Agnieszka Rykowska
Maski
W dzieciństwie dostałam lampkę w kształcie chłopczyka w czerwonym kapeluszu. Wtedy, po raz pierwszy podjęłam ryzyko. Chłopczyk był uszkodzony, o czym dobrze wiedziałam. Kiedy po raz trzeci poraził mnie prądem, matka odłożyła go z niecierpliwością na wysoką szafę. Z bibuły zrobiłam długą wstążkę i zaczęłam nią obracać.
– Mama, ładnie kręcę? – pytałam z uśmiechem.
Potem na bibule robiłam tuszem haft. Zdarzało się mocniejsze przyciskanie, co groziło zniszczeniem wstążki, wówczas nacierałam głowę olejkiem z marzeń i snów. W ten sposób wstążka szybko się zrastała, podobnie jak rany Jezusa w oczach Tomasza. Ten ostatni w końcu uwierzył, gdy zobaczył krew na palcach. Dotyk mu pomógł. Tak oto zaczęłam życie brać na czucie – przez dotyk.
Pewnego dnia nad wioską pojawił się silny wiatr. Zaczął, jak wielki ptak uderzać skrzydłami o dachy domów, ustawionych w zwartym szeregu, przy głównej drodze. Jedno skrzydło opadło na ścianę pokoju, drugie zaś porwało wstążkę, która zaczepiła o gwiazdę. Zaczęłam się wspinać. Byłam szczęśliwa do momentu, gdy nagle z dołu usłyszłam krzyk:
– Wracaj! Twoja matka nie żyje!
Nie pamiętam samego momentu spadania, ale dość szybko poczułam smak ziemi. Nade mną stała pochylona matka z twarzą żółtą, okropnie pomarszczoną i potwornie suchymi, popękanymi ustami.
– Chodź ze mną! – krzyknęła donośnym, ochrypłym głosem.
Chwyciła mnie mocno za ramię.
Lód. Wszędzie było dużo lodu. Bardzo szybko pokrywał świat. Zastygałam razem z nim.
Pamiętam... był grób między drewnianą wysoką szafą, a zimną ścianą. Bez okien i drzwi. Czasami wychodziłam, udawało się zakładać różne maski i krążyć. Nikt nie wiedział, że „nie żyję”.
W kółku teatralnym miałam wrażenie, że jestem wśród żywych. Najbardziej sprzyjało mi recytowanie wierszy i gra w komediach. Tragedia przerażała – niezbyt dobrze się w niej odnajdywałam. Ale jak mogłam wspaniale występować, skoro tragedia rozgrywała się we mnie na co dzień?
– Życie to jedna wielka gra – wtedy od kogoś usłyszałam takie słowa.
– Od ciebie zależy, jaką maskę założysz i w jakiej scenie zagrasz – odpowiedziałam.
Niestety, nie przyjęli mnie na Akademię Teatralną.
– Pani romantyzm nadaje się w życiu, dla męża, nie na scenie – usłyszałam przed egzaminami wstępnymi od znanego aktora.
Wreszcie poznałam mężczyznę w czarnym płaszczu. Zaimponował pochodnią. Razem krążyliśmy po mrocznych korytarzach; doskonale rozrzucał po nich blask. Był jednak poważny problem: otóż nie zdawałam sobie sprawy, że on również „nie żyje”. Chłopczyk w czerwonym kapeluszu powrócił. Wszystko dotarło do mnie dopiero, gdy zobaczyłam szkielety innych kobiet, czaszki z pustymi oczodołami i wykrzywione w ironicznym uśmiechu szczęki.
Pewnego dnia powróciły najmroczniejsze chwile. Zobaczyłam w lustrze czarną twarz; w niej przewijały się postacie bliskich. Odbicie w lustrze rozszarpywało mnie na strzępy – głębokie rany znowu wyszły na wierzch.
Walczyłam, a jakże: pojawił się szkielet szkieletu i obrastałam znowu mięsem. Przyszło olśnienie, że wszystko zależy ode mnie, jednak to nie było takie oczywiste. Rzeczywiście z czasem, ciemności zaczęły rozpływać się w delikatnych promieniach słońca. Ale tak naprawdę przyczyną odchodzenia koszmarów była poezja. Oczyszczała niczym larwy.
– Nie pisz o larwach! – krzyknął kolega. – Normalsi tego nie pojmą!
Nagle ludzie zobaczyli moje dłonie (przebijały przez drewnianą podłogę). Powietrze przenikały szepty: M-aria, A-gnieszka, S-alome, K-ali, I-sztar.
Imion i twarzy było dużo, dużo więcej. I choć napotykałam się na nie dosyć często, wybierałam samotny kamień i pola, po których wędrowałam.
– Ja was opiszę! – krzyczałam. – Boże, daj mi kiedyś możliwość pisania. Daj mi ten dar.
Biegałam po niemoich polach. Tańczyłam i robiłam salta na kwitnących łąkach. Byłam złodziejką, gdy obejmowałam pnie drzew, wykorzystując ich energię.
Kłamałam, opowiadając wymyślone historie o miłości.
Dziś mam dom pośród traw, w których czasem zbieram płyty. Słyszę moje wewnętrzne dziecko. To kilkunastoletnia dziewczyna z długimi włosami. Mówi, grożąc mi palcem:
– Życie to wielka gra. Trzeba oswoić śmierć, wówczas oswoisz życie i możesz dobrze zagrać. Nie żyj śmiercią, bo wtedy nie zagrasz życia i przegrasz.
Wsłuchuję się w szept życia, biegnę po złocistym okręgu, niekiedy powracam, potem znowu biegnę.
Czasem widzę, jak podchodzę do drewnianego płotu. Dotykam pokrytego mchem szczebla.
Poczciwa staruszka w kolorowej chustce mnie pyta:
– To panienka już wróciła z nauk?
– Tak – odpowiadam z lekkim uśmiechem. – Trzeba zamknąć drzwi i bramy. Nie może być, by wiatr porozsiewał niechlujnie ziarno.






































































































































































































































































































