Andrzej Gnarowski
Na drugą stronę Błękitu...
(wspomnienie pośmiertne)
Świat dzieje się bez przerwy.
Więc po co rozpacz?
Zbigniew Jerzyna
3 września 2025 roku zmarł (odszedł na drugą stronę błękitu) poeta, pisarz Andrzej Grabowski – Kawaler Orderu Uśmiechu. Dwadzieścia lat temu poeta napisał jakby prorocze słowa – wtedy też świat z każdym dniem rodził się na nowo i w nowym świetle: „Nie, nie ma potrzeby / na drugą stronę błękitu wybierać się”. Jednak nie znamy wyjścia wobec realnej niemożliwości zatrzymania czasu. Czytamy dalej: „już cię skreśla kopiowym ołówkiem / już ci błękit zaczyna otwierać”. Uszanujmy trud i rozważania poety podczas lektury jego wierszy – podporządkujmy poecie swój system myślenia...
Tadeusz Różewicz powiedział kiedyś, że poeta jest kimś „byłym”, „umarłym”. Według Kazimierza Wyki Różewicz „uchodzi za antytradycjonalistę, burzyciela wzorów i obowiązujących norm”.
Natomiast Wilhelm Przeczek publicysta, tłumacz kultury czeskiej – w swojej twórczości posłużył się francuską sentencją: „Jeżeli odchodzi zwykły człowiek, to jest tragedia, a jeśli umiera poeta, to kończy się ten świat. Bo kończy się z nim cała możliwość kolejnego klucza do świata, który on nosił w sobie, jak odcisk papilarny kosmosu”. Poeta z Ciężkowic, czyli z „Literackiego Olimpu”, którego przez lata widywałem na własne oczy – z tej „lekcji umierania” pozostawił dla nas testament – czyli filozofię wyznaczającą granicę pomiędzy śmiercią a życiem. Cóż, jesteśmy cząstką świata – odchodzimy powoli od słonecznych ścian naszego życia. Katakumby cienia są naszą wieżą Babel. Ale radości i bólu nie sposób zatrzymać w słowach. Rozpacz, o której mówi poeta, odnajdujemy w języku emocjonalnym – w poezji. „Jakby nam znów po stracie bliskich / ranę otwarto budząc serce”. Rozpacz nie wymaga od nas tajemniczego zmysłu spraw nadprzyrodzonych „ani mistycznego ognia rozpalającego duszę”.
Andrzej Grabowski jako poeta debiutował w 1971 roku na łamach „Gazety Krakowskiej”. Debiutem książkowym był tomik wierszy: „Zabielą się jeszcze nasze sadze śniegiem” (Rzeszów 1983).
„Wujcio Andrzej” (tak nazywały go dzieci) wzbogacał swoją twórczość pisaniem fraszek, satyr, felietonów, humoresek, widowisk scenicznych. Nie kwestionowany sukces osiągnął książką dla dzieci o przygodach „Wiercipiętka”, która stała się bestselerem i wydano ją ośmiokrotnie o łącznym nakładzie pół miliona egzemplarzy. Została wprowadzona do kanonu ulubionych lektur szkolnych.
Więc jaki jest ciężar poezji? Wiersze potrzebne są w godzinach smutku i wtedy z pomocą przychodzi poeta – jakże bliski i zrozumiały dla tych, którzy przeżyli niejedną klęskę literatury – i niejedną zdradę (w latach 1983-2012 poeta opublikował 16 tomików poezji). O poecie pisali m.in: Ernest Bryll, Andrzej Żmuda, Jan Z. Brudnicki, Emil Biela, Andrzej Dębkowski, Jacek Strzemżalski, Jan Bolesław Ożóg, Leszek Żuliński, Tadeusz J. Żółciński, Stanisław Stanuch, Stefan Pastuszewski, Andrzej Krzysztof Torbus, Andrzej Gnarowski. Zaprzyjaźniony z poetą Henryk Cyganik napisał coś, co tłukło mu się po głowie: „Poezja Grabowskiego to wręcz obsesyjna wiwisekcja własnej osobowości – tej intymnej, samotniczej i tej pokoleniowej. Ta ostatnia wcale nie jest dla poety nieważna. Pojawia się raz po raz, jej motyw odnajdujemy w każdym tomiku”.
Poeta z Ciężkowic należał do tych poetów, którzy dostrzegali całe bogactwo życia – tam, gdzie czas i przestrzeń (jednocześnie zwracano uwagę na zmaganie się poety z elementami romantycznej i neoromantycznej tradycji). Wiedza i talent poety nie kończyły się na hipotezach, przenikliwość na metaforach, a pewność siebie znalazła ujście w twórczości. Grażyna Orlewska na łamach „Iskier” napisała: „Andrzej Grabowski jest celującym uczniem swego mistrza Kornela Makuszyńkiego, przypominający jednego z bohaterów – wszędzie go pełno i każdemu chce pomagać, przy tym „od rana do wieczora uśmiechnięty”.
Oczywiście nie mogło zabraknąć Andrzeja Dębkowskiego naczelnego redaktora „Gazety Kulturalnej”: „Dla jednych był poetą intymnym, dla innych – realistą, który próbował nadać znaczenie najdrobniejszym gestom i chwilom (...) wierzył, że literatura nie powinna być zamknięta w salonach wielkich miast, ale że powinna docierać wszędzie tam, gdzie ludzie potrzebują kontaktu z kulturą – do małych miasteczek, bibliotek, domów kultury”.
Poeta był przede wszystkim animatorem kultury – nieodżałowanym organizatorem Międzynarodowych Jesieni Literackich – zaliczanych do czołowych imprez poetyckich w kraju – takich jak: Warszawska Jesień Poezji, Listopad Poetycki w Poznaniu, Festiwal Poezji „Poeci bez granic” w Polanicy Zdroju i konkurs Poetycki „O ludzką twarz człowieka” w Krośnicach.
Andrzej Grabowski „był zbyt złożoną istotą, żeby sprowadzić jego naturę do klarownej dialektyki, stąd ta żarliwość w jego poezji wypowiadanej jakby jednym tchem, w rytmie sugerującym pośpiech – może to była pasja uczenia się świata i życia od początku? Bo poeta to ten, który stara się udowodnić swoją bezradność wobec świata, który tą bezradnością sprawdza świat. Zdarza się, że rozsadza świat wyobraźnią, tak jak kamienną bryłę rozsadza się dynamitem...
Przez ostatnie lata poeta Andrzej Grabowski (1947-2025) mieszkał w Ciężkowicach z żoną Grażyną i synem Arturem (znakomitym grafikiem, projektantem wielu prac z zakresu grafiki użytkowej, plakatów, folderów i almanachów – również pisze wiersze). Andrzej Grabowski rozsławił Ciężkowice, zakładając w latach siedemdziesiątych grupę literacko-plastyczną „Rydwan”, oraz kabaret „Piąte Koło”.
Był laureatem konkursu „Czerwonej Róży” (1985), Odznaczony Medalem im. Ryszarda Milczewskiego-Bruna (1984), Niezależnej Fundacji Kultury Polskiej POLCUL w Sydney (1992). Był twórcą i redaktorem naczelnym „Magazynu Literacko-Artystycznego” młodych „Iskra”. Otrzymał wyróżnienie Specjalne Nagrody Literackiej im. Władysława Reymonta za propagowanie literatury współczesnej – Warszawa (2010). Za pracę literacką i kulturotwórczą odznaczony był Złotym Krzyżem Zasługi.
W 2008 roku poeta odbył podróż do Australii i był przyjmowany entuzjastycznie nie tylko przez najmłodszych czytelników w środowiskach polonijnych pod patronatem Konsula Generalnego w Sydney. W roku 2012 poeta wraz z synem Arturem odbyli podróż do Szkocji. Należy również wspomnieć o współpracy wydawniczej ze środowiskiem twórczym Wietnamu.
Andrzeja Grabowskiego poznałem w Wilnie na Międzynarodowym Spotkaniu Poetyckim „Maj nad Wilią”, którego organizatorem był poeta Romuald Mieczkowski (1950), poeta, publicysta, animator kultury. Od 1989 roku wydaje i redaguje w Wilnie pismo o rodowodzie niepodległościowym – „Znad Wilii”. Autor kilkunastu książek.
A „maj był piękny tego roku” – w imprezie wszystko grało jak w szwajcarskim zegarku, ale grało poetycko i wrażliwie, z wieloma barwnymi odcieniami. To szczęście znaleźć się w polu działania takiej aury, a jednocześnie pod tak serdeczną opieką przyjaciół.
Do Warszawy wracaliśmy autokarem (pogoda była fatalna) w trąbach wody i gwałtownych podmuchach wiatru. Andrzej był wyjątkowo w dobrym humorze – bez wątpienia wyglądał na człowieka szczęśliwego (zaprosił mnie na kolejną edycję Galicyjskiej Jesieni Literackiej – uczestniczyliśmy z żoną w kilkunastu kolejnych edycjach). Nawiązała się między nami nić przyjaźni, która z biegiem lat nabierała coraz większej wagi. Bo przyjaźń to fenomen posiadający cechy cyklicznej powtarzalności.
W tych spotkaniach ze słuchaczami (w miastach, miasteczkach, bibliotekach, Domach Kultury) było coś ze sztuki przekazywania innym i czerpanie od nich bogactwa duchowego. Wielką rolę podczas organizacji i przebiegu udanych (ponad wszelką wątpliwość) imprez odegrała żona poety Grażyna, która była przez te wszystkie lata Dobrym Duchem i „jakby lato nam się wyrodziło w zimie / i ponownie z piasku układało daty”. Bo poezja ma to do siebie, że niejednokrotnie wykracza poza samą siebie – powstaje z ingrediencji najprzeróżniejszych drgań wymieszanych we wspólnym tyglu (ma w sobie coś z korespondencji prywatnej). Interesujący jest klimat poszukiwań poety z Ciężkowic i sposób penetracji. „Szukaliśmy odpowiedzi jak znaku na wodzie/ i śladów morza czerni na bezkresnej plaży”. Empiria wręcz kompensuje wiedzę o naturze ludzkiej, a jest to wszak wiedza niebagatelna...
W 2010 roku nakładem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej ukazał się wybór poezji Andrzeja Grabowskiego „Poezje wybrane”, do których napisałem wstęp pod tytułem „Poezja jest widzeniem świata”, a motto było z Lukrecjusza: „Pierwszy Epikur, Greczyn, trwogą nie splamił twarzy / Podniósł zuchwałe oczy, do walki stanąć się ważył”. W „Poezjach wybranych” znalazły się wiersze z dziesięciu tomików – ich układ tylko częściowo wynikał z chronologii, autor „Poezji wybranych” nie należał do twórców chcących za wszelką cenę poprawiać świat – czasem tylko sprzeczał się o przyszłość świata – wiedział, że los staje się jedynie sprawą ludzką i tylko przez ludzi określoną. Nie chodzi tu już tylko o indywidualność twórcy, ale o czytelnika czyniąc zeń bohatera swego świata – dlatego jest ta liryka obroną indywidualności ludzkiego widzenia i otaczających nas zjawisk. „Aby wypełnić ludzkie serce (napisał Camus) wystarczy walka prowadzona ku szczytom”.
Tylko jak wyobrazić sobie szczęśliwego Syzyfa...
Tylko postawa poety oświetla świat na swój sposób, aby w pełnym blasku ukazać jego twarz i raz na zawsze odkryć uprzywilejowaną i zarazem bezlitosną – ale na zawsze związaną z ludzkim losem:
taka jasność rozdarła do bólu źrenice
można było wierzyć i ufając wątpić
w zastane światło po piekielnym mroku
I jeszcze fragment z wiersza „Pokłosy”:
Nasze ołtarze przykrywamy suknem
już bez kłótni o barwę i rolę kapłana
może to tylko stół powszedni będzie
z sakramentem pokuty wyszeptanym z rana
Poeta należał do tych twórców, którzy świadomość swego miejsca na ziemi potrafili odcisnąć w swojej liryce. Widzenie świata umieszczał na szczycie swojego systemu wartości – to był świat złożony z drobnych detali, ale ogarnięty nadrealistyczną aurą. Bo to poezja litanijna, patetyczna – bliska statusowi zaklinania:
zagrajmy w harmonię dębową bez słów
Anioł Chlebowy – Pastuszek okruszyn
będzie uczył na pamięć czas nieokreślony
(„Spojrzenie”)
Bardziej określona przez czynnik epoki była sytuacja bezpośrednich literackich poprzedników – kiedy to doświadczenia moralne i ideowe naruszały im wspólną postawę: Ernest Bryll, Harasymowicz, Nowak, Lec – wiersze utrzymane w poetyce sennego marzenia – jakby zacierające granicę konkretu i imaginacji. A oto fragment wiersza, który objawi nam koleje poetyckich ewolucji – zgodnie z aktualnymi dążeniami artystycznymi. Niejedyne to napięcia, między którymi poezja ta oscyluje:
Widziałem spuchnięte jądro wiecznego ognia
bliźniacze słońce wybranej planety
Nie dostrzegłem Piekła i Czyśca
(...)
Oddech szedł korzeniami
w płuca liści rozchylając usta
nie mogłem odnaleźć soczewki oka
Z zapartym tchem śledzimy wewnętrzny poryw – ze stężoną w nim energią – jest to zamiar przerzucenia napięcia na odbiorcę. Słowa opierają się w dużym stopniu na przeżyciach samego autora: „Żyjemy na pustyni bez świadectwa grzechu / wszystko jest tu co jest niczym, / nawet mogiły z czasem wiatr roznosi”. Zwróćmy uwagę – jak droga od młodzieńczej emfatycznej twórczości zdaje się być niesłychanie krótka – na plan pierwszy wychodzą motywy nie metafizyczne tylko wizualne. Żyliśmy przecież w inflacji słowa... Istnienie poezją tak wyglądało:
A to już szron naszego lata
na skroni drzewa przytulony
dreszcz liścia po przerwanym locie
(...)
Znów przyjdzie próg powitać z chłodem
żegnając w oknie pszczołę słońca
(„A to już...”)
W chwili, kiedy zamilknie warsztat poety demiurga – zapytamy dlaczego dochodzi do głosu poczucie ograniczenia ludzkiej kondycji – ale będziemy pamiętali, że była to konfrontacja egzystencjalnego doświadczenia poety z naszym doświadczeniem i że pozostał trwały ślad na ziemi po nim połączony z grozą własnego przemijania. „Przyjaciele odchodzą – jak Adaś na wiosnę... / znów nam słowo biednieje i nie chce modlitwy / ciągle za małe choć się uczyliśmy”. Wspomnienia prószą sennym makiem – pytamy: czy to był tylko teatr z gestami, maskami, zaklęciami. A może prawda tkwi jedynie w ciele – w jego słabościach – w egoistycznych namiętnościach – a więc trzeba o tym pamiętać, bo nie każdy potrafi się do tego przyznać.
Nie zapomniałem o jeszcze jednym wątku (wcale nie marginalnym) o liryce jak o momencie zmysłowej euforii, która zawsze spełnia swoją magiczną rolę będąc wyznacznikiem intelektualno-uczuciowym. Poeta doskonale wiedział, że jeżeli chcemy zmienić świat – musimy upodobnić się na wzór kobiety – czyli ulec tajemniczemu powinowactwu dusz. A zatem wiersz „Prognoza” dedykowany żonie Grażynie odsłania zaledwie kulisy tego związku, który stał się wartością nadrzędną i absolutną. Ponieważ bohaterka liryczna wiersza stanowi źródło fascynacji poety, a siła wzruszenia kształtuje istotę teraźniejszości. Wyrazem buntu przeciwko rzeczywistości jest twórczość – a przeciwko czasowi jest przyszłość – w tym wypadku od poetyckiego anarchizmu, świadoma swoich ograniczeń kodyfikowanej przez rzeczywistość:
Odczytuję z Twej dłoni pogodę na jutro
takie ciepło paruje z tego środka mapy
(...)
że wiara ognia jeszcze mrok przenika
jak gorący piasek pomiędzy palcami
W naszym świecie może nie wszystko poświęca się zewnętrzności tzn. nie wszystko istnieje na pokaz. Czas poezji jest czasem psychologicznej i moralnej prawidłowości...
Nawiasem mówiąc chciałbym żeby powyższe rozważania dały asumpt do ostatecznego zrozumienia – smaków wysublimowanych i gustów otwartych na nowe systemy znaczeń i wartości: mam prawo twierdzić, iż bliska jest mi ta poezja. Zdajemy sobie sprawę, że coraz częściej poezja współczesna wymaga innego modelu czytelniczej partycypacji – i jest sztuką niełatwą, trudno przyswajalną (czy ma szansę na sprawowanie rzędu dusz?).
I tak w szybkim tempie zbliżamy się do ostatecznej wizji ludzkości, jaką roztoczył przed nami poeta. Mógł przecież powiedzieć:
„Napisałem to, co napisałem, a teraz wy się martwcie...”.
„Milczenie tłamsi znane słowa”, a przecież „słowo jest formą nieśmiertelności. Gdy człowiek umiera, jego głos milknie, ale słowa mogą dalej żyć – w książkach, w listach, w pamięci innych”.
Jakaż w tym niezgoda...
A może tak właśnie ostrzej boli światło?...
Andrzej Gnarowski
Fot. Andrzeja Gnarowskiego: Andrzej Dębkowski
Andrzej Walter
Szumowiny i błazny
Ryby zawsze psuły się od głów, a głowy dziś, jak wiemy, (...) od parady, a jakże. Lśnić i paradować, błyszczeć i połyskiwać, za wszelką cenę. Nikt się dziś nie przejmuje, zobowiązaniami tak zwanego szlachectwa, nikt się nie martwi skrupułami, sumieniem, reakcją ludzką czy społeczną. Cel uświęca środki, a celem jest ów własny ryj wystawiony na pokaz dalece nieosiągalny innym, zwykłym śmiertelnikom, do których ów ryj wbrew pozorom czuje dalece idącą pogardę z lekceważeniem. Oczywiście ubiera się to w różne kryjące fatałaszki, pokrywa patyną tłumaczeń czy uzasadnień, a czasami nawet i te skrupuły pozostawia się poza katalogiem i brnie się dalej – byle naprzód, byle szybciej, byle wyżej, byle coś tam, gdzieś o „nim” napisano... Wielki, znakomity, znamienity, piękny i ogromny, niepowtarzalny... Mister X – zero podniesione do potęgi zawsze pozostanie zerem, ale w tym świecie, w tym, który oglądacie za oknem to już nie działa. Dziś zera zostają premierami, prezydentami, profesorami, gwiazdami, ba, współczesnymi (a fuj) „autorytetami”...
A to tylko szumowiny i błazny.
Pozerzy i narcystycznie zaczadzeni osobnicy za nic mający bliźniego swego, traktujący go jako nawóz społeczny do swoich knowań i celów. Złotouści niejednokrotnie wodzireje czasu, okoliczności, miejsc i wydarzeń. Jakże smutna jest taka rzeczywistość. Jakże smutny jest też wianuszek pożytecznych idiotów występujących w roli wielbiących i klakierów, wiecznie gratulujący, nawet niewidzący czego i dlaczego, i po co, i w imię czego. Niewiedzący sensu, kontekstu, podtekstów i szerszej perspektywy swoich gratulacji, że jest to przecież też akt świadectwa, to jakby stawianie podpisu pod zeznaniem, cyrografem, donosem, to jakby dołączenie do hucpy, świętokradztwa, zdrady czy innego szubrawstwa. Świat pełen pożytecznych idiotów, bez przemyśleń, własnych poglądów, bez ideałów, idei, nadwornych głupków, których również najłatwiej uczynić: szefami, prezesami, naczelnymi czy innymi łatwo sterowalnymi pionkami, aby ci, którzy chcą naprawdę decydować o obliczu tej ziemi mieli w ich postaci zderzaki, bezpieczniki, wentyle bezpieczeństwa, względnie łatwowierne kozły ofiarne.
Powie ktoś, znów Walter pluje jadem, znów przejaskrawia, znów szuka dziury w całym. W całym? Zapytam?! Głośno i donośnie. Kiedyś mówiliśmy, że nastąpił upadek autorytetów, od kiedy kapciowego uczyniono metropolitą, od kiedy prezydentami zostają aktorzy, bokserzy czy szemrani biznesmeni, a nawet niemal capo di tutti capi jak w jednym z krajów bałkańskich... Dziś to już faza dalsza, ta po upadku, bo teraz na piedestały wspinają się już śmieci, gnidy, te osławione zera, które dopadły kość i kości już nie puszczą. Ci ludzie są wśród nas. Fałszują rzeczywistość, przymilają się, ocierają się o nas, ich usta, oczy i dusze przepełnione są kłamstwem i podstępem – w cele realizacji utrwalonego celu, a tym celem jest ich świecenie nieustająco na pomniku za życia, na piedestale, na tak zwanym topie. Potencjalni zwycięzcy, nobliści, laureaci, wielcy eksperci, mędrcy, rządzący i dzielący. Oni – imperatorzy, władcy, poza wszelką krytyką, poza podejrzeniami, poza czasem i nieśmiertelnością. Omnibusy i geniusze.
I później dziwimy się, frasujemy, że świat zmierza w takim, a nie innym kierunku. Zmierza do katastrofy. Nie da się ukryć. Jak z takim przywództwem może zmierzać gdzie indziej?
A to tak naprawdę szumowiny i błazny. Groteska tańcząca z głupotą (i to wszystkich w to zamieszanych – również i mnie), żałosność w kontredansie z nędzą duchową i intelektualną, podparte bywają życiorysem na dwadzieścia stron, poparte wypowiedziami równie żałosnych, albo i wkręconych w tę grę, oszołomionych i opętanych „wspieraczy” geniuszu tych zer.
Wiem coś o tym, gdyż sam swego czasu dałem się uwieść w naiwności swej dziecięcej kilku takim zerom. Robiłem to szczerze i naiwnie, nie wypieram się. Starałem się widzieć więcej niż było do zobaczenia, w rewanżu otrzymywałem różne korzyści i profity. Dziś mi wstyd, ale łuski z oczu opadły. To się nazywa „nawrócenie”. Zawrócenie z drogi donikąd. Szukanie prawdy. A cóż to jest prawda – krzykną wszyscy. I oni wszyscy, ci, którzy sumienia jeszcze mają, wiedzą.
Zatem Walter nie pluje żadnym jadem, jakże łatwo tak zarzucić, Walter bowiem znowu pisze prawdę, być może swoją, subiektywną, ale tak to widzę, i piszę, opisuję to, co widzę. Szkopuł w tym, że widzi to jeszcze wiele, bardzo wiele ludzi, tylko czasami nie mają odwagi tego głośno powiedzieć. Dysonans wkrada się poznawczy. Ryba jak, już wspomnieliśmy, psuje się od głowy, a głowa dziś... od parady.
Polecam ostatnie teksty Andrzeja Dębkowskiego, które Ten płodzi dziś obficie na Fejsbuku. To wypowiedzi mądre i przemyślane, miło się to to czyta i wzbudza to przemyślenia i refleksje... Jeden tekst dotyczył narcyzmu i Auschwitz, nie będę cytował, przeczytajcie sobie sami, ale zacytuję sam siebie, własny komentarz, gdyż jest tam kilka słów o naszym cudownym środowisku literackim:
„No tak. Opisany problem trawi dziś wszystkie środowiska. To problem wręcz społeczny, związany niejako z czasami: pogardy, cynizmu, hipokryzji oraz parcia na szkło. Nasze środowisko literackie jest również tego doskonałym przykładem, nie tylko politycy, choć Ci przekraczają już dalece granice przyzwoitości. U nas mieliśmy ostatnio sytuację, w której jedna organizacja literacka pogardliwie i cynicznie wypowiada się o drugiej, podkłada nogi, naśmiewa się, szarga imiona. Później jeden taki „prezes honorowy” pewnego oddziału (powstałego z kłótni z innym oddziałem) oznajmia bezwstydnie, że został również do tamtej wrogiej organizacji przyjęty. Ma takie parcie, że aż zaparcie. Do tego cały wianuszek klakierów (pożyteczni idioci?), którzy mu z kolei gratulują (w tym pani prezes innego naszego oddziału) i tak to się toczy pisane: zdradą, sabotażem, bezwzględnym parciem po trupach samych siebie byle zaistnieć, byle poszerzyć zakres CV, byle się dowartościować. Mój Boże, cóż za zbieranina szumowin i gadów. Czasami się tego wszystkiego wstydzę, a już co najmniej obrzydza mnie to wszystko. Podobno człowiek, to kiedyś brzmiało... dumnie. Niestety już nie dziś. Pozdrawiam”.
I na koniec drobny komentarz. Cóż z tego, że ów prezes „honorowy” jest w pewnych klimatach wybitnym artystą, naprawdę, sięgającym gwiazd, skoro cały ten swój talent, owe gwiazdy i artyzm trwoni w alkoholu, narkotykach i przekraczaniu wszelkich granic obrażania i upokarzania innych ludzi, czego niegdyś doświadczyłem osobiście. Cóż z tego, że tworzy piękno, kiedy potem babra się w ekskrementach, smaruje nimi siebie i innych, wszystko mu jedno z kim, i czym, prostytuuje się na lewo i prawo, byle po trupach, byle do celu. Okropne i żenujące. Z takich ludzi dziś składają się organizacje twórcze, środowiska artystyczne, ludzie, od których można by było wymagać: poziomu, klasy i ogłady. Uszlachetnionych, bo artyści przecież, ponad poziomy. A szlachectwo zobowiązuje. Kogo? Tych obwiesi?
Zatem to błazny i szumowiny, przy klasie i wzniosłości nawet nie stali. Nigdy. Stoją przy hipokryzji, przy Dyzmowaniu, przy wielkiej improwizacji... tylko nie przy sztuce czy pięknie. I takie to mamy czasy:
Piękno miesza się z błotem, a błoto unurzane w wiecie czym i wszystko zaczyna pachnieć, wiecie jak, a my powoli się w tym wszystkim... urządzamy, klaszcząc i robiąc dobre miny do jakże złych gier.
Jeśli jest inaczej, lepiej, to napiszcie... spojrzymy sobie razem, prawdzie... w oczy.
Andrzej Walter
































































































































































































































































































