Nowości książkowe

 

Plakat

 

Plakat

Dariusz Pawlicki 

 

Ciała & chmury 

 

W drugim dniu kwietnia, a był on chłodny, ale błękitnoniebny, postanowiłem zaspokoić pragnienie dające o sobie znać – z różną intensywnością – od prawie trzech tygodni. Nie nazwę owej chęci marzeniem, gdyż jej spełnienie było na wyciągnięcie ręki.

Po zakupieniu biletu w kasie Muzeum Narodowego, pozostawieniu w szatni wierzchniego okrycia, skierowałem się ku szerokim kamiennym schodom. Pierwsze piętro, na którym w wielu salach wystawiano „Sztukę śląską” (XIV-XIX wieku), tym razem pominąłem. Obiecałem sobie jednak, że następnym razem przyjrzę się malarstwu powstałemu na Śląsku w XIX wieku: przyglądałem się jemu już wielokrotnie.

Nie śpiesząc się dotarłem na piętro drugie. Prezentowano na nim trzy wystawy: po lewej – „Sztukę europejską XV-XX wieku”; w środku – „Modę – historię osobistą”; po prawej – „Sztukę polską XVI-XX wieku”.

Moda mnie nie interesowała i nie interesuje, a i do zwiedzania tej ekspozycji, jako czasowej, nie byłem uprawniony. Ze „Sztuką polską” postanowiły akurat zaznajomić się trzy osoby, więc skierowałem się na lewo.

Zwiedzających „Sztukę europejską XV-XX wieku”, jak i całe muzeum, było niewielu; w żadnym razie mnie to nie zmartwiło. Powoli przemieszczałem się z sali do sali. Obrazom bowiem nie przyglądałem się pobieżnie. Każdorazowo zaznajamiałem się też, i to uważnie (takie miałem wrażenie), z treścią niewielkich tabliczek podających imię i nazwisko autora obrazu (wraz z jej tytułem i rokiem powstania, niejednokrotnie opatrzonym znakiem zapytania), datę roczną i miejsce jego urodzenia oraz śmierci; rodzaj techniki malarskiej w jakiej powstała praca; także przynależność danego artysty do malarstwa konkretnego kraju bądź krainy historycznej, jak na przykład malarstwa niderlandzkiego.

Mówiłem: – Dzień dobry, każdemu pracownikowi muzeum siedzącemu na krześle i mającemu baczenie na 2-3 sale. Gdy osoby te wstawały, aby zażyć ruchu, mogłem stwierdzić, że krzesło – jakby nie było – miejsce ich pracy, zaopatrzone jest w (niewątpliwie) wygodną poduszkę; niekiedy nawet w dwie.

Parkiet, po którym przemieszczałem się, gdy zwracałem na to uwagę, najczęściej skrzypiał: niekiedy ledwie, ledwie. Lecz równie często – jak sądzę – moja uwaga w ogóle tego nie rejestrowała. Wspomniani nieliczni zwiedzający, wszyscy bez wyjątku, poruszali się szybciej ode mnie; niektórzy wręcz przez sale przefruwali. Wiek nie odgrywał jednak w tym przypadku żadnej roli. Choć faktem jest, że wszyscy wyglądali na młodszych ode mnie.

Obrazy, na szczęście, nie wisiały jeden przy drugim; widać było, że powierzchnię ścian starano się zagospodarować rozsądnie. Początkowo nie miałem nic przeciw temu. Potem – o czym będzie jeszcze mowa – stopniowo to się zmieniało. Aż w końcu nastąpiła zmiana radykalna...

 

* * *

Obecność znanej, a nawet sławnej pracy Flamanda Pietera Bruegla (starszego) „Zimowy pejzaż z łyżwiarzami i pułapką na ptaki” zaskoczyła mnie. Nie wiedziałem, że w posiadaniu wrocławskiego Muzeum Narodowego znajduje się ten obraz: wcześniej go tu nie widziałem. Nieco później musiałem – przed samym sobą – przyznać, że z treścią, przynajmniej tej właśnie tabliczki, zapoznałem się nazbyt pobieżnie. Otóż okazało się, że w rzeczywistości oglądałem obraz Pietera Brueghla (drobna różnica w pisowni nazwiska nie jest błędem) zwanego młodszym, a także piekielnym. Jeszcze później dowiedziałem się, że oryginał (obecnie znajduje się w Brukseli) namalowany przez Bruegla starszego w 1565 r., doczekał się aż 127 wersji różniących się szczegółami (nie były to więc kopie). Gdyż takie było zainteresowanie tym obrazem. Cześć tych wersji namalował sam Mistrz, część powstała w jego w pracowni (stali za tym m. in. dwaj jego synowie: wspomniany piekielny, jak również aksamitny), pozostałe stworzyli inni artyści.

Malarstwo niderlandzkie zaprezentowano w kilku salach. Pod tym terminem skrywają się prace malarzy i flamandzkich, i holenderskich. Już w XVI i XVII wieku, w porównaniu z resztą Europy, Niderlandy wyróżniały się wyjątkowo dużą gęstością zaludnienia. I to znalazło odbicie na płótnach malarzy tworzących w tej północnej krainie. Przynajmniej taki wizerunek malował się w mych oczach owego 2 kwietnia. Nie miałem bowiem do czynienia z pejzażami (choćby miejskimi) w rodzaju „Widoku Delft” Jana Vermeera (ta praca nie znajduje się w zbiorach wrocławskich... jeszcze): na tle zabudowy miejskiej, pod ciemnymi chmurami, ledwie kilka niewielkich sylwetek ludzkich (w tym dziecko na rękach). I to w rogu obrazu.

Te przykłady malarstwa niderlandzkiego, z którymi zetknąłem się owego dnia, prawie wyłącznie ludzi miały za bohaterówieku Na przykład na płótnie „U kuplerki” Holendra Jana van Bijlerta, postaci jest wprawdzie (tylko) kilka, a dokładnie pięć, ale wypełniają /zapełniają one sobą, praktycznie cały obraz, który do małych nie należy (115,5 x 159 cm). Z kolei „Bójka chłopów z pielgrzymami” (93,5 x 126 cm) Martena van Cleve, artysty flamandzkiego, to fakt, że postaciami nie jest cała zapełniona. Jest ich jednak tak wiele, i w owe rękoczyny wszystkie są zaangażowane (wyjątkiem są chyba jedynie dzieci, ale nie mam, co do tego pewności), że dopiero później uwaga oglądającego – przynajmniej tak było w moim przypadku – kieruje się ku budynkom i przyciemnionemu niebu.

Twarz młodej kobiety uwiecznionej w „Portrecie dziewczyny jako Diany” pędzla Flamanda Fransa Florisa, to cały obraz.

„Martwa natura z karczochami” Osiasa Beerta (starszego), kolejna praca reprezentująca malarstwo niderlandzkie, a konkretnie flamandzkie, jest odskocznią od ludzkich postaci. Za bohaterów ma bowiem nie tylko tytułowe karczochy, ale także ostrygi, oliwki, rozmaite naczynia. Natomiast wiszące po sąsiedzku „Porwanie Heleny Trojańskiej”, pędzla Gillisa van Valckenborcha, także Flamanda, przedstawia mnóstwo postaci uwijających się w zapadających ciemnościach.

 

* * *

Na płótnie reprezentującego malarstwo niemieckie Lucasa Cranacha (starszego), zatytułowanym „Ewa” widać prawie wyłącznie górną część nagiego ciała – jako, że przynależnego do Raju – tytułowej Ewy, wyglądającej bardzo dziewczęco. Nieco roślinności i... wąż zajmują to, co pozostało do malarskiego zagospodarowania. Choć, ze względu na przypowieściowy charakter tej pracy, owo stworzenie jest równie ważne, jak Pierwsza Kobieta, która dała się skusić jego podszeptom. Podszeptów tych – przyznajmy – nie było wiele...

 

* * *

„Madonna z Dzieciątkiem i świeku Janem”, namalowani przez Agnola di Cosimo di Mariano Tori [ego] wypełniają obraz. Niewiele dałoby się domalować. Chyba, że na upartego... Płótno to przynależy do malarstwa włoskiego.

„Portret chłopca” autorstwa Francuza Jeana Baptise'a Siméona, to oczywiście wizerunek jednej osoby, ale zajmujący prawie całe płótno.

 

* * *

Kilkakrotnie, w trakcie tamtego zwiedzania, co mnie nieco zaskoczyło, spojrzałem przez duże okna na świat zewnętrzny: nurt Odry, ceglano-dachówkową zabytkową zabudowę Ostrowa Tumskiego, parkowe drzewa. Ludzi zobaczyłem niewielu – niewątpliwie pogoda ograniczyła ich liczbę. Faktem jest jednak, że były to krótkie spoglądania: nie po to tu przecież przyszedłem. Nie od razu uświadomiłem sobie, że to chodziło o wytchnienie od przesytu wywołanego... natłokiem ciał, zwłaszcza ciał nagich (nie, nie  jestem świętoszkiem). Co było zwłaszcza częste w przypadku zobrazowanych scen mitologicznych.

 

* * *

Miałem za sobą, najprawdopodobniej, dziewięć sal i wkroczyłem do kolejnej. I tu czekała mnie niespodzianka. Była ona przy tym naprawdę zaskakująca. Na widok niewielkiego obrazu (ok. 4o cm x ok. 25 cm) zawieszonego na wprost wejścia, więc wyeksponowanego, pomyślałem: „Rany Boskie, ani jednego ciała. Tylko chmury. To chyba John Constable”. Błysnęło mi bowiem w głowie, że mam przed sobą jeden z setek obrazów, jakie ów Anglik poświęcił chmurom, którymi był zafascynowany (zresztą nie tylko nimi). To było kilka sekund, gdy brałem pod uwagę tę oto możliwość, że w zbiorach wrocławskich znajduje się – a dlaczego nie? – jedno ze „Studiów chmur” Constable'a.

Na tabliczce było jednak napisane, że akurat to „Studium chmur” utrwalił farbami olejnymi Niemiec Friedrich Philipp Reinhold (zresztą współczesny wspomnianego Anglika).

Owo płótno przyniosło mi to, co nazwę – bez żadnej przesady – estetycznym wyciszeniem. Równocześnie stanowiło – zaproszenie do zaznajomienia się, z prezentowanymi w kilku kolejnych pomieszczeniach, obrazami, wśród których było wiele pejzaży. Na niektórych spośród nich, w pierwszej chwili ludzkich sylwetek w ogóle się nie dostrzega. A jeśli widzi się tylko jedną, to jest nią pasterza z rozproszonym stadem. 

Na obrazie „Wieczór”, malarza rosyjskiego Wassilija Kandinskiego, postacie są dwie: nad brzegiem zbiornika wodnego bądź rzeki stoi/tkwi kobieta w kapeluszu. W kapeluszu jest również stojące tuż obok niej dziecko.

 

* * *

Po zamknięciu okazałych drewnianych drzwi skierowałem się do jednego z dwóch bocznych korytarzy, w którym stoi kilka ław drewnianych, ale o miękkich siedziskach. Zajęcie miejsca, na którejś z nich (ewentualnie na innym piętrze) należy do tradycji związanej z moimi wizytami w tym muzeum. Lubię bowiem wczuwać się w jego atmosferę: wyciszenie, uspokojenie, fakt obecności wokół mnie, choć w różnych odległościach, wielu (no bo nie wszelkich) przedmiotów będących źródłem moich doznań, w tym także wzruszeń, estetycznych. A do tego, co zawsze dla mnie było i jest bardzo ważne, będących głosem/przekazem z czasów minionych, często odległych: przywoływaniem tego, co minęło (nie tracę nadziei, że nie bezpowrotnie). Muzea nie są, mimo przechowywania obiektów pochodzących z przeszłości, kapsułami czasu, ale są miejscami, gdzie on – jak dla mnie –  płynie wolniej. I jest to jeden z powodów tego, że muzea lubię. Muszę jednak wspomnieć, że owo lubienie nie dotyczy muzeów sztuki współczesnej (choć owa współczesność bardzo szybko staje się przeszłością). Takie placówki już od blisko 20 lat omijam szerokim łukiem (głównie ze względu na fakt nobilitowania przez nie pseudosztuki w postaci, przykładowo, dwóch skrzyżowanych patyków). I choć interesuje mnie teraźniejszość, to nie zapominam, że składa się na nią prawie wyłącznie, a może wręcz wyłącznie, to, co było („teraz” to przecież ledwie chwila). Inaczej tego określić nie można.

Nie, nie traktuję muzeów, jak i innych obiektów/instytucji związanych ze sztuką, jak świątyń, a sztuki, jako swego rodzaju religii (kto bądź co miałoby w takim przypadku pełnić rolę Boga?). Co to, to nie!

Ale na przykład z ust Glenna Goulda padło i takie stwierdzenie:

„[...] sztuka stać się może narzędziem zbawienia, a artysta misjonarzem”.

 

Tryb przypuszczający niczego nie zmienia: istotne jest to, że taka możliwość była/jest brana pod uwagę.

Traktowanie sztuki w kategoriach religijnych, jak można by podejrzewać – w każdym razie takie podejrzenie długo żywiłem – nie jest wcale zjawiskiem dwudziestowiecznym. O czym świadczą na przykład Wykłady o estetyce Georga Wilhelma Friedricha Hegla. W nich zaś znajduje się m. in. i taka zdecydowana deklaracja:

„Wyrośliśmy już z tego, byśmy mogli dziełom sztuki oddawać cześć boską”.

Nabożny stosunek do sztuki dawał o sobie znać już przed rokiem 1770, to znaczy przed narodzinami Hegla. Takie podejście do niej zapoczątkowali artyści renesansu.

 

* * *

Obejrzane z przyjemnością „Studium chmur” Reinholda oderwało mnie (to dobre określenie, mimo zwiewności chmur) od ziemi, a może nawet od Ziemi. Lecz to oderwanie trwało tylko czas jakiś. Do tej zmiany przyczyniła się z kolei, bardzo często do mnie powracająca, sentencja z Marcusa Tuliusa Cycerona:

Co jest pod nogami, na to nikt nie patrzy; śledzą okolice nieba.

Dariusz Pawlicki

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski 

 

Ciemna strona Księżyca 

 

Kiedy statek kosmiczny przecina ciszę po niewidocznej stronie Księżyca, dzieje się coś więcej niż tylko kolejny technologiczny sukces. To moment, w którym człowiek – ten sam, który od tysiącleci boi się ciemności – odwraca się do niej twarzą i mówi: „sprawdzam”. Paradoks polega jednak na tym, że im odważniej zaglądamy w kosmiczną noc, tym mniej odwagi mamy, by zajrzeć we własne wnętrze.

Lot wokół ciemnej strony Księżyca nie jest przecież tylko wydarzeniem naukowym. Jest symbolem. Oto gatunek, który jeszcze niedawno rozpalał ogniska, by przegonić noc, dziś potrafi ją obejść od tyłu. Oto człowiek, który nie znał granic własnego kontynentu, dziś przestaje uznawać granice planety. W tym sensie kosmos nie jest już przestrzenią – jest ambicją. A ambicja, jak wiemy, rzadko bywa niewinna.

Z jednej strony można czuć dumę. I jest to duma uzasadniona. Nauka, technologia, precyzja obliczeń, odwaga ludzi, którzy wsiadają do maszyn bardziej skomplikowanych niż jakiekolwiek dzieło wcześniejszych cywilizacji – wszystko to składa się na imponujący obraz człowieka jako twórcy. Jako istoty, która nie godzi się na ograniczenia. W pewnym sensie to najpiękniejsza cecha naszej natury: przekraczanie.

Z drugiej strony – i tu zaczyna się właściwy felieton, nie kronika sukcesu – ten sam człowiek, który przekracza granice kosmosu, nie potrafi przekroczyć własnych przywar. Wciąż jest zdolny do rzeczy zdumiewających i jednocześnie haniebnych. W tym samym czasie, gdy jedna rakieta niesie ludzi ku gwiazdom, inne rakiety niosą śmierć ludziom na Ziemi. Technologia nie ma sumienia. Sumienie powinien mieć jej twórca. A z tym bywa różnie.

Zwolennicy wielkich programów kosmicznych powiedzą: to inwestycja w przyszłość. I będą mieli rację. Ziemia nie jest nieskończona. Jej zasoby nie są niewyczerpane. Populacja rośnie, przestrzeń się kurczy – przynajmniej w sensie komfortu życia. W długiej perspektywie myślenie o innych światach nie jest fantazją, lecz koniecznością. Człowiek od zawsze był wędrowcem. Zmieniały się tylko mapy.

Ale czy naprawdę chodzi o brak miejsca? Czy może raczej o brak umiaru? Bo przecież Ziemia nie jest jeszcze planetą wyczerpaną – jest planetą źle zarządzaną. Głód nie wynika z braku żywności, lecz z jej nierównej dystrybucji. Wojny nie są skutkiem braku przestrzeni, lecz nadmiaru ambicji i strachu. Katastrofa ekologiczna nie jest nieuniknionym losem cywilizacji, lecz efektem wyborów, które podejmujemy każdego dnia. W tym sensie marzenie o ucieczce w kosmos bywa wygodnym alibi: zamiast naprawiać dom, zaczynamy rozglądać się za nowym. I tu pojawia się najbardziej przewrotna myśl: być może nie szukamy nowych światów dlatego, że ten się kończy, lecz dlatego, że nie potrafimy na nim żyć.

Kosmos jawi się jako czysta karta. Bez historii, bez konfliktów, bez pamięci. Można by zacząć od nowa. Tylko czy naprawdę? Czy człowiek, który zabiera ze sobą swoją naturę, jest w stanie stworzyć gdziekolwiek coś radykalnie innego? Jeśli przeniesiemy się na Marsa, zabierzemy tam również nasze lęki, nasze podziały, nasze żądze. I być może szybciej niż nam się wydaje, na czerwonej planecie pojawią się te same stare problemy – tylko w nowej scenerii.

Nie chodzi o to, by kwestionować sens badań kosmicznych. Przeciwnie – one są jednym z najwspanialszych przejawów ludzkiej ciekawości. Ale warto postawić pytanie o proporcje. O równowagę między tym, co wznosi nas ku gwiazdom, a tym, co powinno trzymać nas przy ziemi. Bo jeśli zapomnimy o tym drugim, może się okazać, że podbijemy kosmos jako gatunek technologicznie rozwinięty, lecz moralnie niedojrzały.

Ciemna strona Księżyca zawsze fascynowała ludzi, bo była niewidoczna. Dziś ją oglądamy. Ale może prawdziwa „ciemna strona” nie znajduje się tam, w próżni, lecz tutaj – w nas samych. I może największym wyzwaniem nie jest lot wokół Księżyca, lecz próba oświetlenia tej wewnętrznej przestrzeni.

Człowiek rzeczywiście jest dziwnym stworzeniem. Potrafi budować teleskopy zdolne zajrzeć na krańce wszechświata, a jednocześnie nie potrafi czasem spojrzeć uczciwie na własne ręce. Może więc prawdziwy postęp zacznie się nie wtedy, gdy postawimy stopę na kolejnej planecie, lecz wtedy, gdy nauczymy się nie deptać tej, na której już stoimy.

Andrzej Dębkowski  

 

 

Plakat

Zofia Grabowska-Andrijew 

 

Współbrzmiący głos

 

W poznańskim  Wydawnictwie Literackim ATENA wyszedł tom poezji znanych mi osób, z nieznanym mi słowem w tytule, którego znaczenia zaledwie mogłam się domyślać, ale to nie wystarczy, by mieć pewność. Moje podejrzenie, że znaczy ono Laponia potwierdziła Maria Magdalena Pocgaj, poznanianka i bamberka, współautorka tomu pod pełnym tytułem „SĂPMI. Wiersze z  Północy”.

Stanowi on – jak to określiła inicjatorka publikacji – „dwugłos poetycki”. I słusznie, bo na całość składają się jej wiersze i wiersze Andrzeja Szmala, poznaniaka od lat mieszkającego w Laponii.

Przyznam, że nie lubię, gdy poeci lekturę swych wierszy poprzedzają takimi informacjami jak: cytuję mały fragment – „Krótkie poetyckie notatki są próbą zobrazowania stanów emocjonalnych i duchowych, jakie towarzyszyły mi w zetknięciu z tamtejszą przyrodą, zwłaszcza...”. Odbieram je jako brak zaufania zarówno do własnej poezji jak i indywidualnego jej odbioru przez poszczególnych  czytelników. Tym razem  autorom wybaczę. I wcale nie „po znajomości”, lecz dlatego, że geneza tych wierszy jest niecodzienna, a przyroda Laponii unikalna i niedostępna czytelnikom, do których jest kierowana.

Na pewno dobrym rozwiązaniem jest przyjęta przez oboje autorów zasada podawania pod wierszem miejsca i daty jego powstania.

Już okładką, przedstawiającą las zatopiony w wodzie, jakby „do góry nogami”, autor zdjęcia  Andrzej Szmal doskonale sygnalizuje inność krajobrazu i oświetlenia. Bo to doświadczony fotografik i autor diaporam, poeta, który wreszcie zdecydował się na debiut książkowy. W przeciwieństwie do niego Maria Magdalena Pocgaj to doświadczona autorka, mająca na swym koncie już 16 tomików oraz ciekawe i piękne odwrócenie tego, co zwykliśmy nazywać ilustracją. Będąc plastyczką, uprawiającą rysunek i fotografię, w 2003 roku zilustrowała słowem – oczywiście poetyckim – album zdjęć Antoniego Ruta przedstawiający „Wierzby Wielkopolskie”. Efekt? – Doskonały. Partnerzy godni siebie i zachwytu odbiorców.

Obrazy wierzb w różnych porach dnia, roku, przechodzą od fotograficznej realności ku metafizycznemu odrealnieniu. Oglądamy je poprzez rozmyty błękit zmierzchu, w blasku księżyca wśród niesamowitej czerni nocy, aż do zupełnego odrealnienia w płaskim lodowym reliefie wykutym „dłutem mrozu... w srebrze nocy”. Wyobraźnia poetki współgra z wrażliwością fotografika. Twórcy odsłaniają nie tylko urodę, także okaleczenie i przemijalność. Nie sposób zaprezentować pełną harmonię obrazu i słowa bez pokazania jednocześnie zdjęcia i poetyckiego komentarza, lecz spróbuję.

Tło stanowi w dwóch trzecich błękitne niebo miejscami rozbielone. Jedną trzecią odciętą wąskim paskiem zieleni zajmuje pole pokryte śniegiem. Na pierwszym planie, sięgając konarami poza ramy zdjęcia, stoi goła potężna wierzba na pękniętym na dwie części pniu. Całość delikatnym różem podświetla ostatni promyk zachodzącego słońca.

Pod zdjęciem poetycki komentarz: „Błękitna rapsodia nie ukoi bólu pękniętego żywota”. To on, ściślej słowo żywot, przenosi nas, właśnie przy pomocy przenośni zwanej metaforą, a dokładniej jednego z jej rodzajów, tu personifikacji, w sferę uogólnienia – na człowieka, abyśmy dostrzegli, że jesteśmy częścią natury, a „włóczący się ...wiatr”, „włosy” wierzb, „milczenie” kamienia czy „przedwieczorne niebo”, co „Do skarbony ziemi /... / chowa miedziany pieniążek słońca” – to nasi partnerzy. Od takich wierszy chce się „...z wierzbą pogadać, / dać się jej bez reszty zauroczyć”.

Album prezentuje pełną symbiozę obrazu i słowa, a autorzy współodczuwanie natury.

Po dwudziestu latach, w 2023 roku, pojawia się ponownie dwugłos. Tym razem poetów zauroczonych szwedzką Laponią. Jednak chociaż autorów łączy opisywany obiekt i tworzywo jakim się posłużyli, nie jest to dwugłos współbrzmiący. Znajdujemy tu dwa spojrzenia na ten sam krajobraz, dwie narracje, będące wynikiem różnego stopnia oswojenia z nim, a także celu i czasu przebywania w nim oraz czasu, w którym powstawały.

Dla Andrzeja Szmala Laponia to jego miejsce na Ziemi. Nie z urodzenia, z wyboru. Urodzony w Poznaniu  wybrał daleką północ, bo tam w Laponii znalazł pozostałości „twojego dziewictwa / nietknięte lasy bagna rzeki jeziora”. W innym wierszu pisze: „Tęsknię za tobą / Polsko której już nie ma” i dalej: „za wami drzewa strzeliste / z koronami w niebie / pniami jak kolumny świątyni / rozśpiewanej ptakami / rozjaśnionej promieniami Słońca / przepuszczonymi przez liściaste witraże” Krajobraz Laponii to jego codzienność.

Dla Magdaleny Pocgaj te sześć pobytów to „Chwile w Muddus” [nie tylko – Z.G-A]  Wielogłosem przyrody / scalone w jedno / stają się oddechem Boga / wypatrującego łosi / nad brzegami rozlewisk // dzielone na pół / potwierdzają naszą obecność / w tym niekończącym się poemacie / na wodę zieleń i wiatr”. To także niezwykła przygoda i zauroczenie innością krajobrazu. Bo gdzie u nas zobaczy „Domek traw”, co „Zarośnięty / jak niestrzyżona broda / łypie na świat / niebieską szybką” albo Słońce jako „Dwie rozżarzone kule / podzielone linią wody”, albo „Łuk zorzy polarnej...” czy stado renów? Tych albo można by w nieskończoność...

W stosunku do lapońskiego krajobrazu widoczne są wpływy dwóch różnych profesji autorów. Dla poetki, z wykształcenia plastyczki, ważny jest koloryt, ulotność, piękno i niezwykłość. Pisze „...tutaj myśli się kolorami / a to co nazwane / opatrzone jest czułym / dopowiedzeniem”. To co autorka nazwała dopowiedzeniem, to pointa. Większość  jej wierszy kończy się pointą, nawet tak krótki: *** Wiosła odłożone / canoe chwieje się leciutko / na migotliwej powierzchni / pod wrzosowiskiem nieba /// niesie nas cisza /// nie pamiętam czy kiedykolwiek / było mi w życiu / piękniej”. Incypit w wierszu „Woda unosi ciężar krajobrazu” stanowi klamrę z pierwszym wersem ostatniej całostki „woda unosi ciężar minionego życia”, będącym przecież pointą całości. To pointy właśnie odsłaniają emocje lub refleksje autorki. Znajdziemy tu również sporo wierszy będących obrazkami namalowanymi słowami. Oto przykład: *** Wody zwierciadlane / wody drzewne / oblewają niebo / po którym płyniemy / a canoe jak życie / chybotliwe / sunie wśród chmur / ponad lasami / rosnącymi w głąb”.

Tu rolę refleksji przejęło porównanie. Znajdziemy też spersonifikowany krajobraz: „cisza otwiera powieki krajobrazu”, „stara chata kurczowo trzyma się / pomostu i popatruje przez szparki / w oknach zabitych deskami”. Stosunek poetki do krajobrazu pełen jest nie tylko zachwytu, nawet nad porostami: „i jak przewlec /  przez wszystkie te igielne uszka / mikropętelki i oczka lilipucie / zachwytu rwącą się nic”, także czułości, która każe jej przemycić „w rulonie swetra /// metamorficzne pamiątki / kształtem dopasowane / do wnętrza dłoni /// pustki czułe wypełnienia” – także uważności i szacunku. Powiedziała to czytelnikom już w poincie pierwszego wiersza „staram się niczego nie potrącić”.

Andrzej Szmal, absolwent biologii środowiska, patrzy na krajobraz okiem dostrzegającym jego wynaturzenie w wyniku działań człowieka. Pisze: „jestem znowu / w krajobrazie bieli i szarości... dziś jestem szczęśliwy / nie muszę zamykać oczu / przed brzydotą świata. A. Szmal także prezentuje bardzo osobisty stosunek do krajobrazu, lecz wyrasta on bezpośrednio z jego wiedzy i profesji znajdujących się w konflikcie z niszczącymi skutkami cywilizacji. To one są źródłem  jego niepokoju i buntu.

Tworzywem dla M.M. Pocgaj od zawsze jest metafora w jej wszystkich odmianach. Tego bogactwa nie uświadczymy u poety, co nie znaczy, że ich tu nie ma. Są, tylko jakby wyjęte z innej bańki. Obok pięknej personifikacji jeziora, które „nie musi się wstydzić” czy będącego w całości metaforą [dokładniej animizacją] wspaniałego wiersza o incipicie „*** Wiersze są we mnie”, będącego opisem procesu twórczego, czy wiersza *** „Opowiem ci to zdjęcie”, w którym poza słowną fotografią zimowego wieczoru zastosował suspens – pojawiają się środki stylistyczne ze starego i nowego arsenału wojennego. Od  starych sosen na Nulpokarko, co pokonane „stoją uparcie na pozycjach / jak rycerze do końca wierni sprawie”, „srebrny pancerz” „dni... chwały”  łuk zorzy polarnej „jak miecz ognisty”. Pojawiają się kojarzące się z łobuzerskimi zabawami: „wiatr ...ciska lodowe kryształki w białe oko Słońca” i wersy kierujące nas na pola działań wojennych: „Zimowa ofensywa rozwija się pomyślnie” , „daleko za linią frontu”, „zwycięstwo wiosny”.

W związku z dezaprobatą dla działalności człowieka dewastującego przyrodę i współczuciem dla zwierząt pojawiają się słowa nacechowane cierpieniem: „strach wpędza was do zagród – kacetów / stłoczone czekacie na wyrok / śmierć lub zsyłka” pojawia się niemieckie słowo z czasu wojny oznaczające wypędzenie, zapisane w brzmieniu budzącym najgorsze wspomnienia wyrzucanych z własnych domów – „rrraus!”. Poeta sięgnął też po słownictwo wulgarne, będące znakiem naszej językowej degrengolady. W wierszu o incipicie: „Księżyc deptały nasze stopy” autor bardzo dosadnie i bezpruderyjnie określił stosunek planet i gwiazd do Ziemian niszczących naturę. Nie widzę w tekście  uzasadnienia dla ich użycia w celu określa stosunku gwiazd i planet do Ziemi. Myślę, że nie mamy podstaw przypuszczać, że ten sposób myślenia i słownictwo już tam zawędrowały, choć mamy prawo sądzić, że kosmonauci z Ziemi je tam zawloką.

Oboje poeci mają do krajobrazu Laponii stosunek emocjonalny. M.M. Pocgaj raduje się kolorytem, innością krajobrazu, z pozycji turystki i plastyczki. Maluje słowami. Metafora to jej tworzywo i atut. A. Szmal krajobraz raczej opowiada, przeżywa głębiej, postrzega w kategoriach walki, bo to obrońca natury i buntownik przeciw jej bezmyślnemu niszczeniu. To mądrze niegrzeczne dziecko ludzkości.

Aby zachęcić czytelników do sięgnięcia po ich wspólny tomik, przytaczam po jednym wierszu w całości.

 

Maria Magdalena Pocgaj

 

* * *

 

Nie widać już świata

nogi przyrosły do nart

plecy do wiatru

i nagle w środku zadymki

gdy pod samotną sosną

rozcieram zgrabiałe dłonie

a mróz zdejmuje ze mnie

ostatnią warstwę ciepła

dopada mnie

dzika radość istnienia

dzielona z tobą

którego sylwetkę

ledwo odgaduję

w białej kurzawie

(Powrót do Porjus z chaty Arvidssona.30.01.2020)

 

 

Andrzej Szmal

 

* * *

 

Opowiem ci to zdjęcie

krępa sosna w białej czapie

na chropawej śnieżnej płaszczyźnie

w leju wywianym przez zamieć

tam dalej inne sosny

hen hen aż po horyzont

nad nimi zielonozłota zorza wieczorna

kilka cieplejszych chmur

dość gruby sierp Księżyca

zimny błękit powyżej

czeka na gwiazdy

 

Chciałabyś je zobaczyć

moje zdjęcie

ono jest tylko moje

w sercu nie na przeźroczu

(Muddus, 01.1994)

 

Na koniec zacytuję najkrótszy wiersz tomiku. autorstwa A. Szmala. Polecam go wszystkim. Myślę, że to świetne poetyckie antidotum na niespokojny czas biegnący w szalonym tempie.

 

* * *

 

Milczcie zegary

Pozwólcie żyć chwilą

Nieskończonością

Zofia Grabowska-Andrijew

 

____________________

Maria Magdalena Pocgaj, Andrzej Szmal, Săpmi. Wiersze z Północy. Dwugłos poetycki. Redakcja: Dorota Jędraszyk. Zdjęcie na okładce: Andrzej Szmal. Rysunki: Maria Magdalena Pocgaj. Edycja graficzna: Radosław Karbowiak. Wydawnictwo Literackie ATENA, Poznań 2023, s. 86.

 

 

Plakat