Nowości książkowe

 

Plakat

Stefan Michał Żarów 

 

Światło, które pamięta 

 

Światło nigdy nie jest tylko światłem. Przychodzi z daleka – nie tyle z nieba, ile z czasu. Niesie w sobie pamięć rzeczy, których już nie ma, i dotyka ich jeszcze raz, jakby chciało upewnić się, że naprawdę zniknęły. Nie ma w nim pośpiechu, choć nieustannie się porusza. Jest cierpliwe, jakby wiedziało, że wszystko, co napotyka, i tak ostatecznie do niego powróci – w formie wspomnienia, odbicia, cienia.

Rankiem jest jeszcze niepewne. Wślizguje się między firany, przeciska przez szyby, rozlewa cienką warstwą po podłodze. Nie narzuca się. Raczej pyta niż stwierdza. W tej godzinie rzeczy są jeszcze półobecne – zawieszone między snem a rzeczywistością. Stół nie jest do końca stołem, a ściana nie oddziela jeszcze w pełni jednego świata od drugiego. Światło pomaga im się wydarzyć. W południe nabiera pewności. Ostrzej rysuje krawędzie, wyciąga szczegóły, których wcześniej nie było widać. Nie pozwala się ukryć. Każda rysa, każdy ślad użycia, każda nierówność wychodzi na powierzchnię. To światło bez złudzeń – takie, które nie upiększa, lecz odsłania. A jednak nawet wtedy pozostaje czymś więcej niż tylko narzędziem widzenia. Jest formą pamięci, która nie ocenia. Najbardziej jednak przemawia wieczorem. Gdy opada, staje się cięższe, gęstsze, jakby niosło w sobie cały dzień. Barwy tracą ostrość, kontury się rozmywają, a rzeczy zaczynają wracać do siebie – do swojego milczenia. Wtedy światło nie tyle pokazuje, co żegna. Każdy przedmiot otrzymuje ostatnie spojrzenie, ostatni dotyk. I choć nic nie zostaje zatrzymane, wszystko wydaje się na moment pełniejsze.

Na ścianie domu, który pamięta więcej niż jego mieszkańcy, światło zatrzymuje się szczególnie długo. Wnika w pęknięcia tynku, przesuwa się po starych fotografiach, dotyka ram okiennych, które były otwierane setki razy – zawsze w innym czasie, zawsze przez inne ręce. Ten dom nie jest tylko miejscem. Jest zapisem. Warstwą nałożoną na warstwę, historią, której nie da się już odczytać w całości. A światło próbuje – cierpliwie, bez słów – odtworzyć choć fragment tej utraconej ciągłości. Człowiek w tym wszystkim jest obecny, ale jakby obok. Patrzy, lecz widzi za mało. Przyzwyczaił się do światła tak bardzo, że przestał je zauważać. Stało się oczywiste, a przez to niewidzialne. Tymczasem ono nieustannie coś mówi – językiem cieni, odbić i drżących konturów. Mówi o przemijaniu, lecz nie z rozpaczą. Raczej z cichą zgodą, jaką mają rzeczy, które wiedzą, że ich istnienie jest chwilowe, a mimo to wystarczające.

Może właśnie dlatego sztuka próbowała światło zatrzymać. W obrazach dawnych mistrzów nie było ono dodatkiem – było istotą. Przenikało sceny, budowało napięcie, nadawało znaczenie temu, co pozornie zwyczajne. Wystarczyło jedno rozjaśnione miejsce, by cała kompozycja zaczęła oddychać. Światło nie służyło przedmiotom – to przedmioty służyły jemu. A jednak nawet tam nie dawało się uchwycić do końca. Zawsze zostawało coś poza płótnem, coś niedopowiedzianego. Jakby jego prawdziwa natura wymykała się każdej próbie zatrzymania. Może dlatego najbardziej autentyczne pozostaje w ruchu – tam, gdzie nie można go powtórzyć ani odtworzyć. Na wodzie, która nigdy nie jest taka sama. W szybie, która odbija nie tylko obraz, ale i jego zniekształcenie. W liściu, który drży, choć powietrze wydaje się nieruchome.

W takich chwilach światło nie jest już czymś, co się widzi. Staje się czymś, co się przeżywa. Przestaje być zewnętrzne. Przechodzi przez człowieka, zostawiając ślad, którego nie da się nazwać, ale który pozostaje – czasem na długo, czasem tylko na moment.

Pamięć działa podobnie. Nie przechowuje rzeczy w ich pierwotnej formie. Przekształca je, rozmywa, wybiera fragmenty, pomija inne. Tworzy własne obrazy, które są jednocześnie prawdziwe i nieprawdziwe. Światło jest jak pamięć – nie wierne, lecz znaczące. Nie odtwarza świata, ale nadaje mu sens. Dlatego niektóre chwile zostają w nas na zawsze, choć nie potrafimy powiedzieć, dlaczego. Może to kwestia światła, które wtedy było inne – bardziej skupione, bardziej obecne. Może to ono zdecydowało, że ta jedna scena nie rozpłynie się w czasie jak tysiące innych. Człowiek próbuje zatrzymać takie momenty. Fotografuje, zapisuje, opowiada. Ale każda próba jest tylko przybliżeniem. Obraz pozostaje obrazem, słowo – słowem. A światło już dawno poszło dalej. Nie czeka. Nie powtarza się. Jego jedyną stałością jest zmiana. A jednak nie ma w tym utraty, która byłaby ostateczna. Bo choć konkretne światło znika, samo zjawisko trwa. Każdy dzień przynosi nowe, inne, niepowtarzalne. Każdy poranek zaczyna od początku coś, co nigdy nie będzie dokładnie takie samo, ale zawsze będzie miało w sobie ten sam sens – wydobywania świata z ciemności.

Może właśnie w tym tkwi jego cicha obietnica. Nie w tym, że coś pozostanie, ale w tym, że coś się pojawi. Że mimo przemijania, mimo nieuchronnej utraty, wciąż istnieje możliwość zobaczenia na nowo. Nie tego samego – lecz wystarczającego. I może dlatego warto patrzeć uważniej. Nie po to, by zatrzymać, ale by uczestniczyć. Nie po to, by zrozumieć wszystko, ale by nie przeoczyć tego, co wydarza się tylko raz. Światło niczego nie zatrzymuje. Ale wszystko na chwilę ocala.

Stefan Michał Żarów

Nicea, Anno Domini 2006

 

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

 

Plakat

Andrzej Dębkowski

 

Wanda Wasik nie żyje 

 

Odeszła Wanda Wasik – pisarka, malarka, poetka, regionalistka, kobieta niezwykłej wrażliwości i wielkiego talentu. 24 maja, w wieku 95 lat, zamknęła się piękna i bogata opowieść o życiu oddanym sztuce, literaturze i pamięci o człowieku. Pozostawiła po sobie nie tylko książki, obrazy i wiersze, ale także ślad dobroci, szlachetności i cichej mądrości, którą obdarzała innych.

Urodzona w Poznaniu, całe swoje życie była związana z kulturą i sztuką. Studiowała historię sztuki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, ukończyła także Studium Plastyczne pod kierunkiem profesorów Stanisława Szczepańskiego i Wacława Twarowskiego. Uprawiała rysunek i malarstwo, miała za sobą liczne wystawy indywidualne, a jedną z ważniejszych była ekspozycja w Muzeum im. Józefa Ignacego Kraszewskiego w Poznaniu.

Jednak przede wszystkim pozostanie w pamięci jako pisarka i poetka. Debiutowała już w 1968 roku na łamach „Nurtu”, publikowała w almanachach, prasie regionalnej i Polskim Radiu. Z niezwykłą czułością i wyczuciem słowa opisywała ludzkie losy, pamięć dzieciństwa, dramat wojny i codzienność zwykłych ludzi. Jej książki – „Dzieciństwo w Kraju Warty”, „Między łąką a ogrodem”, „Dojrzewanie w słońcu”, „Kryptonim K-22” czy „Mój Orfeusz” – były świadectwem epoki, ale też zapisem osobistej wrażliwości i głębokiego humanizmu.

Za swoją twórczość i działalność została uhonorowana wieloma wyróżnieniami, w tym Nagrodą Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej oraz tytułem „Zasłużony dla miasta i gminy Swarzędz”. Była członkiem Związek Literatów Polskich i aktywnie wspierała debiutujących autorów, współpracując z wydawnictwem Bonami.

Mieszkała i tworzyła w Kobylnicy pod Poznaniem. Tam była nie tylko artystką, lecz także dobrym duchem lokalnej społeczności. Człowiekiem otwartym, serdecznym, zawsze gotowym do rozmowy i pomocy. Prawdziwy człowiek renesansu – łączący talent literacki, malarski i ogromną wiedzę z niezwykłą skromnością.

Dzisiaj żegnamy osobę wyjątkową. Odeszła Wanda Wasik, ale pozostają Jej słowa, obrazy i pamięć o pięknym życiu przeżytym z godnością, pasją i miłością do sztuki. Pozostanie obecna w swoich książkach, w poezji, w obrazach i w sercach tych, którzy mieli szczęście Ją znać.

Andrzej Dębkowski

Źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/wanda.wasik.374

 

 

Plakat

 

Plakat

Jan Belcik 

 

Jubileusz Artysty. 75-lecie Janka Tulika 

 

Przychodzi taki dzień jak dziś, kiedy Poeta świętuje swoje urodziny. Piękne urodziny, wyjątkowe (których młody człowiek nie jest sobie w stanie przeczuć, bo dla niego często już 50-latek stanowi człowieka z innej epoki). To radość, że przez tyle lat dane nam było gościć na ziemi Podkarpacia tak znakomitego i wszechstronnego twórcę. Rodzi ona pytanie, czy potrafiliśmy zidentyfikować ten niesamowity fenomen pisarza, poety, dramaturga, eseisty?

Czy nie traciliśmy czasu, zajmując się mniej ważnymi zjawiskami i nie poświęciliśmy go zbyt mało temu wyjątkowemu człowiekowi?

Bo to nie tylko pisarz, z którym można porozmawiać na każdy temat literacki, ale przede wszystkim człowiek. Niezwykle wrażliwy, subtelny, czasem kruchy, ale też dobry (tym Norwidowskim dualizmem poezji i dobroci, która jako jedyna po nas pozostaje), życzliwy, służący radą.

Jest autorem 23 książek (poezja, proza, dramat), niezliczonej ilości publikacji popularnonaukowych (choćby o Janie Szczepaniku i Franciszku Piku-Mirandoli), artykułów, recenzji, słuchowisk. Wielokrotnie honorowany (m.in. nagrodami: im. St. Piętaka,  R. Milczewskiego-Bruna, Jarosława Iwaszkiewicza, Nagrodą Fundacji Kultury). Otrzymywał też stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Niedługo będziemy obchodzić 50-lecie jego twórczości. Dzięki niezwykłej publikacji Stowarzyszenia Literacko-Artystycznego „Fraza” pod redakcją naukową Magdaleny Rabizo-Birek i Jana Wolskiego ukazało się swoiste opus magnum o dorobku literackim naszego jubilata pt. Wielkie sprawy codzienne. Studia i szkice o twórczości Jana Tulika (Rzeszów 2025).

We wstępie autorzy piszą: „Dzieło poetyckie, prozatorskie, dramaturgiczne oraz publicystyka Jana Tulika bez wątpienia zajmują we współczesnej literaturze polskiej, szczególnie tej kojarzonej z regionem Polski południowo-wschodniej, miejsce wyjątkowe. Jego związki z bliższą ojczyzną, urodą beskidzkiego, krośnieńskiego pejzażu i odbicie w twórczości są oczywiste i zamykają się we własnym, odrębnym, charakterystycznym i rozpoznawalnym stylistycznie widzeniu świata, manifestując zarazem indywidualny typ przeżywania”.

Miałem przywilej napisać esej o tej twórczości (Poetyckie iluminacje Jana Tulika), ale też z Aleksandrą Smusz przeprowadzić wywiad z autorem Budzonego licha pt. „Piszę, żeby zwiedzać samego siebie”. Oba teksty opublikowane są we wspomnianej książce.

Ponadto oprócz wymienionych nazwisk swojego głosu o twórczości Tulika udzielili w niej: Katarzyna Tulik (Jan Tulik jako duch sprawczy życia literackiego), Krystyna Latawiec (pisze o melancholii w poezji Tulika), Mariusz Kalandyk, Krystyna Gielarek-Gorczyca, Barbara Sokołowska, Ewelina Radion, Janusz Łastowiecki (o słuchowiskach Jana Tulika), Roman Magryś, Jan Wolski, Magdalena Rabizo-Birek, Grzegorz Kociuba (o wielowymiarowości i polifoniczności w twórczości autora Furty), Andrzej Gałowicz, Beata Śniecikowska (o paradoksach w haiku Jana Tulika), Barbara Trygar, Ryszard Mścisz, Rafał Rżany, Krystyna Lenkowska, Wiesław Setlak, Jadwiga Olbrycht, Zofia Bartecka, Janusz Pasterski i Rena Marciniak-Kosmowska.

Karol Maliszewski zaś tak pisze m.in. na kanwie lektury poetyckiej prozy, jaką jest Doświadczenie (1988) Jana Tulika, zaprezentowanej w mistrzowskiej interpretacji Marka Kondrata w rozgłośni III Programu Polskiego Radia: „Refleksja pierwsza wiązała się z poczuciem zanurzenia w najlepszych tradycjach narracji spod znaku nurtu wiejskiego w naszej literaturze. Nigdy nie zgodzę się z przyjętą opinią o czarnej dziurze tamtych lat, rzekomo jałowym czasie literatury”.

Książkę uzupełniają wiersze i opowiadania autora, liczne fotografie, a także obszerna bibliografia.

Zawarto w niej też recenzje naukowe dra hab. Pawła Tańskiego, który wspomina: „Wszystkie artykuły zamieszczone w tym studium napisane są świetnym językiem, na wysokim poziomie stylu”, ale też prof. dr hab.  Zbigniewa Chojnowskiego, puentującego treść książki słowami: „Mimo że autorzy artykułów, esejów i szkiców prezentują odmienne metodologie i wrażliwość, odkrywają elementy składające się na wielowymiarowy portret osobowości twórczej Jana Tulika”.

Nie jest to wydawnictwo pełne i zamknięte, lecz takie, które posłuży raczej do dalszych badań nad dziełem autora zamieszkałego od ponad dekady w Miejscu Piastowym. Bo każdy z nas jest w stanie dostrzec brak analiz i interpretacji wielu wątków przewijających się w twórczości poety. Wyrażam nadzieję, że nie będzie do tego potrzebny kolejny okrągły jubileusz tego znakomitego – nie tylko w moim przekonaniu – artysty i takie studium powstanie wcześniej.

Jan Tulik debiutował na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku książkami poetyckimi Zdarzenie w C-durze (Rzeszów 1981) i Ocalone drzewo (Warszawa 1982), zauważonymi zarówno przez krytykę, jak i czytelników. To był trudny czas dla literatury, zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego. Twórcy w obliczu rozbicia środowisk artystycznych musieli odnaleźć własną drogę, odległą od zaangażowania w narzucony z góry kierunek rozwoju pisarstwa oraz wyabstrahowanych z czasu poszukiwań formalnych. Dlatego pokolenie roczników pięćdziesiątych bywa określane jako „Nowa Prywatność”. Sądzę, że prywatność poezji i prozy Jana Tulika wykroczyła daleko poza subiektywne odczucia wąskiej grupy odbiorców. Zdobyła pełne prawo do uznania – nie tylko z powodu zwartego w niej interesującego dialogu z tradycją, ale także równie w niej ważnego wytyczania nowych dróg, poszukiwania własnej dykcji, przy uniknięciu hermetyzmu cechującego wielu innych przedstawicieli i przedstawicielek tego pokolenia. Głos Jana Tulika jest na tyle osobny, że nie można wątpić w jego wyjątkowość. Należy do jednego z najważniejszych tonów pokolenia „Nowej Prywatności”. Z racji podwójnego jubileuszu – siedemdziesiątych piątych urodzin i czterdziestopięciolecia debiutu książkowego – dziękujemy poecie, ale wciąż prosimy o więcej, wiemy przecież, że jego archiwa skrywają sporo perełek tworzących owe iluminacje, bez których światła trudno żyć, a jeszcze trudniej rozumieć świat.

Jan Belcik

Fot. Jana Tulika: https://www.facebook.com/profile.php?id=100005402913593