Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Świąteczna cisza, czyli najgłośniejszy komentarz 

 

Święta mają to do siebie, że przychodzą zawsze trochę nie w porę. Bo przecież świat – jak na złość – nigdy nie chce się wtedy zatrzymać. Wręcz przeciwnie: przyspiesza, potyka się o własne absurdy, generuje nowe afery, wypuszcza kolejne stadko gadających głów, które z powagą godną lepszej sprawy tłumaczą nam rzeczy zupełnie niezrozumiałe, a często zwyczajnie niedorzeczne.
Głupota goni głupotę. Jedna wypowiedź jeszcze nie zdąży opaść jak kurz, a już pojawia się następna, bardziej pokraczna, bardziej hałaśliwa, bardziej pewna siebie. I gdzieś w tym wszystkim my – z pilotem w ręku, z telefonem, z gazetą – mamy ochotę krzyknąć: „Naprawdę? To znowu?”

Ale w tym roku postanowiłem zrobić coś, co zakrawa niemal na akt odwagi. Otóż… nic nie powiem. Tak, dobrze czytacie. Nie będę komentował polityki. Nie będę analizował, wyśmiewał, punktował ani nawet przewracał oczami (przynajmniej publicznie). Zrobię sobie od tego świąteczny urlop. Bo ileż można? Człowiek nie jest przecież maszyną do reagowania na absurd.
Zresztą – powiedzmy to sobie uczciwie – komentowanie głupoty bywa jej najlepszą reklamą. Każde oburzenie, każdy ironiczny wpis, każde „czy wy to widzicie?” działa jak darmowy billboard. A oni – ci wszyscy bohaterowie dnia wczorajszego – żywią się właśnie tym. Naszą uwagą, czasem, naszym nerwem. Więc może największą karą dla nich będzie… cisza.
Niech sobie mówią. Niech się prześcigają w pomysłach i głupotach, kto bardziej zadziwi, kto bardziej podzieli, kto głośniej krzyknie. Ja w tym czasie będę kroił mazurka. Albo patrzył przez okno. Albo – co brzmi dziś niemal jak luksus – rozmawiał z drugim człowiekiem o czymś, co nie ma nic wspólnego z polityką.

Bo święta to przecież nie jest czas na udowadnianie racji. To nie jest arena. To nie jest studio telewizyjne, w którym ktoś zawsze musi wygrać. To jest moment, kiedy można – choćby na chwilę – wyjść z tego nieustannego zgiełku i przypomnieć sobie, że świat składa się nie tylko z nagłówków i komentarzy.

Bo przecież jest jeszcze śmiech przy stole, jest cisza, która nie jest niezręczna. Jest ktoś obok, kto nie musi mieć tych samych poglądów, żeby być ważny. I może właśnie w tym wszystkim jest jakaś mała, prywatna rewolucja. Nie w krzyku, nie w sporze, nie w kolejnym błyskotliwym (albo i nie) komentarzu. Tylko w świadomym odwróceniu głowy.

Bo jeśli świat chwilowo zgłupiał – a bywa, że zgłupiał – to może najrozsądniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest na chwilę przestać mu odpowiadać.

Przynajmniej do końca świąt.

A jeśli jednak dopadnie mnie nagły, niekontrolowany odruch komentowania – ten znajomy dreszcz w palcach, to niebezpieczne „napisać coś muszę, bo inaczej się uduszę” – to wdrożę procedurę ratunkową. Najpierw głęboki oddech. Potem spacer do lodówki. Następnie sernik. Duży kawałek. Potem drugi – kontrolny, żeby sprawdzić, czy pierwszy zadziałał. Jeśli nadal poczuję potrzebę wypowiedzi publicznej, przeprzejdę do etapu trzeciego: dołożę sobie mazurka. W ostateczności – gdy sytuacja będzie naprawdę poważna i zagrozi mi opublikowanie czegoś w internecie – sięgnę po sałatkę jarzynową, która, jak wiadomo, ma właściwości wyciszające, a przy większych dawkach wręcz usypiające.

I tak, proszę państwa, zamiast kolejnego komentarza politycznego powstanie we mnie… człowiek najedzony, spokojny i podejrzanie życzliwy dla świata. Co prawda mniej poinformowany, ale za to zdecydowanie mniej zdenerwowany.

A politycy? Cóż, poradzą sobie beze mnie. W końcu od lat świetnie radzą sobie również bez rozsądku...

Andrzej Dębkowski

Rys. ©Sławomir Łuczyński

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat