas była przewodniczką po świecie emocji, których nie potrafimy nazywać. Nie wstydziła się mówić o kruchości – własnej i cudzej. W jej głosie było coś z melancholii, ale nigdy z rozpaczy; coś z czułości, ale bez przesady; coś z dojrzałości, która nie udaje, że zna wszystkie odpowiedzi. Dzięki niej wiedzieliśmy, że można być delikatnym i jednocześnie silnym – i że czasem jedno nie istnieje bez drugiego.

Jej odejście jest jak zamknięcie cienkiej, pięknej książki, którą czytaliśmy powoli, wiele lat, wracając do ulubionych fragmentów. Ale to nie jest książka, którą odkładamy i zapominamy. Jej muzyka, sposób interpretacji i wrażliwość pozostaną z nami na długo. Będą wracać w wieczornych momentach ciszy, w chwilach, gdy chcemy się zatrzymać, gdy potrzebujemy czegoś miękkiego, spokojnego, uczciwego. Magda Umer nauczyła nas, że sztuka może być kołysanką dla dorosłych – i że w tym nie ma niczego infantylnego. Przeciwnie: jest to jedna z najtrudniejszych i najpiękniejszych form rozmowy ze światem.

Myślę, że wielu z nas będzie dziś myślało o niej tak, jak myśli się o kimś bliskim z rodzinnego albumu zdjęć. O kimś, kto nie tylko był obecny, ale kształtował sposób patrzenia na życie. Śpiewała o tęsknocie, miłości, przemijaniu – nie jak ktoś, kto stoi przed nami na scenie, ale jak ktoś, kto siedzi obok i opowiada historię do poduszki. Może dlatego tak wielu ludzi ma poczucie, że odeszła osoba znana im osobiście, choć często znali ją tylko z płyt, koncertów, ekranów.

Dzisiaj zostaje nam wdzięczność. Za wszystkie te chwile, kiedy jej piosenki były tłem ważnych wydarzeń albo towarzyszyły nam wtedy, kiedy trzeba było po prostu pobyć ze sobą. Za to, że przypominała nam, iż warto dbać o słowa, o prostotę, o uważność. Za to, że w świecie pełnym hałasu dawała nam swój cichy głos – głos, który nie potrzebował siły, by mieć moc.

Magdo, dziękujemy. Za muzykę, za opowieści, za światło, które zostawiłaś. Za to, że pokazałaś, jak można być prawdziwym. I za to, że Twoje piosenki zostaną z nami na długo po tym, jak zamilkł Twój głos.

Andrzej Dębkowski 

Fot. ©Maciej Kłoś

 

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

Sławomir Łuczyński – artysta, który przekracza granice wyobraźni

 

Sławomir Łuczyński należy do wąskiego grona twórców, których dorobek trudno zaszufladkować, a jeszcze trudniej opisać jednym słowem. Karykaturzysta, malarz, a od niedawna również rzeźbiarz – każdą z tych ról wypełnia w sposób całkowity, spójny, a jednocześnie wyjątkowo twórczy. Jego prace od lat przyciągają uwagę nie tylko estetyczną wirtuozerią, ale przede wszystkim umiejętnością komentowania rzeczywistości z dystansem, ironią i niepodrabialnym humorem. Teraz, wraz z premierą albumu prezentującego jego najnowszą twórczość rzeźbiarską, otwiera się kolejny rozdział tej fascynującej kariery.

 

Nowy rozdział w twórczości Łuczyńskiego

Album, który właśnie ujrzał światło dzienne, dokumentuje niezwykły, pełen pasji i odwagi moment w życiu artysty. Łuczyński – dotąd kojarzony głównie z kreską, kolorem i formą płaską – wkroczył w świat rzeźby z rozmachem, którego nie powstydziłby się żaden doświadczony twórca przestrzenny. Jego prace rzeźbiarskie nie są jednak jedynie kontynuacją poprzednich dokonań w innej technice; tworzą raczej całkowicie autonomiczną opowieść, w której ujawnia się artysta jako konstruktor, eksperymentator i filozof materii.

Łącząc drewno, metal oraz inne materiały, Łuczyński dokonuje swoistej alchemii sztuki. W jego dłoniach surowce o odmiennej fakturze, ciężarze i naturze zaczynają ze sobą współgrać – czasem harmonijnie, czasem na zasadzie napięcia czy kontrastu. Drewno, ciepłe i organiczne, spotyka się tu z metalem zimnym, mechanicznym, często szorstkim. Ten dialog materii nie jest przypadkowy – stanowi wizualną metaforę współczesności, w której element ludzkiego doświadczenia styka się z nowoczesnością, technologią i przemianami kulturowymi.

 

Wyobraźnia bez granic

Rzeźby Łuczyńskiego odznaczają się ogromną różnorodnością form. Jedne przypominają postacie ludzkie – lekko przerysowane, charakterystyczne, jakby wyłonione z karykaturalnego szkicu, który właśnie nabrał trójwymiaru. Inne natomiast oscylują na granicy abstrakcji, zaskakując geometryzacją, rytmem i niemal architektoniczną konstrukcją. Każda praca jest swoistym komentarzem do świata, który artysta obserwuje z uwagą godną dokumentalisty, ale interpretuje z fantazją prawdziwego wizjonera.

Najbardziej uderza jednak to, jak w swoich rzeźbach Łuczyński potrafi uchwycić emocję. Jego postacie – nawet te pozornie groteskowe – są pełne charakteru. Zachwycają życiem zaklętym w drewnie, ironią wypisaną w układzie proporcji, dynamiką ukrytą w skręcie sylwetki czy napięciu między materiałami. To rzeźby, obok których trudno przejść obojętnie. Mają siłę przyciągania, która wynika nie tylko z formalnej oryginalności, ale przede wszystkim z autentyczności przekazu.

 

Artysta – obserwator rzeczywistości

Łuczyński, jako karykaturzysta i malarz, od lat udowadnia, że sztuka może być narzędziem obserwacji społecznej. W jego rysunkach i obrazach odnajdujemy komentarze do współczesności – często humorystyczne, czasem gorzkie, zawsze inteligentne. Te kompetencje przenoszą się również do rzeźby. W jego trójwymiarowych pracach dostrzegamy przenikliwe spojrzenie na naturę ludzką, na absurdalność codziennych sytuacji, na kruchość i siłę charakterów.

Każda rzeźba staje się tu narracją – o człowieku, o relacjach, o kulturze, o politryce. Łuczyński nie musi używać słów; materiał mówi w jego imieniu. Zaskakujące połączenia, drobne detale, skrót myślowy zapisany w formie – to wszystko tworzy uniwersalny język, który trafia zarówno do odbiorcy zaznajomionego ze sztuką, jak i do widza zupełnie przypadkowego.

 

Album jako wydarzenie artystyczne

Publikacja albumu rzeźb Sławomira Łuczyńskiego nie jest jedynie prezentacją dorobku – to jednocześnie dokumentacja niezwykle ważnego momentu w jego karierze. Oglądając reprodukcje prac, możemy śledzić rozwój artysty: od pierwszych prób z materią, przez eksperymenty formalne, aż po wypracowanie rozpoznawalnego, dojrzałego stylu.

Fotografie pozwalają zrozumieć proces twórczy, który w przypadku Łuczyńskiego bywa pełen intuicji, ale równocześnie zakorzeniony w świadomej obserwacji świata.

 

Światowa premiera – Zelów staje się centrum uwagi

Nadchodząca światowa premiera prac rzeźbiarskich Łuczyńskiego, która odbędzie się w Galerii Collage Domu Kultury w Zelowie, ma szansę stać się znaczącym wydarzeniem w kalendarzu kulturalnym. To symboliczne, że prezentacja tego etapu twórczości artysty odbędzie się w przestrzeni, która od lat wspiera i promuje sztukę w jej najróżniejszych odmianach. Wystawa stanie się okazją, aby doświadczyć rzeźb bezpośrednio – zobaczyć ich fakturę, skalę, konstrukcję, przestrzeń, jaką kreują wokół siebie.

To także moment, w którym widzowie będą mogli skonfrontować własną interpretację z intencją artysty oraz z energią, którą niosą jego dzieła. A w przypadku Łuczyńskiego jest to energia intensywna, żywa, pełna humoru, ale i refleksji.

Sławomir Łuczyński po raz kolejny udowadnia, że jest twórcą nieustannie poszukującym, odważnym i niezwykle konsekwentnym. Jego rzeźby to efekt fascynującego dialogu z materią, ale też z samym sobą i z rzeczywistością, która go inspiruje. Łącząc różne tworzywa, odległe techniki i sprzeczne czasem środki wyrazu, artysta tworzy świat o własnej logice, pełen emocji, humoru i metafor.

Album jego rzeźb oraz zbliżająca się wystawa to wydarzenia, które potwierdzają, że Łuczyński jest artystą kompletnym – takim, który z lekkością przekracza granice między dyscyplinami, a każdą nową formę przekształca w oryginalny, pełnoprawny język artystyczny. To sztuka, która zostaje w pamięci na długo, zmusza do refleksji, wywołuje uśmiech, zachwyt, a czasem zdziwienie. I właśnie dlatego nie sposób przejść obok niej obojętnie.

Andrzej Dębkowski