Andrzej Dębkowski
Rewolucja bez twarzy. O niepokojącym powrocie Witkacego
(O spektaklu Teatru Telewizji „Bezimienne dzieło” w reż. Jana Englerta)
Są teksty dramatyczne, które czekają na swój czas. Leżą w bibliotekach jak ładunki o opóźnionym zapłonie, aż rzeczywistość sama poda im iskrę. „Bezimienne dzieło” Stanisława Ignacego Witkiewicza należy do tej kategorii. W inscenizacji Teatru Telewizji pod reżyserskim okiem Jana Englerta dramat z początku lat dwudziestych XX wieku nie brzmi jak historyczna ciekawostka ani literacki eksperyment międzywojnia. Brzmi jak raport z teraźniejszości.
W centrum utworu znajduje się projekt przewrotu społecznego, którego architektem jest Joachim Mieduwal – postać balansująca między wizjonerem a manipulatorem. Rewolucja, którą planuje, nie jest wyłącznie politycznym przewrotem. To próba przekształcenia całego porządku: estetyki, moralności, relacji międzyludzkich. W tej wizji nie chodzi o zmianę władzy, lecz o wymianę człowieka. Witkacy z przerażającą przenikliwością pokazuje, że każda utopia niesie w sobie ziarno przemocy, a każde „nowe jutro” domaga się ofiar.
Intryga rozpisana jest na wiele głosów. Są w niej postaci uwikłane emocjonalnie, nie do końca świadome konsekwencji własnych decyzji, są też bezwzględni gracze, którzy traktują ideologię jak trampolinę do osobistego awansu. Miłość miesza się tu z oportunizmem, idealizm z cynizmem, a deklaracje moralne z chłodną kalkulacją. Bohaterowie uczestniczą w procesie, który ich przerasta. System rodzi się na ich oczach, a oni – przekonani o własnej sprawczości – stają się jego narzędziami.
Englert czyta Witkacego jako dramat ostrzegawczy. Nie interesuje go historyczny kostium ani dosłowność międzywojennego kontekstu. Interesuje go mechanizm. Mechanizm, w którym masa zaczyna dominować nad jednostką, w którym ilość wypiera jakość, a głos kompetencji tonie w kakofonii uproszczeń. W tej interpretacji „Bezimienne dzieło” przestaje być groteskową fantazją, a staje się ponurą przepowiednią. Reżyser nie moralizuje wprost, ale buduje świat, w którym wyraźnie czuć napięcie przed katastrofą.
Scenografia Arkadiusza Kośmidra jest oszczędna, niemal ascetyczna. Przestrzeń nie przytłacza, nie rozprasza, nie buduje realistycznej iluzji. Jest raczej ramą dla idei. Umowność dekoracji współgra z filozoficznym charakterem dramatu, podkreślając, że to nie konkretne miejsce jest tu istotne, lecz uniwersalna sytuacja. Kostiumy Doroty Roqueplo dopełniają tej koncepcji – balansują między stylizacją a ponadczasowością, nie pozwalając widzowi zakotwiczyć akcji wyłącznie w przeszłości.
Muzyka Piotra Mossa i zdjęcia Piotra Wojtowicza budują atmosferę narastającego niepokoju. Kamera nie ucieka od twarzy, przeciwnie – zbliżenia wydobywają drżenie, zawahanie, momenty pęknięcia. W telewizyjnej realizacji szczególnie wyraźnie widać, jak dramat idei staje się dramatem konkretnych ludzi. Montaż Milenii Fiedler nadaje całości rytm, który nie pozwala widzowi popaść w komfort intelektualnej obserwacji. To nie jest bezpieczny spektakl „o czymś”. To doświadczenie.
Na ekranie pojawia się imponująca obsada: Jan Englert, Daniel Olbrychski, Maciej Stuhr, Grzegorz Małecki, Ireneusz Czop, Beata Ścibakówna, Dominika Kluźniak, a obok nich aktorzy młodszego pokolenia. Każdy z nich wnosi do spektaklu własną temperaturę. Stuhr buduje postać rozdartą między uczuciem a świadomością nadchodzącej klęski; Małecki nadaje swojemu bohaterowi chłodną, niemal laboratoryjną precyzję; Olbrychski i Englert wnoszą ciężar doświadczenia, który sprawia, że ich kwestie wybrzmiewają jak podszyte historią ostrzeżenia.
Szczególne wrażenie pozostawia Justyna Kowalska. Jej bohaterka nie jest jednowymiarową ofiarą ani naiwną idealistką. To postać wewnętrznie sprzeczna, dojrzewająca w cieniu nadchodzącej katastrofy. Kowalska gra subtelnie, bez nadmiaru gestu, pozwalając, by dramat rozgrywał się przede wszystkim w spojrzeniu i pauzie. Jej milczenie mówi często więcej niż najostrzejsza tyrada.
Spektakl operuje groteską – jak u Witkacego – lecz nie popada w farsę. Przerysowanie służy tu obnażeniu mechanizmów władzy i obłudy. Czasem aktorzy grają „grubą kreską”, niemal karykaturalnie, by za moment przejść w tonację niemal tragicznego realizmu. Ten kontrast działa. Śmiech, który pojawia się w niektórych scenach, szybko zastyga w gardle. Humor nie jest tu ucieczką, lecz narzędziem demaskacji.
W warstwie ideowej przedstawienie stawia pytanie o przyszłość kultury. Witkacy obawiał się triumfu przeciętności i unifikacji. Englert dodaje do tego współczesny lęk: czy w świecie zdominowanym przez algorytmy i technologię indywidualność ma jeszcze szansę przetrwać? Spektakl nie daje odpowiedzi, ale sugeruje, że bezpośredni kontakt – żywe spotkanie twórcy i odbiorcy – może być ostatnią linią obrony przed całkowitą automatyzacją doświadczenia.
„Bezimienne dzieło” w Teatrze Telewizji jest więc nie tylko adaptacją klasycznego dramatu. To komentarz do epoki, w której pojęcia tracą znaczenie, a wielkie słowa stają się narzędziem manipulacji. To opowieść o elitach uwikłanych w hipokryzję, o ideach sprzedawanych jak towar, o rewolucjach, które obiecują wyzwolenie, a przynoszą nową formę zniewolenia.
W tej interpretacji najgroźniejsza okazuje się bezimienność. Nie konkretna postać, nie jeden tyran, lecz anonimowy mechanizm, w którym odpowiedzialność rozmywa się w zbiorowości. Gdy wszyscy są współwinni, nikt nie czuje się winny. Gdy tłum decyduje, jednostka milknie.
Spektakl Englerta nie jest łatwy ani pocieszający. Nie oferuje katharsis w klasycznym sensie. Zostawia widza z niepokojem, z pytaniem o własne miejsce w świecie, który coraz częściej przypomina laboratorium społecznych eksperymentów. A jednak właśnie w tej niewygodzie tkwi jego siła.
„Bezimienne dzieło” okazuje się nie tyle historią o planowanej rewolucji, ile opowieścią o powolnym rozpadzie wartości. O świecie, w którym tworzenie i niszczenie są dwiema stronami tej samej monety. O cywilizacji, która zafascynowana postępem może nie zauważyć momentu, w którym traci twarz.
Teatr Telewizji proponuje więc coś więcej niż kolejną inscenizację klasyki. Proponuje lustro. A w nim odbija się rzeczywistość – nieco zdeformowana, groteskowa, lecz boleśnie znajoma.
Andrzej Dębkowski
Andrzej Walter
Judym i wiersze
Jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda rozdarta sosna współczesnej polskiej poezji w wersji dzisiejszego Doktora Judyma sięgnijcie po tom Waldemara Hładkiego „Wyczerpane słowa” wydanego u schyłku minionego roku 2025 przez Unię Polskich Pisarzy Lekarzy w Krakowie. Tom jest właściwie wierszowanym dziennikiem utytułowanego medyka, który już od jakiegoś czasu niezwykle sprawnie posługuje się słowami, snując swoją katastroficzną wizję poezji, w której odnajdujemy mało nadziei, ale wiele prawdy. To prawda niesfornego życia, przemijania i bolesnej samotności, napisana bardzo dobrze, lapidarnie i napisana niezwykle zajmująco, prowokując czytelnika do wielu refleksji, a ubogacając to dekadenckimi grafikami wygenerowanymi przez Krzysztofa Kozłowskiego przy użyciu programu sztucznej inteligencji Dream by Wembo.ai
Słowo i obraz dopełniają się niezwykle mocno. Obrazy te, mnie osobiście, kojarzą się z malarstwem Zdzisława Beksińskiego, który sam nie uważał się za surrealistę, ale tego typu wizje nam przecież przedstawiał. To malarstwo figuratywne nasączone właśnie: śmiercią, przemijaniem, rozkładem i apokalipsą, jednym słowem stanami, które niemal przed nami, na wyciągnięcie ręki, a przynajmniej nas się nimi dziś straszy. I taki jest też ten tom. Kiedy się z nim zapoznałem powiedziałem sam do siebie, to nie może być prawda, jest przecież jakaś nadzieja, ale w tym tomie znaleźć jej nie potrafiłem. Pobudził mnie jednak ten tom do swoistego rodzaju myślenia. Te wizje, te obrazy, te zapiski, szkice, oszczędne w słowach mgnienia.
Waldemar Hładki zabiera nas niejako do bram piekieł, gdzie możemy – jak u Dantego – przeczytać napis: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”.
Lasciate ogne speranza, voi ch'intrate – słynny napis umieszczony nad bramą Piekła w Boskiej Komedii Dantego Alighieri. Cytat ten, pochodzący z Pieśni III, oznacza brak ratunku, ostateczność potępienia i konieczność poddania się wiecznemu cierpieniu przez wchodzących do piekielnych czeluści.
Hładki jednak nie wierzy ani w niebo, ani w piekło. Wierzy w słowo. Słowo, co pali ogniem piekielnym, albo żarem sumienia. Zapytacie skąd sumienia? Ano właśnie. Warto się też przy tej okazji zapytać też i to dość wnikliwie kim jest sam profesor Waldemar Hładki, bo cóż to znaczy być profesorem medycyny piszącym wiersze?
I owszem – dzieją się w naturze takie... cuda.
No nieźle, rozpocząłem chyba zbyt wiele wątków. Żeromszczyzna, Beksiński, Hładki i apokalipsa, a na domiar nieszczęść Boska Komedia, ale to tak właśnie ma być (u Hładkiego), tak należy rozpoznawać naszego bohatera – Autora, Waldemara Hładkiego, jako postać: wielowątkową, nie do końca wyjaśnialną, niepojętą wręcz, nierozpoznawalną i nieodgadnioną. Aleksiej Nawalny polskiej poezji. Dlatego też pierwsze skojarzenia z Judymem – bohaterem samotnym, rozdartym wewnętrznie, lecz społecznikiem i tytanem działania – taki jest wypisz wymaluj profesor Waldemar Hładki – lekarz, naukowiec, poeta, podróżnik, muzyk, szef i wiceszef dwóch poważnych pisarskich organizacji – jednej lekarskiej, drugiej li tylko literackiej... i jak się okazuje dobry poeta, który koncentruje naszą uwagę na mądrze zapisanym słowie – na słowie świadectwie naszych czasów, słowie zamienionym w poezję współczesną i to niezłą poezję, która zadaje wiele pytań, snuje wiele wizji, dotyka ran, tajemnic, nieskończoności i własnej niewiary w wiarę, finalnie przynosząc nam beznadzieję nadziei. O tak, ten poeta też chce być kochany, ale nadzieja, właśnie ta nieszczęsna nadzieja, jak zawsze umiera ostatnia.
Kochaj mnie
Kochaj mnie bez lęku
o mój ból, trudniejszy oddech
i krok nagle niepewny.
Kochaj bez strachu
w chwilach zwątpienia.
W czerniejących myślach
o kruchej nadziei.
Kochaj bez warunków wstępnych
za okaleczone życie.
I takie są te wiersze. Ładne, ale bez nadziei. Przynajmniej ja w nich nadziei nie wyczytałem, bo jeśli ona jest to pozorna, ulotna i jako projekcja naszych potrzeb, tak dobrze przez medyków... ponoć rozpoznanych.
Genialnie ujął to autor przedmowy – mistrz słowa publicystycznego Andrzej Dębkowski, który tak podsumował Waldemara Hładkiego (we wstępie do niniejszego tomu):
W „Wyczerpanych słowach” mamy do czynienia z poezją skrajnie osobistą, a przy tym komunikatywną. Hładki nie ukrywa się za metaforą ani nie ucieka w język ezoteryczny; jego obrazy są proste, często dotykalne, zmysłowe. Ale właśnie ta prostota czyni je przejmującymi. To poezja, która nie szuka fajerwerków, lecz prawdy – prawdy o słabości, starzeniu się, samotności, utracie, ale też o chwilach, które pozostają nieusuwalne, zapach bzu, smak czerwonego wina, dotyk ciepłego piasku, szelest liści.
Możemy tu dodać, że ten tom niczego nie udaje, jest sklecony z czystej i surowej autentyczności autora i jego rozterek. Uderza szczerość i otwartość. Poraża naga prawda o naszym życiu i losie. Bo jest tu takie dyskretne łącze, że prawda autora jest i naszą prawdą, co kieruje wsobność tej poezji ku pełnemu uniwersalizmowi przesłania. Nie każdemu poecie się to udaje. Nie wszystkie wiersze na świecie utrzymują ten poziom panowania nad słowem i emocją.
Waldemarowi Hładkiemu się to udało. „Wyczerpane słowa” to katastroficzna wizja naszego człowieczeństwa banalności końca przeciwstawiająca wiarę w piękno i w sztukę. Ja, jako człowiek podążający silniej za argumentacją Pascalowską niż kartezjańskim racjonalizmem Hładkiego absolutnie się z tym tomem nie zgadzam, ale narzucił on jednak na mnie swój dyskretny urok słowny. Jego lektura była mi potrzebna, choćby i po to, aby nas rozróżnić, aby sobie samem własną wiarę uświadomić na tle innej hipotetycznej niewiary (choćby i współczesnego świata) i apokalipsy czy choćby samej rozpaczy, która być może też i tam wiedzie.
W każdym razie i ostatecznie moja niezgoda owocuje myśleniem, formą samoświadomości, a przecież i o to też w poezji chodzi, rozbudzić, pobudzić, sprowokować. Pascalowskie założenie, że racjonalny rozum jest niewystarczający do poznania Boga i osiągnięcia prawdziwego szczęścia okazuje się tutaj bardzo użyteczne w obliczu fundamentalnych dylematów egzystencjalnych. Odchodzimy tutaj jednakowoż od tomu poezji i postaci autora – Waldemara Hładkiego.
Wyczerpane słowa zafascynowały mnie na wielu płaszczyznach. To tom słowny i wizualny. Opowieść i obraz. Autor jest postacią wyjątkową, dla mnie pełną charyzmy, determinacji i aktywności, ale wyczuwam drugie dno tych atrybutów, jednym słowem cenę jaką się za to płaci. Reszta wyrażona jest w poezji.
„W moim ogrodzie / zamiast kwiatów / wyrastają kamienie” (…) „bez wody życia / usycha ciche marzenie” (...) „lękam się zejść do ciebie / by nie potknąć się o obojętność” (...) „nasza obiecana nieskończoność / jest skończona” (...) „to wszystko przeminie – i ja przeminę”
Ale to nie wszystko. Ten tom na swój sposób jest nieuchwytny. Nadzieję znajdujemy tam, gdzie jej nie ma, albo tam, gdzie ona się kończy, jeśli tylko jest w nas. A jest ona naturalną cechą wpisaną jakby w nasze geny działania. To zresztą udowadnia sam autor swoim całym życiem żyjąc w zasadzie dla innych. Jako prezes Unii Polskich Pisarzy Lekarzy – stowarzyszeniu działającemu „jak w zegarku”, jako wiceprezes Związku Literatów Polskich – organizacji ponad stuletniej, która natrafiła w swojej egzystencji na pola gór lodowych, zaniku czytelnictwa i upadku roli społecznej literata jako misjonarza, wreszcie jako profesor medycyny, ale i praktykujący lekarz, tej starej daty spod znaku poświęcenia dla innych, a nie jak lekarze nam współcześni o zaniku empatii wprost proporcjonalnej do stanu ich kont. Aż w końcu jako człowiek w świecie rozpadu więzi, w świecie alienacji, w świecie samotności.
Polecam wam „Wyczerpane słowa”. Zapewne odkryjecie w nich swoje przemyślenia. Może więcej wiary, nadziei i miłości, ale jeśli nie, to... porzućcie wszelką nadzieję.
Choć jestem pewien, że poezja przetrwa i tak. Odrodzi się zawsze, gdyż człowiek jej po prostu potrzebuje do wyrażania... wielu, wielu spraw, których nie da się inaczej wyrazić, tak jak potrzebuje się pożywienia i snu. Śnijmy zatem bez końca. Wszystko jest... poezją, w świecie gdzie nic nie jest z poezji.
Andrzej Walter
_____________________
Waldemar Andrzej Hładki, Wyczerpane słowa. Wiersze. Trzydzieści pięć wierszy na moje trzydziestopięciolecie w Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Słowo wstępne: Andrzej Dębkowski. Opracowanie redakcyjne, projekt okładki i korekta: Waldemar Andrzej Hładki. Ilustracje: Krzysztof Kozłowski – przy użyciu programu sztucznej inteligencji Dream by Wembo.ai. Wydawca: Unia Polskich Pisarzy Lekarzy, Kraków 2025, s. 80.
Krzysztof Wodniczak
Sięgają po muzyczną miksturę
Jeżyckie Centrum Kultury w Poznaniu zrealizowało forum „Dźwięk i władza w kulturze regionu postimperialnego”, które skupiało się na wymianie kulturowej i artystycznej, w tym z udziałem przedstawicieli z Polski, Ukrainy i Gruzji. Koncert – połączony z „Teoryzowaniem” na temat wyższości muzyki eksperymentalnej nad eklektyczną dodał wiele splendoru organizatorom i to nietuzinkowych.
W koncercie zabrzmiały utwory kompozytorów polskich, gruzińskich i ukraińskich.
Gośćmi są znani artyści: Andrij KOSZMAN – baryton, interpretator muzyki klasycznej i współczesnej, artysta formacji NOVA OPERA, występujący na scenach międzynarodowych, w tym Metropolitan Opera i innych oraz Asmati CZIBALASZWILI – kompozytorka, badaczka i pianistka gruzińsko-ukraińska, wicedyrektorka Instytutu Badań Sztuki Współczesnej PAN w Kijowie. Aktywnie promująca dialog kultur Europy Wschodniej i Kaukazu.
Koncert rozpoczęła kompozycja Serhiy Zazhytko „Zapovit” („Testament”) do słów Tarasa Szevczenki. To tekst, który w kulturze wschodniej funkcjonuje niemal jak hymn alternatywny. Jest poetyckim testamentem, ale także aktem politycznej wyobraźni. W kontekście polskim rezonuje ze wspólną historią romantyzmu i walki o podmiotowość – między narodem a imperium.
Następnie zabrzmiał utwór „Żegnaj, świecie” Valentyn Sylvestrov, również do słów Tarasa Szewczenki. Kompozytor przekształca romantyczny gest w medytację. To nie manifest, lecz pożegnanie. W świecie, w którym władza mówi głośno, on wybiera szept.
Kolejny utwór to „Oj, w polu cichy wiatr wieje” w opracowaniu Borys Liatoshynskyi. Pieśń ludowa staje się tu swoistym, ponadczasowym archiwum pamięci – dźwiękiem, którego nie da się całkowicie podporządkować ideologii.
Usłyszeliśmy także romans „Oj, ty dziewczyno jak ziarno orzecha” Anatola Kos-Anatolsky’iego do słów Ivana Franko. Liryka miłosna staje się formą sprzeciwu wobec uproszczonych narracji narodowych, wpisując się w tradycję dialogu polsko-ukraińskiego.
W części polskiej zabrzmiała „Krzywda” kompozytora Włodka Pawlika (niegdyś pianisty zespołu Dżamble) do słów Bolesława Leśmiana. W tym utworze metafizyka staje się subtelną formą protestu – bez deklaracji, bez patosu, lecz z głęboką refleksją nad losem człowieka.
Perspektywę Kaukazu wniósł gruziński romans miejski „Tobie jednej” w aranżacji Potschweriszwilego. To dźwięk prywatny, który przetrwał systemowe transformacje i stał się nośnikiem pamięci.
W dalszej części zabrzmi aria „Prorok” z opery „LE” Serhii Vilka do słów Lesi Ukrainki. Postać proroka w kulturze postimperialnej jest głosem ostrzeżenia, ale i samotności.
Następnie usłyszeliśmy arię „Tysiąc mgnień” z opery „Zaratustra” – refleksję nad figurą przekraczania porządku moralnego i politycznego oraz pytanie, czy dźwięk może wyprzedzać władzę.
Koncert zamknął utwór „Rozkaż mi” z opery „Sztuka wojny” do słów Myroslava Laiuka – współczesny głos w kontekście wojny, w którym muzyka staje się świadectwem teraźniejszości. Jakże wymowny i nad wyraz perspektywiczny. Bardzo udany ostatni akord, pozostawiający niedomówienia i trafne alienacje dla wyrobionych melomanów.
Krzysztof Wodniczak
Andrzej Dębkowski
Złoto, które boli – Czerń, która świeci
Są książki poetyckie, które się czyta. Są takie, które się podziwia. I są wreszcie takie, które się przeżywa – jak długą, bezsenną noc, w której człowiek nie wie, czy bardziej marznie, czy płonie. „Złocisz się w czerni” Juliusza Wątroby należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To nie jest zbiór wierszy do „odbębnienia”, do odhaczenia na półce z nowościami. To księga czekania. Księga niespełnienia. Księga miłości, która nie chce się wydarzyć, a jednak wydarza się w całej swojej intensywności – tyle że poza dotykiem.
Wątroba, poeta i wybitny tekściarz, od lat oswojony z rytmem, z frazą, z melodią języka, w tym tomie idzie o krok dalej. Jego wersy nie tylko brzmią – one pulsują. Czasem jak gejzer krwi „rozrywający serce”, czasem jak „szara kropla”, w której odbija się kosmos kolorów. Operuje językiem prostym, lecz nie banalnym; zmysłowym, lecz nie dosłownym; metaforycznym, lecz nie wydumanym. To poezja, która nie potrzebuje hermetycznych kluczy. Ona chce być dotknięta.
Centralnym doświadczeniem tomu jest czekanie. Czekanie jako stan egzystencjalny, nie jako chwilowa niedogodność. „Czekam / Wybiegłem przed ciebie myślami / Nie przyszłaś” – w tych kilku słowach mieści się dramat współczesnego człowieka: wyprzedzamy rzeczywistość pragnieniem, a ona nie nadąża. U Wątroby czekanie nie jest jednak bierne. Ono tworzy. Z tęsknoty rodzi się wizja, z nieobecności – niemal namacalna obecność. Ukochana „jest z czekania i z mych tęsknot”, „gości na niby naprawdę”, istnieje w paradoksie: „choć cię nie ma przy mnie to wciąż jesteś”.
Ta poezja operuje napięciem między złotem a czernią – motywem, który staje się nie tylko metaforą relacji dwojga ludzi, lecz także metafizycznym znakiem kondycji ludzkiej. Złoto to światło, obietnica, spełnienie, ciepło października, który „zakochał się w czerni”. Czerń to tajemnica, dystans, niepoznawalność, może nawet chłód obojętności. Ale u Wątroby czerń nie jest negacją światła. Ona je wydobywa. „Świeć mi dalej niedostępnym złotem zanurzonym w czerni” – to prośba, by niespełnienie nie przestawało być źródłem blasku.
W tradycji lirycznej motyw nieosiągalnej ukochanej ma długą historię – od Petrarki po romantyków. Wątroba wpisuje się w tę linię, ale nie czyni tego przez stylizację czy intertekstualne gry. Jego język jest współczesny, momentami niemal potoczny, a jednak niesie w sobie ton wysokiej pieśni. To ciekawa synteza: poeta tekściarz, który zna siłę refrenu, powtórzenia, rytmicznego powrotu frazy. „Do kochania… Do kochania…” – powtarza, jakby chciał zakląć rzeczywistość. Powtórzenie staje się tu nie ozdobą, lecz aktem wiary.
Warto zatrzymać się przy obrazie kosmicznym, który w tomie powraca jak cicha obsesja. „Może jesteś gdzieś w Drodze Mlecznej tak daleko…” – zaczyna jeden z wierszy. Miłość zostaje wyniesiona poza ziemski wymiar, wpisana w porządek galaktyk. To już nie tylko relacja dwojga ludzi, lecz niemal ontologiczne przeznaczenie: „jeśli jesteś gdzieś w Drodze Mlecznej / a ja dla ciebie na ziemi / to się spotkamy – to pewne – twarzą w twarz / sercem w serce”. Ta pewność nie wynika z faktów. Wynika z potrzeby sensu. Z przekonania, że wszechświat nie może być aż tak obojętny.
Jednocześnie tom nie ucieka od bólu. Jest w nim świadomość asymetrii: „Zjawiłem się na zawsze ty tylko na chwilę”. To jedno z najbardziej przejmujących wyznań w całym zbiorze. Miłość nie jest tu idyllą, lecz nierównowagą. Jedno kocha „za twe niekochanie”, drugie pozostaje w dystansie. A jednak poeta nie popada w gorycz. Nie oskarża. Raczej kontempluje własne uczucie, jakby chciał je zrozumieć do końca, nawet jeśli ma ono prowadzić do „niegasnącego bólu”.
Wątroba ma niezwykłą zdolność nadawania metafizycznego wymiaru rzeczom najprostszym. „Życie / to puchar przechodni / przekazywany z rąk do rąk / z serca do serca / po wygranych zawodach o miłość”. W kilku wersach zamyka filozofię istnienia: życie nie jest własnością, lecz przekazem. Nagrodą w zawodach, które nigdy nie są do końca wygrane. Miłość staje się tu jedyną prawdziwą konkurencją, jedynym sensem rywalizacji, jedyną stawką.
Ta poezja jest głęboko zmysłowa. Ciało nie jest w niej wulgarne ani ornamentalne – jest cudem. „Rannej rosie moich pragnień siąść na wargach” – to obraz, który łączy delikatność z erotycznym napięciem. Dotyk wywołuje „gęsią skórkę”, spojrzenia rodzą „tęcze”, kroki sprawiają, że „wyrastają słońc kaczeńce”. Świat reaguje na obecność ukochanej jak instrument na dotknięcie dłoni. Natura zostaje wciągnięta w orbitę uczucia.
W szerszym kontekście współczesnej poezji, często ironicznej, zdystansowanej, chłodnej, tom Wątroby jest aktem odwagi. To poezja bez cynizmu. Bez mrugania okiem do czytelnika. Bez zabezpieczającej warstwy autoironii. Autor ryzykuje patos – i wychodzi z tego zwycięsko, bo jego patos jest szczery. Nie jest deklaracją, lecz doświadczeniem. W świecie, który boi się wielkich słów, on mówi „kocham” bez zastrzeżeń.
„Złocisz się w czerni” to także opowieść o wyobraźni. Ukochana „najpierw zeszła z obrazu”. Sztuka poprzedza życie. Wizja rodzi rzeczywistość. Wątroba zdaje się mówić: kochamy nie tylko człowieka, lecz także jego wyobrażenie. I może właśnie w tej przestrzeni – między tym, co realne, a tym, co wymarzone – rodzi się najintensywniejsze uczucie.
Czy ta miłość się spełni? Tom nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Może spełnienie nie jest tu najważniejsze. Może ważniejsze jest samo „rozpalanie się codziennie nieobecnością”, wiara, że „zanim zgasnę zdążę rozbłysnąć”. Wątroba zdaje się sugerować, że miłość nie jest stanem posiadania, lecz stanem bycia w drodze – ku drugiemu, ku sobie, ku światłu.
Czytając ten tom, ma się wrażenie obcowania z kimś, kto nie boi się własnej wrażliwości. Kto pozwala sobie na bezbronność. A w czasach, gdy maski stały się codziennością, taka bezbronność jest czymś bezcennym.
„Złocisz się w czerni” to książka o miłości niemożliwej, a jednak koniecznej. O pragnieniu, które boli, ale nadaje sens. O złocie, które nie przestaje świecić nawet wtedy, gdy zanurzone jest w najgłębszej czerni. To poezja, która przypomina, że nawet jeśli „nie do życia, nie do śmierci” – to zawsze „do kochania”.
I może właśnie dlatego zostaje z czytelnikiem na dłużej. Jak odcisk papilarny w sercu. Jak światło widziane przez zamknięte powieki. Jak obietnica spotkania – twarzą w twarz, sercem w serce.
Andrzej Dębkowski
_____________
Juliusz Wątroba, Złocisz się w czerni. Obrazy: Magdalena Kapela. Redakcja: Mirosław Siemiński. Fotografia autora: Dawid Świńczyk. Korekta: Barbara Siemińska. Współpraca: Bożena Krzempek, Joanna Sosna. Wydawnictwo B63, Chybie 2025, s. 172.
prof. Anna Pituch-Noworolska
Puste katedry
Europa sama siebie rozbroiła – nie z broni, ale z przekonań. Nie potrafi już powiedzieć: „to jest słuszne, to zrobimy”. Potrafi tylko: „zróbmy analizę wpływu społecznego i powołajmy zespół roboczy ds. emocji interesariuszy”. Kiedyś to Europa była centrum świata. Dziś Europa jest terapeutą świata – analizuje, tłumaczy, mediatuje. Zamiast odkrywać nowe kontynenty, odkrywa „nowe formy tożsamości”.
Andrzej Dębkowski – „Gazeta Kulturalna”
W moich podróżach po krajach Europy oglądam architekturę, zwiedzam galerie, podziwiam rzeźby wszystko co potrafił stworzyć człowiek, który na tych terenach żył. Najbardziej fascynują mnie gotyckie katedry – począwszy od wizji architekta artysty, który to projektował i liczył aby łuki wytrzymały ciężar ścian i sklepienia, aby okna wypełnione witrażami wpuszczały światło i nie łamały ścian swoim ciężarem. A potem budowa – wiele lat, wielu ludzi, każdy ze swoim specjalnym zadaniem stanowiący drobny fragment całości. I w końcu skończone dzieło na chwałę Boga i człowieka. Katedry, zwłaszcza te gotyckie wysokie, piękne kolorowe były marzeniem człowieka, ucieczką od twardego trudnego i krótkiego życia do świata, którego obok nie było. Trzeba było wędrować kilka dni, żeby do katedry dojść i choć przez chwilę widzieć niebo to z kazań proboszcza czy biskupa i to z własnych wyobrażeń – piękne i niedostępne, niedosiężne... Minęły wieki, katedry przetrwały a my mamy powszechne, dostępne informacje o wszystkim o czym tylko możemy pomyśleć, komfortowe życie w wygodnych domach, długie i coraz dłuższe życie, poczucie bezpieczeństwa. Równie złudne jak piękno nieba w katedrach – wystarczy jedna iskra i w zniszczeniu wojennym giniemy wraz z naszą kulturą, osiągnięciami i marzeniami o spokojnej przyszłości dla kolejnych pokoleń. Nie ma gwarantowanego bezpieczeństwa materialnego, nie ma również bezpieczeństwa intelektualnego, filozoficznego. Co to znaczy bezpieczeństwo intelektualne czy filozoficzne?. Oznacza pewne punkty oparcia jako wytyczne oraz jako kryteria oceny wartości życia człowieka czyli kamienie milowe naszej etyki i moralności, naszego postępowania wobec siebie naszych bliskich i każdego innego człowieka. Kiedyś podstawowa wytyczną była religia i jej przykazania, nakaz życia uczciwego, dobrego z pewną i nieuchronną karą za złamanie tych zasad. Potem pojawiły się inne wskazania życia dobrego i uczciwego zgodnie z moralnymi i filozoficznymi opracowaniami propagowanymi przez wielkie umysły Oświecenia. Nadal był to nasz świat, w którym toczyliśmy okrutne wojny o ziemię, przestrzeń do życia, prawo do oceny innych i narzucania naszych (zwycięzców) poglądów, zasad moralnych, filozofii i sposobu życia. Rozwój techniczny i naukowy spowodował, że żyjemy wygodnie z poczuciem komfortu, łatwości dostępu do wiedzy, informacji, pomocy technicznej. Świat, nasz znany świat, skurczył się dzięki szybkim podróżom i pieniądzom, których mamy o wiele więcej niż choćby powojenne pokolenie, wszędzie czujemy się pewnie, bezpiecznie i u siebie... Tak było. Dziś już nie jest.
I tu trzeba wrócić do czasów katedr. Tych pięknych, strzelistych, budowanych latami mających w sobie cała ówczesną kulturę. Obrazową czyli witrażowe, malowane i rzeźbione odniesienia do biblii, ewangelii, istnienia piekła i nieba oraz kulturę międzyludzką, historie świętych, królów, bohaterów tych rzeczywistych i tych mitycznych. Wtedy nie była ona pisana była kulturą symboli, znaków, koloru, gestu. Była również kulturą milczenia. Cisza była naturalną częścią świata zewnętrznego i życia wewnętrznego. Dziś nie ma ciszy jest natłok informacji, możliwość komunikacji w każdej chwili. Zapomnieliśmy, co to jest cisza dająca szansę na refleksję, przeanalizowanie sytuacji, obserwację tego co dzieje się wokół nas, zauważenie innych ludzi. A skoro na każde pytanie jest odpowiedź w telefonie, laptopie to po co nam kompas moralny, zasady i wytyczne, jakieś przykazania, jakieś wskazówki z obietnicą nagrody lub kary. Dziś panuje powszechny pogląd, nie potrzebujemy tego. Efekt – nie ma przestrzegania reguł społecznych, nie ma szacunku dla drugiego człowieka, nie ma hamulców w wypowiedziach. Własne zdanie jest wyrażane jak najbardziej dosadnie z pełnym przekonaniem jedynej i słusznej wypowiedzi. Nie ma refleksji jakie są konsekwencje – dla mówiącego to często powód do dumy a dla podmiotu wypowiedzi często cios załamujący jego życie. Co wyraźnie pokazuje, pustkę życia wewnętrznego i słabość bez kręgosłupa etycznego i moralnego. Nie ma się na czym oprzeć. W takich sytuacjach podpowiedzi z telefonu nie stanowią wsparcia. Brutalizacja życia społecznego wynika nie tylko z wojny okazującej co można zrobić drugiemu człowiekowi i narodowi jeśli stosuje się prawo pięści ale z wychowania opartego na swobodzie bez kontroli i bez korekty zachowania i myślenia z jednej strony a braku samodzielności z drugiej. Europa zgubiła swoje zasady, zrelatywizowała reguły i obowiązki ludzi należących do wspólnot religijnych, tu mam na myśli chrześcijańskich i powoli zanika. Przegrywa wobec islamu w którym ani jedna sura nie została zmieniona od czasu jej napisania i ani jedna zasada społeczna w tym również prawo szariatu i dżihadu nie zostały zmodyfikowane mimo dwóch tysiącleci. To jest ich kręgosłup moralny i oni przez to są silniejsi, zwarci, zjednoczeni. A Europa popełnia przedziwne samobójstwo – pieniądz jako wiodący cel i podstawy egzystencji, niezrozumiałe reguły społeczne w tym nieszczęsna poprawność polityczna, feminatywy ubliżające kobietom, roztrząsanie decyzji o wyborze płci, prawa dla tych „innych” mimo, że stanowią mniejszość itp., itd. Przegraliśmy....
Europy jako kulturowego twórcy już nie ma. Katedry są puste.
prof. Anna Pituch-Noworolska












































































































































































































































































































