Andrzej Dębkowski
Zmarł Kazimierz Arendt
22 lutego 2026 roku zmarł Kazimierz Marian Arendt – poeta, działacz kultury, członek Związek Literatów Polskich, a także wieloletni członek Stowarzyszenie Autorów Polskich oraz Stowarzyszenie Autorów ZAiKS. Miał 75 lat.
Urodził się 3 sierpnia 1950 roku w Łodzi. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Państwowym Domu Dziecka (1957-1964), a następnie był wychowankiem Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Łodzi (1964-1968). Ukończył Liceum Ekonomiczne. Jego droga zawodowa była różnorodna – pracował jako robotnik transportu, konserwator, magazynier, zaopatrzeniowiec, instruktor, a także kierownik działu gospodarczego i transportu. W latach 1979-1980 przebywał w ZSRR, w obwodzie kaliningradzkim, gdzie uczestniczył w budowie ropociągu „Surgut”.
Debiutował w 1977 roku na łamach czasopisma „Do Rzeczy”. Jego utwory publikowane były również w „Czerwonym Sztandarze” w Wilnie. Przez kilka lat związany był z grupą literacką „Wiadukt”, był inicjatorem i redaktorem kieszonkowej serii „Biblioteka Wiaduktu”. Przez długi czas współpracował z miesięcznikiem społeczno-literackim „Okolice”, pełniąc funkcję redaktora.
Był autorem tomików poetyckich „Rozłąka z Kasią” oraz „Poczta Polska” (wydanego dwukrotnie). W 1984 roku został członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich, a od 1986 roku należał do ZAiKS. Od 1990 roku prowadził własną działalność gospodarczą, łącząc aktywność zawodową z twórczością literacką i działalnością społeczną.
Szczególne miejsce w jego dorobku zajmuje tom „Zmowa wierszy”, wydany przez Wydawnictwo ASTRA z Łodzi. Jak pisał w recenzji Henryk Pustkowski, tytułowa „zmowa” niesie w sobie zarówno znaczenie wspólnoty i twórczego porozumienia, jak i groźnego wykluczenia. Poezja Arendta wyrastała z osobistych doświadczeń – z dzieciństwa naznaczonego poczuciem odrzucenia, ale także z późniejszej potrzeby powrotu i pomocy innym. Autor nie tylko powracał do Domu Dziecka w swoich wierszach, lecz również wspierał go jako darczyńca.
W jego twórczości obecne były tematy społeczne, refleksje nad losem ludzi dotkniętych przemianami ustrojowymi, liryczne pożegnania przyjaciół, zaduma nad śmiercią, ale też czułość wobec codzienności i rodzinnych wartości. Potrafił łączyć gorycz doświadczenia z delikatnością słowa i subtelnym humorem.
Kazimierz Arendt pozostanie w pamięci jako poeta autentyczny, wrażliwy obserwator rzeczywistości, człowiek głęboko zaangażowany w życie literackie Łodzi i kraju. Jego twórczość – naznaczona osobistym przeżyciem i moralną refleksją – pozostaje świadectwem życia, które mimo trudnych początków potrafiło odnaleźć sens w słowie i wspólnocie.
Fot. ©Jarosław Flanowski – Studio Fotografii Cyfrowej
Andrzej Dębkowski
W punkcie styku ognia i błękitu
O „Wiralobraniu” prof. Grzegorza Bazylaka
Są książki, które czyta się szybko – jak wiadomość w przelocie, jak nagłówek, który natychmiast ustępuje miejsca kolejnemu. Są jednak i takie, które domagają się zatrzymania, powrotu, ponownego namysłu. Książki, które nie tyle opowiadają świat, ile go problematyzują; które nie oferują gotowych odpowiedzi, lecz uczą stawiać pytania.
Do tej drugiej kategorii należy „Wiralobranie” prof. Grzegorza Bazylaka – tom wpisujący się w tradycję literatury czujnej wobec języka i nieufnej wobec uproszczeń. To książka wyrastająca z przekonania, że słowo ma moc nie tylko nazywania rzeczywistości, ale także jej podważania, prześwietlania i przekształcania. W świecie nadmiaru komunikatów i przyspieszonych reakcji proponuje ona doświadczenie lektury jako formę skupienia i świadomego uczestnictwa.
„Wiralobranie” stawia czytelnika w sytuacji aktywnej obecności. Zachęca do uważności, do wsłuchiwania się w niuanse, w pęknięcia sensu, w to, co niewygodne lub nieoczywiste. Jest zaproszeniem do dialogu z tekstem – dialogu, który nie kończy się wraz z ostatnią stroną, lecz trwa dalej, w refleksji i w pamięci.
„Wiralobranie” to książka, która nie daje się czytać „po kolei”. Ona raczej wciąga – jak wir, jak prąd rzeczny podmywający brzeg, jak algorytm wsysający kolejne obrazy do niekończącego się feedu świadomości. Już sam tytuł sugeruje ruch, infekcję i powtórzenie: wirusowy obieg sensów, które rozchodzą się po tkance języka, a zarazem branie – wchłanianie, przyjmowanie, uczestnictwo. Poezja Bazylaka jest aktem styku: między ciałem i słowem, historią i medialnym strumieniem, naturą i cyfrową symulacją. Jest też zapisem intensywnego doświadczenia współczesności, które nie chce się ustabilizować w jednej tonacji.
Tom otwiera „Punkt styku” – utwór-program, w którym klucz, zamek i nakrętka stają się metaforą mechaniki dobra i zła, sumienia i przekrętu. Bazylak nie ufa prostym dychotomiom; dobro nie jest antytezą zła, lecz jego maską. To intuicja głęboko dantejska – przywołanie Franceski da Rimini z „Boskiej komedii” Boska komedia nie jest erudycyjnym ozdobnikiem, lecz sygnałem, że pożądanie, wina i kara są wciąż obecne, tylko zmieniły dekoracje. W świecie „Wiralobrania” piekło nie znajduje się pod ziemią, lecz w obiegu obrazów, w transakcyjnej logice ciała i w języku, który potrafi zarówno uwalniać, jak i zniewalać.
Bazylak prowadzi dialog z tradycją bez kompleksów. Gdy pojawia się Norwid – „łagodne oko błękitu” – to nie jako pomnik, lecz jako żywe spojrzenie wpisane w deszczową scenę. Gdy mignie cień markiza de Sade’a, nie chodzi o prowokację, lecz o pokazanie, jak łatwo dyscyplina liczb i mania perwersji mogą spleść się w jeden mechanizm. Ta poezja nie moralizuje, ale obnaża. Obnaża torsy „królów życia”, obnaża algorytmy władzy, obnaża także naszą podatność na narracje sukcesu.
W „Balonach ze smołą potem dronach” język przyspiesza, nabiera rytmu sloganu i reklamy. Imperatywy – „wybierz się do siebie”, „sprzedawaj coś jak pizzę”, „nie narzekaj” – brzmią jak coachingowy mantra, która jednocześnie kusi i ośmiesza. Bazylak demaskuje ekonomię aspiracji: endorfiny, fiesty, ekrany, królów życia. Jednocześnie pod powierzchnią ironii pulsuje niepokój: dobro jako skuteczna maska zła, ogródek z różami, w którym pracowite mrówki budują ornament pozornej harmonii.
Miasto w „Wiralobraniu” ma konkretne współrzędne. Bydgoszcz nad Brdą nie jest tylko tłem, lecz żywym organizmem – z ogrodem botanicznym, mostem, pomnikiem powstańców, z Babia Wsią i muralem „Głodny? Zjedz bogatych”. To topografia napięcia: między rzeką zbawienia i rzeką zapomnienia, między parkometrem a wilczą watahą, między parkanem z paździerzowych płyt a czarnym sprejem. Bazylak patrzy uważnie: na czyżyki w głogu, na kaczki krzyżówki odbywające zimowe gody, na bukowy las i mglisty bezwietrzny dzień. Przyroda nie jest tu sielanką; jest równoległym porządkiem, w którym rytuał życia toczy się obok ludzkiej gorączki.
Wspaniały fragment o kaczkach – z ich ukłonami, sygnałami pożądania, „perfekcyjnie wypiętym w górę kuper” – jest przykładem odwagi poetyckiego spojrzenia. Bazylak nie ucieka od cielesności, ale wpisuje ją w arystotelesowską „zasadę porządku w układzie zdarzeń”. Akt miłosny staje się „uporządkowanym przekształceniem”, momentem integracji snu i znaczenia. To jeden z wielu momentów, w których autor pokazuje, że eros i logos nie muszą się wykluczać.
W „Nowych nocach nowych gwiazdach” pojawia się Fryderyk Nietzsche, przywołany ironicznie i przewrotnie. Filozof zostaje wciągnięty w karnawał fajerwerków, kebabów i granatów – jakby jego dionizyjski żywioł uległ medialnej kompresji. Bazylak zestawia reality show, drony, sieciowe strzelanki i MAGA w tle, tworząc pejzaż globalnej kakofonii. W tym świecie nawet bunt bywa monetyzowany, a patrole graniczne próbują „nie być” jak zakochany J.D. Salinger. Poezja staje się narzędziem demontażu – nie tyle ideologii, ile języka, którym się ją sprzedaje.
Tom jest gęsty od odniesień: od Gilberta Keitha Chestertona po Paula Ricoeura, od Alfreda Northa Whiteheada i Bertranda Russella po Zbigniewa Herberta. Jednak erudycja nie jest tu dekoracją, lecz tworzywem. Bazylak wplata filozoficzne tropy w materię codzienności: parkometr, bunkier, taśmę biało-czerwoną, SOR, pendolino. To, co wysokie, spotyka się z tym, co niskie – i właśnie w tym punkcie styku powstaje iskra.
Jednym z najmocniejszych motywów jest obraz ekshumowanych, wracających do masowych grobów, biegnących wzdłuż granicznych słupków. To wizja apokaliptyczna, ale nie odrealniona. Granica, słupek 255/236, palik 256/238 – konkret nadaje grozie wymiar dokumentalny. W tle pobrzmiewa historia Europy, jej przemilczane rany, jej powracające widma. Bazylak nie pozwala zapomnieć, że cyfrowa produktywność i portfele MAGA nie anulują przeszłości.
„Czytanie poezji H.P. Lovecrafta” i „Czytanie poezji J.L. Borgesa” to dwa znakomite pastisze-dialogi. W pierwszym groza miesza się z erotycznym napięciem i groteską; w drugim – labirynt krzesła, nogi i bólu prowadzi do refleksji o mapie świata rysowanej zza billboardów. Bazylak nie imituje stylów, lecz konfrontuje je z własnym idiomem. Lovecraftowskie ghule i borgesański labirynt stają się częścią polskiego krajobrazu – lasu, parku, garaży z falistej blachy.
W „Bednarach” pociąg, który nagle zwalnia, jest metaforą egzystencjalnego zatrzymania. Smród lizolu, potu i wódy kontrastuje z pragnieniem wyjścia „jak po nitce ściegu” w stronę horyzontu. Motyw ręki, kciuka, znaku krzyża, separacji czwórki od jedynki – wszystko to buduje wielopiętrową symbolikę, w której religia, matematyka i biografia splatają się w jeden węzeł. To poezja, która nie boi się patosu, ale umie go złamać ironią.
W finale tomu pojawia się „Oda do AI” – tekst, który brzmi jak modlitwa i jak autoironiczny manifest. „Powiedz sobie, że nic nie wiesz” – powtarza poeta. W epoce sztucznej inteligencji i wszechobecnych danych niewiedza staje się formą wolności. Bazylak nie atakuje technologii wprost; raczej bada, jak zmienia ona nasze poczucie własności, tożsamości, zniknięcia bez bólu. To jedno z najbardziej aktualnych miejsc w książce.
„Wiralobranie” jest tomem wymagającym. Język bywa gęsty, składnia spiętrzona, obrazy – na granicy nadmiaru. Ale właśnie w tym nadmiarze tkwi metoda. Bazylak pokazuje świat, który nie mieści się w minimalistycznej formie. Jego poezja jest jak mural za myjnią: litery w kształcie błyskawic, z których tylko niektóre słowa są czytelne z daleka. Reszta wymaga podejścia, zatrzymania, powrotu.
Największą siłą książki jest jednak odwaga spojrzenia. Bazylak patrzy na miasto, na ciało, na historię i na media bez lęku przed brzydotą i bez ucieczki w czystą estetyzację. Potrafi zestawić kaczy rytuał miłosny z unijną polityką, bunkier z TikTokiem, żagiew lśniącą z OnlyFans. To nie jest chaos; to świadoma kompozycja, w której każdy element – nawet najbardziej prowokacyjny – ma swoje miejsce w większym obrazie.
„Wiralobranie” można czytać jako poemat o końcu pewnej epoki i o narodzinach innej. O cywilizacji jako „najbardziej sensacyjnym odchyleniu i najbardziej romantycznym buncie”, jak pisał Chesterton. O świecie, w którym gwiazdy krążą po torze kartingowym, a ogień trawi sam siebie w ślepej plamce. O człowieku, który wciąż próbuje znaleźć punkt styku między dobrem i złem, między wiarą i podstępem, między pamięcią i zapomnieniem.
To książka, która nie chce nas pocieszać. Chce nas obudzić – nawet jeśli przebudzenie boli jak wyrwany ząb albo jak zbyt jasne światło nad rzeką. W świecie „Wiralobrania” nic nie jest dane raz na zawsze. Sens trzeba wciąż na nowo przekręcać jak klucz w zamku. A gdy drzwi się otworzą, okaże się, że komnata nie jest ani piekłem, ani rajem, lecz przestrzenią, w której wciąż możemy wybierać.
Prof. Grzegorz Bazylak stworzył tom, który zasługuje na uważną, wielokrotną lekturę. To poezja zanurzona w czasie, a zarazem wyprzedzająca go o krok. Poezja, która wie, że wirusy sensu krążą szybciej niż kiedykolwiek – i że jedyną obroną jest świadome branie udziału w tym obiegu. „Wiralobranie” pozostaje w czytelniku jak echo: niepokojące, ale oczyszczające. Jak błękit po burzy. Jak punkt styku, w którym zaczyna się prawdziwa rozmowa.
Strategia książki jaką zaproponował autor – zaprzeczania, oporu i penetrowania granic nie wyczerpuje się jednak w geście negacji. Jest ona równocześnie ruchem ku – ku innemu językowi, ku innemu doświadczeniu wspólnoty, ku pamięci, która nie daje się wygładzić ani ujednolicić przez algorytmiczne filtry współczesności. W tym sensie poezja staje się laboratorium czujności, miejscem, w którym słowo odzyskuje ciężar, a milczenie – znaczenie, ponieważ książka prof. Grzegorza Bazylaka nie kończy się na jego wierszach. Autor umieścił w tomie także tłumaczenia wierszy dwóch poetów iberoamerykańskich: Roberto Bolańo (1953-2003) z Chile oraz Roque'a Daltona (1935-1975) z Salwadoru.
Genealogia artystyczna, do której odwołuje się druga część tomu, odsłania pokrewieństwo postaw i napięć. Twórczość Roberto Bolaño wyrasta z doświadczenia wygnania, niepewności i literackiej kontrkultury, w której ironia sąsiaduje z rozpaczą, a bunt z czułością wobec przegranych. Z kolei Roque Dalton wpisuje poezję w bezpośredni horyzont politycznego zaangażowania, ryzyka i ofiary, czyniąc z wiersza narzędzie zarówno pamięci, jak i interwencji. Ich głosy, choć zakorzenione w odmiennych biografiach i kontekstach historycznych, spotykają się w przekonaniu, że literatura nie jest luksusowym dodatkiem do życia, lecz jego krytycznym nerwem.
Polskie przekłady tych wierszy nie są jedynie transferem znaczeń z jednego języka do drugiego. Są aktem twórczej mediacji, w której rytm, idiom i historyczna temperatura oryginału zostają poddane próbie w nowym pejzażu kulturowym. Tłumaczenie jawi się tu jako forma dialogu – napiętego, lecz owocnego – między peryferiami i centrami, między doświadczeniem Ameryki Łacińskiej a środkowoeuropejską wrażliwością.
Wiersze te, osadzone w realiach represji, rewolucyjnych złudzeń i egzystencjalnej niepewności, rezonują dziś w inny sposób, lecz z podobną siłą. Ich kontestacja nie traci aktualności w świecie, który pozornie celebruje wolność słowa, a zarazem poddaje ją nieustannej komercjalizacji i trywializacji. Poezja przeciwstawia się temu mechanizmowi poprzez spowolnienie – poprzez gest zatrzymania, który wymusza refleksję i przywraca proporcje.
W hybrydowej strukturze „Wiralobrania” przekład staje się więc równoprawnym elementem kompozycji, nie dodatkiem ani ilustracją. To raczej druga linia melodyczna, która dopełnia i komplikuje tonację autorskich tekstów. Wspólnota doświadczeń – doświadczeń buntu, ironii, straty i nadziei – buduje most ponad geograficznymi i językowymi granicami.
Czytelnik zaproszony jest do lektury nie tyle linearnej, ile dialogicznej: między oryginalnym głosem autora tomu a przetłumaczonymi głosami poetów iberoamerykańskich. W tej polifonii ujawnia się sens literatury jako przestrzeni negocjowania znaczeń i wartości. Poezja nie oferuje prostych odpowiedzi, lecz stawia pytania, które wybrzmiewają długo po zamknięciu książki.
W czasach kompulsywnego skrolowania i wiralowej efemeryczności wiersz działa jak przeciwwaga – jak gest odzyskiwania czasu dla myślenia. Jest to akt sprzeciwu wobec uproszczeń, a zarazem afirmacja złożoności świata. Dlatego obecność tych przekładów w drugiej części tomu nie tylko poszerza jego horyzont interpretacyjny, lecz także wzmacnia jego etyczny i estetyczny wymiar.
Ostatecznie „Wiralobranie” jawi się jako projekt literacki, który łączy lokalność z uniwersalnością, intymność z politycznością, ironię z powagą. W dialogu z Bolañem i Daltonem książka potwierdza, że poezja – nawet w epoce memów i cyfrowych skrótów – pozostaje przestrzenią radykalnej wolności, w której słowo może wciąż inicjować realną zmianę w świadomości czytelnika.
Andrzej Dębkowski
______________
Grzegorz Bazylak, Wiralobranie. Redakcja: Zbigniew Joachimiak. Projekt okładki: FŚL. Seria Literatura XXI wieku. Polska Poezja Współczesna. Wydawca: Fundacja Światło Literatury – Migotania, Gdańsk 2026, s. 88.
Paweł M. Wiśniewski
Podróż tam, gdzie nas nie ma
Podróże małe i duże przetaczające się tabunami w nieopisanej melancholii zmysłów. Podróże jakie odbyliśmy i jakie moglibyśmy odbyć, gdyby tylko pozwolił by nam na to czas. Większe i mniejsze rozprawy wewnętrzne i zewnętrzne także mogą być podróżami w samego siebie, w tę martwą powłokę zwaną potocznie człowiekiem. A potem, gdy uporamy się już z niewinnością, z naiwnością, pozostanie tylko oprzeć się na ramieniu (najlepiej drugiej osoby) , zamknąć oczy i marzyć. Oby marzenia się spełniły. W przeciwnym razie będzie źle.
Krzysztof Środa (ur. 1959); polski pisarz, tłumacz i historyk w najnowszym zbiorze eseistycznym Rzeczy zdarzające się w podróży zabiera nas w jedną z takich podróży. Po drodze poznamy różnorodnych ludzi, nabędziemy nieznane dotąd umiejętności, a wszystko, co przeżyliśmy, pozostanie z nami na zawsze.
W książce Środy znajdziemy wiele sylwetek osób, które autor Las nie uprzedza napotkał w swej podróży. Zapamiętywanie tych wszystkich postaci wymaga jednak pewnej osobliwości pamięciowej. Pewnego systemu archiwuzojącego zebrane informacje: „Nie wiem jaką metodę zapamiętywania zdarzeń, ludzi i obrazów stosuje Kapka Kassabova. Czy zabiera w swoje podróże – tak jak ja do Iranu i Armenii – kieszonkowy notes, żeby czasem, gdy zachodzi taka potrzeba, kucnąć na skraju drogi i ocalić myśl lub wrażenie zbyt cenne, by pozwolić im przepaść”. Tworzenie baz danych uporządkowuje zebrane wiadomości, sprzyja dalszej analizie i poprawia ogląd sytuacji, będąc niejako obok, lepiej ocenić, czego brakuje, lub co jest nie w porządku.
Książeczka niewielka, lecz pełna wielorakich znaczeń i metafor, otoczonych wianuszkiem codzienności. Krzysztof Środa beztrosko lawiruje między literackim opisem rzeczywistości a potocznym sposobem wysławiania. Koincydencja piękna i prostoty wyznacza zupełnie nowy wzór postrzegania dzieła pisanego. A jednak to zaledwie początek poznania, drogi w nieznane, gdzie każdy trop stanowi niewielki ślad w masie innych mniej lub bardziej znaczących śladów.
Cieniem jaki przewija się przez większość książki Krzysztofa Środy, chociaż występuję zaledwie w jednym, dwóch esejach, jest postać Edka. Mimo, że nie jest właściwie najistotniejszym wątkiem Rzeczy zdarzające się w podróży to jego obecność jest niemal namacalna. Z jednej strony był „zaledwie” drobnym robotnikiem: „Edek u mnie pracował. Na Mazurach. Kupiłem tam mały dom, który wymagał sporo pracy.”, a z drugiej, stał się dla autora kimś więcej niż przyjacielem. Jego nagła śmierć wyzwoliła nieznane pokłady empatii, o których Krzysztof Środa nie miał wcześniej pojęcia, a jeżeli miał, to były one głęboko zakopane.
Krzysztof Środa napisał zbiór zawierający krótkie notatki, komentarze i opinie, jakie „w czasie podróży” przyszły na myśl autorowi Rzeczy zdarzające się w podróży. Te oceny i wpisy silnie podkreślają osobowość Środy, mocno osadzonego zarówno w literaturze pięknej jak i w obcowaniu z ludami Kaukazu, Persji, czy Europy Środkowo-Wschodniej. Przytaczanie wieloznacznych zbitek słów oddaje mikroświat narracji.
Paweł M. Wiśniewski
_____________
Krzysztof Środa, Rzeczy zdarzające się w podróży. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.
Andrzej Dębkowski
Wrastanie w światło. Pożegnanie Ignacego
19 lutego 2026 roku odszedł prof. Ignacy S. Fiut.
Piszę te słowa z niedowierzaniem, jakby język miał się zbuntować przeciwko faktowi, który już się wydarzył. Bo jak napisać, że odszedł ktoś, kto był obecnością? Kto był głosem, śmiechem, ironią, ciepłem dłoni na ramieniu, niespodziewanym telefonem z pytaniem: „Przyjeżdżaj częściej, pogadamy”? Jak napisać, że nie zadzwoni, nie przyśle maszynopisu, nie zapyta z udawaną powagą, czy jednak nie zdecyduję się zrobić u niego doktoratu?
Ignacy Stanisław Fiut urodził się 12 listopada 1949 roku w Nowym Sączu. Poeta, krytyk literatury, prasoznawca, profesor filozofii w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie od 1997 roku. Ukończył biologię, a potem filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Doktorat w 1984 roku, habilitacja w 1996. Pracę na AGH rozpoczął w 1975 roku, był kierownikiem Zakładu Filozofii. Członek Stowarzyszenia Twórczego Polart, członek redakcji i Rady Naukowej „Hybrydy”, od 1990 roku należał do Związku Literatów Polskich w Krakowie.
To są fakty. Daty. Funkcje. Tytuły. Można je zapisać, uporządkować, oprawić w ramy życiorysu.
Ale Ignacy nie mieścił się w ramach.
Poznałem go trzydzieści lat temu w Starym Sączu, na jego rodzinnej ziemi. To było spotkanie, które od razu miało w sobie coś z powrotu, choć przecież dopiero się poznawaliśmy. Oprowadzał mnie po mieście z pasją przewodnika i czułością syna. Każdy zaułek miał swoją historię, każda kamienica – wspomnienie, każda ścieżka – ślad dzieciństwa. Mówił o tej ziemi jak o kimś bliskim. Nie jak o miejscu, lecz jak o istocie, która go wychowała, ukształtowała, nauczyła milczenia i mowy.
Ziemia Sądecka była jego pierwszą i ostatnią nauczycielką. Wrastał w nią jak drzewo, którego korzenie są głębsze niż widać. Nawet kiedy mieszkał w Krakowie, nawet kiedy prowadził zajęcia, pisał recenzje, publikował książki, zawsze był trochę tam – na Ziemi Sądeckiej, przy matce, przy wspomnieniu domu, przy zapachu rzeki i wilgotnej ziemi. Mówił o swojej starowince-matce z czułością, która rozbrajała jego ironiczny ton. W tych chwilach widać było, że pod maską ciętego języka kryje się chłopiec, który nigdy nie przestał kochać miejsca, z którego wyszedł.
Spotykaliśmy się często. W Sączu – Starym i Nowym – w Krakowie – w Pod Gruszką, Pod Jaszczurami, na ulicach, w kawiarniach, w bibliotekach. W Warszawie, w Poznaniu. Zawsze gdzieś pomiędzy rozmową a śmiechem. Ostatni raz widzieliśmy się podczas wspólnego udziału w sesji naukowej w Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pamiętam światło wpadające przez wysokie okna i jego skupioną twarz, gdy mówił – jak zawsze jasno, precyzyjnie, z charakterystycznym błyskiem ironii w oku. Nie przypuszczałem wtedy, że to będzie nasze ostatnie spotkanie twarzą w twarz.
Ignacy miał dar rozmowy. Nie był to zwykły dialog. To była intelektualna przygoda. Potrafił z jednego zdania wyprowadzić cały esej, z jednego żartu – filozoficzną refleksję, z jednej anegdoty – diagnozę epoki.
Kochałem nasze dyskusje o literaturze, o mediach, o kondycji człowieka w świecie, który coraz szybciej tracił sens. Był prasoznawcą, ale patrzył na media jak na zwierciadło duszy zbiorowej. Analizował je z precyzją biologa i wrażliwością poety. Miał w sobie oba te światy: ścisłość i metaforę. To rzadkie połączenie.
Zawsze dziwił się, dlaczego nie chcę robić u niego doktoratu. Pytał z przekąsem, z lekkim wyrzutem, z uśmiechem, który mówił: „Wiesz, że byłoby warto”. A ja, trochę z przekory, trochę z lęku przed odpowiedzialnością, odmawiałem. Dziś myślę o tym z czułością. Może powinienem był przyjąć to zaproszenie? Może byłby to jeszcze jeden wspólny rozdział? A może właśnie ta nasza relacja – wolna od formalnych zależności – była piękna dlatego, że była czystą przyjaźnią, rozmową bez hierarchii.
Ignacy miał niesamowite poczucie humoru. Cięty język, który potrafił zranić, ale nigdy nie był okrutny. Ironia była jego tarczą i jego zabawką. Śmiał się ze świata, z instytucji, z literackich mód, z akademickich póz. Ale potrafił też śmiać się z siebie. Mówił o swoich słabościach z taką swobodą, jakby opowiadał anegdotę o kimś obcym. Ten dystans do siebie był oznaką wielkości. Wielu ludzi poważnych nie potrafi być poważnymi bez nadęcia. On potrafił być poważny bez patosu.
A przecież był także wspaniałym poetą. Wrażliwym i uważnym. Kto widział go po raz pierwszy – profesora filozofii, analityka mediów, krytyka literackiego – nie spodziewał się, że pod tą powierzchnią kryje się tak subtelna tkanka. Jego poezja była jak cichy strumień płynący pod kamieniami dyskursu. Przed każdą nową książką przysyłał mi maszynopisy. „Rzuć okiem” – pisał. Jakby to było coś nieistotnego. Jakby nie chodziło o jego najintymniejsze zapisy. Czytałem te wiersze z poczuciem, że dotykam czegoś delikatnego. Że powierzono mi tajemnicę.
Był pracusiem. W „Gazecie Kulturalnej” był stałym współpracownikiem prawie dwadzieścia lat. Zrecenzował ponad dwieście książek. Zawsze miał zapas tekstów. Kiedy inni narzekali na brak czasu, on po prostu pisał. Rzetelnie. Uważnie. Z szacunkiem dla autora i czytelnika. Należał do tych krytyków, którzy nie szukają efektownych bon motów kosztem prawdy. Jeśli krytykował – to z argumentem. Jeśli chwalił – to bez taniej egzaltacji.
Czasem myślę, że był człowiekiem trochę nie z tego świata. Nie dlatego, że był oderwany od rzeczywistości. Przeciwnie – widział ją aż nazbyt wyraźnie. Ale miał w sobie jakiś rodzaj wewnętrznej wolności, która nie pozwalała mu całkowicie wrosnąć w mechanizmy tego świata. Nie dawał się do końca oswoić instytucjom, środowiskom, modom. Był obecny, a zarazem osobny. Jakby stał krok obok, patrząc z uśmiechem i lekkim zdumieniem na to, co inni biorą śmiertelnie poważnie.
Takich ludzi jest coraz mniej.
Dziś, kiedy myślę o nim, wracają obrazy: spacer po Starym Sączu, rozmowa przy stoliku w krakowskiej kawiarni, telefon z zaproszeniem, najpierw koperta z maszynopisem, potem mail, jego charakterystyczny śmiech. Wraca też cisza. Ta, która zapada po wiadomości o śmierci. Cisza, w której człowiek próbuje zrozumieć, że już nie będzie kolejnego spotkania.
A jednak jest coś, co zostaje. Jego słowa. Jego wiersze. Jego recenzje. Jego studenci, którym przekazywał nie tylko wiedzę, ale sposób myślenia. Jego przyjaciele, którzy noszą w sobie fragment jego spojrzenia na świat. Jego ukochana Ziemia Sądecka, która pamięta jego kroki.
Ignacy wrastał w światło. Tak chcę o nim myśleć. Nie jako o kimś, kto odszedł w ciemność, lecz jako o kimś, kto przeszedł w inną formę obecności. Może teraz spaceruje po swoich rodzinnych ścieżkach w jakimś wymiarze, do którego nie mamy dostępu. Może prowadzi kolejną rozmowę – tym razem już bez ograniczeń czasu.
Dla mnie pozostanie przede wszystkim przyjacielem. Nie tylko profesorem, nie tylko poetą, nie tylko krytykiem. Przyjacielem, z którym można było milczeć i mówić, śmiać się i spierać, planować i wspominać. Przyjacielem, który potrafił powiedzieć: „Przyjeżdżaj częściej, pogadamy” – i w tych prostych słowach zawrzeć całą filozofię bliskości.
Ignacy, jeśli gdzieś jesteś i słyszysz te słowa – dziękuję. Za rozmowy. Za śmiech. Za zaufanie. Za wiersze, które mi powierzałeś. Za to, że byłeś.
Twoje odejście zostawia pustkę, której nie da się wypełnić. Ale zostawia też światło, które będzie świecić długo. W pamięci. W słowie. W przyjaźni, która nie kończy się wraz z ostatnim oddechem.
Do zobaczenia, Przyjacielu.
Andrzej Dębkowski
Fot. ©Danuta Sułkowska

































































































































































































































































































