Nowości książkowe

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Gotowienie jako droga przez ciemność ku światłu

O intymnej i bezkompromisowej poezji Renaty Adamskiej-Garbowskiej

 

Twórczość Renaty Adamskiej-Garbowskiej od lat zajmuje w polskiej literaturze miejsce osobne – nie przez spektakularność gestu, lecz przez konsekwencję w budowaniu świata opartego na uważności, introspekcji i etycznym niepokoju. Poetka, prozatorka, recenzentka, animatorka kultury, autorka dwudziestu książek, obecna w wielu polskich i zagranicznych czasopismach literackich, tłumaczona na liczne języki, członkini Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich oraz działaczka Kępińskiego Koła Literatów, od dawna daje świadectwo twórczej dojrzałości. Jednak tom „gotowienie” wydaje się szczególny nawet na tle jej bogatego dorobku – jest bowiem zapisem procesu, który nie kończy się wraz z ostatnią stroną, lecz trwa w czytelniku długo po zamknięciu książki.

Już sam tytuł, zapisany małą literą, bez emfazy i ozdobników, sugeruje pokorę wobec tematu. „Gotowienie” nie jest deklaracją, nie jest efektem, lecz procesem. To słowo niesie w sobie ruch, temperaturę, przemianę materii. Gotować to znaczy poddawać coś działaniu ognia, czasu, cierpliwości. To znaczy pozwolić, by surowość przeszła w miękkość, by twarde stało się strawne. W poezji Adamskiej-Garbowskiej gotowienie staje się metaforą dojrzewania do bólu, do zgody na nieodwracalność zdarzeń, do przyjęcia prawdy o kruchości istnienia. To także gotowość – słowo ukryte w rdzeniu tytułu – gotowość na konfrontację ze sobą, z pamięcią, z ciemnością.

W wierszu „w sobie samej” wyznaje: „jeszcze nie wszystko we mnie umarło”. To zdanie brzmi jak ocalenie, ale i jak ostrzeżenie – skoro coś jeszcze żyje, coś innego już umarło. Budzenie się „zupełnie nowa z całą potęgą / wewnętrznego piękna” nie jest jednak triumfem, lecz początkiem pracy: „gotowieję / do odgruzowania / starej szafy”. Szafa jako miejsce przechowywania cieni, wspomnień, przemilczeń, win i wstydów, staje się centralnym obrazem tomu. Na jej dnie „krążą cienie minionego”, a zmierzenie się z nimi wymaga siły, której „tak rzadko” wystarcza. To niezwykle trafna metafora psychicznego magazynu, w którym przechowujemy to, czego nie chcemy widzieć, a co mimo wszystko wpływa na nasze decyzje i emocje.

Wielokrotnie w tomie powraca motyw niestabilności. W wierszu „niestabilność” autorka zapada się „w jutrze lękliwie czekając nieuchronnego”. Myśli plączą się „w rytmie klekotu serca”, a arytmia życia odebrała stabilność. Serce, które powinno wyznaczać rytm, staje się źródłem chaosu. „Muszę wejść w otrzewną i naprawić zbolałość czasu” – to zdanie jest niemal chirurgiczne w swojej dosłowności. Otrzewna, najbardziej wewnętrzna powłoka, sugeruje, że naprawa nie może być powierzchowna. Trzeba wejść głęboko, dotknąć źródła bólu. Czas nie jest tu neutralnym tłem, lecz raną, która pulsuje.

Czas w „gotowieniu” nie płynie linearnie. „Dzisiaj minie za szybko / jutro przyjdzie za późno” – to rozpoznanie paradoksu istnienia. To, co „pomiędzy”, rodzi nieznane i więzi w niepewności. Gotowienie na nadejście „...tylko czego” jest stanem zawieszenia. Oczekiwanie nie ma konkretnego przedmiotu, jest raczej egzystencjalnym napięciem. Podmiot liryczny trwa w gotowości, ale nie wie, czy to, na co czeka, przyniesie ulgę czy kolejne rozczarowanie.

W wielu wierszach autorka przyznaje się do słabości. „Słabnę / spierając się ze światem a przecież lubię go nie wiedzieć czemu”. Ten paradoks – kochać świat, który rani – jest jednym z kluczowych napięć tomu. Płacz „nad nie rozlanym jeszcze mlekiem” pokazuje lęk przed stratą, zanim ta nastąpi. Poetka bierze na siebie „ciężary cudzych problemów”, choć nie od niej zależy ich rozwiązanie. To obraz nadwrażliwości, która nie potrafi odgrodzić się od bólu innych.

Wiersz „a jednak...” jest jednym z najbardziej przejmujących autoportretów w tomie. Wyliczenie: „za słaba / za głupia / za miękka / za niska / za grzeszna / za cicha / za biedna / za trudna” buduje obraz kobiety, która nie spełnia społecznych oczekiwań. Każde „za” jest jak kolejny cios. A jednak – powtórzone na końcu – staje się aktem oporu. To „a jednak” nie unieważnia słabości, lecz mówi: mimo wszystko istnieję, mimo wszystko trwam.

Motyw dojrzewania do kresu pojawia się w wierszu „zanim...”, gdzie czas puka w okno „głuchym / wyrzutem sumienia”. Dojrzewanie do tego, co ważne, odbywa się w cieniu obłędu, który „wchłania / resztki człowieczeństwa”. Budzenie się „spocona w nadziei / że jeszcze nie czas” jest jak chwilowe odroczenie wyroku. Egzystencja jawi się tu jako ciągłe balansowanie na granicy utraty sensu.

Szczególnie mocne są wiersze poświęcone przemijaniu i śmierci. W „do kresu” kolejne twarze „ulatują z naszej czasoprzestrzeni”, stając się zbyteczne, choć „przed chwilą / snuli swoje oddechy”. Ta nagłość przejścia od obecności do nieobecności jest jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń. W „czas w międzyczasie” tęsknota za minionym zamienia się w skupienie na własnym cierpieniu, które nie dopuszcza nadziei na wieczność. Usuwanie „ostatniego liścia / z zimnej / kamiennej płyty” jest symbolicznym gestem ostatecznego pożegnania.

W tomie powraca motyw światła. „Poproszę o światło wystarczy mały płomień / nie chcę śnić w ciemności” – ta prośba jest niezwykle ludzka w swojej prostocie. Światło nie musi być wielkie, wystarczy „mały płomień”. W świecie, w którym „zacienienie / wydziela tylko smutek”, nawet drobne rozjaśnienie ma znaczenie. Świeca pojawia się wielokrotnie – zapalana w nadziei, że przyniesie ulgę, choć nie zawsze ją daje. Światło jest tu symbolem dobra, przebaczenia, nadziei, ale także kruchości – płomień łatwo zgasić.

Autorka nie ogranicza się do introspekcji. W wierszu „epizod” kreśli portret człowieka, który „przepijając życie” zgubił marzenia, pierwszą miłość, dom. Utknął w przydrożnej kałuży, pożegnany „przez westchnienie ulgi”. To obraz społecznej obojętności wobec upadku jednostki. W „pomnikach z piasku” krytykuje tych, którzy budują sobie pomniki za dobroć i bezinteresowność, podczas gdy „gdzieś tam właśnie teraz ulatuje do niebios czyjaś głodna dusza”. To mocny, niemal publicystyczny ton, rzadki w tomie, ale potrzebny jako kontrapunkt dla osobistych wyznań.

Wiersz dedykowany ofiarom przemocy domowej – „ale wrzeszcz na Boga” – jest jednym z najbardziej wstrząsających. Cisza ukrywająca krzyk, milczące usta, codzienne tuszowanie bólu – to obraz przemocy, która rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami. Apel, by wrzeszczeć, zanim usta zostaną zasznurowane na wieki, jest wezwaniem do przerwania spirali milczenia.

Istotnym wątkiem jest refleksja nad samą poezją. W „smutnej wątpliwości” pojawia się pytanie, czy to jeszcze pisanie, czy już rzemieślnictwo. Ironia wobec literackich „wrażliwców” mieszających śmiech ze łzami w polanickich alejkach pokazuje dystans autorki do środowiska. A jednak w wierszu „poezja nie zna języka” broni sensu słowa. Każdy zbierze okruchy tyle, ile trzeba, a ona „zachłannie weźmie ile się da”, wierząc, że słowo może uratować „resztki godności świata”.

Język tomu jest oszczędny, często pozbawiony interpunkcji. Brak wielkich liter, urywane frazy, powtórzenia – wszystko to buduje wrażenie niedomknięcia. Wiersz „kropka” staje się autotematycznym komentarzem do decyzji o końcu. Kropka może kończyć, przedłużać, zachęcać do dopowiedzenia, ale bywa stawiana „nie w tym miejscu co trzeba”. To metafora życiowych wyborów, które zamykają coś przedwcześnie albo przeciągają w nieskończoność.

W zakończeniu tomu pojawia się obraz kręgu. „Zatoczy się krąg” – spojrzenie z lotu ptaka budzi wątpliwości, przekonania pękają pod naporem faktów, by po chwili zostać zespolone kolejnymi przypuszczeniami. To gorzka diagnoza ludzkiej natury – uczymy się na błędach tylko do czasu, aż znów uwierzymy w wygodne iluzje.

„Gotowienie” jest tomem o dojrzewaniu – do bólu, do zgody, do światła. Nie daje łatwych odpowiedzi na pytania o wybaczenie czy o możliwość wyjścia z ciemności. Raczej pokazuje, że samo stawianie pytań jest aktem odwagi. Czy wybaczenie jest możliwe? Czy człowiek jest skazany na ciemność? Czy prośba o światło zostanie spełniona? Autorka nie rozstrzyga, ale uczy, jak trwać w procesie, jak „gotowieć” – nieustannie, cierpliwie, mimo zwątpienia.

W tej poezji nie ma fajerwerków formalnych ani spektakularnych metafor. Jest za to uczciwość wobec własnego doświadczenia i wrażliwość na cudzy ból. „Jeszcze nie wszystko we mnie umarło” – to zdanie można potraktować jako motto całego tomu. Dopóki coś w nas żyje, dopóty możliwe jest gotowienie – przemiana, dojrzewanie, nadzieja. Nawet jeśli świat pozostaje niepewny, a odpowiedzi niepełne, samo trwanie w gotowości na światło staje się aktem wiary w sens.

Andrzej Dębkowski

_______________________

Renata Adamska-Garbowska, gotowienie. Korekta: Katarzyna Kusojć. Projekt okładki: Lizaveta Dubinchyna. Wydawnictwo ANAGRAM, Warszawa 2025, s. 72.

 

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Zmarł Kazimierz Arendt

 

22 lutego 2026 roku zmarł Kazimierz Marian Arendt – poeta, działacz kultury, członek Związek Literatów Polskich, a także wieloletni członek Stowarzyszenie Autorów Polskich oraz Stowarzyszenie Autorów ZAiKS. Miał 75 lat.

Urodził się 3 sierpnia 1950 roku w Łodzi. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Państwowym Domu Dziecka (1957-1964), a następnie był wychowankiem Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Łodzi (1964-1968). Ukończył Liceum Ekonomiczne. Jego droga zawodowa była różnorodna – pracował jako robotnik transportu, konserwator, magazynier, zaopatrzeniowiec, instruktor, a także kierownik działu gospodarczego i transportu. W latach 1979-1980 przebywał w ZSRR, w obwodzie kaliningradzkim, gdzie uczestniczył w budowie ropociągu „Surgut”.

Debiutował w 1977 roku na łamach czasopisma „Do Rzeczy”. Jego utwory publikowane były również w „Czerwonym Sztandarze” w Wilnie. Przez kilka lat związany był z grupą literacką „Wiadukt”, był inicjatorem i redaktorem kieszonkowej serii „Biblioteka Wiaduktu”. Przez długi czas współpracował z miesięcznikiem społeczno-literackim „Okolice”, pełniąc funkcję redaktora.

Był autorem tomików poetyckich „Rozłąka z Kasią” oraz „Poczta Polska” (wydanego dwukrotnie). W 1984 roku został członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich, a od 1986 roku należał do ZAiKS. Od 1990 roku prowadził własną działalność gospodarczą, łącząc aktywność zawodową z twórczością literacką i działalnością społeczną.

Szczególne miejsce w jego dorobku zajmuje tom „Zmowa wierszy”, wydany przez Wydawnictwo ASTRA z Łodzi. Jak pisał w recenzji Henryk Pustkowski, tytułowa „zmowa” niesie w sobie zarówno znaczenie wspólnoty i twórczego porozumienia, jak i groźnego wykluczenia. Poezja Arendta wyrastała z osobistych doświadczeń – z dzieciństwa naznaczonego poczuciem odrzucenia, ale także z późniejszej potrzeby powrotu i pomocy innym. Autor nie tylko powracał do Domu Dziecka w swoich wierszach, lecz również wspierał go jako darczyńca.

W jego twórczości obecne były tematy społeczne, refleksje nad losem ludzi dotkniętych przemianami ustrojowymi, liryczne pożegnania przyjaciół, zaduma nad śmiercią, ale też czułość wobec codzienności i rodzinnych wartości. Potrafił łączyć gorycz doświadczenia z delikatnością słowa i subtelnym humorem.

Kazimierz Arendt pozostanie w pamięci jako poeta autentyczny, wrażliwy obserwator rzeczywistości, człowiek głęboko zaangażowany w życie literackie Łodzi i kraju. Jego twórczość – naznaczona osobistym przeżyciem i moralną refleksją – pozostaje świadectwem życia, które mimo trudnych początków potrafiło odnaleźć sens w słowie i wspólnocie.

Fot. ©Jarosław Flanowski – Studio Fotografii Cyfrowej

 

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

W punkcie styku ognia i błękitu

O „Wiralobraniu” prof. Grzegorza Bazylaka

 

Są książki, które czyta się szybko – jak wiadomość w przelocie, jak nagłówek, który natychmiast ustępuje miejsca kolejnemu. Są jednak i takie, które domagają się zatrzymania, powrotu, ponownego namysłu. Książki, które nie tyle opowiadają świat, ile go problematyzują; które nie oferują gotowych odpowiedzi, lecz uczą stawiać pytania.

Do tej drugiej kategorii należy „Wiralobranie” prof. Grzegorza Bazylaka – tom wpisujący się w tradycję literatury czujnej wobec języka i nieufnej wobec uproszczeń. To książka wyrastająca z przekonania, że słowo ma moc nie tylko nazywania rzeczywistości, ale także jej podważania, prześwietlania i przekształcania. W świecie nadmiaru komunikatów i przyspieszonych reakcji proponuje ona doświadczenie lektury jako formę skupienia i świadomego uczestnictwa.

„Wiralobranie” stawia czytelnika w sytuacji aktywnej obecności. Zachęca do uważności, do wsłuchiwania się w niuanse, w pęknięcia sensu, w to, co niewygodne lub nieoczywiste. Jest zaproszeniem do dialogu z tekstem – dialogu, który nie kończy się wraz z ostatnią stroną, lecz trwa dalej, w refleksji i w pamięci.

„Wiralobranie” to książka, która nie daje się czytać „po kolei”. Ona raczej wciąga – jak wir, jak prąd rzeczny podmywający brzeg, jak algorytm wsysający kolejne obrazy do niekończącego się feedu świadomości. Już sam tytuł sugeruje ruch, infekcję i powtórzenie: wirusowy obieg sensów, które rozchodzą się po tkance języka, a zarazem branie – wchłanianie, przyjmowanie, uczestnictwo. Poezja Bazylaka jest aktem styku: między ciałem i słowem, historią i medialnym strumieniem, naturą i cyfrową symulacją. Jest też zapisem intensywnego doświadczenia współczesności, które nie chce się ustabilizować w jednej tonacji.

Tom otwiera „Punkt styku” – utwór-program, w którym klucz, zamek i nakrętka stają się metaforą mechaniki dobra i zła, sumienia i przekrętu. Bazylak nie ufa prostym dychotomiom; dobro nie jest antytezą zła, lecz jego maską. To intuicja głęboko dantejska – przywołanie Franceski da Rimini z „Boskiej komedii” Boska komedia nie jest erudycyjnym ozdobnikiem, lecz sygnałem, że pożądanie, wina i kara są wciąż obecne, tylko zmieniły dekoracje. W świecie „Wiralobrania” piekło nie znajduje się pod ziemią, lecz w obiegu obrazów, w transakcyjnej logice ciała i w języku, który potrafi zarówno uwalniać, jak i zniewalać.

Bazylak prowadzi dialog z tradycją bez kompleksów. Gdy pojawia się Norwid – „łagodne oko błękitu” – to nie jako pomnik, lecz jako żywe spojrzenie wpisane w deszczową scenę. Gdy mignie cień markiza de Sade’a, nie chodzi o prowokację, lecz o pokazanie, jak łatwo dyscyplina liczb i mania perwersji mogą spleść się w jeden mechanizm. Ta poezja nie moralizuje, ale obnaża. Obnaża torsy „królów życia”, obnaża algorytmy władzy, obnaża także naszą podatność na narracje sukcesu.

W „Balonach ze smołą potem dronach” język przyspiesza, nabiera rytmu sloganu i reklamy. Imperatywy – „wybierz się do siebie”, „sprzedawaj coś jak pizzę”, „nie narzekaj” – brzmią jak coachingowy mantra, która jednocześnie kusi i ośmiesza. Bazylak demaskuje ekonomię aspiracji: endorfiny, fiesty, ekrany, królów życia. Jednocześnie pod powierzchnią ironii pulsuje niepokój: dobro jako skuteczna maska zła, ogródek z różami, w którym pracowite mrówki budują ornament pozornej harmonii.

Miasto w „Wiralobraniu” ma konkretne współrzędne. Bydgoszcz nad Brdą nie jest tylko tłem, lecz żywym organizmem – z ogrodem botanicznym, mostem, pomnikiem powstańców, z Babia Wsią i muralem „Głodny? Zjedz bogatych”. To topografia napięcia: między rzeką zbawienia i rzeką zapomnienia, między parkometrem a wilczą watahą, między parkanem z paździerzowych płyt a czarnym sprejem. Bazylak patrzy uważnie: na czyżyki w głogu, na kaczki krzyżówki odbywające zimowe gody, na bukowy las i mglisty bezwietrzny dzień. Przyroda nie jest tu sielanką; jest równoległym porządkiem, w którym rytuał życia toczy się obok ludzkiej gorączki.

Wspaniały fragment o kaczkach – z ich ukłonami, sygnałami pożądania, „perfekcyjnie wypiętym w górę kuper” – jest przykładem odwagi poetyckiego spojrzenia. Bazylak nie ucieka od cielesności, ale wpisuje ją w arystotelesowską „zasadę porządku w układzie zdarzeń”. Akt miłosny staje się „uporządkowanym przekształceniem”, momentem integracji snu i znaczenia. To jeden z wielu momentów, w których autor pokazuje, że eros i logos nie muszą się wykluczać.

W „Nowych nocach nowych gwiazdach” pojawia się Fryderyk Nietzsche, przywołany ironicznie i przewrotnie. Filozof zostaje wciągnięty w karnawał fajerwerków, kebabów i granatów – jakby jego dionizyjski żywioł uległ medialnej kompresji. Bazylak zestawia reality show, drony, sieciowe strzelanki i MAGA w tle, tworząc pejzaż globalnej kakofonii. W tym świecie nawet bunt bywa monetyzowany, a patrole graniczne próbują „nie być” jak zakochany J.D. Salinger. Poezja staje się narzędziem demontażu – nie tyle ideologii, ile języka, którym się ją sprzedaje.

Tom jest gęsty od odniesień: od Gilberta Keitha Chestertona po Paula Ricoeura, od Alfreda Northa Whiteheada i Bertranda Russella po Zbigniewa Herberta. Jednak erudycja nie jest tu dekoracją, lecz tworzywem. Bazylak wplata filozoficzne tropy w materię codzienności: parkometr, bunkier, taśmę biało-czerwoną, SOR, pendolino. To, co wysokie, spotyka się z tym, co niskie – i właśnie w tym punkcie styku powstaje iskra.

Jednym z najmocniejszych motywów jest obraz ekshumowanych, wracających do masowych grobów, biegnących wzdłuż granicznych słupków. To wizja apokaliptyczna, ale nie odrealniona. Granica, słupek 255/236, palik 256/238 – konkret nadaje grozie wymiar dokumentalny. W tle pobrzmiewa historia Europy, jej przemilczane rany, jej powracające widma. Bazylak nie pozwala zapomnieć, że cyfrowa produktywność i portfele MAGA nie anulują przeszłości.

„Czytanie poezji H.P. Lovecrafta” i „Czytanie poezji J.L. Borgesa” to dwa znakomite pastisze-dialogi. W pierwszym groza miesza się z erotycznym napięciem i groteską; w drugim – labirynt krzesła, nogi i bólu prowadzi do refleksji o mapie świata rysowanej zza billboardów. Bazylak nie imituje stylów, lecz konfrontuje je z własnym idiomem. Lovecraftowskie ghule i borgesański labirynt stają się częścią polskiego krajobrazu – lasu, parku, garaży z falistej blachy.

W „Bednarach” pociąg, który nagle zwalnia, jest metaforą egzystencjalnego zatrzymania. Smród lizolu, potu i wódy kontrastuje z pragnieniem wyjścia „jak po nitce ściegu” w stronę horyzontu. Motyw ręki, kciuka, znaku krzyża, separacji czwórki od jedynki – wszystko to buduje wielopiętrową symbolikę, w której religia, matematyka i biografia splatają się w jeden węzeł. To poezja, która nie boi się patosu, ale umie go złamać ironią.

W finale tomu pojawia się „Oda do AI” – tekst, który brzmi jak modlitwa i jak autoironiczny manifest. „Powiedz sobie, że nic nie wiesz” – powtarza poeta. W epoce sztucznej inteligencji i wszechobecnych danych niewiedza staje się formą wolności. Bazylak nie atakuje technologii wprost; raczej bada, jak zmienia ona nasze poczucie własności, tożsamości, zniknięcia bez bólu. To jedno z najbardziej aktualnych miejsc w książce.

„Wiralobranie” jest tomem wymagającym. Język bywa gęsty, składnia spiętrzona, obrazy – na granicy nadmiaru. Ale właśnie w tym nadmiarze tkwi metoda. Bazylak pokazuje świat, który nie mieści się w minimalistycznej formie. Jego poezja jest jak mural za myjnią: litery w kształcie błyskawic, z których tylko niektóre słowa są czytelne z daleka. Reszta wymaga podejścia, zatrzymania, powrotu.

Największą siłą książki jest jednak odwaga spojrzenia. Bazylak patrzy na miasto, na ciało, na historię i na media bez lęku przed brzydotą i bez ucieczki w czystą estetyzację. Potrafi zestawić kaczy rytuał miłosny z unijną polityką, bunkier z TikTokiem, żagiew lśniącą z OnlyFans. To nie jest chaos; to świadoma kompozycja, w której każdy element – nawet najbardziej prowokacyjny – ma swoje miejsce w większym obrazie.

„Wiralobranie” można czytać jako poemat o końcu pewnej epoki i o narodzinach innej. O cywilizacji jako „najbardziej sensacyjnym odchyleniu i najbardziej romantycznym buncie”, jak pisał Chesterton. O świecie, w którym gwiazdy krążą po torze kartingowym, a ogień trawi sam siebie w ślepej plamce. O człowieku, który wciąż próbuje znaleźć punkt styku między dobrem i złem, między wiarą i podstępem, między pamięcią i zapomnieniem.

To książka, która nie chce nas pocieszać. Chce nas obudzić – nawet jeśli przebudzenie boli jak wyrwany ząb albo jak zbyt jasne światło nad rzeką. W świecie „Wiralobrania” nic nie jest dane raz na zawsze. Sens trzeba wciąż na nowo przekręcać jak klucz w zamku. A gdy drzwi się otworzą, okaże się, że komnata nie jest ani piekłem, ani rajem, lecz przestrzenią, w której wciąż możemy wybierać.

Prof. Grzegorz Bazylak stworzył tom, który zasługuje na uważną, wielokrotną lekturę. To poezja zanurzona w czasie, a zarazem wyprzedzająca go o krok. Poezja, która wie, że wirusy sensu krążą szybciej niż kiedykolwiek – i że jedyną obroną jest świadome branie udziału w tym obiegu. „Wiralobranie” pozostaje w czytelniku jak echo: niepokojące, ale oczyszczające. Jak błękit po burzy. Jak punkt styku, w którym zaczyna się prawdziwa rozmowa.

Strategia książki jaką zaproponował autor – zaprzeczania, oporu i penetrowania granic nie wyczerpuje się jednak w geście negacji. Jest ona równocześnie ruchem ku – ku innemu językowi, ku innemu doświadczeniu wspólnoty, ku pamięci, która nie daje się wygładzić ani ujednolicić przez algorytmiczne filtry współczesności. W tym sensie poezja staje się laboratorium czujności, miejscem, w którym słowo odzyskuje ciężar, a milczenie – znaczenie, ponieważ książka prof. Grzegorza Bazylaka nie kończy się na jego wierszach. Autor umieścił w tomie także tłumaczenia wierszy dwóch poetów iberoamerykańskich: Roberto Bolańo (1953-2003) z Chile oraz Roque'a Daltona (1935-1975) z Salwadoru.

Genealogia artystyczna, do której odwołuje się druga część tomu, odsłania pokrewieństwo postaw i napięć. Twórczość Roberto Bolaño wyrasta z doświadczenia wygnania, niepewności i literackiej kontrkultury, w której ironia sąsiaduje z rozpaczą, a bunt z czułością wobec przegranych. Z kolei Roque Dalton wpisuje poezję w bezpośredni horyzont politycznego zaangażowania, ryzyka i ofiary, czyniąc z wiersza narzędzie zarówno pamięci, jak i interwencji. Ich głosy, choć zakorzenione w odmiennych biografiach i kontekstach historycznych, spotykają się w przekonaniu, że literatura nie jest luksusowym dodatkiem do życia, lecz jego krytycznym nerwem.

Polskie przekłady tych wierszy nie są jedynie transferem znaczeń z jednego języka do drugiego. Są aktem twórczej mediacji, w której rytm, idiom i historyczna temperatura oryginału zostają poddane próbie w nowym pejzażu kulturowym. Tłumaczenie jawi się tu jako forma dialogu – napiętego, lecz owocnego – między peryferiami i centrami, między doświadczeniem Ameryki Łacińskiej a środkowoeuropejską wrażliwością.

Wiersze te, osadzone w realiach represji, rewolucyjnych złudzeń i egzystencjalnej niepewności, rezonują dziś w inny sposób, lecz z podobną siłą. Ich kontestacja nie traci aktualności w świecie, który pozornie celebruje wolność słowa, a zarazem poddaje ją nieustannej komercjalizacji i trywializacji. Poezja przeciwstawia się temu mechanizmowi poprzez spowolnienie – poprzez gest zatrzymania, który wymusza refleksję i przywraca proporcje.

W hybrydowej strukturze „Wiralobrania” przekład staje się więc równoprawnym elementem kompozycji, nie dodatkiem ani ilustracją. To raczej druga linia melodyczna, która dopełnia i komplikuje tonację autorskich tekstów. Wspólnota doświadczeń – doświadczeń buntu, ironii, straty i nadziei – buduje most ponad geograficznymi i językowymi granicami.

Czytelnik zaproszony jest do lektury nie tyle linearnej, ile dialogicznej: między oryginalnym głosem autora tomu a przetłumaczonymi głosami poetów iberoamerykańskich. W tej polifonii ujawnia się sens literatury jako przestrzeni negocjowania znaczeń i wartości. Poezja nie oferuje prostych odpowiedzi, lecz stawia pytania, które wybrzmiewają długo po zamknięciu książki.

W czasach kompulsywnego skrolowania i wiralowej efemeryczności wiersz działa jak przeciwwaga – jak gest odzyskiwania czasu dla myślenia. Jest to akt sprzeciwu wobec uproszczeń, a zarazem afirmacja złożoności świata. Dlatego obecność tych przekładów w drugiej części tomu nie tylko poszerza jego horyzont interpretacyjny, lecz także wzmacnia jego etyczny i estetyczny wymiar.

Ostatecznie „Wiralobranie” jawi się jako projekt literacki, który łączy lokalność z uniwersalnością, intymność z politycznością, ironię z powagą. W dialogu z Bolañem i Daltonem książka potwierdza, że poezja – nawet w epoce memów i cyfrowych skrótów – pozostaje przestrzenią radykalnej wolności, w której słowo może wciąż inicjować realną zmianę w świadomości czytelnika.

Andrzej Dębkowski

______________

Grzegorz Bazylak, Wiralobranie. Redakcja: Zbigniew Joachimiak. Projekt okładki: FŚL. Seria Literatura XXI wieku. Polska Poezja Współczesna. Wydawca: Fundacja Światło Literatury – Migotania, Gdańsk 2026, s. 88. 

 

 

Plakat

Paweł M. Wiśniewski

 

Podróż tam, gdzie nas nie ma 

 

Podróże małe i duże przetaczające się tabunami w nieopisanej melancholii zmysłów. Podróże jakie odbyliśmy i jakie moglibyśmy odbyć, gdyby tylko pozwolił by nam na to czas. Większe i mniejsze rozprawy wewnętrzne i zewnętrzne także mogą być podróżami w samego siebie, w tę martwą powłokę zwaną potocznie człowiekiem. A potem, gdy uporamy się już z niewinnością, z naiwnością, pozostanie tylko oprzeć się na ramieniu (najlepiej drugiej osoby) , zamknąć oczy i marzyć. Oby marzenia się spełniły. W przeciwnym razie będzie źle.

Krzysztof Środa (ur. 1959); polski pisarz, tłumacz i historyk w najnowszym zbiorze eseistycznym Rzeczy zdarzające się w podróży zabiera nas w jedną z takich podróży. Po drodze poznamy różnorodnych ludzi, nabędziemy nieznane dotąd umiejętności, a wszystko, co przeżyliśmy, pozostanie z nami na zawsze.

W książce Środy znajdziemy wiele sylwetek osób, które autor Las nie uprzedza napotkał w swej podróży. Zapamiętywanie tych wszystkich postaci wymaga jednak pewnej osobliwości pamięciowej. Pewnego systemu archiwuzojącego zebrane informacje: „Nie wiem jaką metodę zapamiętywania zdarzeń, ludzi i obrazów stosuje Kapka Kassabova. Czy zabiera w swoje podróże – tak jak ja do Iranu i Armenii – kieszonkowy notes, żeby czasem, gdy zachodzi taka potrzeba, kucnąć na skraju drogi i ocalić myśl lub wrażenie zbyt cenne, by pozwolić im przepaść”.  Tworzenie baz danych uporządkowuje zebrane wiadomości, sprzyja dalszej analizie i poprawia ogląd sytuacji, będąc niejako obok, lepiej ocenić, czego brakuje, lub co jest nie w porządku.

Książeczka niewielka, lecz pełna wielorakich znaczeń i metafor, otoczonych wianuszkiem codzienności. Krzysztof Środa beztrosko lawiruje między literackim opisem rzeczywistości a potocznym sposobem wysławiania. Koincydencja piękna i prostoty wyznacza zupełnie nowy wzór postrzegania dzieła pisanego. A jednak to zaledwie początek poznania, drogi w nieznane, gdzie każdy trop stanowi niewielki ślad w masie innych mniej lub bardziej znaczących śladów.

Cieniem jaki przewija się przez większość książki Krzysztofa Środy, chociaż występuję zaledwie w jednym, dwóch esejach, jest postać Edka. Mimo, że nie jest właściwie najistotniejszym wątkiem Rzeczy zdarzające się w podróży to jego obecność jest niemal namacalna. Z jednej strony był „zaledwie” drobnym robotnikiem: „Edek u mnie pracował. Na Mazurach. Kupiłem tam mały dom, który wymagał sporo pracy.”, a z drugiej, stał się dla autora kimś więcej niż przyjacielem. Jego nagła śmierć wyzwoliła nieznane pokłady empatii, o których Krzysztof Środa nie miał wcześniej pojęcia, a jeżeli miał, to były one głęboko zakopane.

Krzysztof Środa napisał zbiór zawierający krótkie notatki, komentarze i opinie, jakie „w czasie podróży” przyszły na myśl autorowi Rzeczy zdarzające się w podróży. Te oceny i wpisy silnie podkreślają osobowość Środy, mocno osadzonego zarówno w literaturze pięknej jak i w obcowaniu z ludami Kaukazu, Persji, czy Europy Środkowo-Wschodniej. Przytaczanie wieloznacznych zbitek słów oddaje mikroświat narracji.

Paweł M. Wiśniewski

_____________

Krzysztof Środa, Rzeczy zdarzające się w podróży. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.

 

 

Plakat

 

Plakat