Andrzej Dębkowski
W punkcie styku ognia i błękitu
O „Wiralobraniu” prof. Grzegorza Bazylaka
Są książki, które czyta się szybko – jak wiadomość w przelocie, jak nagłówek, który natychmiast ustępuje miejsca kolejnemu. Są jednak i takie, które domagają się zatrzymania, powrotu, ponownego namysłu. Książki, które nie tyle opowiadają świat, ile go problematyzują; które nie oferują gotowych odpowiedzi, lecz uczą stawiać pytania.
Do tej drugiej kategorii należy „Wiralobranie” prof. Grzegorza Bazylaka – tom wpisujący się w tradycję literatury czujnej wobec języka i nieufnej wobec uproszczeń. To książka wyrastająca z przekonania, że słowo ma moc nie tylko nazywania rzeczywistości, ale także jej podważania, prześwietlania i przekształcania. W świecie nadmiaru komunikatów i przyspieszonych reakcji proponuje ona doświadczenie lektury jako formę skupienia i świadomego uczestnictwa.
„Wiralobranie” stawia czytelnika w sytuacji aktywnej obecności. Zachęca do uważności, do wsłuchiwania się w niuanse, w pęknięcia sensu, w to, co niewygodne lub nieoczywiste. Jest zaproszeniem do dialogu z tekstem – dialogu, który nie kończy się wraz z ostatnią stroną, lecz trwa dalej, w refleksji i w pamięci.
„Wiralobranie” to książka, która nie daje się czytać „po kolei”. Ona raczej wciąga – jak wir, jak prąd rzeczny podmywający brzeg, jak algorytm wsysający kolejne obrazy do niekończącego się feedu świadomości. Już sam tytuł sugeruje ruch, infekcję i powtórzenie: wirusowy obieg sensów, które rozchodzą się po tkance języka, a zarazem branie – wchłanianie, przyjmowanie, uczestnictwo. Poezja Bazylaka jest aktem styku: między ciałem i słowem, historią i medialnym strumieniem, naturą i cyfrową symulacją. Jest też zapisem intensywnego doświadczenia współczesności, które nie chce się ustabilizować w jednej tonacji.
Tom otwiera „Punkt styku” – utwór-program, w którym klucz, zamek i nakrętka stają się metaforą mechaniki dobra i zła, sumienia i przekrętu. Bazylak nie ufa prostym dychotomiom; dobro nie jest antytezą zła, lecz jego maską. To intuicja głęboko dantejska – przywołanie Franceski da Rimini z „Boskiej komedii” Boska komedia nie jest erudycyjnym ozdobnikiem, lecz sygnałem, że pożądanie, wina i kara są wciąż obecne, tylko zmieniły dekoracje. W świecie „Wiralobrania” piekło nie znajduje się pod ziemią, lecz w obiegu obrazów, w transakcyjnej logice ciała i w języku, który potrafi zarówno uwalniać, jak i zniewalać.
Bazylak prowadzi dialog z tradycją bez kompleksów. Gdy pojawia się Norwid – „łagodne oko błękitu” – to nie jako pomnik, lecz jako żywe spojrzenie wpisane w deszczową scenę. Gdy mignie cień markiza de Sade’a, nie chodzi o prowokację, lecz o pokazanie, jak łatwo dyscyplina liczb i mania perwersji mogą spleść się w jeden mechanizm. Ta poezja nie moralizuje, ale obnaża. Obnaża torsy „królów życia”, obnaża algorytmy władzy, obnaża także naszą podatność na narracje sukcesu.
W „Balonach ze smołą potem dronach” język przyspiesza, nabiera rytmu sloganu i reklamy. Imperatywy – „wybierz się do siebie”, „sprzedawaj coś jak pizzę”, „nie narzekaj” – brzmią jak coachingowy mantra, która jednocześnie kusi i ośmiesza. Bazylak demaskuje ekonomię aspiracji: endorfiny, fiesty, ekrany, królów życia. Jednocześnie pod powierzchnią ironii pulsuje niepokój: dobro jako skuteczna maska zła, ogródek z różami, w którym pracowite mrówki budują ornament pozornej harmonii.
Miasto w „Wiralobraniu” ma konkretne współrzędne. Bydgoszcz nad Brdą nie jest tylko tłem, lecz żywym organizmem – z ogrodem botanicznym, mostem, pomnikiem powstańców, z Babia Wsią i muralem „Głodny? Zjedz bogatych”. To topografia napięcia: między rzeką zbawienia i rzeką zapomnienia, między parkometrem a wilczą watahą, między parkanem z paździerzowych płyt a czarnym sprejem. Bazylak patrzy uważnie: na czyżyki w głogu, na kaczki krzyżówki odbywające zimowe gody, na bukowy las i mglisty bezwietrzny dzień. Przyroda nie jest tu sielanką; jest równoległym porządkiem, w którym rytuał życia toczy się obok ludzkiej gorączki.
Wspaniały fragment o kaczkach – z ich ukłonami, sygnałami pożądania, „perfekcyjnie wypiętym w górę kuper” – jest przykładem odwagi poetyckiego spojrzenia. Bazylak nie ucieka od cielesności, ale wpisuje ją w arystotelesowską „zasadę porządku w układzie zdarzeń”. Akt miłosny staje się „uporządkowanym przekształceniem”, momentem integracji snu i znaczenia. To jeden z wielu momentów, w których autor pokazuje, że eros i logos nie muszą się wykluczać.
W „Nowych nocach nowych gwiazdach” pojawia się Fryderyk Nietzsche, przywołany ironicznie i przewrotnie. Filozof zostaje wciągnięty w karnawał fajerwerków, kebabów i granatów – jakby jego dionizyjski żywioł uległ medialnej kompresji. Bazylak zestawia reality show, drony, sieciowe strzelanki i MAGA w tle, tworząc pejzaż globalnej kakofonii. W tym świecie nawet bunt bywa monetyzowany, a patrole graniczne próbują „nie być” jak zakochany J.D. Salinger. Poezja staje się narzędziem demontażu – nie tyle ideologii, ile języka, którym się ją sprzedaje.
Tom jest gęsty od odniesień: od Gilberta Keitha Chestertona po Paula Ricoeura, od Alfreda Northa Whiteheada i Bertranda Russella po Zbigniewa Herberta. Jednak erudycja nie jest tu dekoracją, lecz tworzywem. Bazylak wplata filozoficzne tropy w materię codzienności: parkometr, bunkier, taśmę biało-czerwoną, SOR, pendolino. To, co wysokie, spotyka się z tym, co niskie – i właśnie w tym punkcie styku powstaje iskra.
Jednym z najmocniejszych motywów jest obraz ekshumowanych, wracających do masowych grobów, biegnących wzdłuż granicznych słupków. To wizja apokaliptyczna, ale nie odrealniona. Granica, słupek 255/236, palik 256/238 – konkret nadaje grozie wymiar dokumentalny. W tle pobrzmiewa historia Europy, jej przemilczane rany, jej powracające widma. Bazylak nie pozwala zapomnieć, że cyfrowa produktywność i portfele MAGA nie anulują przeszłości.
„Czytanie poezji H.P. Lovecrafta” i „Czytanie poezji J.L. Borgesa” to dwa znakomite pastisze-dialogi. W pierwszym groza miesza się z erotycznym napięciem i groteską; w drugim – labirynt krzesła, nogi i bólu prowadzi do refleksji o mapie świata rysowanej zza billboardów. Bazylak nie imituje stylów, lecz konfrontuje je z własnym idiomem. Lovecraftowskie ghule i borgesański labirynt stają się częścią polskiego krajobrazu – lasu, parku, garaży z falistej blachy.
W „Bednarach” pociąg, który nagle zwalnia, jest metaforą egzystencjalnego zatrzymania. Smród lizolu, potu i wódy kontrastuje z pragnieniem wyjścia „jak po nitce ściegu” w stronę horyzontu. Motyw ręki, kciuka, znaku krzyża, separacji czwórki od jedynki – wszystko to buduje wielopiętrową symbolikę, w której religia, matematyka i biografia splatają się w jeden węzeł. To poezja, która nie boi się patosu, ale umie go złamać ironią.
W finale tomu pojawia się „Oda do AI” – tekst, który brzmi jak modlitwa i jak autoironiczny manifest. „Powiedz sobie, że nic nie wiesz” – powtarza poeta. W epoce sztucznej inteligencji i wszechobecnych danych niewiedza staje się formą wolności. Bazylak nie atakuje technologii wprost; raczej bada, jak zmienia ona nasze poczucie własności, tożsamości, zniknięcia bez bólu. To jedno z najbardziej aktualnych miejsc w książce.
„Wiralobranie” jest tomem wymagającym. Język bywa gęsty, składnia spiętrzona, obrazy – na granicy nadmiaru. Ale właśnie w tym nadmiarze tkwi metoda. Bazylak pokazuje świat, który nie mieści się w minimalistycznej formie. Jego poezja jest jak mural za myjnią: litery w kształcie błyskawic, z których tylko niektóre słowa są czytelne z daleka. Reszta wymaga podejścia, zatrzymania, powrotu.
Największą siłą książki jest jednak odwaga spojrzenia. Bazylak patrzy na miasto, na ciało, na historię i na media bez lęku przed brzydotą i bez ucieczki w czystą estetyzację. Potrafi zestawić kaczy rytuał miłosny z unijną polityką, bunkier z TikTokiem, żagiew lśniącą z OnlyFans. To nie jest chaos; to świadoma kompozycja, w której każdy element – nawet najbardziej prowokacyjny – ma swoje miejsce w większym obrazie.
„Wiralobranie” można czytać jako poemat o końcu pewnej epoki i o narodzinach innej. O cywilizacji jako „najbardziej sensacyjnym odchyleniu i najbardziej romantycznym buncie”, jak pisał Chesterton. O świecie, w którym gwiazdy krążą po torze kartingowym, a ogień trawi sam siebie w ślepej plamce. O człowieku, który wciąż próbuje znaleźć punkt styku między dobrem i złem, między wiarą i podstępem, między pamięcią i zapomnieniem.
To książka, która nie chce nas pocieszać. Chce nas obudzić – nawet jeśli przebudzenie boli jak wyrwany ząb albo jak zbyt jasne światło nad rzeką. W świecie „Wiralobrania” nic nie jest dane raz na zawsze. Sens trzeba wciąż na nowo przekręcać jak klucz w zamku. A gdy drzwi się otworzą, okaże się, że komnata nie jest ani piekłem, ani rajem, lecz przestrzenią, w której wciąż możemy wybierać.
Prof. Grzegorz Bazylak stworzył tom, który zasługuje na uważną, wielokrotną lekturę. To poezja zanurzona w czasie, a zarazem wyprzedzająca go o krok. Poezja, która wie, że wirusy sensu krążą szybciej niż kiedykolwiek – i że jedyną obroną jest świadome branie udziału w tym obiegu. „Wiralobranie” pozostaje w czytelniku jak echo: niepokojące, ale oczyszczające. Jak błękit po burzy. Jak punkt styku, w którym zaczyna się prawdziwa rozmowa.
Strategia książki jaką zaproponował autor – zaprzeczania, oporu i penetrowania granic nie wyczerpuje się jednak w geście negacji. Jest ona równocześnie ruchem ku – ku innemu językowi, ku innemu doświadczeniu wspólnoty, ku pamięci, która nie daje się wygładzić ani ujednolicić przez algorytmiczne filtry współczesności. W tym sensie poezja staje się laboratorium czujności, miejscem, w którym słowo odzyskuje ciężar, a milczenie – znaczenie, ponieważ książka prof. Grzegorza Bazylaka nie kończy się na jego wierszach. Autor umieścił w tomie także tłumaczenia wierszy dwóch poetów iberoamerykańskich: Roberto Bolańo (1953-2003) z Chile oraz Roque'a Daltona (1935-1975) z Salwadoru.
Genealogia artystyczna, do której odwołuje się druga część tomu, odsłania pokrewieństwo postaw i napięć. Twórczość Roberto Bolaño wyrasta z doświadczenia wygnania, niepewności i literackiej kontrkultury, w której ironia sąsiaduje z rozpaczą, a bunt z czułością wobec przegranych. Z kolei Roque Dalton wpisuje poezję w bezpośredni horyzont politycznego zaangażowania, ryzyka i ofiary, czyniąc z wiersza narzędzie zarówno pamięci, jak i interwencji. Ich głosy, choć zakorzenione w odmiennych biografiach i kontekstach historycznych, spotykają się w przekonaniu, że literatura nie jest luksusowym dodatkiem do życia, lecz jego krytycznym nerwem.
Polskie przekłady tych wierszy nie są jedynie transferem znaczeń z jednego języka do drugiego. Są aktem twórczej mediacji, w której rytm, idiom i historyczna temperatura oryginału zostają poddane próbie w nowym pejzażu kulturowym. Tłumaczenie jawi się tu jako forma dialogu – napiętego, lecz owocnego – między peryferiami i centrami, między doświadczeniem Ameryki Łacińskiej a środkowoeuropejską wrażliwością.
Wiersze te, osadzone w realiach represji, rewolucyjnych złudzeń i egzystencjalnej niepewności, rezonują dziś w inny sposób, lecz z podobną siłą. Ich kontestacja nie traci aktualności w świecie, który pozornie celebruje wolność słowa, a zarazem poddaje ją nieustannej komercjalizacji i trywializacji. Poezja przeciwstawia się temu mechanizmowi poprzez spowolnienie – poprzez gest zatrzymania, który wymusza refleksję i przywraca proporcje.
W hybrydowej strukturze „Wiralobrania” przekład staje się więc równoprawnym elementem kompozycji, nie dodatkiem ani ilustracją. To raczej druga linia melodyczna, która dopełnia i komplikuje tonację autorskich tekstów. Wspólnota doświadczeń – doświadczeń buntu, ironii, straty i nadziei – buduje most ponad geograficznymi i językowymi granicami.
Czytelnik zaproszony jest do lektury nie tyle linearnej, ile dialogicznej: między oryginalnym głosem autora tomu a przetłumaczonymi głosami poetów iberoamerykańskich. W tej polifonii ujawnia się sens literatury jako przestrzeni negocjowania znaczeń i wartości. Poezja nie oferuje prostych odpowiedzi, lecz stawia pytania, które wybrzmiewają długo po zamknięciu książki.
W czasach kompulsywnego skrolowania i wiralowej efemeryczności wiersz działa jak przeciwwaga – jak gest odzyskiwania czasu dla myślenia. Jest to akt sprzeciwu wobec uproszczeń, a zarazem afirmacja złożoności świata. Dlatego obecność tych przekładów w drugiej części tomu nie tylko poszerza jego horyzont interpretacyjny, lecz także wzmacnia jego etyczny i estetyczny wymiar.
Ostatecznie „Wiralobranie” jawi się jako projekt literacki, który łączy lokalność z uniwersalnością, intymność z politycznością, ironię z powagą. W dialogu z Bolañem i Daltonem książka potwierdza, że poezja – nawet w epoce memów i cyfrowych skrótów – pozostaje przestrzenią radykalnej wolności, w której słowo może wciąż inicjować realną zmianę w świadomości czytelnika.
Andrzej Dębkowski
______________
Grzegorz Bazylak, Wiralobranie. Redakcja: Zbigniew Joachimiak. Projekt okładki: FŚL. Seria Literatura XXI wieku. Polska Poezja Współczesna. Wydawca: Fundacja Światło Literatury – Migotania, Gdańsk 2026, s. 88.



























































































































































































































































































