Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Potop, który miał nas zalać, a tylko ochlapał – czyli jak Teatr Telewizji sam się utopił 

 

Bardzo często zdarza się, że człowiek przestaje się złościć, a zaczyna się śmiać. I to nie jest śmiech zdrowy, tylko taki, który pojawia się wtedy, gdy coś, co miało być poważne, zamienia się w karykaturę samego siebie. Ostatnia inscenizacja „Potopu” w Teatrze Telewizji jest właśnie takim momentem – spektaklem, który nie tyle reinterpretował Sienkiewicza, ile zrobił z niego widowisko przypominające imprezę tematyczną, na której nikt już nie pamięta, po co właściwie się spotkano. Bo jeśli ktoś jeszcze łudził się, że Teatr Telewizji jest miejscem, gdzie klasyka traktowana jest z jakimkolwiek respektem, to teraz powinien już porzucić te złudzenia raz na zawsze. Oto bowiem dostaliśmy „Potop”, który nie jest ani „Potopem”, ani teatrem, ani nawet sensowną prowokacją. To raczej zlepek pomysłów, które ktoś wrzucił do jednego worka, potrząsnął i wysypał na scenę, licząc, że chaos zostanie pomylony z odwagą artystyczną.

Kmicic? Owszem, jest. Ale bardziej przypomina figurę z mema niż bohatera tragicznego. Oleńka? Gdzieś się przewija, jakby przypadkiem, jak statystka we własnej historii. XVII wiek? Oczywiście – pod warunkiem, że nie przeszkadza w tym, by za chwilę wjechała współczesność z całym swoim popkulturowym bałaganem. Muzyka, która równie dobrze mogłaby lecieć w klubie o trzeciej nad ranem, sceny balansujące między kabaretem a groteską, i to wszystko podane z miną śmiertelnie poważną, jakbyśmy mieli do czynienia z czymś przełomowym...

Nie, nie mamy. Mamy za to przykład dość rozpaczliwej próby udowodnienia, że klasykę trzeba „odświeżyć”, bo inaczej widz ucieknie. Tylko że w tej pogoni za widzem zgubiono wszystko to, co miało jakąkolwiek wartość. Zamiast opowieści o zdradzie, winie, odkupieniu i lojalności dostaliśmy festiwal efektów, który z tymi pojęciami nie ma już wiele wspólnego. Zamiast emocji – fajerwerki. Zamiast sensu – hałas. Najzabawniejsze jest jednak to, że ten cały spektakl zdaje się być przekonany o własnej wielkości. To nie jest ironia, która wie, że jest ironią. To jest ironia, która uważa się za nową formę powagi. A to już jest poziom samoświadomości godny raczej kabaretu niż teatru aspirującego do miana instytucji kultury. Bo tu nie chodzi o to, że nie wolno reinterpretować klasyki. Oczywiście, że wolno. Problem zaczyna się wtedy, gdy reinterpretacja staje się pretekstem do jej rozmontowania i zastąpienia czymś, co nie ma ani ciężaru, ani znaczenia, ani nawet konsekwencji. To już nie jest dialog z tradycją. To jest jej zagłuszanie.

Teatr Telewizji przez lata był miejscem, gdzie słowo miało wagę, a aktor był kimś więcej niż elementem scenicznej układanki. Dziś coraz częściej przypomina laboratorium, w którym testuje się, ile jeszcze można rozcieńczyć sens, zanim widz przestanie go w ogóle dostrzegać. I wygląda na to, że granica została właśnie przekroczona. „Potop” miał kiedyś zalewać serca, poruszać sumienia i budować wyobraźnię. Ten „Potop” co najwyżej ochlapuje widza przypadkowymi pomysłami, po czym zostawia go z poczuciem, że uczestniczył w czymś jednocześnie głośnym i pustym. To nie jest nowoczesność. To jest bezradność przebrana za odwagę. I jeśli to ma być kierunek, w którym zmierza Teatr Telewizji, to nie potrzebujemy już żadnych potopów. Wystarczy to, co mamy – powolne, ale konsekwentne zalewanie bylejakością, która udaje sztukę i jeszcze domaga się za to oklasków. To nie pierwszy raz, kiedy Teatr Telewizji wkracza na drogę, z której w przyszłości będzie bardzo trudno zejść... 

Andrzej Dębkowski

Rys. ©Sławomir Łuczyński