Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

Elity z algorytmu. Jak media wyhodowały głupotę i nazwały ją sukcesem

 

Są w Polsce momenty rzadkie jak cisza w telewizji śniadaniowej: chwile, w których ktoś mówi prawdę bez oglądania się na sponsorów, zasięgi i „czy to się kliknie”. Karolina Korwin-Piotrowska ma ten nieprzyjemny dla systemu nawyk – że gdy widzi bzdurę, nazywa ją bzdurą. Bez pudru, bez uśmiechu, bez tej żenującej medialnej gry w „każdy ma swoją prawdę”. Nie, nie każdy. Jedni mają argumenty, inni tylko mikrofon i pustkę między uszami.

Kiedy więc jakiś młodzieniec z portalu, którego nazwy nie warto pamiętać (bo jutro zmieni ją na inną, równie bezsensowną), próbuje „wyciągać informacje”, dostaje w zamian coś znacznie cenniejszego: diagnozę własnego środowiska. I całej branży, która udaje zdziwienie, że świat wygląda tak, jak wygląda.

I tu zaczyna się właściwy problem.

 

Lubię Karolinę Korwin-Piotrowską wtedy, gdy mówi rzeczy, o których inni boją się nawet pomyśleć. Gdy nie głaszcze po główkach, nie szepcze półzdań, tylko bierze maczetę i wchodzi w medialną dżunglę bez litości. Ostatnio zaczepił ją jakiś młodzieniec z głupokowatego portalu – jednego z tych, które produkują „newsy” jak kiełbasę z trocin: tanio, szybko i bez wartości odżywczych. Chciał „wyciągnąć informacje”. Wyszło jak zawsze – wyciągnął własną intelektualną pustkę.

Korwin-Piotrowska przypomniała coś, co dla branży medialnej jest dziś bluźnierstwem: celebryci nie spadają z nieba. To nie jest plaga szarańczy zesłana przez los. To wasze dzieci, drogie media. Wasze wychowanki i wychowankowie. Tacy są celebryci, jakich ich media wychowają – i trudno o zdanie bardziej celne. Bo jeśli karmisz publiczność papką złożoną z bełkotu, skandalu i gołego tyłka, nie dziw się, że dostajesz chrumkanie zamiast rozmowy.

Kiedy Korwin-Piotrowska mówi o „debilach i kretynach”, o ludziach niezdolnych do zbudowania poprawnego zdania, o instagramowych prostytutkach udających elity – to nie jest hejt. To jest diagnoza. Brutalna, nieprzyjemna, ale trafna jak młotek neurologiczny w kolano. Dawniej, zanim kamera stała się zabawką, a studio telewizyjne przystankiem między siłownią a salonem tatuażu, przed obiektyw trafiali ludzie, którzy coś umieli. Mieli głos, myśl, talent, warsztat. Dziś wystarczy bezwstyd i algorytm.

Media zrobiły z głupoty towar luksusowy. Im płycej, tym lepiej. Im głośniej, tym szybciej. Im mniej treści, tym większy zasięg. A potem te same media udają zdziwione, że „poziom debaty spada”, że „społeczeństwo się radykalizuje”, że „ludzie nie czytają”. Jak mają czytać, skoro od lat pokazujecie im, że myślenie to obciach, a refleksja źle się klika?

I niestety – tu dochodzimy do sedna – to samo dotyczy polityków. Oni również są dziećmi mediów. Wypchnięci przed kamery nie za kompetencje, lecz za krzykliwość. Za bon mot zamiast programu. Za agresję zamiast argumentu. Polityka stała się kolejną odmianą show-biznesu, a poseł coraz częściej przypomina influencera z immunitetem. Kto głośniej obrazi, ten wygrywa pasek. Kto prostszym zdaniem trafi w najniższy instynkt, ten ma zaproszenie jutro.

Korwin-Piotrowska nie jest problemem. Problemem są media, które wolą produkować idiotów niż ponosić koszt myślenia. Problemem są redakcje, które zamieniły się w fermy zasięgu. I problemem jest publiczność, która daje się karmić tą paszą, a potem narzeka, że śmierdzi.

Ostry język boli? Ma boleć. Bo może tylko tak da się jeszcze obudzić kogoś, kto zasnął przed ekranem, wpatrzony w kolejną pustą twarz, kolejne puste zdanie, kolejną pustą „gwiazdę”. Jeśli to jest elita, to znaczy, że pojęcie elity dawno już zginęło – gdzieś między reklamą suplementów a „ekskluzywnym” wywiadem z nikim.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten mechanizm sam się napędza. Media produkują głupotę, głupota generuje kliknięcia, kliknięcia usprawiedliwiają kolejną głupotę. To nie jest już przypadek ani błąd – to model biznesowy. Model, w którym nie ma miejsca na myśl, bo myśl wymaga czasu, a czas nie sprzedaje reklam tak dobrze jak skandal.

Dlatego takie głosy jak Korwin-Piotrowskiej są niewygodne. Przypominają, że można inaczej. Że kiedyś było inaczej. I że to nie „czasy się zmieniły”, tylko standardy zostały wyrzucone na śmietnik razem z ambicją.

Nie, to nie jest tęsknota za przeszłością. To jest akt oskarżenia wobec teraźniejszości. I jeśli ktoś po tym felietonie czuje się dotknięty – to być może właśnie o to chodzi.

Andrzej Dębkowski