Skazani na Czas – zapełniamy szuflady
Któż je po nas będzie sprzątał? (...)
Twórczość poetki Anny Pituch-Noworolskiej od lat wymyka się prostym klasyfikacjom, balansując na styku dwóch skrajnych światów: rygorystycznej, empirycznej medycyny oraz ulotnej, wieloznacznej metafizyki słowa. Najnowsze liryki autorki stanowią dojrzałe, przejmujące i niezwykle spójne studium kondycji ludzkiej, w którym dominującym tonem staje się próba rozliczenia z czasem, pamięcią oraz nieuchronnością przemijania. Ta poezja nie krzyczy. Ona narasta w czytelniku powoli, niczym – używając bliskiej autorce metafory – bezszelestnie przesypujące się ziarna piasku w klepsydrze.
Odnajdziemy w tym tomie doskonale zaprojektowaną architekturę czasu i świetnie podsumowaną ekonomię egzystencji. W najnowszych tekstach czas traci swój linearny, bezpieczny charakter. Staje się dłużnikiem, sędzią i bezwzględnym poborcą. W uderzającym utworze Rozliczenie poetka wprowadza zaskakującą, niemal chłodną terminologię ekonomiczną: Kredyt czasu / Będę spłacać ratami powoli (...) A los / Naliczy procent od nierzetelności.
Życie jawi się tu jako nieopłacony rachunek, a każda próba zatrzymania minionego dnia w pamięci wiąże się z egzystencjalnym kosztem. Autorka z niezwykłą precyzją operuje symbolami przemijania. Pojawiają się tu nieaktualne drogowskazy, szuflady czasu czy wczorajsze, porzucone dni, które odrzucamy jak źle zapisaną kartkę papieru. Godny uwagi jest wiersz otwierający zestaw (Stara kobieta), będący poruszającym portretem godności w obliczu starości. Bohaterka, mimo niepewnego kroku, wciąż nosi buty na obcasie i kapelusz. Śmierć w tym ujęciu nie jest gwałtownym dramatem, lecz cichym zagubieniem drogowskazu i zapisaniem w testamencie niewysłanych listów.
Mamy tu jaskrawy i dynamiczny kontrast pomiędzy medycznym chłodem i jakże przejmującą intymnością straty. Jako profesor immunologii i pediatra, autorka posiada unikalne, codzienne doświadczenie granicy między życiem a śmiercią. Ta perspektywa ujawnia się w tomie w sposób niezwykle dyskretny, pozbawiony epatowania szpitalnym naturalizmem, a przez to jeszcze bardziej wstrząsający.
Najbardziej intymnym i poruszającym punktem tomu jest beztytułowy wiersz dedykowany Pamięci zamordowanego lekarza. Autorka buduje tu przejmujący kontrast pomiędzy prozą życia a ostatecznością tragedii. Zakup jesiennego płaszcza „w kolorze deszczu” staje się rytuałem porządkowania emocji. Do wielkich, zewnętrznych kieszeni chowa się to, co codzienne i trudne: nieprzespane noce, wrogie gesty, złe sny. Jednak najgłębszy, najcenniejszy ból zostaje zatomizowany: Twoją śmierć schowałam / Do małej wewnętrznej kieszeni / Tej blisko serca, po lewej stronie.
To anatomiczne i emocjonalne zlokalizowanie straty pokazuje, jak głęboko lekarski profesjonalizm przenika się tu z bezbronnością czującego człowieka. Z kolei w utworze poświęconym Maurice’owi Ravelowi, poetka dotyka biologicznej degradacji geniuszu. Obraz płonącego bólem mózgu kompozytora, który w malignie nuci swoje największe dzieła i woła „Matkę gęś”, to uniwersalne studium bezradności człowieka wobec choroby.
Mamy tu zatem anatomię lęku i pamięci. Lęk w nowym tomie zyskuje status pełnoprawnego bohatera. W duchu wcześniej opublikowanej krytyki literackiej na temat twórczości tej Autorki, lęk u Pituch-Noworolskiej nie jest histeryczny. Jest „milczącym partnerem w niedokończonej partii szachów”. Przybiera formę metafizycznego, czającego się cienia.
Co ciekawe, w jednym z najbardziej plastycznych fragmentów tomu, poetka personifikuje go w sposób zaskakujący i niemal ironiczny: „Lęk / Jedyny który przechodzi przez jezdnię / Na czerwonym świetle / I wciąż żyje”. To genialna intuicja poetycka – lęk, choć paraliżuje i niszczy, jest jednocześnie mechanizmem ewolucyjnie nieśmiertelnym, wpisanym w ludzkie tkanki.
Sama pamięć również okazuje się zawodna i ułomna. Tradycyjne narzędzia porządkowania świata zawodzą – nie ma już „poprzednich map”, a „nowe fotografie z powietrza” nie pomagają odnaleźć drogi, którą dawno „zarosła trawa ciszy”.4. Estetyka formy: „Trzy I” i duma ze swojego cienia.
Warto zwrócić uwagę na warstwę formalną tych utworów. Podobnie jak we wcześniejszych tomach, poetka konsekwentnie rezygnuje z interpunkcji. Daje to tekstom niesamowitą płynność i stwarza przestrzeń dla czytelnika, który sam musi dawkować oddech i decydować o tonie interpretacji. Język jest maksymalnie skondensowany, wręcz ascetyczny. Nie ma tu zbędnych ozdobników – każde słowo waży tyle, ile ważyć powinno.
Ważnym manifestem artystycznym autorki wydaje się wiersz zaczynający się od słów Nie obejmę Wszechświata... To wyznanie pokory wobec ogromu świata i własnych ograniczeń biologicznych (mam zbyt krótkie ręce). Jednocześnie pojawia się tu dumne, piękne nawiązanie do jej wcześniejszej twórczości: I jak stokrotka / Jestem dumna z mojego cienia / Jest lepszy niż ja. Cień staje się alter ego poetki – to ta część jej jaźni, która potrafi przetworzyć szpitalny trud, lęk i przemijanie w nieśmiertelne, poetyckie piękno.
Podsumowując najnowszy tom Anny Pituch-Noworolskiej to dzieło wybitnie dojrzałe. To poezja egzystencjalnego wyciszenia, w której autorka nie szuka łatwego pocieszenia. Pokazuje świat bez ubarwień – jako „zły dom bez klamek” czy „szary pustynny pył”, ale jednocześnie potrafi zachwycić się lotem ćmy czy rytmem bębenka w Alhambrze. To lektura wymagająca, która po przeczytaniu zostawia nas w labiryntach własnego czasu, zmuszając do refleksji nad tym, co sami chowamy do naszych wewnętrznych kieszeni i aby w pełni docenić głębię najnowszego tomu, należy spojrzeć na niego przez pryzmat ewolucji twórczej autorki. Wprowadzenie perspektywy diachronicznej (porównawczej) ujawnia fascynujący proces: droga Anny Pituch-Noworolskiej to konsekwentne „uwznioślanie” codzienności, oczyszczanie języka ze zbędnego detalu i przechodzenie od fizykalnego opisu świata do czystej, uniwersalnej metafizyki.
Analizując najnowsze liryki Anny Pituch-Noworolskiej, nie sposób nie dostrzec ogromnej metamorfozy, jaką przeszła jej poetycka dykcja na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Jej rozwój artystyczny można opisać jako proces duchowej i formalnej destylacji. Od fazy opisu i fascynacji detalem (Tomiki: Bukiety czasu, Gotyk, Jesienny księżyc) do rozbudowanych obrazów metafizycznych. Na początku swojej drogi twórczej autorka funkcjonowała przede wszystkim jako uważna obserwatorka materii, zmysłowej rzeźby świata oraz historii sztuki. W tomie Gotyk uderzała fascynacja trwałością kamienia, architekturą średniowiecznych katedr czy fakturą starych murów. Czas był tam mierzony fizyczną obecnością zabytków, a przestrzeń (Kraków, Włochy) miała konkretne, geograficzne ramy. Język był bardziej opisowy, bogatszy w rekwizyty i metafory zakorzenione w kulturze śródziemnomorskiej.
Później Poetka ucieka w uniwersalizm (Skrzynia pełna wiatru, Gobeliny), aby z czasem przenosić punkt ciężkości z tego, co zewnętrzne, do wnętrza ludzkiej jaźni. Skrzynia pełna wiatru czy pisane prozą poetycką Gobeliny stanowiły próbę zamknięcia rozproszonych wspomnień z podróży (tak dalekich jak Australia) w ramy intymnej pamięci. Pojawiły się motywy zamykania świata w „szufladach” czy „skrzyniach”, a konkretne miejsca zaczęły powoli topnieć, ustępując miejsca uniwersalnym rozważaniom o kondycji kobiety i przemijaniu.
Faza najnowsza to już uwznioślanie głębi i asceza formy. W najnowszych tekstach proces ten osiąga swoje apogeum – następuje ostateczne uwznioślenie (sublimacja) tematów egzystencjalnych. Autorka niemal całkowicie rezygnuje z ornamentyki. Zamiast potężnych gotyckich katedr z wcześniejszych tomów, w wierszu Tajemnice pojawia się uniwersalna, minimalistyczna metafora „lakowej pieczęci” i „szuflady czasu”.
Dawna fascynacja architekturą i konkretnym miejscem ewoluowała w melancholijne i odrealnione Ślady: Nie ma / Wskazówek, wytycznych / Poprzednich map / I nowych fotografii z powietrza. Świat materialny ulega tu rozproszeniu – zostaje tylko „labirynt czasu”. Następuje też przeobrażenie motywu muzycznego i natury. Warto zestawić także rozwój konkretnych motywów – muzyki i przyrody. We wcześniejszych zbiorach muzyka bywała tłem dla opisywanych podróży czy nastrojów. W najnowszym tomie, w wierszu Koncert muzyki Maurice’a Ravela, muzyka staje się czymś znacznie wyższym – metafizycznym mostem ratunkowym dla umierającej biologii. Monotonne Bolero czy Pawana nie są już tylko utworami; są dramatyczną, organiczną próbą zaplecenia nut jak dłoni tancerzy, by uciec przed nadchodzącym mrokiem.
Podobnemu uwzniośleniu ulega przyroda. Dawne, zmysłowe opisy ogrodów czy deszczu ustępują miejsca absolutnej ascezie. W utworze Porzucone dni zjawiska atmosferyczne („mgła i mróz”) zostają zrównane z ludzkim dramatem („trudna rozmowa”). Natura w najnowszym ujęciu jest surowa, wręcz kosmiczna, a człowiek staje się wobec niej tylko „rozrzutnością natury”. W finale wiersza Nie obejmę Wszechświata... poetka powraca do kluczowego motywu ze swojego głośnego, wcześniejszego, dwujęzycznego tomu Cień stokrotki (The Shadow of a Daisy). Jednak tam, przed laty, stokrotka mogła być jeszcze elementem florystycznego opisu świata. Dzisiaj jest to już czysta, dumna, egzystencjalna deklaracja:
I jak stokrotka / Jestem dumna z mojego cienia / Jest lepszy niż ja.
Dawna lekarka-poetka, zbierająca niegdyś „bukiety czasu”, w najnowszym tomie staje przed czytelnikiem odarta z iluzji, oferując lirykę mądrą, oczyszczoną i głęboko uwzniośloną – taką, która nie potrzebuje już wielkich słów, by dotknąć absolutu.
Ewolucja twórcza Anny Pituch-Noworolskiej to rzadki w polskiej poezji współczesnej przykład drogi, która zamiast do zgorzknienia, prowadzi do absolutnej mądrości i artystycznego uwznioślenia.
Autorka, która zaczynała od czułego zbierania zmysłowych „bukietów czasu” i zachwytu nad trwałością gotyckiego kamienia, w swoim najnowszym tomie dociera do punktu najtrudniejszego, a zarazem najpiękniejszego: do pełnej pokory akceptacji ludzkiego losu. Jej język, dawniej bogaty w kulturowe rekwizyty, uległ ostatecznej destylacji – stał się czysty, krystaliczny i niezwykle celny.
Najnowsza książka poetycka Anny Pituch-Noworolskiej nie jest jednak chłodnym traktatem o przemijaniu. To niezwykle intymny, poetycki dekalog współczesnego człowieka, napisany przez kogoś, kto na co dzień, jako lekarz, dotyka tajemnicy istnienia na samym jej dnie. Czytelnik nie znajdzie tu taniego pocieszenia, ale otrzyma coś znacznie cenniejszego – głęboki spokój, wyciszenie i przestrzeń do własnych ocalałych wspomnień. Gdy autorka pisze w jednym z wierszy: Nie próbuj łamać pieczęci / Niech drzemią w szufladzie czasu / To jedyne dowody naszego istnienia, nie tyle nas powstrzymuje, ile zaprasza do wspólnej wędrówki. Lektura tego tomu to właśnie owa bezpieczna, fascynująca podróż do wnętrza „szuflady czasu”.
To książka, którą kupuje się nie po to, by przeczytać ją raz i odłożyć na półkę – te wiersze należy nosić przy sobie, jak ów opisywany przez poetkę jesienny płaszcz z głębokimi kieszeniami, i dawkować je sobie powoli, w momentach życiowych burz i niepokojów. Dla każdego, kto w literaturze szuka czegoś więcej niż tylko ładnych słów – kto szuka autentycznego spotkania z drugim, głęboko czującym człowiekiem – ten najnowszy tom jest pozycją absolutnie obowiązkową. To liryka najwyższej próby, która uczy nas, jak z godnością i dumą – niczym stokrotka – nosić swój własny, życiowy cień.
Andrzej Walter
____________________
Anna Pituch-Noworolska, Nieaktualny drogowskaz. Obraz na okładce: „Przejście” malarz Helena Zimowska. Akwarele: „Pejzaże” Anna Pituch-Noworolska. Wydawnictwo i Drukarnia Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2026, s. 80.







































































































































































































































































































