Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

Ci, którzy burzyli Bastylię, teraz budują swoją 

 

Historia ma wyjątkowo złośliwe poczucie humoru. Najpierw daje ludziom sztandary, hasła i poczucie moralnej wyższości, a potem – jeśli tylko zdobędą władzę – podsuwa im cegły, zaprawę i pozwala sprawdzić, czy naprawdę różnią się od tych, których obalili. I niemal zawsze kończy się to tak samo: dawni rewolucjoniści zaczynają przypominać dawnych ciemiężców. Ci, którzy krzyczeli o wolności, zaczynają mówić o porządku. Ci, którzy walczyli z opresją, zaczynają ją racjonalizować, a ci, którzy burzyli Bastylię – budują swoją.

To nie jest tylko metafora. To mechanizm. Psychologiczny, społeczny i polityczny zarazem. Rewolucja daje poczucie misji, ale władza daje narzędzia. I właśnie te narzędzia stają się testem. Bo bardzo łatwo jest być wolnościowcem bez władzy. Dużo trudniej, gdy można podpisem zmieniać czyjeś życie, ustawą regulować cudze sumienia, a aparatem państwa dyscyplinować społeczeństwo.

W Polsce widzimy to aż nazbyt wyraźnie. Przez lata słyszeliśmy opowieść o państwie zawłaszczonym, o instytucjach zniszczonych, o prawie traktowanym jak plastelina. Narracja była jednoznaczna: trzeba przywrócić standardy, odbudować niezależność, odpolitycznić mechanizmy, przywrócić równowagę. Piękne słowa. Konieczne słowa. Tylko że słowa mają to do siebie, że łatwo się je wypowiada, a znacznie trudniej wciela w życie – zwłaszcza wtedy, gdy przestają być wygodne. Bo kiedy przychodzi moment realnej władzy, pojawia się pokusa, by zrobić dokładnie to samo, tylko „w słusznej sprawie”. Nagle okazuje się, że skróty proceduralne są uzasadnione, bo sytuacja jest wyjątkowa, że nacisk na instytucje jest dopuszczalny, bo przecież chodzi o ich naprawę. Albo że omijanie zasad nie jest ich łamaniem, lecz „przywracaniem sprawiedliwości”. I w tym momencie zaczyna się budowa nowej Bastylii – może jeszcze nie tak monumentalnej, może bardziej eleganckiej w retoryce, ale opartej na tym samym fundamencie: przekonaniu, że cel uświęca środki.

Najgroźniejsze jest to, że dzieje się to często przy aplauzie tych, którzy jeszcze niedawno protestowali. Bo przecież „teraz to nasi”. Bo „teraz jest inaczej”. Bo „tamci byli gorsi”. To jest dokładnie ten moment, w którym społeczeństwo przestaje być strażnikiem wolności, a zaczyna być kibicem władzy. A kibic nie pilnuje zasad – kibic chce zwycięstwa.

Problem polega na tym, że państwo prawa nie działa na zasadzie kibicowania. Ono działa tylko wtedy, gdy zasady obowiązują wszystkich – także tych, których lubimy i którym kibicujemy. Jeśli zaczynamy je naginać „dla dobra sprawy”, to w istocie przyznajemy, że są one warunkowe. A prawo warunkowe to nie jest prawo – to jest narzędzie.

Polska historia aż nadto dobrze zna momenty, w których wolność była hasłem, a potem stawała się dekoracją. Każda kolejna ekipa przychodziła z przekonaniem, że tym razem będzie inaczej, że oni są mądrzejsi, uczciwsi, bardziej odpowiedzialni. A potem – krok po kroku – zaczynała korzystać z tych samych mechanizmów, które wcześniej krytykowała. Różniła się retoryką, ale nie logiką działania. Dlatego zdanie o Bastylii jest tak niewygodne. Bo ono nie dotyczy „tamtych”. Ono dotyczy każdego, kto uważa, że jego racja daje mu prawo do wyjątków. A wyjątków w polityce nie ma – są tylko precedensy. Każde nagięcie zasad zostaje i prędzej czy później wraca, często w rękach tych, których najmniej chcielibyśmy widzieć u władzy.

Najłatwiej jest zburzyć symbol. Najtrudniej jest nie odtworzyć go w innej formie.

I może właśnie to jest dziś najważniejsze pytanie dla Polski: czy naprawdę chcemy państwa, w którym zasady obowiązują wszystkich, czy tylko państwa, w którym „nasi” mają rację? Bo jeśli wybierzemy to drugie, to nie łudźmy się – Bastylię już budujemy. Może jeszcze nie widać murów, może jeszcze nie słychać zamykanych krat, ale fundamenty są wylewane każdego dnia, gdy usprawiedliwiamy to, co kiedyś uznawaliśmy za niedopuszczalne.

Rewolucja jest łatwa. Odpowiedzialność – znacznie mniej efektowna.

A wolność? Wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda własnych racji.

Andrzej Dębkowski

Rys. ©Sławomir Łuczyński