Nowości książkowe

Plakat

Andrzej Dębkowski   

 

Polska kultura w cieniu bylejakości – czyli jak z Chopina zrobiliśmy wyjątek zamiast reguły 

    

Trwa w Polsce Konkurs Chopinowski – jedno z nielicznych wydarzeń, które jeszcze potrafią rozświetlić mrok, w jaki pogrążyła się polska kultura. Przez chwilę świat znowu patrzy na nas z zachwytem, przez chwilę możemy udawać, że wciąż jesteśmy krajem wielkiej tradycji muzycznej, duchowej i artystycznej. Ale ten zachwyt to tylko iluzja – piękna, ale krucha, jak dźwięk fortepianu, który po ostatnim akordzie milknie, pozostawiając po sobie ciszę. Ciszę, w której słychać tylko naszą narodową bylejakość, zazdrość i bezradność wobec własnego dziedzictwa.

Bo oto mamy konkurs, który zachwyca świat, a jednocześnie obnaża naszą narodową słabość. Fryderyk Chopin – Polak, który musiał żyć i tworzyć z dala od ojczyzny, by być docenionym. Ignacy Jan Paderewski – genialny pianista i kompozytor, który dopiero za granicą stał się tym, kim powinien był być już tutaj: symbolem kultury, talentu, pracy i wielkości. Krzysztof Penderecki, Witold Lutosławski, Henryk Mikołaj Górecki, Wojciech Kilar, Zbigniew Preisner, Jan A.P. Kaczmarek, Krzysztof Komeda – to nazwiska, które świat zna i szanuje. My natomiast potrafimy o nich mówić tylko w tonie przeszłości, jakby byli zjawiskiem jednorazowym, historycznym wyjątkiem, a nie dowodem na to, że potrafimy tworzyć kulturę najwyższej próby.

Zadziwiające jest to, że w Polsce sukces artysty często staje się powodem do niechęci, a nie dumy. Ktoś się wybija – trzeba mu podciąć skrzydła. Ktoś odnosi sukces za granicą – trzeba mu przypomnieć, że „zdradził” ojczyznę. Ktoś próbuje zrobić coś nowego, ambitnego – zostaje zepchnięty na margines, bo „nikt tego nie zrozumie”, „nikt tego nie kupi”. Taka jest nasza narodowa specjalność: zawiść podszyta kompleksami, ubrana w pozory troski o „wartości narodowe”.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (kiedyś Sztuki), które z definicji powinno być strażnikiem sensu, jakości i ciągłości kulturowej, stało się dziś instytucją nijaką, reaktywną, bez wizji i bez serca. Zamiast dbać o kulturę, uprawia PR. Zamiast wspierać literaturę, muzykę, teatr – promuje „innowacyjne” projekty, które często mają więcej wspólnego z modą niż ze sztuką. Bo przecież łatwiej zrobić medialny pokaz mody niż zorganizować konkurs literacki, łatwiej wrzucić w social media kolorowy klip niż wesprzeć wydawnictwo, które publikuje poezję, eseje czy ambitną prozę. Słowo „kultura” zostało zredukowane do sloganu w rządowym folderze, a jej istota – do pustych gestów.

Nie umiemy docenić własnych artystów, dopóki nie docenią ich inni. Czekamy, aż Zachód powie nam, że coś jest dobre, byśmy mogli z dumą powtarzać: „to przecież nasze”. Tak było, jest i – jeśli nic się nie zmieni – będzie. Preisner dopiero po współpracy z Kieślowskim zdobył świat, ale w Polsce pozostał artystą „od filmów”. Gdy napisał muzykę do „Weisera” – jedynego polskiego filmu od tamtej pory – zrobił to tylko dlatego, że sam załatwił finansowanie. Czy to normalne, że twórca światowej klasy musi sam szukać pieniędzy, by móc tworzyć we własnym kraju?

A przecież mamy się czym chwalić. Mamy Chopina, którego muzyka jest jednym z najpiękniejszych świadectw polskiej duszy. Mamy Paderewskiego, który z artysty stał się mężem stanu. Mamy całą plejadę kompozytorów, reżyserów, pisarzy, malarzy, aktorów – ludzi, którzy swoją twórczością zmieniali świat. A jednak traktujemy ich jak ozdobę, jak coś, czym można się pochwalić na chwilę, a potem odłożyć na półkę, gdy pojawi się coś bardziej „na czasie”.

Zamiast tworzyć warunki dla rozwoju kultury, władza ją marginalizuje. Zamiast wspierać twórców, tłumi ich w biurokratycznych absurdach i chorych pomysłach. Zamiast budować przestrzeń dla sztuki, promuje powierzchowność i konsumpcję. W efekcie Polska przestaje być krajem, który tworzy kulturę – staje się krajem, który tylko ją wspomina.

Dlatego Konkurs Chopinowski jawi się dziś jak cud. Przez kilka tygodni możemy poczuć, że kultura wciąż ma znaczenie, że muzyka może poruszać serca, że świat patrzy na Polskę z podziwem nie z powodu politycznych awantur, ale dzięki czemuś pięknemu, duchowemu, ponadczasowemu. Ale to piękne światło nie zmienia faktu, że wokół panuje mrok. Bo jeśli jedynym prawdziwym świętem polskiej kultury pozostaje konkurs sprzed dwóch stuleci, to znaczy, że coś poszło bardzo źle.

Nie chodzi o to, by narzekać. Chodzi o to, by przestać się oszukiwać. Polska kultura nie potrzebuje „innowacji” w postaci modowych pokazów ani medialnych kampanii – potrzebuje wizji, odwagi i wiary w sens tworzenia. Potrzebuje mecenatu, który będzie inwestował w wartości, a nie w wizerunek. Potrzebuje ludzi, którzy będą rozumieć, że kultura to nie dekoracja, lecz fundament narodowej tożsamości.

Konkurs Chopinowski jest dowodem, że potrafimy tworzyć coś, co porusza świat. Ale jest też bolesnym przypomnieniem, że przez resztę roku – i przez resztę dziedzin – nie potrafimy z tym światem rozmawiać jego językiem. Dopóki nie nauczymy się cenić własnej kultury, dopóty będziemy tylko jej statystami. I żadne ministerstwo, żadne slogany, żadne chwilowe wzruszenia tego nie zmienią. Bo kultura nie umiera z braku pieniędzy – umiera wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć.

I może właśnie w tym tkwi nasz największy dramat – że my już w nią nie wierzymy. Nie wierzymy, że kultura może być czymś więcej niż dekoracją dla polityków i influencerów. Nie wierzymy, że artysta i twórca mają coś ważnego do powiedzenia. Nie wierzymy, że książka, muzyka czy spektakl mogą zmienić świat – bo łatwiej nam uwierzyć w spot reklamowy niż w wiersz.

Polska kultura wygląda dziś jak dom, w którym ktoś zgasił światło i wyszedł, nie zamykając drzwi. Zostawił puste krzesła, kurz na fortepianie, rozłożone partytury i ciszę, w której jeszcze przez chwilę brzmi echo dawnych mistrzów. Chopin gra w tej ciszy jak duch, przypominając, że kiedyś byliśmy zdolni tworzyć coś, co nie miało sobie równych. Dziś zamiast tworzyć – konsumujemy. Zamiast słuchać – scrollujemy. Zamiast wspierać artystów – liczymy ich lajki.

Czy naprawdę o taką kulturę walczyliśmy? Czy o taką Polskę marzyli Paderewski, Miłosz, Herbert, Wajda? Polskę, w której teatr staje się niszą, książka luksusem, a muzyka – tłem do reklam i teleturniejów? W której młody artysta, by przeżyć, musi zostać influencerem, a kompozytor – autorem dżingli reklamowych?

W tym wszystkim Konkurs Chopinowski wydaje się ostatnim bastionem powagi i ducha. Kiedy patrzymy na tych młodych pianistów z całego świata, którzy z czcią pochylają się nad nutami naszego narodowego geniusza, czujemy coś, co już dawno zapomnieliśmy – dumę. Ale ta duma trwa krótko. Zgaśnie razem z ostatnim koncertem laureata, zniknie wraz z ostatnim nagłówkiem w mediach. A my wrócimy do codzienności, w której kultura jest dodatkiem, a nie sensem.

Bo Polska, która nie wierzy w kulturę, to Polska bez przyszłości. Można zbudować tysiąc dróg, tysiąc stadionów, tysiąc galerii handlowych – ale jeśli nie będzie w nich miejsca na ducha, to po co to wszystko? Kiedy przestaniemy słuchać Chopina, przestaniemy być Polakami. Bo Chopin nie jest tylko muzyką – jest naszą pamięcią, naszym językiem, naszą duszą.

I dlatego, choć Konkurs Chopinowski jest pięknym światłem, to nie wystarczy. Potrzebujemy rewolucji ducha. Potrzebujemy ludzi, którzy będą odważni, by przeciwstawić się bylejakości. Potrzebujemy państwa, które zrozumie, że kultura to nie koszt, ale inwestycja w człowieczeństwo. Bo jeśli dalej będziemy traktować ją jak niepotrzebny luksus, to w końcu nie zostanie nam nic – tylko echo fortepianu z sali Filharmonii Narodowej i gorzkie pytanie: gdzie się podziała nasza dusza?

Więc może warto przypomnieć słowa Winstona Churchilla, który w czasie wojny, gdy jego ministrowie domagali się cięć w wydatkach, zapytał tylko: „A gdzie są pieniądze na kulturę?” Gdy usłyszał, że w budżecie ich nie ma, miał odpowiedzieć: Bo jeśli nie mamy pieniędzy na kulturę, to po co w ogóle żyć?”...

Andrzej Dębkowski 

 

 

Plakat

 

 

 

Plakat

 

 

Plakat

Andrzej Walter  

 

Mea culpa 

    

(ten tekst dedykuję moim Rodzicom)

 

Znowu zgrzeszyłem. Mea culpa. Wszedłem w Krakowie do jednej z dwóch jakże szybko dziś zanikających i umierających księgarń i kupiłem sobie (o zgrozo) cztery tomy poezji. Czyn niemodny, nieetyczny, niestosowany już w przyrodzie i świecie, i jakże dziś rozrzutny. Mało kto jeszcze dziś przecież tak robi, ale ja już tak mam. Utracjusz sybaryta, dziaders, który marnuje ciężko zarobione pieniążki na... miłość i poezję. Warto było? Oj, warto, warto. I dlatego ten rozrzutny, mało szlachetny i do bólu szczery tekst.

Na pierwszym miejscu stawiam „nowy” tom Adama Zagajewskiego, który zmartwychwstał chaotycznie poskładany pecuniae causa ze strzępów przez swojego wydawcę. Jednakże jakie to są strzępy. Rarytasy. Przedwcześnie zmarły poeta zapewne byłby połowicznie zadowolony. My możemy być też, tylko połowicznie, ale lepszy rydz niż nic. Kilka wierszy jest jednak genialnych.

 

Kwitną lipy – tekst z 2012 roku, opublikowany w Zeszytach Literackich

 

Znów kwitną lipy i znowu jestem

jak pod narkozą – a ci, co idą aleją,

pewnie też desperacko próbują

zrozumieć, czego chcą kwiaty,

jakiej ekstazy domagają się od nas,

czy to śmierć w nich mówi, pomysłowa

i hojna, czy miłość, lakoniczna miłość,

bo chyba nic innego nie ma na świecie,

jeszcze tylko oszołomienie, niepewność

i pytania, i wiersz, i dużo milczenia,

i czarne ramy, które długo czekają,

i światło niezłomne, które świeci.

 

To niewielkie arcydziełko literackie mówi nam więcej o nas samych niż tysiące rozpraw i esejów, lepiej definiuje los i ducha człowieka niźli sążniste analizy psychologów i filozofów, tylko trzeba to umieć przeczytać, i umieć zrozumieć, i chcieć na moment dociec, zadać te same pytania i potrafić zachwycić się jak zgrabnie ujął to poeta. Wielki poeta, może jeden z gigantów poezji? Ja nawet nie chcę tego wiersza komentować, jest tak prosty i oczywisty. Zapewniam, nie dla wszystkich. Już widzę klucz maturalny. Strach się bać.

I jakby komentarzem, sugestią odpowiedzi na tę tezę jest inny, nieco autoironiczny wiersz, choć prawdziwi poeci go zrozumieją perfekcyjnie.

Rodzice patrzą na moje życie – (całą arcyciekawą i kontrowersyjną od strony mechanizmu twórczego i warsztatu poety historię odnośnie tego wiersza oraz całego złożonego kontekstu znajdziecie w nocie wydawniczej opisującej utwory, ale nie na tym się skupiam w tym tekście)

 

Rodzice patrzą na moje życie –

Ojciec lekko rozbawiony

 

Był inżynierem, ale na świat

I rodzinę spoglądał filozoficznie

 

Mama nie miała żyłki filozoficznej

Chyba żeby pamiętać o presokratykach

 

Na zdjęciu próbuje się uśmiechać

Nie kryje jednak niepokoju

 

Nad nimi ciemne chmury

I nade mną ciemne chmury

 

Nie ma mnie na fotografii

Jestem tylko w ich spojrzeniu

 

Martwią się o mnie:

On pisze wiersze

 

Czy ktoś się jeszcze o nas martwi? My też przecież piszemy wiersze. Nikomu niepotrzebne dziś wiersze. Jacyś „poeci”, niedoróbki społeczne, efemerydy niezrozumiałe, pajace. Scenka z rodzicami – jakbym widział rodziców własnych, rodziców dodam, których już tu nie ma. Których już nie spotkam i którym przecież wybaczam to niezrozumienie, tę nieporadność duchową, to ... niedopatrzenie.

(Przecież pisanie wierszy to... lekka przesada).

Jeśli się zna, ceni i czytało Adama Zagajewskiego to tom „Trzy czwarte” to lektura obowiązkowa. Może nawet kanon literacki dla każdego chcącego nazywać się dziś poetą. Oczywiście w ramach ciekawostki pośmiertnej, ale i całego dorobku mistrza Adama.

 

Drugi zakupiony tom to świetny „Solfeż” Wojciecha Kassa. Sylwetki Wojtka, szefa Leśniczówki Pranie, słynnej leśniczówki naszego innego – być może odległego już mistrza poezji – mistrza K.I. Gałczyńskiego nie trzeba chyba przybliżać, gdyż wszyscy go znamy. Zarówno K.I. jak i Wojtka Kassa. Z tomu Wojtka uderzył mnie genialny, naprawdę rewelacyjnie genialny tekst, którym poeta zgrzeszył w ramach wstępu, a z którym się zgadzam w stu procentach i do tego uważam, że powinno się go roztrąbić na całą literacką Polskę, co niniejszym czynię:

Nie rozstrzygnąłem jeszcze: jestem samotnikiem czy społecznikiem? Wolę być sam, czy z zespołem? Blisko dwadzieścia lat temu napisałem w wierszu:

Gdy jestem sam, tyle spraw się układa, oprócz samotności.

Kiedy bywam wśród ludzi, nic się nie układa, tylko ludzie

Ciężko jest żyć wśród nich i ciężko jest pisać niczego nie oczekując, nie obrysowując w wyobraźni sylwetki adresata. Osip Mandelsztam notował: {Nie trzeba troszczyć się o akustykę. Zjawi się sama. Należy troszczyć się raczej o oddalenie}, bo poezja {oddycha nieoczekiwaniem}, a {jej powietrzem jest niespodzianka}. Wrogiem poety, ale nie literata, jest retoryczność. Oznacza niedostateczne osadzenie w literze zjawiska, jakim jest nasze istnienie. Co mieli robić bednarze, kaletnicy, rękawicznicy kiedy ich zajęcia z obiegu wycofała przyszłość? Co mają uczynić poeci, gdy poezja jako najbardziej archaiczna, a przy tym arystokratyczna forma wyrazu i porozumienia schodzi ze sceny, odchodzi w przeszłość? Nie znajduję odpowiedzi, co nie przeszkadza mi wierzyć, że mam w ręku fach słowa. Zasłużony, gdyż modlę się i pracuję w tym rzemiośle i niezasłużony, bo łaska, która sprawia, że słowo staje się wydarzeniem nie pochodzi od poety. Tak, czy inaczej, poezję należy czytać albo zostawić ją w całkowitym spokoju. Trwajmy więc nadal w zadziwieniu, że język chce składać w wierszu swoje metafizyczne przeznaczenie.”

Jakże gorzkie było kilkukrotne przeczytanie tego wyznania. Tak, bo to jest wyznanie, spowiedź poety, jego los. Poezja schodzi ze sceny. Już zeszła. (...) modlę się i pracuję w tym rzemiośle... Poezja – arystokratyczna forma wyrazu i porozumienia.

Jaką szkodę przynoszą współcześni kapłani słowa, niczym hieny cmentarne uczyniwszy ze słowa towar, a poetę zaprzęgową prostytutką, rozdając te i owe nagrody, albo to, co skapnęło z pańskiego stołu i w tym mikro świecie wdzięczą się miernoty do miernot, wchodzą na salony, stroszą pióra i krzyczą głośniej od bomb. Do tego akademicy wtórują za kulisami, czyniąc wybitnych z wybitnie nikomu nie znanych i nieczytanych grafomanów, wpychając na pomniki ociekającą mizerią bełkotliwą mowę niby współczesności, tylko po to żeby uzasadnić swoje znaczenie i istnienie. W tej degrengoladzie upadku rodzą się demony. I straszą później tę wąską grupę wyznawców, rzemieślników od przypadku do przypadku. Co mają zrobić ci, którzy modlą się i pracują poezją? Ci, co Ją naprawdę kochają? Mają zdychać. Tylko nikt wydaje się nie powie dziś tego głośno. Ja mówią i piszę. I dlatego mnie nie lubią. Pies to trącał.

Każdy z tych szarlatanów, który dokłada choć cegiełkę do uwznioślenia tych słabych i bełkotliwych tekstów będzie się kiedyś w piekle smażył. A ja im kiedyś przypomnę, kochani, to był bilet tylko w jedną stronę. Módlcie się teraz do tych waszych bożków: sławy, poklasku, mamony i taniej popularności na 10 minut; i resztek postradanej godności. Czynicie z poezji dla tego społeczeństwa rzecz jeszcze bardziej niezrozumiałą niż jest w rzeczywistości. Zabieracie temu społeczeństwu piękno, dobroć i poezję. Tę odwieczną arystokratyczność. W zamian chcecie mu dać sekundowych celebrytów i złudzenie nobilitacji. Niech wam ziemia lekką nie będzie. Jesteście zmorą środowiska. Czynicie to w imię tylko własnych – prymitywnych i partykularnych interesów, czynicie to wyzuci z piękna i ideałów, czynicie to wręcz wbrew sobie i wbrew dobremu smakowi, którego was jednak kiedyś nauczono, ale przeciwko któremu ulegliście sprzeniewierzeniu...

Wielu wie, kogo mam na myśli, choć ten salon i ta lista jest już coraz dłuższa. Pęcznieje prawem Kopernika-Greshama, gdzie gorszy pieniądz wypiera lepszy. To się nazywa zwyczajnie – psuciem. Psuje się dla jakichś celów. Sami sobie dopowiedzcie dla jakich.

Kolejnym tomem zakupionym w jeszcze żyjącej (ledwo) księgarni był wydany nakładem Biura Literackiego tom „Żertwy” Antoniny Tosiek. Ciekawe wiersze, nowa dykcja, zaskakujące choć czasami niedopracowane pointy wierszy, ale całość warta doświadczenia.

Neogotyk

Uchylić się przed ciosem

można w dół albo na boki.

Są szczeliny w sklepieniu,

są granaty, krzyże, żebra

i prószą, prószą, widzisz?

 

Pan dał nam dym. Dał las

i twarze świętych w gotyckich

kościołach. Wola

to wróżka zębuszka

połykających na sucho

tabletki jak żwir, jak rzęsę;

słyszę, jak mnie woła,

przekręca imiona

i obśmiewa porażki.

 

Jestem jednią, jestem komunikacją,

jestem twarzą w muszli,

jestem wierzchem dłoni,

nieprzetrawioną żółcią

i smrodem w kolorze fluo;

rozbryzg UV, Pollock UV.

 

Jestem jednią!

Jestem cielcem,

 

składam żertwę.

 

Mocny wiersz, choć ja bym go zakończył „jestem żertwą”. Czyż nie uszlachetniłoby to tego utworu. No, ale prawo autorki być czym zechce. Ostatecznie wiele w tym tekście krzyku, zagubienia, smutku i degradacji. Taka jest jednak nasza rzeczywistość roku pańskiego 2025 w XXI wieku, który zmierza do unicestwienia człowieka. Do bycia żertwą. Niczym więcej.

Ostatni zakupiony tom przez utracjusza dziadersa Waltera to „Na skrawku” Jarosława Mikołajewskiego. Jest tam wiersz, którym chcę was na koniec wzruszyć, poruszyć, a może oderwać nieco od tego katastroficznego tonu. Przy tej okazji zaznaczę, że dobór oferty tej jednej z ostatnich już krakowskich księgarni w dziedzinie poezji, jest iluzoryczny, czysto przypadkowy, albo świadczący o sile przebicia pewnych bogatych wydawnictw, systemów dystrybucji czy powiązań rynkowych. Dział nazywa się poezja, sprzedaje poezję, faktycznie, tyle że z polską współczesną poezja nie ma to wiele wspólnego, owszem – macie tu przykład dwójki powiedzmy, że znanych autorów, dwójki nieznanych (już słyszę oburzenie „who is who”), ale tu nie jest winna księgarnia, tylko całokształt – społeczeństwo, uczynienie z książki pietruszki czy selera i image kulturowy kształtowany przez te żałosne pożal się boże „elyty”...

 

Jarosław Mikołajewski „list do”

 

a spośród wszystkich pięknych uprzejmości

(co dzień jak wiesz zaznaję ich wiele)

najbardziej wzruszył mnie gest tego pana

 

starego sąsiada z roztrzęsioną ręką

kiedy otworzył mi furtkę domu

choć długo nie mógł ująć w dłonie klamki

lecz w chwili kiedy zajrzałem mu w oczy

miał w nich błękitne dzieciństwo anioła

co pewnym skrzydłem prowadzi przyjaciół

przez rzekę powietrza

głodu ognia i wojny

 

Obyś i ty miał, Drogi Czytelniku na swojej drodze takich przyjaciół o błękicie oczu anioła. Anioła Stróża. Anioła, w którego już chyba nikt dziś nie wierzy. Jakie to smutne.

Andrzej Walter

 

_________________ 

Jarosław Mikołajewski, „Na skrawku”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025.

Antonina Tosiek, „Żertwy”. Biuro Literackie, Kołobrzeg 2025.

Wojciech Kass, „Solfeż”. ISKRY, Warszawa 2025.

Adam Zagajewski, „Trzy czwarte”. Wydawnictwo A5, Kraków 2024.

 

 

Plakat

 

 

 

Plakat

 

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Poemat o duchowej materii istnienia 

    

Poematy Elżbiety Musiał stanowią jedno z najoryginalniejszych zjawisk we współczesnej poezji polskiej. W epoce przyspieszenia, powierzchowności i rozproszenia, autorka TOTUM wybiera drogę odwrotną – ku skupieniu, refleksji, ku wewnętrznemu pejzażowi człowieka. W jej najnowszym poemacie, będącym zarazem formą filozoficznego traktatu, artystycznej medytacji i poetyckiego wyznania, język staje się narzędziem duchowego poznania. TOTUM nie tylko rozwija wątki obecne w poprzednich książkach Musiał, lecz także syntetyzuje jej dotychczasowe doświadczenie – estetyczne, intelektualne i metafizyczne.

Tytuł poematu sugeruje totalność i jedność – „całość” świata, w której nie ma ostrego rozdziału między tym, co materialne, a tym, co duchowe. U Musiał te sfery przenikają się, tworząc dynamiczną relację między ciałem a duszą, zmysłem a świadomością, życiem a śmiercią. Autorka, w sposób bliski fenomenologicznej refleksji, pokazuje istnienie jako nieustanny proces „ucieleśniania” ducha – i odwrotnie: „uduchawiania” materii. W tej poetyce widać nie tylko filozoficzne inspiracje (od Heraklita po Bergsona), lecz także egzystencjalne i mistyczne intuicje, które nadają jej słowu wymiar niemal sakralny.

Poezja Musiał jest próbą przywrócenia sensu słowu – jego pierwotnej mocy nazywania, odkrywania i tworzenia świata. Autorka stawia się w roli tej, która „uświadamia co nieuświadomione”, podejmuje dialog z samym procesem myślenia, z wewnętrznym głosem istnienia. W TOTUM pojawia się wyraźnie rozpoznawalny ton autoanalizy – podmiot liryczny to istota, która „myśli siebie”, a przez to sama siebie powołuje. „Oto JA. Myśl mnie złowiła – więc jestem” – to parafraza kartezjańskiego „cogito”, ale u Musiał ma ona zupełnie inny, bardziej duchowy wydźwięk. To nie racjonalne „myślę, więc jestem”, lecz raczej: „jestem, bo zostałam pomyślana”, „istnieję w napięciu między świadomością a tajemnicą”.

W warstwie poetyckiej TOTUM operuje językiem gęstym od metafor, paradoksów i duchowych figur. Dusza i ciało, JA i TY, świadomość i sumienie – wszystkie te elementy tworzą swoisty dialog wewnętrzny. Autorka prowadzi z czytelnikiem rozmowę o istocie bytu, o tym, co nieuchwytne, a jednak obecne, co „ulotne, więc najtrwalsze”. To poezja, która nie tyle opisuje świat, ile go „wydobywa” z milczenia, wprowadzając w przestrzeń między byciem a słowem.

Istotną cechą poematu jest jego dialogiczność. Musiał świadomie wchodzi w rozmowę z tradycją – z Baczyńskim, Staffem, Leśmianem, Szymborską, ale także z Baudelairem i całą modernistyczną refleksją nad duchowością. Te dialogi nie są cytatem czy aluzją, lecz głęboko wewnętrznym spotkaniem. Z Baczyńskim łączy ją przekonanie, że słowo ma wymiar ontologiczny – że jest czynem, który współtworzy rzeczywistość. Z Leśmianem – wizja przenikania materii i ducha. Ze Szymborską – ironiczno-czuła refleksja nad istnieniem duszy w świecie, który wątpi. Z kolei Baudelaire i Staff wprowadzają tu pierwiastek estetycznego piękna, afirmacji życia mimo świadomości przemijania.

TOTUM można czytać również jako poemat o poznaniu i sumieniu. Poetka pokazuje, że świadomość – „ta przyrodzona świadomość”, jak pisze – jest wewnętrznym prawem istnienia, instynktem duchowej równowagi. Sumienie staje się tu nie tyle kategorią moralną, ile kosmiczną zasadą porządku. „Nie, nie – tak, tak” – powtarza autorka, tworząc rytm, który przypomina biblijny nakaz prostoty. W tym sensie poemat Musiał to nie tylko dialog z filozofią, lecz także z duchowością chrześcijańską, z jej wiarą w nierozerwalność bytu i sensu.

Zarazem TOTUM nie jest poezją religijną w tradycyjnym sensie. To raczej mistyczny humanizm – afirmacja człowieka w jego złożoności, w jego „pomiędzy”. Poetka mówi: „Dziękuję ci łupino doczesna, dziękuję szczątku lubieżny. Z tobą idę do siebie, na wskroś siebie”. To wyznanie, w którym ciało nie jest wrogiem ducha, lecz jego niezbędnym współuczestnikiem. Musiał przekracza tym samym opozycje, które przez wieki dzieliły filozofię: duch i materia, sacrum i profanum, myśl i uczucie. W jej świecie wszystkie te elementy są cząstkami jednej całości – totum.

Poemat ten ma również wymiar autotematyczny – opowiada o samej poezji jako akcie bycia. Słowo staje się tu odpowiednikiem tchnienia, a pisanie – formą modlitwy. Autorka „ubiera słowo niewymowne w chimerę poezji, jak inni w modlone kościoły”. W tej metaforze widać cały sens twórczości Musiał: poezja jako sakrament istnienia, jako miejsce, gdzie duch może się ucieleśnić, a milczenie – przemówić.

W kontekście współczesnej poezji TOTUM jawi się jako głos osobny, może nawet opozycyjny wobec tendencji ironicznych, eksperymentalnych, językowych. Musiał nie interesuje dekonstrukcja ani gra formą; jej eksperyment polega raczej na wnikaniu w głąb słowa, na przywróceniu mu metafizycznego ciężaru. Dlatego TOTUM można odczytać jako poetycką próbę ocalenia sensu w świecie, w którym sens się rozprasza.

To także dzieło o niezwykłej samoświadomości artystycznej. Autorka, będąca jednocześnie malarką i graficzką, włącza do swego projektu także warstwę wizualną – okładkę, ilustracje, układ graficzny. TOTUM jest więc nie tylko poematem, lecz także integralnym dziełem sztuki, w którym tekst, obraz i przestrzeń współbrzmią w duchu jedności formy i treści. To spójna koncepcja estetyczna, przywodząca na myśl ideę „syntezy sztuk”, o której marzyli symboliści.

Musiał tworzy język poetycki gęsty, rytmiczny, miejscami hermetyczny, ale zawsze nacechowany wewnętrzną muzyką. To poezja, która wymaga skupienia, powolnego czytania – nie daje się pośpiesznie konsumować. W tym sensie TOTUM jest również gestem sprzeciwu wobec kultury natychmiastowości. Wymaga zatrzymania się, wejścia w rytm bycia, w „wieczną obecność”, o której mówi autorka.

Elżbieta Musiał kontynuuje i odnawia formę poematu filozoficznego, nadając jej nowoczesny, osobisty kształt. Łączy refleksję metafizyczną z głębokim liryzmem, intelekt z intuicją, doświadczenie z tajemnicą. W efekcie powstaje utwór, który można czytać na wielu poziomach – jako duchową autobiografię, traktat o naturze świadomości, poemat o słowie i sumieniu, a także jako modlitwę w języku poezji.

TOTUM to książka, która wymyka się prostym klasyfikacjom. Jest zarazem spowiedzią i manifestem, medytacją i aktem poznania, próbą nazwania tego, co „beznaocznie jest”. W świecie, który traci wiarę w sens, Elżbieta Musiał przypomina, że jeszcze można „uświadomić co nieuświadomione”, że poezja – jeśli jest prawdziwa – staje się formą duchowego poznania.

Andrzej Dębkowski 

____________

Elżbieta Musiał, Totum. Poemat. Projekt graficzny, projekt okładki i grafiki: Elżbieta Musiał. Nakład autorski, bez miejsca wydania – 2025, s. 56.