Nowości książkowe

 

Plakat
Andrzej Dębkowski 

 

Kiedy czytanie przestaje być wartością 

 

Od kilku lat coraz częściej słyszymy, że trzeba się cieszyć, bo Polacy czytają więcej, wskaźniki czytelnictwa rosną, kolejne badania przynoszą wiadomości, które można przedstawić jako dowód na to, że książka wraca do łask, a społeczeństwo, wcześniej rzekomo coraz bardziej od niej odchodzące, znowu zaczyna czytać, kupować, wypożyczać i rozmawiać o literaturze. Brzmi to dobrze, właściwie nawet bardzo dobrze, bo przecież trudno znaleźć człowieka kultury, który chciałby narzekać na wzrost zainteresowania książką, ale w tym entuzjazmie jest pewna pułapka, o której mówi się zdecydowanie za rzadko: co właściwie czytamy? I właśnie tutaj zaczyna się problem, którego nie można zamknąć w prostym stwierdzeniu, że „najważniejsze, żeby w ogóle czytać”, ponieważ książka książce nierówna, podobnie jak muzyka muzyce, obraz obrazowi, film filmowi, a czas spędzony nad tekstem nie staje się automatycznie czasem intelektualnego rozwoju tylko dlatego, że człowiek przesuwa wzrokiem po kolejnych linijkach.
Wydaje mi się nawet, że współczesna kultura popełnia w tej sprawie pewien zasadniczy błąd, zamieniając ilość w jakość, statystykę w wartość, liczbę przeczytanych książek w dowód oczytania, a sam fakt kontaktu z tekstem w niemal moralną cnotę. Wystarczy przeczytać kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt książek rocznie, aby w mediach społecznościowych można było pokazać stosik, fotografię z kawą, zaznaczoną stronę, zakładkę, półkę zapełnioną nowościami i napisać, że „czytamy”, jak gdyby samo czytanie było już wystarczającym świadectwem kultury człowieka. Tymczasem można przeczytać bardzo dużo i pozostać na poziomie intelektualnym człowieka, który przeczytał niewiele, jeżeli lektura nie wymagała od nas żadnego wysiłku, nie poszerzyła języka, nie postawiła pytań, nie zmusiła do myślenia, nie nauczyła rozumienia świata, człowieka ani samego siebie. Można przeczytać sto książek i nie przeczytać ani jednej naprawdę ważnej, tak samo jak można przeczytać kilka książek w ciągu roku i przeżyć dzięki nim coś, co pozostanie z nami przez następne dziesięciolecia.

Bardzo często słyszę argument, że przecież nawet słaba książka jest lepsza niż żadna książka. To zdanie jest wygodne, sympatyczne i brzmi liberalnie, tolerancyjnie, a nawet demokratycznie, ale tylko pozornie jest prawdziwe. Oczywiście, nie zamierzam nikomu odbierać prawa do czytania tego, co sprawia mu przyjemność, ponieważ literatura nie jest egzaminem państwowym, a człowiek nie ma obowiązku po pracy sięgać po Prousta, Miłosza, Myśliwskiego czy Dostojewskiego. Nie o to chodzi. Problem zaczyna się wtedy, gdy z prawa do czytania czegokolwiek robimy argument, że wszystko, co zostaje wydrukowane i sprzedane jako książka, posiada mniej więcej tę samą wartość, a następnie na podstawie liczby przeczytanych egzemplarzy budujemy przekonanie o rozwoju czytelnictwa.

Czy naprawdę trzydzieści minut dziennie z dowolną książką automatycznie poszerza horyzonty? Nie. Trzydzieści minut dziennie może być bardzo dobrym nawykiem, może uspokajać, rozwijać koncentrację, dawać odpoczynek, dostarczać emocji, ale nie ma żadnego magicznego mechanizmu, który sprawia, że po trzydziestu minutach dziennie człowiek zaczyna stawać się erudytą. Erudycja nie jest produktem abonamentowym, którego można sobie zapewnić regularnym dawkowaniem dowolnego tekstu. Erudycja rodzi się przez lata, przez spotkanie z różnymi epokami, językami, autorami, ideami, historią, filozofią, sztuką, nauką, przez porównywanie, wracanie do książek, zmienianie własnych sądów i odkrywanie, że po dwudziestu czy trzydziestu latach czytania nadal bardzo niewiele wiemy. Można przecież przez wiele lat czytać wyłącznie rzeczy podobne do siebie i wytworzyć w głowie nie horyzont, lecz ciasny korytarz, po którym poruszamy się coraz szybciej, ale wciąż tylko w jednym kierunku.
Nie mam nic przeciwko książce lekkiej, rozrywkowej, sensacyjnej, romansowej czy popularnej, ponieważ literatura od zawsze miała także funkcję rozrywkową i nigdy nie była wyłącznie świątynią wielkich idei. Przedwojenne powieści zeszytowe, kryminały, romanse, literatura brukowa, sensacyjne historie, powieści przygodowe i różnego rodzaju czytadła także cieszyły się ogromnym powodzeniem, a przecież nikt rozsądny nie będzie twierdził, że wszystkie były arcydziełami. Różnica polega jednak na tym, że wiele dawnych książek, które z dzisiejszej perspektywy moglibyśmy uznać za literaturę niższego lotu, miało przynajmniej warsztat, konstrukcję, język, rytm, świadomość opowiadania, a przede wszystkim autora, który wiedział, że zdanie należy zbudować, dialog należy napisać, bohatera należy stworzyć, a historię trzeba umieć opowiedzieć.

Kiedyś z lekceważeniem mówiono o harlequinach i podobnych książkach, traktując je jako literaturę drugiego, a czasem nawet trzeciego obiegu. Można było się z nich śmiać, można było krytykować schematyczność fabuł, przewidywalność romansów, powtarzalność bohaterów czy sentymentalizm, ale nawet tam istniała pewna elementarna świadomość języka. Dzisiaj natomiast zdarza się, że książka, która trafia do księgarń, jest napisana tak, jakby autor dopiero uczył się budować zdanie, a redaktor uznał, że poprawienie błędu mogłoby naruszyć „indywidualny styl” twórcy. Interpunkcja zaczyna być traktowana jak dekoracja, składnia jak niepotrzebne ograniczenie, a poprawność językowa jak przeżytek z epoki, w której podobno pisano zbyt starannie.

I tutaj dochodzimy do rzeczy znacznie poważniejszej niż kwestia gustu. Książka jest także nauczycielem języka, nawet jeżeli czytelnik nie zdaje sobie z tego sprawy. Czytając, nasiąkamy składnią, rytmem zdań, słownictwem, sposobem budowania wypowiedzi, logiką argumentowania. Dlatego książka źle napisana może być czymś więcej niż tylko nieudaną książką. Może utrwalać złe nawyki językowe. Jeżeli młody człowiek przez lata czyta teksty, w których dialogi są sztuczne, zdania poszarpane, interpunkcja przypadkowa, a słownictwo ograniczone do kilkuset najbardziej eksploatowanych słów, to trudno oczekiwać, że z samego faktu czytania wyłoni się nagle jego bogaty język.

Można oczywiście powiedzieć, że przecież współczesny język się zmienia, że literatura nie musi przestrzegać dawnych norm, że pojawiają się nowe formy narracji, nowe środki wyrazu, nowe sposoby zapisu emocji i nowe gatunki. Wszystko to prawda, lecz nowoczesność nie oznacza bylejakości, tak samo jak eksperyment nie oznacza braku warsztatu. Można łamać zasady, kiedy się je zna. Można świadomie rozbijać składnię, jeżeli rozbicie składni jest środkiem artystycznym, można posługiwać się kolokwializmem, wulgaryzmem czy językiem ulicy, jeżeli wynika to z konstrukcji świata przedstawionego, ale czym innym jest świadome przekroczenie normy, a czym innym zwyczajna nieumiejętność pisania.

I chyba właśnie tego rozróżnienia najbardziej nam dzisiaj brakuje.

Kultura zaczęła bowiem traktować krytykę jako coś podejrzanego. Krytyk, który powie, że książka jest źle napisana, natychmiast może zostać oskarżony o snobizm, oderwanie od rzeczywistości, brak tolerancji dla nowych form albo zwyczajną niechęć do młodych autorów. A przecież krytyka literacka nie powstała po to, żeby wszystkim wystawiać świadectwa dobrego samopoczucia. Jej zadaniem jest rozpoznawanie wartości, wskazywanie problemów, interpretowanie dzieła, konfrontowanie go z tradycją, językiem, kulturą i współczesnością. Tymczasem coraz częściej zamiast krytyki mamy marketing.

Recenzja ma sprzedać książkę, a nie o niej naprawdę porozmawiać. Ma być krótka, najlepiej entuzjastyczna, najlepiej zawierać kilka zdań, które można wykorzystać w mediach społecznościowych, a na końcu powinno pojawić się coś w rodzaju: „koniecznie przeczytajcie”. Dłuższy tekst wymaga przecież czasu, zarówno od autora recenzji, jak i od odbiorcy. Trzeba przeczytać książkę, zastanowić się nad nią, znaleźć kontekst, sprawdzić, czy autor rzeczywiście powiedział coś nowego, przyjrzeć się językowi, konstrukcji, bohaterom, kompozycji. Znacznie łatwiej napisać kilka zdań na podstawie noty wydawcy, opisu z okładki albo materiału promocyjnego. W ten sposób powstaje osobliwy obieg literacki, w którym książki są opisywane przez ludzi, którzy czasami niewiele mają do powiedzenia o ich rzeczywistej zawartości. A przecież kiedyś recenzja mogła być wydarzeniem sama w sobie. Mogła otwierać dyskusję, polemizować z autorem, bronić książki albo ją rozbierać na części pierwsze. Mogła być tekstem literackim, intelektualnym i krytycznym jednocześnie. Dzisiaj długi tekst często przegrywa z kilkoma zdaniami opublikowanymi w internecie, ponieważ odbiorca nie ma czasu, cierpliwości albo po prostu został przyzwyczajony do natychmiastowości.

W tym sensie ogromną zmianę przyniosła również sztuczna inteligencja. Nie dlatego, że sama w sobie jest złem, lecz dlatego, że może bardzo łatwo produkować tekst pozornie poprawny, lecz pozbawiony indywidualnego doświadczenia, ryzyka, własnego głosu i rzeczywistej potrzeby powiedzenia czegoś od siebie. Jeżeli ktoś zacznie traktować AI jako maszynę do produkowania książek, opowiadań, wierszy, esejów czy recenzji, otrzymamy sytuację, w której ilość tekstu może rosnąć szybciej niż ilość rzeczywiście istotnych treści. A wtedy problem kiepskiej literatury może stać się jeszcze większy, bo przestaniemy mieć do czynienia tylko z człowiekiem, który źle pisze. Możemy mieć człowieka, który nawet nie pisze, tylko produkuje tekst.

To zresztą prowadzi do bardzo ciekawego paradoksu. Z jednej strony narzekamy, że ludzie nie czytają, z drugiej strony zalewa nas coraz większa ilość tekstów. Książki, wpisy, komentarze, recenzje, artykuły, posty, newslettery, blogi, publikacje cyfrowe, treści generowane automatycznie – nigdy w historii człowiek nie miał prawdopodobnie tak wielkiego dostępu do słowa pisanego, a jednocześnie nigdy tak łatwo nie można było zagubić się w morzu słów, w którym ilość przestaje być gwarancją znaczenia.

Podobny proces widzimy w muzyce i malarstwie. Wystarczy powiedzieć, że „najważniejsze, żeby słuchać muzyki”, a właściwie przestajemy rozmawiać o muzyce. Najważniejsze, żeby oglądać obrazy – i znowu nie pytamy, jakie obrazy, dlaczego zostały namalowane, jakim językiem plastycznym, z jaką świadomością tradycji, warsztatu i formy. To tak, jakbyśmy powiedzieli, że nieważne, czy człowiek je dobry posiłek, czy codziennie zjada wyłącznie produkty pozbawione wartości odżywczych, bo przecież „najważniejsze, że coś je”. Oczywiście jest to uproszczenie, ale pokazuje problem: kontakt z kulturą nie jest wartością całkowicie niezależną od jakości tej kultury.

Nie chodzi przy tym o tworzenie zamkniętego kanonu, do którego dostęp mieliby tylko ludzie z odpowiednim wykształceniem, ani o powrót do czasów, kiedy ktoś z góry decydował, co jest kulturą wysoką, a co niską. Chodzi o coś znacznie prostszego: o przywrócenie prawa do powiedzenia, że coś jest słabe. Bez tego kultura zaczyna przypominać miejsce, w którym każdy otrzymuje medal za samo pojawienie się na starcie.

Dochodzi do tego jeszcze jeden szczególny rodzaj współczesnego snobizmu: snobizm ilości. Dawniej człowiek chciał uchodzić za oczytanego, ponieważ znał książki. Dzisiaj czasami wystarczy, że pokaże, ile ich przeczytał. Liczba stała się dowodem jakości. Im więcej przeczytanych pozycji, tym większy prestiż. Można odnieść wrażenie, że niektórzy czytelnicy nie czytają już dla książek, lecz dla statystyki własnego czytelnictwa. Książka staje się kolejną jednostką w cyfrowym rachunku własnej aktywności. A przecież czytanie powinno być również spotkaniem. Z drugim człowiekiem, z innym czasem, z innym sposobem myślenia, czasami z własną niewiedzą. Dobra książka nie zawsze jest przyjemna. Czasami irytuje, czasami zmusza do powrotu do poprzedniej strony, czasami sprawia, że trzeba sprawdzić nazwisko, wydarzenie historyczne, filozoficzne pojęcie albo znaczenie słowa. Czasami czytamy jedną stronę kilka razy, bo autor powiedział coś, czego nie można od razu przyswoić. I właśnie wtedy literatura zaczyna naprawdę pracować w człowieku.

Nie jestem też zwolennikiem przekonania, że każda książka musi być ponura, trudna i „wysoka”, aby miała wartość. Literatura może bawić, wzruszać, odpoczywać razem z czytelnikiem, opowiadać historię miłosną, kryminalną czy przygodową, może być lekka i przyjemna, ale nawet lekkość wymaga kunsztu. Najtrudniej jest przecież napisać książkę, którą czyta się łatwo, a która nie jest głupia. Najtrudniej opowiedzieć prostą historię prostym językiem, nie popadając w banał. Najtrudniej wzruszyć bez szantażu emocjonalnego, opisać erotykę bez wulgarności, przemoc bez epatowania okrucieństwem, samotność bez melodramatu i śmierć bez taniego efektu.

Tymczasem współczesna literatura popularna często przekracza te granice, ponieważ szok łatwiej sprzedać niż subtelność. Wulgaryzm przyciąga uwagę, brutalność daje szybkie emocje, seks zwiększa zainteresowanie, przemoc pozwala zbudować atmosferę, a przekroczenie kolejnej granicy można przedstawić jako odwagę artystyczną. Oczywiście nie oznacza to, że wulgaryzmy, seks czy przemoc nie mają miejsca w literaturze. Mają i zawsze miały. Problemem nie jest ich obecność, ale sytuacja, w której stają się substytutem literackiej wartości.

Można przecież opisać tragedię bez epatowania krwią. Można opowiedzieć o erotyce bez zamieniania powieści w katalog fizjologicznych szczegółów. Można pokazać brutalność wojny tak, że czytelnik będzie ją pamiętał przez całe życie, choć autor nie będzie musiał co drugą stronę przedstawiać kolejnego aktu przemocy. Dawna literatura również znała cierpienie, śmierć, zdradę, pożądanie, przestępstwo i okrucieństwo, ale często potrafiła je opowiedzieć językiem, który pozostawiał miejsce dla wyobraźni czytelnika.  I może właśnie tego miejsca dla wyobraźni zaczyna nam brakować.

Wszystko musi być pokazane, nazwane, dopowiedziane, opisane do końca, najlepiej bez żadnej tajemnicy. Czytelnik nie ma już niczego sobie wyobrażać, ponieważ autor zrobi to za niego. Bohater nie może być niedopowiedziany, emocja musi zostać nazwana, cierpienie opisane, pożądanie rozłożone na szczegóły, a przemoc pokazana w taki sposób, żeby nikt nie miał wątpliwości, co dokładnie się wydarzyło. Tymczasem wielka literatura bardzo często działa odwrotnie: pokazuje mniej, aby czytelnik mógł przeżyć więcej.

I tak dochodzimy do pytania, którego nie lubimy zadawać: kto właściwie czyta tę literaturę? Nie dlatego, żeby kogokolwiek zawstydzać czy odbierać mu prawo do własnego gustu, ale dlatego, że gust również jest czymś, co się kształtuje. Jeżeli przez lata karmimy się wyłącznie produktem literackim opartym na tych samych schematach, języku, emocjach i bodźcach, trudno oczekiwać, że nagle zaczniemy poszukiwać czegoś bardziej wymagającego. Rynek odpowiada przecież na zapotrzebowanie, a zapotrzebowanie można również tworzyć. Dlatego wydawcy, krytycy, nauczyciele, bibliotekarze, recenzenci, dziennikarze i sami autorzy ponoszą pewną odpowiedzialność za to, co dzieje się z kulturą czytelniczą. Nie chodzi o cenzurowanie, zakazywanie ani wskazywanie ludziom, co mają czytać. Chodzi o to, aby przestać udawać, że każda książka jest równie dobra tylko dlatego, że ktoś ją wydał.

Warto także powiedzieć coś, co w dzisiejszych czasach brzmi niemal staroświecko: książka powinna być dobrze napisana. Nie jest to żądanie konserwatywne, pruderyjne ani „dziaderskie”. To żądanie elementarnego szacunku dla języka i czytelnika. Jeżeli ktoś napisze powieść, w której znajduje się dużo seksu, przemocy i wulgaryzmów, ale zrobi to świetnie, z przekonującą konstrukcją artystyczną, właściwym rytmem, świadomym językiem i prawdziwą myślą, trudno mieć pretensję o samą tematykę. Jeżeli jednak te elementy mają zastąpić literaturę, to pozostaje pytanie, po co właściwie tę książkę wydano.

Nie bójmy się więc powiedzieć, że kiepskie książki nie są dobrym lekarstwem na nieczytanie. Być może mogą być pierwszym krokiem dla niektórych osób, być może ktoś zacznie od prostego romansu i za kilka lat sięgnie po wielką powieść, ale nie wolno z wyjątku robić zasady. Nie możemy budować polityki czytelniczej i kultury literackiej na przekonaniu, że każda przeczytana strona ma identyczną wartość, bo przecież nie chodzi o to, żeby człowiek tylko czytał. Chodzi o to, żeby po przeczytaniu książki był choć trochę innym człowiekiem niż przed jej otwarciem. Czasami wystarczy jedna książka, jeden wiersz, jedno zdanie, które zostanie z nami na całe życie. Czasami potrzebujemy dziesięciu książek, żeby zrozumieć jedną rzecz, a czasami czytamy przez lata i dopiero po czasie odkrywamy, że jakaś książka, którą kiedyś odłożyliśmy jako niezrozumiałą, była właśnie tą, do której powinniśmy wrócić. Tak rodzi się prawdziwe czytelnictwo: nie z licznika książek, nie z fotografii stosiku na Instagramie, nie z pochwały statystycznego wzrostu, lecz z cierpliwego obcowania ze słowem. I dlatego nie przekonuje mnie argument, że „ważne, żeby w ogóle czytać”. Owszem, czytajmy, ale uczmy się również wybierać. Czytajmy różnorodnie, czytajmy także rzeczy trudne, czytajmy klasyków i współczesnych autorów, czytajmy książki popularne, ale nie bójmy się ich oceniać, czytajmy poetów, których nie rozumiemy od razu, wracajmy do autorów, których kiedyś nie doceniliśmy, poznawajmy literaturę innych kultur, ale przede wszystkim odzyskajmy prawo do słowa „dobre” i „złe”, bo bez kryteriów wszystko staje się jednakowe. A jeżeli wszystko jest dobre, to w istocie nic nie jest dobre.

I być może właśnie tutaj kryje się największy paradoks współczesnego czytelnictwa: możemy mieć coraz więcej ludzi, którzy czytają, i jednocześnie coraz mniej ludzi, którzy naprawdę czytają literaturę. Możemy mieć pełne księgarnie, półki uginające się od nowości, rekordowe premiery, setki festiwali, dziesiątki nagród, miliony wyświetleń recenzji i opinii, a mimo to tracić coś, co przez wieki było najważniejszą funkcją książki – zdolność do kształtowania języka, smaku, wyobraźni, pamięci i samodzielnego myślenia.

Nie jestem więc przeciwnikiem czytania. Wręcz przeciwnie. Jestem przeciwnikiem przekonania, że samo czytanie wystarczy. Tak samo jak nie wystarczy słuchać muzyki, żeby rozumieć muzykę, oglądać obrazy, żeby rozumieć sztukę, ani chodzić do teatru, żeby rozumieć teatr. Kultura zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek przestaje być wyłącznie konsumentem i zaczyna być uczestnikiem, kiedy potrafi nie tylko powiedzieć „podobało mi się”, ale również „dlaczego”, kiedy potrafi zachwycić się jednym zdaniem i odrzucić sto innych, kiedy umie dostrzec różnicę między prostotą a prostactwem, nowoczesnością a bylejakością, odwagą artystyczną a zwyczajnym epatowaniem, eksperymentem a brakiem warsztatu.

I może właśnie o to powinniśmy dzisiaj zawalczyć najbardziej: nie o to, aby czytać więcej, lecz aby czytać mądrzej. Nie o to, aby zwiększać słupki, lecz aby podnieść poprzeczkę, także nie o to, aby każdemu powiedzieć, że każda książka jest dobra, lecz aby przywrócić kulturze prawo do wymagania od autora czegoś więcej niż samego faktu zapisania kilkuset stron.

Bo książka jest czymś zbyt poważnym, aby wystarczyło, że istnieje.

Andrzej Dębkowski

Fot. Andrzej Walter

 

 

Plakat

 

Plakat
Andrzej Dębkowski 

 

Światło, które nie poddaje się burzy  

 

Poezja Pawła Szeligi z tomu „Burza świecy nie pokona” wyrasta z pamięci, ale nie jest poezją zamkniętą w przeszłości. Pamięć jest tutaj raczej żywym organizmem, który oddycha razem z człowiekiem, wraca niespodziewanie w zapachu lawendy, w suchym szeleście fasolowych łupin, w śladzie obrączki pozostawionym na palcu, w dziecięcym spojrzeniu dziewczynki prowadzącej dziadka przez listopadowy park, w pomruku pralki przypominającym nocną obecność rodziców, w światle świecy wystawionej przez babcię podczas burzy, a więc w rzeczach pozornie zwyczajnych, które dopiero po latach ujawniają swój ciężar emocjonalny i swoją prawdziwą wartość. Szeliga patrzy na świat człowieka poprzez szczegół, ale nigdy nie zatrzymuje się na samym szczególe, ponieważ każda rzecz, nawet najdrobniejsza, prowadzi u niego dalej: ku dzieciństwu, śmierci, miłości, samotności, przemijaniu, wierze, pamięci i temu szczególnemu rodzajowi nadziei, który nie potrzebuje wielkich deklaracji, ponieważ wystarcza mu mały płomień, zapalony w odpowiednim momencie przez czyjąś rękę.

Już sam tytuł „Burza świecy nie pokona” można potraktować jako klucz do całego tomu, ponieważ zawiera w sobie najważniejszą zasadę tej poezji: żywioł może być potężniejszy od człowieka, może łamać drzewa, rozcinać niebo błyskawicami, wdzierać się w dom, odbierać ludzi, rozdzierać związki, niszczyć poczucie bezpieczeństwa i prowadzić człowieka ku doświadczeniom, wobec których pozostaje bezbronny, ale istnieje w nim coś, czego nie można łatwo zniszczyć. Świeca jest tutaj czymś znacznie większym niż przedmiotem religijnym czy elementem dziecięcego wspomnienia. Jest znakiem trwania, obecności, pamięci i ludzkiej potrzeby, by nawet wobec największego chaosu ocalić choćby najmniejszy punkt światła. Burza jest zewnętrzna i wewnętrzna zarazem, świeca zaś należy do tego, co najbardziej intymne, co człowiek przechowuje w sobie i czym może ogrzać własną pamięć wtedy, gdy świat wokół niego staje się zimny.

Wiersz otwierający tom ma właśnie tę niezwykłą właściwość, że z dziecięcego wspomnienia buduje metaforę całego ludzkiego życia. Obraz babci wystawiającej w oknie święty obraz i zapaloną gromnicę podczas burzy jest prosty, niemal archetypiczny, a jednocześnie niezwykle sugestywny, bo w tej scenie zawiera się cały dawny świat, w którym wiara nie była abstrakcyjnym pojęciem, lecz częścią codzienności, sposobem oswajania lęku i próbą przywrócenia człowiekowi poczucia, że nawet wobec sił natury nie jest całkowicie samotny. Dziecko siedzące przy szybie patrzy na targane wiatrem drzewa, na przyginane do ziemi malwy i siekane deszczem słoneczniki, a więc obserwuje świat, który nagle przestaje być bezpieczny. Jednak obok niego płonie świeca. To wystarcza. Nie dlatego, że rzeczywiście może zatrzymać burzę, lecz dlatego, że pozwala dziecku uwierzyć, iż istnieje granica między chaosem świata a wnętrzem domu. I właśnie z tej dziecięcej wiary rodzi się później dorosła pamięć, która wie już, że burz nie można zatrzymać, ale można próbować ocalić światło.

W wielu wierszach Szeligi światło i ciemność pozostają w nieustannym napięciu, ale poeta nie buduje z tego łatwej opozycji dobra i zła, ponieważ jego doświadczenie jest znacznie bardziej skomplikowane. Ciemność bywa samotnością, pamięcią, śmiercią, lękiem, pustką, ale może być również przestrzenią intymności, w której spotykają się dwoje ludzi, jak w „Erotyku księżycowym”, gdzie noc nie jest zagrożeniem, lecz materią miłości. Światło natomiast może być nadzieją, ale czasem jest również bolesnym przypomnieniem tego, co minęło. Dlatego u Szeligi świat nie jest zbudowany z prostych przeciwieństw. Wszystko przechodzi w coś innego, tak jak ogień przechodzi w popiół, dzieciństwo w dorosłość, obecność w nieobecność, miłość w pamięć, a człowiek w ślad pozostawiony w cudzym życiu.

Najbardziej przejmującą warstwę tomu stanowią wiersze poświęcone rodzicom, szczególnie ojcu, którego obecność jest jednocześnie fizyczna i już naznaczona przeczuciem odejścia. Jak wiozłem go na śmierć należy do tych utworów, których siła wynika z powściągliwości. Nie ma tutaj rozbudowanej scenografii śmierci ani retorycznych deklaracji rozpaczy, jest natomiast drewniany trzonek młotka, na którym pozostały ślady krwi ojca, człowieka przyzwyczajonego do bólu, pracy i milczenia. To niezwykle charakterystyczny dla Szeligi sposób budowania emocji: zamiast mówić, że ojciec był silny, pokazuje jego skaleczenie i fakt, że pracował dalej, zamiast mówić, że był człowiekiem zahartowanym, pokazuje, że nigdy się nie skarżył. Kiedy więc pojawia się telefon z informacją o bólu i konieczności wyjazdu do szpitala, syn już wie, choć właściwie nie chce tego wiedzieć, że rozpoczyna się podróż w jedną stronę.

Najbardziej bolesne jest w tym wierszu nie samo zdanie o śmierci, lecz świadomość, że po podróży ojca pozostaje podróż syna, który wraca do „innego domu”. To jedno z tych zdań, które odsłaniają prawdziwy wymiar straty: śmierć bliskiej osoby nie kończy się wraz z pogrzebem, ponieważ zmienia geografię naszego życia. Ten sam dom przestaje być tym samym domem, te same przedmioty zaczynają znaczyć coś innego, a codzienność zostaje pozbawiona jednej z najważniejszych osób, przez co nawet powrót staje się formą wygnania.

W „Żółtym warkoczu wosku” pamięć zostaje zamieniona w obraz niemal surrealistyczny, ale mocno zakorzeniony w rzeczywistości. Wosk wypływający ze znicza staje się warkoczem, który przywołuje marzenie babci, a cmentarna scena zostaje ożywiona przez pamięć tak silną, że rzeczy przestają być martwe. Znicz, płomień, wosk, grób i wrony tworzą przestrzeń, w której przeszłość nie jest zakończona, lecz nadal rozmawia z żyjącym. W tej poezji zmarli nie wracają jako zjawy, lecz jako obrazy, zapachy, przedmioty i gesty, które pozostają w człowieku długo po tym, kiedy ich właściciele odchodzą.

Podobnie skonstruowany jest wiersz pt. „Z suchym szelestem fasolowych łupin”, jeden z najbardziej poruszających utworów tomu. Ojciec siedzący nad koszem pełnym suchych strąków fasoli, obietnica, że „ołuskam i dostaniesz na zimę”, a potem nagłe, niemal niezauważalne odejście, które poeta zamyka w obrazie „suchego szelestu fasolowych łupin”, jest przykładem niezwykłej umiejętności Szeligi do odnajdywania wielkiej tragedii w zwykłym przedmiocie. Śmierć nie przychodzi tutaj z hukiem. Nie potrzebuje dramatycznej sceny. Przychodzi wraz z ciszą po czyimś głosie, z pustym miejscem przy stole, z przedmiotem, który jeszcze przed chwilą należał do codzienności.

Jeszcze bardziej przejmująca jest „Przeprowadzka”, ponieważ poeta dotyka w niej jednego z najbardziej bolesnych rytuałów po śmierci bliskiego człowieka: porządkowania jego rzeczy. Matka pyta o koszulę ojca, która prawie nie była noszona, a syn zabiera ją ze sobą i chowa głęboko w szafie, „poza zasięg rąk”, jakby bał się zarazić śmiercią. Jest w tym obrazie niezwykła prawda psychologiczna. Człowiek po stracie nie chce od razu rozstać się z rzeczami zmarłego, ale jednocześnie nie potrafi ich dotknąć bez świadomości, że dotyka już świata, którego właściciel nie istnieje. Koszula jest więc jednocześnie pamiątką i zagrożeniem, dowodem obecności i dowodem nieobecności.

W tym świecie matka jest innym rodzajem strażniczki pamięci. Modlitwa matki należy do utworów, w których religijność nie zostaje przedstawiona jako doktryna, lecz jako doświadczenie codzienne, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Matka modli się, syn pyta z wyrzutem, dlaczego mimo jej modlitw w jego życiu ciągle pojawia się burza i sztorm, a odpowiedź matki odwraca perspektywę: może właśnie dzięki jej modlitwie łódź jeszcze nie rozbiła się o skały. To bardzo prosty dialog, ale pod nim kryje się wielka kwestia ludzkiego doświadczenia: nigdy nie jesteśmy w stanie wiedzieć, przed czym uchroniła nas czyjaś troska, modlitwa, miłość albo obecność. Możemy dostrzec tylko katastrofy, które się wydarzyły, natomiast nie znamy tych, które się nie wydarzyły.

Szeliga bardzo często wraca do dzieciństwa, ale nie czyni tego z pozycji człowieka, który chce jedynie odtworzyć utracony raj. Jego dzieciństwo jest pełne światła, zapachów, roślin, prostych przedmiotów i rodzinnego ciepła, lecz zarazem jest miejscem, do którego nie można powrócić inaczej niż przez pamięć. Dziewczynka i dziadek pokazuje dwa końce ludzkiego życia, które spotykają się w jednym geście. Dziewczynka objaśnia dziadkowi świat, tłumaczy mu, dlaczego chleb nie jest dobry dla ptaków, wskazuje żołędzie pozostawione przez wiewiórki, a potem chwyta jego rękę. To ona prowadzi go w przestrzeni, choć przecież to on wcześniej przeszedł drogę, którą ona dopiero zaczyna. Szeliga odwraca więc naturalny porządek pokoleń i pokazuje, że człowiek pod koniec życia może potrzebować dziecięcej dłoni tak samo, jak dziecko potrzebuje dłoni dorosłego.

W tym sensie „Maratończyk” jest jednym z ważnych ogniw całego tomu, ponieważ czas zostaje tutaj przedstawiony jako zawodnik, którego nie można dogonić. Kobieta wspomina dzieciństwo, bieganie po łące, bukiety chabrów, rumianków i maków, jesienne liście, a następnie wypowiada zdanie, że życie jest jak maratończyk o siwych włosach, który im jest starszy, tym szybciej dobiega do mety. Metafora jest czytelna, ale nie banalna, ponieważ wynika z doświadczenia, a nie z filozoficznego popisu. Szeliga nie potrzebuje skomplikowanych konstrukcji intelektualnych, aby powiedzieć coś ważnego o przemijaniu. Wystarczy mu obraz człowieka, który pewnego dnia odkrywa, że dzieciństwo, które wydawało się odległą epoką, jest właściwie sąsiednim pokojem pamięci.

Jednym z najważniejszych tematów książki pozostaje samotność, która w wierszu „Jak miękki budyń snu” otrzymuje szczególnie przejmującą postać. Samotność nie jest tutaj abstrakcją, lecz ma dźwięk, zapach i fakturę. W pustym mieszkaniu pozostają mszyce, rybiki cukrowe, talerz, widelec, nóż i pralka, której ciepły pomruk staje się namiastką ludzkiej obecności. To właśnie w tym miejscu poeta osiąga jeden z najbardziej interesujących efektów tomu, ponieważ techniczny, banalny przedmiot zostaje przemieniony w znak bezpieczeństwa z dzieciństwa. Pomruk pralki przypomina rozmowę rodziców za ścianą, a więc człowiek dorosły, samotny i bezradny wobec pustki, próbuje odnaleźć dawne poczucie bezpieczeństwa w dźwięku urządzenia, który przypadkiem przypomina głosy nieobecnych już rodziców.

W „Kieszeniach pełnych wspomnień” Szeliga formułuje wręcz własną filozofię pamięci. Dobre wspomnienia są jak kasztany, które można upychać w kieszeniach, złe natomiast ciągną człowieka ku ziemi. Ta metafora mogłaby łatwo stać się sentymentalna, ale poeta ratuje ją konkretem, mówiąc o piorunochronie, krawcu czasie, mocnej nici, duchu lęku i wampirze bólu. Pamięć nie jest więc wyłącznie archiwum, ale ciężarem, który człowiek niesie przez życie i którego nie może po prostu wyrzucić. Można jedynie próbować tak go ułożyć, aby nie przeszkadzał i nie niszczył możliwości dalszej drogi.

Właśnie dlatego szczególnie ciekawie brzmią w tomie wiersze miłosne, ponieważ pojawiają się one jak przestrzeń odrodzenia po doświadczeniu straty. „Ubrana tylko w szal porannej rosy”, „Biegnę czekać”, „Erotyk księżycowy” czy „Płonące nietoperze” pokazują, że człowiek może próbować odbudować swoje życie poprzez bliskość drugiej osoby. W „Biegnę czekać” wystarcza właściwie jedno zdanie, aby miłość stała się językiem poezji: osoba mówiąca „biegnę czekać” nie pisze wierszy, ale sama mówi poezję. To bardzo charakterystyczne dla Szeligi przekonanie, że poezja nie zaczyna się na papierze, lecz w sposobie przeżywania świata. Można nie napisać ani jednego wiersza, a jednak żyć poetycko, jeśli potrafi się dostrzec piękno w drugim człowieku i wypowiedzieć zwykłe słowa w taki sposób, że rozświetlają noc.

„Erotyk księżycowy” z kolei przynosi do tomu sensualność, ale nie jest ona celem samym w sobie. Ciało staje się częścią nocnego krajobrazu, a bliskość dwojga ludzi wpisuje się w większy pejzaż natury. Księżyc, oddech, okno, puszczyk, ciemność i ciało tworzą jedną przestrzeń. Szeliga nie rozbija jej na osobne elementy, lecz sprawia, że natura i człowiek wzajemnie się dopełniają. W tej poezji erotyzm jest przede wszystkim doświadczeniem obecności, a nie demonstracją cielesności.

Jednocześnie autor nie pozwala, aby miłość została przedstawiona wyłącznie jako ocalenie. „Płonące nietoperze” przynoszą obraz ogniska, które miało ogrzać, ale „spaliło nasz świat”. To bardzo ważny motyw, bo pokazuje, że nawet rzeczy dające ciepło mogą stać się źródłem zniszczenia. Miłość nie zawsze kończy się spokojnym powrotem do domu, czasami pozostawia po sobie popiół, który wiatr rozwleka po świecie. A jednak fakt, że ognisko zostało rozpalone, że istniało ciepło i wspólna chwila, pozostaje częścią pamięci. Szeliga nie próbuje więc wygładzać ludzkich doświadczeń. Wie, że to, co najpiękniejsze, może być równocześnie najbardziej kruche.

Bardzo interesujący jest również sposób, w jaki poeta mówi o śmierci. W Będziesz osoba odchodząca obiecuje powrót w różnych postaciach: kwiatu, ptaka, anioła, ale mówiący konsekwentnie odrzuca te możliwości, ponieważ nie chce zastępczych znaków obecności. Dopiero na końcu pojawia się zgoda na jedną możliwość: „nie będę szukał twoich śladów / tylko po nich pójdę”. To niezwykle mocne zakończenie, ponieważ śmierć nie zostaje tutaj pokonana, ale zostaje wpisana w dalszą drogę żyjącego. Nie chodzi o to, aby udawać, że zmarły nadal jest obecny w taki sam sposób jak wcześniej, lecz o to, aby jego ślady stały się częścią kierunku, w którym człowiek będzie dalej szedł.

Wiersz „Ile jest Boga” należy natomiast do tych miejsc tomu, w których Szeliga stawia pytania bez potrzeby natychmiastowego udzielania odpowiedzi. Przydrożny świątek, staruszka wracająca z targu, wędrowiec szukający cienia, figura Chrystusa Frasobliwego i człowiek, który sam mówi „nie widzę w nim boga”, tworzą przestrzeń bardzo polską, ale jednocześnie uniwersalną. Bóg nie zostaje tutaj zamknięty w deklaracji wiary. Pojawia się jako pytanie, jako spojrzenie, jako obecność, której jeden człowiek doświadcza, a drugi nie potrafi rozpoznać. Charakterystyczne jest jednak zakończenie, w którym podmiot, schodząc w dolinę, czuje, że ktoś odprowadza go wzrokiem. To znów nie jest odpowiedź teologiczna, lecz doświadczenie tajemnicy.

Natura w tomie Szeligi nie jest dekoracją. Jest jednym z głównych bohaterów tej książki, a zarazem językiem, którym poeta opowiada o człowieku. Rzeka pamięta i nie pamięta, las może być miejscem lęku albo schronienia, żurawie otwierają jesienne niebo, mróz staje się malarzem, śliwa jest „uwięziona”, a wiatr może zerwać z człowieka skorupę przeszłego życia. W „Pamięci rzeki” pojawia się jedna z najbardziej konsekwentnych refleksji nad przemijaniem. Rzeka nie będzie pamiętać naszych stóp, poruszonego kamienia, zmąconego mułu ani chłodu, który dawała nam w letnie popołudnie. Płynie dalej, podobnie jak człowiek zmierza ku końcowi. Jest w tym świadomość całkowitej nietrwałości ludzkiego istnienia, ale nie ma nihilizmu. Przeciwnie, skoro rzeka nie pamięta, tym bardziej ważne staje się to, co pamięta człowiek.

„Żurawie”, „Na łące wielkich talerzy łopianów”, „Malarz mróz”, „Taki jest mój las” czy „Za plecami klonu” pokazują, że Szeliga posiada wyraźną wyobraźnię malarską. Jego pejzaże są budowane przede wszystkim przez kolor, ruch i światło. Las płonie żółtym i rudym ogniem, żurawie wyłaniają się z mgły, mróz pokrywa szybę labiryntem zimowych obrazów, a jesień staje się spektaklem. Nie chodzi jednak wyłącznie o estetyzację przyrody, ponieważ za każdym pejzażem czai się człowiek. W „Takim jest las”, który dawniej wyglądał jak szubienice, staje się miejscem bezpiecznym, pełnym buków, brzóz, jodeł i miękkiego mchu, lecz gdzieś na prześcieradle porannej mgły nadal pojawiają się złowrogie kikuty. To jeden z najbardziej dojrzałych obrazów psychologicznych w książce: człowiek może odzyskać świat, ale nie może wymazać wszystkiego, co kiedyś go zraniło.

Szeliga jest poetą, który bardzo świadomie posługuje się metaforą. Czasami metafory są szerokie, niemal filmowe, czasami bardzo konkretne i oparte na przedmiocie. Jego język chętnie sięga po porównania z natury, ale również po obrazy zaczerpnięte z codzienności. Kasztany, fasolowe łupiny, koszula, młotek, gencjana, pralka, obrączka, telefon, lodówka czy foremka do ciasta nie są dla niego martwymi rekwizytami. Każdy przedmiot ma własną historię, a człowiek poprzez kontakt z nim uruchamia pamięć. Dzięki temu poezja Szeligi jest bardzo zmysłowa, bo świat nie istnieje tutaj wyłącznie jako myśl, lecz także jako zapach, dźwięk, dotyk, temperatura i kolor.

Szczególnie mocno widać to w „Czternastu karatach”, jednym z najbardziej interesujących społecznie i psychologicznie utworów tomu. Sprzedana obrączka, czternaście karatów i konkretna suma pieniędzy mogłyby być początkiem banalnej opowieści o rozpadzie związku, tymczasem Szeliga przenosi uwagę z wartości materialnej na ślad, jaki małżeństwo pozostawiło w ciele. „Rów mariański” odciśnięty na palcu staje się metaforą całej historii, której nie można po prostu wymazać wraz ze zdjęciem obrączki. Później pojawia się kloszard karmiący gołębie i właśnie tutaj następuje niezwykłe przesunięcie perspektywy: człowiek, który prawdopodobnie sam niewiele posiada, posiada coś, czego brakuje bohaterowi w tej chwili najbardziej – łagodność i zdolność do bezinteresownego gestu. Miłość przestaje być więc symbolem zapisanym w drogim kruszcu, a staje się gestem skierowanym ku istocie słabszej.

Także „Matka Polka fejsbukowa” pokazuje, że Szeliga potrafi wyjść poza prywatną pamięć i spojrzeć krytycznie na współczesność. Jest to wiersz o różnicy między obrazem życia a samym życiem, między fotografią przygotowaną dla innych a prawdziwą bliskością. Dziecko staje się tutaj niemal rekwizytem w przedstawieniu internetowej troski, podczas gdy prawdziwa więź pojawia się w geście babci, która bierze dziecko za rękę i prowadzi je do kuchni. To bardzo współczesny utwór, ponieważ dotyka problemu, który wykracza poza konkretną platformę czy modę: coraz częściej pokazujemy innym, że kochamy, zamiast po prostu kochać.

Jeszcze ostrzej społeczny ton pojawia się w krótkim obrazie biedy, której twarz ma „pustą lodówkę” i „smak jogurtu o obniżonej cenie”. Jest to poezja, która nie potrzebuje publicystycznego komentarza, aby powiedzieć coś o nierównościach społecznych. Podobnie Emerytura polska pokazuje starszą kobietę liczącą drobne pieniądze przy sklepowej kasie i moment, w którym przypadkowa osoba proponuje pomoc. Szczególnie wymowne jest zestawienie biedy z luksusem znajdującym się w wózku innej osoby. Poeta nie prowadzi wykładu o ekonomii, lecz pokazuje człowieka, którego godność zostaje wystawiona na próbę w najbardziej zwyczajnym miejscu, w sklepie, między mlekiem a serem.

Polityka jest natomiast krótkim, ironicznym komentarzem do świata obietnic. Kamień zostaje zastąpiony bryłą lodu, ponieważ lód jest bardziej efektowny, mieni się kolorami i szybko zapomina to, co zostało na nim zapisane. Wystarczy jednak promień słońca, aby wszystko spłynęło. To jedna z tych metafor, które nie wymagają dodatkowego objaśnienia, ponieważ jej sens jest czytelny: polityczne obietnice mogą wyglądać atrakcyjnie w chwili prezentacji, ale ich trwałość jest czymś zupełnie innym. Wiersz pozostaje jednak na poziomie obrazu, nie zamienia się w agitację, co dobrze współgra z ogólną zasadą tego tomu, w którym poeta przede wszystkim obserwuje.

Ważną częścią książki są także podróże. „Miasto ciszy”, „Starcie tytanów”, „Oczy Ozyrysa”, utwór o zatoce Ghajn Tuffieha oraz „Wracając do Aberdeen” poszerzają przestrzeń tomu poza polski krajobraz pamięci. Malta i Aberdeen nie są jednak pocztówkami z podróży. Poeta patrzy na miejsca poprzez własną wrażliwość i natychmiast wpisuje je w swoje podstawowe tematy: czas, pamięć, przemijanie, zachwyt, żywioł. Mdina jest miastem, w którym zatrzymał się czas, a człowiek może się w niego „wtopić”. Nad Maltą błękit nieba ściera się z turkusem morza jak w walce tytanów, natomiast Aberdeen otwiera się na północne morze, którego potęga zostaje zestawiona z łagodnością powracającego światła. Nawet podróż jest więc u Szeligi sposobem rozmowy z samym sobą.

Właśnie w tym miejscu można dostrzec jedną z najważniejszych cech tomu „Burza świecy nie pokona”: niezależnie od tego, czy poeta mówi o domu rodzinnym, cmentarzu, sklepie, lesie, morzu, Malcie, Aberdeen czy rzece, właściwym bohaterem pozostaje człowiek i jego pamięć. Krajobraz zmienia się, ale podstawowe pytania pozostają podobne. Co zostaje po człowieku? Czy można ocalić bliskość po śmierci? Czy pamięć jest błogosławieństwem, czy ciężarem? Czy miłość może naprawdę zagoić rany? Czy człowiek potrafi pogodzić się z przemijaniem? Czy można przejść przez życie, nie unikając burz?

Odpowiedź, która wyłania się z całego tomu, nie jest ani łatwym optymizmem, ani rozpaczą. Jest raczej zgodą na nieuchronność burzy przy jednoczesnym przekonaniu, że człowiek powinien chronić własny płomień. Bardzo dobrze wyraża to utwór o przechodzeniu przez strumień, plażę i las, który staje się rodzajem poetyckiego credo: nie należy przechodzić przez życie „suchą nogą”, ponieważ trzeba się zmoczyć, zranić stopę, poślizgnąć, dotknąć szorstkiej kory, poczuć mech na ranie i wejść w doświadczenie zamiast omijać wszystko, co trudne. To nie jest pochwała cierpienia dla samego cierpienia, lecz przekonanie, że życie pozbawione ryzyka, bólu, zachwytu i doświadczenia byłoby tylko pozorem życia.

Dlatego „Burza świecy nie pokona” można czytać jako książkę o pamięci, ale także jako książkę o odporności. Nie tej odporności, która polega na udawaniu, że nic nas nie boli, lecz tej, która pozwala powiedzieć: boli, pamiętam, straciłem, tęsknię, boję się, ale idę dalej. Szeliga nie buduje swojego bohatera z kamienia. Jego bohater jest człowiekiem zranionym, pamiętającym, czasem samotnym, czasem pełnym gniewu, czasem zachwyconym pięknem świata, czasem próbującym odnaleźć Boga, a czasem mówiącym wprost, że go nie widzi. I właśnie dlatego jest wiarygodny.

Wiersze Szeligi mają również tę rzadką cechę, że można je czytać nie tylko jako literaturę, lecz także jako zapis wewnętrznego dojrzewania. Im dalej w tom, tym bardziej widać, że poeta nie próbuje już odzyskać przeszłości, lecz nauczyć się żyć z jej obecnością. To ogromna różnica. Przeszłości nie da się przywrócić, ojca nie da się przywieźć ze szpitala z powrotem do domu, dzieciństwa nie można ponownie przeżyć, utraconej miłości nie da się odtworzyć z fragmentów, a zmarłych nie można zastąpić kwiatami, ptakami ani aniołami. Można jednak zachować ślady, można nauczyć się po nich iść.

I właśnie dlatego końcowy wiersz „Burza i słońce” nad naszym domem brzmi jak domknięcie całej książki. Burza przychodzi, rzuca błyskawicę, przynosi grad słów, kosi trawę wyrzutów, a jednak ostatecznie pojawia się słońce, które odsuwa ciężką kołdrę chmur. Nie dzieje się tutaj cud w sensie religijnym czy baśniowym. Burza po prostu przemija, tak jak przemija wiele rzeczy, które w chwili doświadczenia wydają się wieczne. Tym, co ją pokonuje, nie jest siła, lecz łagodne słowo i gest bliskości. To niezwykle konsekwentne zakończenie tomu, ponieważ wraca do jego najważniejszej metafory i pozwala zrozumieć, dlaczego świeca może przetrwać burzę: nie dlatego, że jest silniejsza od żywiołu, ale dlatego, że jej sens znajduje się gdzie indziej. Jest znakiem tego, czego burza nie potrafi odebrać.

Paweł Szeliga napisał więc książkę bardzo osobistą, ale nie zamknął jej w prywatności. Jego ojciec może stać się ojcem każdego, kto kiedyś odprowadzał bliskiego człowieka w ostatnią drogę, jego matka może być każdą matką modlącą się w ciszy za dziecko, jego dzieciństwo może przypominać dzieciństwo tych, którzy pamiętają smak prostych rzeczy, a jego samotność może stać się doświadczeniem każdego, kto wrócił kiedyś do pustego mieszkania i usłyszał własne kroki zamiast głosu drugiego człowieka. W tym właśnie tkwi siła tej poezji: prywatne wspomnienie nie pozostaje wyłącznie prywatne, ponieważ zostaje przetworzone w obraz, który czytelnik może przyjąć jako część własnego doświadczenia.

„Burza świecy nie pokona” jest książką o tym, że człowiek przez całe życie niesie ze sobą małe przedmioty, gesty, zapachy, głosy i obrazy, których znaczenie odkrywa dopiero po latach, kiedy ludzie, którzy byli ich źródłem, często już nie żyją. Niesie koszulę ojca, pamięć o dłoni matki, fasolowe łupiny, ślad obrączki, dziecięcy warkocz, światło świecy, zapach kwiatów, odgłos rzeki, krzyk żurawi, szelest liści i dźwięk telefonu, z którego znikają kolejne nazwiska. Każdy z tych elementów jest jak mały kamień w plecaku, o którym poeta mówi, że nie wolno go wyrzucać, ponieważ wraz z nim mogłaby zniknąć część naszego świata.

I może właśnie dlatego najważniejszym słowem tej książki jest nie śmierć, lecz pamięć, choć pamięć rozumiana inaczej niż jako przechowywanie minionego czasu. Pamięć u Szeligi jest formą dalszego życia. Zmarli żyją w przedmiotach, dzieciństwo żyje w zapachu jaśminu, miłość wraca wraz z jednym zdaniem, dom rodziców pojawia się w pomruku pralki, a babcina świeca nadal płonie gdzieś w głębi człowieka, który dawno już przestał być tamtym dzieckiem siedzącym przy oknie. Dlatego burza może przyjść jeszcze wiele razy, może potrząsnąć drzewami, rozedrzeć niebo i przestraszyć człowieka, ale nie jest w stanie odebrać mu wszystkiego.

Bo są takie światła, których nie gasi wiatr, są takie wspomnienia, których nie zabiera czas. I są takie płomienie, które choć małe, okazują się trwalsze od każdej burzy.

Andrzej Dębkowski

 

____________

Paweł Szeliga, Burza świecy nie pokona. Redakcja i posłowie: Danuta Sułkowska. Korekta: Zofia Kożuch. Na 1. stronie okładki obraz Krzysztofa Bojarczuka „Motyw z Narwi” (akryl, technika mieszana). Fotografia na 4. stronie okładki: Maria Leżańska. Projekt okładki: Danuta Sułkowska. Wydawca: Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich, Kraków 2026, s. 62. 

 

 

Plakat
Andrzej Dębkowski 

 

Drogi, które nie kończą się nigdy 

 

Dzisiaj, 19 września 2026 roku, trudno pisać o Pawle Kuszczyńskim w czasie przeszłym, bo przecież przez dziesięciolecia był jednym z tych ludzi, których obecność tak bardzo wrasta w nasze życie, że przestajemy sobie wyobrażać, iż pewnego dnia może jej zabraknąć, a jednak przychodzi taki dzień, zupełnie nieproszony, bez pytania o zgodę, i nagle wszystkie wspólne rozmowy, podróże, spotkania, telefony, książki, wiersze, literackie spory i zwyczajne ludzkie chwile zaczynają układać się w pamięci w jedną wielką drogę, której już nie można przejść razem, choć przecież właśnie wtedy człowiek uświadamia sobie, że prawdziwa przyjaźń nie kończy się w chwili śmierci, lecz zmienia tylko swój kształt i odtąd mieszka w pamięci, w słowach, w książkach, w miejscach, do których wracamy, i w tych wszystkich chwilach, kiedy nagle wydaje nam się, że za chwilę usłyszymy znajomy głos Pawła.

Znałem Pawła przez dziesiątki lat i dzisiaj, kiedy próbuję znaleźć słowa, które mogłyby pomieścić tę znajomość, mam poczucie, że żadna biografia, nawet najdokładniejsza, nie jest w stanie powiedzieć o człowieku tego, co najważniejsze, bo można przecież wymienić daty, książki, odznaczenia, funkcje, miejsca pracy, kolejne tomiki poezji, można napisać, że urodził się 7 czerwca 1939 roku w Wilsku koło Dobrej, że ukończył studia ekonomiczne w Poznaniu, że przez czterdzieści trzy lata pracował jako ekonomista, że był nauczycielem, działaczem społecznym, organizatorem życia literackiego, wieloletnim prezesem Poznańskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, że otrzymał Złoty Krzyż Zasługi, Odznakę Zasłużonego Działacza Kultury, Medal „Labor Omnia Vincit”, Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, Nagrodę Literacką im. Augusta Cieszkowskiego i tytuł Lidera Pracy Organicznej, ale wszystkie te fakty, choć ważne i potrzebne, pozostają przecież tylko zewnętrznym zapisem życia człowieka, którego prawdziwy wymiar poznawało się dopiero w spotkaniu.

A ja tych spotkań miałem z Pawłem bardzo wiele.

Były nasze wspólne podróże literackie po Polsce, te setki i tysiące kilometrów, które z perspektywy czasu wydają się czymś znacznie większym niż przemieszczaniem się z jednego miasta do drugiego, bo każda z tych dróg miała swój rytm, swoje rozmowy, żarty, poważne dyskusje o literaturze, wspomnienia, ludzi spotykanych po drodze i to niezwykłe poczucie, że jedzie się nie tylko na kolejne spotkanie autorskie, festiwal czy literacką uroczystość, ale jedzie się z kimś, z kim można dzielić zachwyt nad słowem, ale także zwyczajność drogi. Spotykaliśmy się w Poznaniu, który był dla Pawła jednym z najważniejszych miejsc jego życia, w Zelowie, który z czasem stał się także ważnym punktem na jego osobistej mapie literackiej, w Warszawie, w Wilnie, w Limanowej i w wielu innych miejscach, do których prowadziły nas drogi literatury i przyjaźni, a każde z tych miast ma dzisiaj dla mnie własny, bardzo osobisty odcień pamięci o Pawle. Jeździliśmy razem po Polsce, docierając tam, gdzie literatura miała swoje małe i wielkie święta, gdzie czekali na nas poeci, pisarze, czytelnicy i przyjaciele, a każda kolejna miejscowość stawała się częścią naszej wspólnej mapy pamięci. Były sale pełne ludzi i niewielkie pomieszczenia, w których kilka osób potrafiło stworzyć atmosferę prawdziwego święta literatury, były rozmowy zaczynające się od poezji, a kończące często na historii, życiu, Polsce i tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy coraz więcej przeżył, a coraz mniej rzeczy przyjmuje już bezkrytycznie.

Poznań pozostawał jednak miejscem szczególnym, bo tam przecież przez dziesięciolecia koncentrowało się ogromnie ważne życie literackie Pawła, tam był jego Związek Literatów Polskich, tam Międzynarodowy Listopad Poetycki, tam spotkania z poetami, tam jego praca organizacyjna, krytyczna i społeczna, tam także rodziło się wiele naszych wspólnych rozmów o literaturze. Szczególne miejsce w tej naszej wspólnej drodze zajmował właśnie Międzynarodowy Listopad Poetycki w Poznaniu, wydarzenie, które dla Pawła nie było jedynie kolejnym punktem w kalendarzu literackim, lecz jednym z tych miejsc, gdzie poezja mogła spotkać się z drugim człowiekiem naprawdę, bez całej tej otoczki, która czasami próbuje udawać kulturę. Paweł rozumiał bowiem kulturę bardzo serio. Nie jako dekorację, nie jako okazjonalną uroczystość, nie jako kilka nazwisk umieszczonych na plakacie, lecz jako przestrzeń odpowiedzialności za słowo, pamięć i człowieka. Dlatego tak bardzo ceniłem jego obecność w życiu literackim i dlatego tak dobrze rozumieliśmy się w sprawach, które dla innych czasami wydawały się zbyt poważne.

Wspólnie uczestniczyliśmy także w pracach kapituły nagrody na Książkę Roku Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu. To były nie tylko godziny czytania książek, rozmów i dokonywania wyborów, ale także spotkania dwóch ludzi, którzy wiedzieli, że za każdą książką stoi czyjeś życie, czyjś wysiłek, czyjaś wrażliwość i czyjaś nadzieja, że napisane słowo znajdzie swojego odbiorcę. Pamiętam nasze rozmowy o poetach, o tym, czym jest dobra książka, o odpowiedzialności jurora, o tym, jak łatwo pomylić literacki rozgłos z rzeczywistą wartością, jak często rzeczy najważniejsze pozostają poza światłem reflektorów i jak trudno zachować własny sąd w świecie, w którym coraz częściej o kulturze decyduje hałas, a nie jakość.

Paweł miał w tych rozmowach coś, co zawsze bardzo sobie ceniłem – własną miarę. Nie potrzebował krzyczeć, aby mieć zdanie. Nie musiał nikogo poniżać, aby bronić tego, co uważał za wartościowe. Potrafił być stanowczy, kiedy chodziło o literaturę, a jednocześnie pozostawał człowiekiem niezwykle wrażliwym na drugiego człowieka. Był z pokolenia, które wiedziało, że książka nie jest przedmiotem do postawienia na półce, ale śladem ludzkiego istnienia, a poeta nie jest celebrytą od kilku efektownych zdań, lecz kimś, kto bierze na siebie trud nazywania świata wtedy, kiedy świat coraz bardziej traci język.

I właśnie dlatego tak szczególne były jego przyjazdy do Zelowa.

Paweł przyjeżdżał do mnie i patrzył na moje miasto nie jak przypadkowy gość, który przyjechał na kilka godzin, zobaczył kilka miejsc i wrócił do domu, ale jak człowiek, który potrafił dostrzec w Zelowie coś, czego wielu nie umiało albo nie chciało dostrzec. Cieszył się tym moim niezwykłym miastem, jego historią, wielokulturowością, pamięcią, ludźmi, a przede wszystkim kulturą, która wbrew geograficznemu położeniu i wszystkim stereotypom potrafiła osiągać poziom, którego mogłyby pozazdrościć znacznie większe ośrodki. Wiedział, że prawdziwa kultura nie jest własnością wielkich miast i uniwersyteckich centrów, że może narodzić się wszędzie tam, gdzie znajdzie się człowiek gotowy ją tworzyć, chronić i traktować poważnie.

Pamiętam jego radość, kiedy odkrywał kolejne zelowskie historie, ludzi, miejsca i wydarzenia, kiedy rozmawialiśmy o tym, jak niezwykłe rzeczy dzieją się w mieście, które dla wielu pozostaje tylko punktem na mapie. Dla Pawła Zelów nigdy nie był „tylko” małym miastem. Był miejscem, w którym kultura miała sens, bo wyrastała z pamięci i pracy ludzi, a nie z potrzeby pokazania się. I chyba właśnie dlatego tak dobrze rozumiał moją miłość do tego miejsca. Wiedział, że kultura na najwyższym poziomie jest potrzebna wszędzie, a może szczególnie tam, gdzie trzeba ją tworzyć od podstaw, z uporem, cierpliwością i przekonaniem, że człowiek potrzebuje piękna nie mniej niż chleba.

Było jeszcze jedno miejsce, które w literackim życiu Pawła zajmowało pozycję szczególną – „Gazeta Kulturalna”. Wiem, jak wielki miał do niej sentyment i jak wielką darzył ją estymą, bo nie była dla niego zwyczajnym czasopismem, kolejnym tytułem, w którym można było opublikować tekst i przejść nad tym do porządku dziennego. „Gazeta Kulturalna” była dla Pawła przestrzenią prawdziwej rozmowy o literaturze, miejscem, w którym liczyło się słowo, książka, autor i autentyczna wartość tego, co zostaje zapisane. Publikował tam swoje teksty krytycznoliterackie, recenzje i refleksje, ale jego związek z tym pismem był znacznie głębszy niż sama obecność jego nazwiska na łamach. Czuł jego klimat, rozumiał jego ideę i cenił to, że „Gazeta Kulturalna” potrafiła być blisko ludzi literatury, także tych, którzy nie zawsze znajdowali miejsce w najbardziej eksponowanych przestrzeniach życia literackiego.

Paweł miał szczególną umiejętność dostrzegania wartości tam, gdzie inni przechodzili obojętnie. Dlatego tak bardzo cenił „Gazetę Kulturalną” i ludzi, którzy ją tworzyli, bo widział w niej coś, co w dzisiejszej kulturze staje się coraz rzadsze – autentyczną potrzebę rozmowy o literaturze bez podporządkowywania jej chwilowym modom, nazwiskom, środowiskowym układom czy medialnemu rozgłosowi. Dla niego liczyła się książka i człowiek, który ją napisał, liczył się wiersz i jego wewnętrzna prawda, liczyła się krytyka, która nie miała być narzędziem niszczenia autora, lecz próbą zrozumienia jego dzieła. W jego stosunku do „Gazety Kulturalnej” było coś więcej niż zawodowa czy literacka współpraca – była wdzięczność i przywiązanie do miejsca, które uważał za potrzebne polskiej kulturze.

I chyba właśnie dlatego tak dobrze się rozumieliśmy, bo obaj mieliśmy przekonanie, że literatura nie może istnieć wyłącznie w wielkich centrach, że kultura nie może być zamknięta w kilku prestiżowych adresach, a prawdziwa wartość nie zawsze idzie w parze z rozgłosem. Paweł potrafił czytać literaturę szeroko i uważnie, interesowali go ludzie, których książki miały coś ważnego do powiedzenia, nawet jeśli nie byli obecni na pierwszych stronach gazet. W „Gazecie Kulturalnej” znajdował tę przestrzeń, której potrzebował jako poeta i krytyk, a ja pamiętam jego szacunek dla tego pisma i ludzi, którzy przez lata budowali jego rangę.

Kiedy myślę o Pawle, widzę więc nie tylko poetę i krytyka literackiego, nie tylko prezesa poznańskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, nie tylko autora kilkunastu książek poetyckich, takich jak „Powroty”, „Róża spadająca kwiatem”, „Łąki wyobraźni”, „Być w słowie”, „Ciągle żywe okno”, „Oswajanie czasu”, „W zwierciadle źrenic”, „Niedosyt istnienia”, „Spotkanie pragnień” czy „Pora zdumienia”. Widzę człowieka, który całe swoje życie próbował być wierny słowu, a przez to wierny człowiekowi.

Jego droga do poezji zaczęła się przecież bardzo wcześnie, w czasach, kiedy życie nie rozpieszczało i kiedy dzieciństwo potrafiło bardzo szybko zostać przerwane przez rzeczy, których dziecko nie powinno doświadczać. Jego matka Zofia zmarła w 1942 roku, mając zaledwie trzydzieści dziewięć lat, a ojciec Ignacy był znakomitym szewcem w Dobrej, człowiekiem, który swoje wykonane ręcznie buty oznaczał znakiem czterolistnej koniczynki. Jest w tej rodzinnej historii coś symbolicznego, bo Paweł przez całe późniejsze życie także zostawiał swój znak, tyle że nie na butach, lecz w słowie, w książkach, w pamięci ludzi, których spotkał.

Jego fascynacja poezją dojrzewała w Liceum Pedagogicznym w Kaliszu, gdzie zachwyciła go III część „Dziadów” Mickiewicza, później Gałczyński, a ogromne znaczenie miała znakomita polonistka Maria Sutarzewicz, która potrafiła otworzyć przed młodym człowiekiem świat literatury. Co ciekawe, Paweł równocześnie fascynował się matematyką i chemią, był przewodniczącym szkolnych kół zainteresowań, a później ukończył ekonomię, przez wiele lat pracując zawodowo jako ekonomista. Może właśnie w tym połączeniu pozornie odległych światów tkwiła część jego niezwykłości: potrafił rozumieć liczby, a jednocześnie słuchać ciszy między słowami; znał język ekonomii, ale przez całe życie próbował dotrzeć do tego drugiego języka, który nie służy do liczenia, lecz do rozumienia.

Jego pierwszy ważny sukces poetycki przypadł na 1962 rok, kiedy otrzymał nagrodę w Konkursie Jednego Wiersza podczas VI Jesieni Poetyckiej w Poznaniu. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata. Od tamtego momentu rozpoczęła się długa, konsekwentna droga człowieka, który nie pisał po to, aby za wszelką cenę znaleźć się w centrum literackiego świata, ale dlatego, że poezja była dla niego jednym ze sposobów istnienia. Publikował w „Współczesności”, „Nurcie”, „Twórczości”, „Tygodniku Powszechnym”, „W drodze”, „Metaforze”, „Akancie”, „Arkuszu”, „Poezji Dzisiaj”, „Gazecie Kulturalnej” i wielu innych czasopismach, pisał recenzje, artykuły, wstępy do almanachów, uczestniczył w konkursach, pracował społecznie, organizował życie literackie, a przede wszystkim przez dziesięciolecia pozostawał człowiekiem obecnym w świecie polskiej poezji.

Ale przecież dzisiaj nie chcę tworzyć katalogu jego zasług.

Chcę powiedzieć coś o przyjaźni.

O tym szczególnym rodzaju przyjaźni, który rodzi się między ludźmi literatury, kiedy poznają się nie tylko przy okazji książek, ale przez lata wspólnego bycia, wspólnej drogi, wspólnego przeżywania kolejnych wydarzeń i kolejnych odejść. Literatura daje czasem człowiekowi niezwykły dar – pozwala spotkać kogoś, kogo bez niej być może nigdy byśmy nie spotkali. A potem literatura staje się tylko jednym z fundamentów więzi, bo z czasem najważniejsze stają się już nie książki, lecz człowiek, który siedzi obok nas w samochodzie, człowiek, z którym rozmawiamy po spotkaniu, człowiek, do którego dzwonimy, człowiek, którego cieszy nasza obecność i którego obecność cieszy nas.

Takim człowiekiem był dla mnie Paweł.

Dzisiaj wracają do mnie obrazy naszych wspólnych dróg, rozmów i spotkań, powracają Poznań, Zelów, Warszawa, Wilno i wszystkie inne miejsca, w których przez te dziesięciolecia splatały się nasze drogi, powracają sale, dworce, hotele, samochodowe kilometry, późne rozmowy, książki leżące obok nas, nazwiska poetów, których wspólnie czytaliśmy, ocenialiśmy, broniliśmy albo którym odmawialiśmy literackiej racji, a wszystko to układa się w jedną wielką opowieść o czasie, który minął zbyt szybko. I dopiero teraz widzę, jak ogromną częścią mojego własnego literackiego życia był Paweł Kuszczyński.

Nie wiem, czy istnieje coś takiego jak ostatnia rozmowa między przyjaciółmi, bo człowiek nigdy nie wie, że właśnie ta rozmowa jest ostatnia. Nie wiemy, że ostatni uścisk dłoni będzie ostatnim, że ostatni wspólny wyjazd już się nie powtórzy, że ktoś, kto jeszcze niedawno siedział obok nas i mówił o książkach, któregoś dnia pozostanie tylko głosem w pamięci. Może dlatego każde wspomnienie nabiera dzisiaj innego znaczenia.

Paweł odszedł, ale nie odszedł z mojego życia.

Zostawił swoje książki, swoje wiersze, recenzje, artykuły, ludzi, których spotkał, poetów, którym pomógł, wydarzenia, które współtworzył, Międzynarodowy Listopad Poetycki w Poznaniu, lata pracy dla Związku Literatów Polskich, „Gazetę Kulturalną”, którą tak bardzo cenił i której poświęcał swoją uwagę i słowo, a przede wszystkim zostawił ślad w pamięci tych, którzy mieli szczęście iść z nim choć przez kawałek drogi. Ja miałem to szczęście iść z nim bardzo długo.

I dlatego dzisiaj nie chcę powiedzieć: żegnaj, Pawle.

Chcę powiedzieć: dziękuję.

Dziękuję Ci za wszystkie wspólne drogi, za Poznań, Zelów, Warszawę, Wilno i Limanową, za Międzynarodowy Listopad Poetycki, za godziny rozmów, za wspólne czytanie i ocenianie książek, za nasze literackie spory i zgody, za wszystkie miasta, przez które razem przejechaliśmy, za Twoje przyjazdy do Zelowa, za to, że potrafiłeś zobaczyć w nim coś więcej niż małe miasto, za Twoją wiarę w kulturę, która nie potrzebuje wielkich scen, aby być wielką, za Twój szacunek dla „Gazety Kulturalnej”, za to, że rozumiałeś, iż kultura na najwyższym poziomie jest potrzebna wszędzie, a literatura nie może być przywilejem kilku środowisk, za Twoją wierność słowu i ludziom, których to słowo tworzy.

A przede wszystkim dziękuję Ci za przyjaźń, której nie da się zmierzyć liczbą lat, książek ani przebytych kilometrów.

Wierzę, że istnieją drogi, które nie kończą się wraz ze śmiercią człowieka, bo pozostają w tych, którzy jeszcze idą. Nasza droga także się nie kończy. Będę jeszcze jechał przez Polskę i pewnie nieraz spojrzę na miejsce obok siebie, myśląc, że powinien tam siedzieć Paweł, z książką, z kolejną uwagą o jakimś wierszu, z tym swoim spojrzeniem człowieka, który zawsze chciał od świata czegoś więcej niż przeciętności. Będę przyjeżdżał na kolejne literackie spotkania i będę pamiętał, że kiedyś byliśmy tam razem. Będę patrzył na Zelów i przypominał sobie, jak się nim cieszyłeś. Będę sięgał po książki poetów, których wspólnie czytaliśmy, będę widział kolejne numery „Gazety Kulturalnej” i pewnie nieraz pomyślę: „Ciekawe, co Paweł by o tym powiedział?”.

I może właśnie wtedy będziesz najbliżej.

Bo człowiek naprawdę umiera dopiero wtedy, kiedy przestaje być obecny w pamięci innych. Ty, Pawle, będziesz obecny długo. I pozostaniesz przede wszystkim w mojej pamięci jako Paweł – nie tylko poeta, nie tylko krytyk, nie tylko prezes, nie tylko człowiek literatury, lecz mój Przyjaciel, z którym los połączył mnie na dziesiątki lat.

A takie więzi nie mają swojej ostatniej strony.

Mają tylko kolejne kartki, które zapisujemy już samotnie.

Tekst i foto: ©Andrzej Dębkowski  

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat
Andrzej Dębkowski 

 

Lalka dwa razy, dlaczego? 

 

Kiedy człowiek słyszy, że po raz kolejny będziemy oglądać „Lalkę”, można odnieść wrażenie, że polska kultura cierpi na jakąś szczególną przypadłość polegającą na nieustannym wracaniu do tych samych historii, tych samych bohaterów i tych samych zdań, jakbyśmy przez wszystkie minione lata nie napisali już niczego, co zasługiwałoby na ekran. Bolesław Prus zapewne patrzyłby na to z właściwym sobie spokojem, choć być może gdzieś pod sumiastym wąsem pojawiłby mu się cień uśmiechu, bo oto powieść napisana w XIX wieku znów okazuje się bardziej współczesna niż niejeden scenariusz napisany specjalnie dla współczesnego widza.

Jednak tym razem pojawia się pytanie jeszcze bardziej przewrotne: dlaczego „Lalka” dwa razy? Czy naprawdę potrzebujemy kolejnej ekranizacji, skoro pamiętamy tę z 1968 roku, a przede wszystkim tę telewizyjną z 1977 roku, z niezapomnianym Jerzym Kamasem jako Stanisławem Wokulskim i Małgorzatą Braunek jako Izabelą Łęcką? Czy trzeba jeszcze raz opowiadać historię człowieka, który próbował kupić sobie miejsce w świecie, w którym pieniądze mogły otworzyć drzwi, ale niekoniecznie pozwalały przekroczyć próg społecznego podziału? Czy trzeba ponownie patrzeć na Warszawę, arystokrację, mieszczaństwo, biedę, ambicję, miłość i tę dziwną polską chorobę, która każe człowiekowi bardziej interesować się tym, kto ma prawo siedzieć przy stole, niż tym, co znajduje się na talerzu? Odpowiedź brzmi: być może właśnie dlatego trzeba.

„Lalka” nie jest bowiem powieścią, którą można zekranizować raz i odłożyć na półkę z napisem „sprawa załatwiona”. To jedna z tych książek, które zmieniają się razem z nami, a właściwie to my zmieniamy się przy ich czytaniu i nagle okazuje się, że po trzydziestu czy czterdziestu latach ten sam Wokulski patrzy na nas zupełnie inaczej. Kiedyś mogliśmy widzieć w nim przede wszystkim nieszczęśliwego romantyka zakochanego w pięknej arystokratce, później człowieka przedsiębiorczego, który próbował wyrwać się z własnego środowiska, a dzisiaj możemy zobaczyć w nim kogoś jeszcze bardziej przejmującego: człowieka, który wierzył, że dzięki pracy, wiedzy, pieniądzom i własnej energii można przekroczyć granice wyznaczone przez urodzenie, lecz w pewnym momencie odkrył, że społeczeństwo ma znacznie więcej zamków niż człowiek posiada kluczy.

I właśnie tutaj zaczyna się cała zabawa z kolejną „Lalką”, bo przecież każda epoka filmuje swoje czasy, nawet jeśli opowiada o czasach minionych. Nie da się nakręcić XIX-wiecznej „Lalki” bez XXI wieku stojącego za kamerą. Wokulski będzie więc zawsze trochę naszym współczesnym Wokulskim, Izabela będzie kobietą widzianą oczami współczesności, Rzecki przestanie być wyłącznie starym subiektem z pamiętnika, a Warszawa stanie się nie tyle muzealnym obrazkiem, ile zwierciadłem miasta, które przez półtora wieku zmieniło niemal wszystko, poza ludzkimi ambicjami. Dlatego druga „Lalka” nie musi być konkurencją dla pierwszej. Może być rozmową z pierwszą. I chyba właśnie tego najbardziej jestem ciekaw. Nie tego, czy nowy Wokulski będzie „lepszy” od Kamasa, bo takie porównania są trochę bez sensu. Kamas stworzył Wokulskiego swojej epoki i trudno wyobrazić sobie polską kulturę bez tej kreacji. Podobnie jak trudno wyobrazić sobie Izabelę bez Małgorzaty Braunek, Rzeckiego bez Tadeusza Fijewskiego czy Ochockiego bez Marka Kondrata. Tamta „Lalka” weszła do naszej pamięci nie tylko jako serial, ale jako pewien sposób patrzenia na Prusa. Nowa ekranizacja będzie musiała znaleźć własny język.

I tutaj właśnie zaczyna się ryzyko, ponieważ współczesna telewizja i współczesny film mają pokusę, aby wszystko przyspieszyć, dopowiedzieć, uatrakcyjnić, objaśnić, a czasem nawet poprawić autora, który przecież nie potrzebuje korepetytora. Tymczasem „Lalka” jest powieścią, której największą siłą nie jest fabularna szybkość, lecz gęstość świata. Tam człowiek jest zanurzony w epoce, w języku, w obyczaju, w klasowych uprzedzeniach, w drobnych gestach i przemilczeniach. Prus nie musi krzyczeć, żeby powiedzieć coś bardzo mocnego. Czasami wystarczy, że pozwoli komuś wejść do salonu i zobaczyć, gdzie zostanie posadzony. Właśnie dlatego nowa „Lalka” może być interesująca, jeśli nie będzie próbowała być „nowoczesna” na siłę, bo przecież sama w sobie jest nowoczesna.

Wokulski może dzisiaj przypominać człowieka sukcesu, który zdobył majątek, ale nie zdobył uznania tych, do których chciał się zbliżyć. Izabela może przypominać ludzi wychowanych w świecie, w którym status jest ważniejszy od charakteru. Rzecki może być figurą człowieka, który całe życie wierzył w idee, które świat dawno już porzucił. Ochocki pozostaje człowiekiem przyszłości, który patrzy dalej niż jego własne pokolenie, a jednocześnie jest boleśnie samotny wśród ludzi zajętych głównie własnymi interesami. Czy naprawdę trzeba więcej? Może właśnie trzeba.

Literatura szkolna ma tę nieszczęsną właściwość, że kiedy raz zostanie wpisana do programu, zaczyna umierać pod ciężarem obowiązku. Uczeń słyszy: „Lalka – przeczytać”. Potem pojawia się streszczenie, charakterystyka Wokulskiego, charakterystyka Izabeli, motywy, symbole, pytania i odpowiedzi, a na końcu człowiek zna wszystko o „Lalce”, tylko jej nie czyta. Kolejna ekranizacja może więc paradoksalnie zrobić dla Prusa coś bardzo pożytecznego: sprawić, że ktoś, kto nigdy nie otworzył książki, zacznie się zastanawiać, dlaczego ten facet z XIX wieku nadal ma z nami tak wiele wspólnego. A może właśnie dlatego „Lalka” powinna być kręcona nie dwa razy, lecz co kilkadziesiąt lat. Nie po to, żeby poprawiać Prusa, ale żeby sprawdzać nas samych, bo zmieniają się samochody, telefony, ubrania, technologie i sposób komunikowania się ludzi, ale nie zmienia się zasadniczo ludzka potrzeba bycia zauważonym, kochanym, ważnym i należącym do świata, który często mówi nam: „Nie jesteś stąd”. Wokulski chciał być kimś więcej, niż pozwalało mu jego pochodzenie. I chyba każdy człowiek, który choć raz poczuł, że stoi przed zamkniętymi drzwiami, może zrozumieć tę jego rozpacz.

Dlatego pytanie „Lalka dwa razy, dlaczego?” ma jeszcze jedną odpowiedź: bo pierwsza ekranizacja należy już do historii, a druga może należeć do naszego czasu. Tylko niech twórcy pamiętają o jednym. Nie trzeba Prusa ozdabiać fajerwerkami, żeby był interesujący. Nie trzeba dopisywać mu współczesnych dowcipów, psychologicznych wyjaśnień ani produkcyjnych sztuczek, które mają zakryć pustkę. Wystarczy pozwolić mówić Wokulskiemu, Rzeckiemu, Izabeli i Ochockiemu, a przede wszystkim pozwolić mówić samemu Prusowi. Jeśli nowa „Lalka” sprawi, że po jej obejrzeniu ktoś sięgnie po grubą książkę i zacznie czytać, zamiast tylko sprawdzać w internecie, „co było na końcu z Wokulskim”, będzie to chyba wystarczający powód, żeby zrobić ją po raz drugi. A jeśli ktoś zapyta, po co? Odpowiem przewrotnie: po to samo, po co po latach wracamy do starych fotografii. Nie dlatego, że nie wiemy, co na nich jest, ale dlatego, że tym razem patrzymy na nie innymi oczami...

Andrzej Dębkowski

Fot. Andrzej Walter